Adam Bede - Eliot George - E-Book

Adam Bede E-Book

Eliot George

0,0

Beschreibung

Burzliwe losy miłosnego czworokąta w małej angielskiej wiosce. Hetty Sorrel to urocza, choć jeszcze dość naiwna dziewczyna, która staje się obiektem uczuć tytułowego Adama oraz ponętnego (i majętnego!) kapitana Arthura. W relacje między bohaterami miesza się dodatkowo Dinah - piękna i zaangażowana religijnie kuzynka Hetty. Mężczyźni decydują się stoczyć pojedynek, w efekcie którego jeden z rywali odstępuje od swych matrymonialnych zamiarów. I gdy wydaje się, że miłosny konflikt został rozstrzygnięty, na jaw wychodzi sprawa, której nikt się nie spodziewał... Książka doczekała się licznych adaptacji - zarówno filmowych, jak i teatralnych, telewizyjnych i radiowych. Realistyczna w opisie scenerii i relacji pomiędzy bohaterami powieść zyskała dużą popularność. Podobno jej miłośniczką była sama królowa Wiktoria, która zleciła namalowanie obrazów ilustrujących pewne sceny tej literackiej historii. -

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 585

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



George Eliot

Adam Bede

Tłumaczenie Waleria Marrené-Morzkowska

Saga

Adam Bede

 

Tłumaczenie Waleria Marrené-Morzkowska

 

Tytuł oryginału Adam Bede

 

Język oryginału angielski

 

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

W niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię.

 

Copyright © 1859, 2022 SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728367964 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

KSIĘGA I.

1. Warsztat ciesielski.

Są w Egipcie czarnoksiężnicy, którzy w kropli czarnego płynu, niby w zwierciadle, przedstawiają ludziom obrazy dalekiéj przeszłości. Ja to samo pragnę dla czytelnika uczynić i za pomocą pióra z kroplą atramentu przedstawię mu obszerny warsztat ciesielski pana Jonatana Burge, cieśli i budowniczego w wiosce Hayslope, takim, jakim był d. 18 czerwca, roku pańskiego 1799.

Gorące popołudniowe słońce dogrzewało, a pięciu ludzi tam zgromadzonych pracowało pilnie około drzwi, futryn, lamperyj. Zapach sosnowy, pochodzący ze stosu desek, stojącego przed drzwiami, mieszał się z zapachem kwitnących bzów, które za przeciwległém oknem rozsypywały wkoło płatki podobne do letniego śniegu. Skośne promienie słońca padały na przezroczyste wióry i oświetlały piękny flader orzechowych lamperyj opartych o ścianę.

Na kupie miękkich trocin, bury owczarski pies zrobił sobie legowisko i spoczywał z mordą wspartą na przednich łapach, spoglądając niekiedy na najwyższego z pięciu pracowników, który wyrzynał jakąś tarczę na drewnianym słupie. Do niego to należał silny baryton rozbrzmiewający donośnie ponad odgłosem pił i hebli, gdy śpiewał:

Zbudź się, ma duszo, z słońcem wraz,

Zbudź do codziennych prac

Otrząśnij gnuśny sen...

Tutaj trzeba było wziąć jakąś miarę, wymagającą całéj uwagi pracownika, dźwięczny śpiew zmienił się w ciche gwizdanie, ale po chwili znów się odezwał z nową siłą:

Niechaj twe słowa będą szczere,

Sumienie jasne jako dzień.

Taki głos pochodzić musiał z szerokiéj piersi, a szeroka pierś była udziałem mężczyzny, mającego blizko sześć stóp wysokości i muskularne członki. Był on tak prosty, głowę miał tak dobrze osadzoną, że kiedy odstąpił na parę kroków od swéj roboty, ażeby jéj się lepiéj przypatrzyć, wyglądał na żołnierza, będącego na swobodzie.

Zakasane po łokieć rękawy pozwalały widziéć przedramię mogące z łatwością zdobyć nagrodę, przeznaczoną dla siłaczy, gdy tymczasem długie, wyrobione ręce, z szerokiemi kończynami palców zdawały się uzdolnione do robót wymagających zręczności. Wzrostem swym i postawą Adam Bede był prawdziwym typem Saksończyka, usprawiedliwiał swoje nazwisko, ale włosy czarne, jak węgiel, odbijające tém silniéj od białości papierowéj czapki, oraz śmiałe spojrzenie ciemnych oczu, spoglądających z pod dobrze odznaczonych, wypukłych i ruchliwych brwi, świadczyły o silnéj przymieszce krwi celtyckiéj. Twarz była szeroką, rysy grube, ale posiadała piękność, jaką daje wyraz intełigencyi i uczciwego zadowolenia.

Na pierwszy rzut oka, można było rozpoznać, iż drugi pracownik był bratem Adama. Równy mu prawie wzrostem, miał podobne rysy i kolor włosów; ale to podobieństwo tém lepiéj uwydatniało różnicę wyrazu i całéj postawy rodzeństwa. Szerokie ramiona Seta były lekko przygarbione, oczy miał siwe, brwi mniéj wydatne i spokojniejsze niż brat, spojrzenie zaś jego, mniéj śmiałe, było pełne dobroduszności i zaufania. Gdy zrzucił z głowy papierową czapkę, można było dostrzedz, iż włosy jego nie były gęste i proste jak włosy Adama, ale delikatne i miękkie pozwalały dostrzedz kontury wypukłości czołowych, wznoszących się wyraźnie po nad brwiami.

Wałęsający się żebracy wiedzieli dobrze, iż mogą zawsze wyciągnąć miedziaka od Seta, ale nie śmieli zaczepić Adama.

Głos Seta przerwał wreszcie koncert sprawiany przez zgrzyt narzędzi i śpiew brata. Postawił on przy ścianie odrzwia, nad któremi pracował zawzięcie, i wyrzekł:

— Otóż skończyłem swoje drzwi.

Wszyscy robotnicy podnieśli głowy, Jim Salt, tłuścioch, z czerwonemi włosami, przezwany Sandy Jim, zatrzymał swój hebel, Adam zaś rzuciwszy szybkie spojrzenie na robotę brata zawołał:

— Jakto, ty myślisz, że te drzwi są skończone?

— Naturalnie—odparł ze zdziwieniem Set. — Cóż im brakuje?

Wybuch śmiechu trzech robotników zmieszał go, spojrzał niespokojnie.

Adam tylko się nie roześmiał, zaledwie lekki odcień zarysował się na jego ustach, gdy wyrzekł łagodniéj niż wprzódy:

— Zapomniałeś o skrzydłach.

Śmiechy rozległy się znowu, gdy Set ręką uderzył się w czoło, zaczerwieniwszy po uszy.

— Hurra! — wrzasnął niewielki pracownik, zwany Wiry Ben, biegnąc ku drzwiom i podnosząc je w górę, powiesimy je przed pracownią i napiszemy na nich: „Robota metodysty Seta Bede.“ Jim, gdzie masz czerwoną farbę?

— Głupstwo!—odparł Adam—Ben! rzuć to zaraz. Tobie także zdarzyć się może podobny wypadek, cóżbyś wówczas powiedział?

— Nie złapiesz mnie na tém, Adamie, dopóki mi głowy nie zmąci metodyzm —wyrzekł Ben.

— Może ją zmącić wódka, to będzie daleko gorzéj.

Ben tymczasem znalazł czerwoną farbę i gotował się wykonać napis, kreśląc jakby na próbę wielkie S w powietrzu.

— Rzuć to!—zawołał Adam.

Położył swoje narzędzia i pochwycił ramię Bena.

— Rzuć to zaraz albo ci duszę z ciała wytrzęsę.

Ben zadrżał w żelazném ujęciu Adama, ale pomimo to nie chciał ustąpić. Lewą ręką pochwycił pędzel z obezwładnionéj prawicy, i podniósł go, jakby chciał nią pisać. W téjże chwili Adam obrócił nim, rzucił i przyparł do ściany.

Teraz pomiędzy nich wmieszał się Set.

— Daj pokój, Adamie, Ben tylko żartował, a zresztą ma prawo śmiać się ze mnie, bo i ja sam śmiać się muszę.

— Nie puszczę go—odparł Adam—dopóki nie obieca, że już tych drzwi nie ruszy.

— Benie, mój chłopcze — odezwał się znowu Set w uspakajający sposób—nie kłóćmy się próżno. Wiesz dobrze, iż Adam musi miéć swoję wolę. Nie przeprzesz go, jak nie zawrócisz wozu w ciasnéj uliczce. Powiedz, że drzwi nie ruszysz i niech się to raz skończy.

— Nie boję się Adama—wyrzekł Ben;—ale kiedy mnie o to prosisz, Secie, to ci nie odmówię.

— I bardzo mądrze uczynisz — zaśmiał się, puszczając go Adam.

Wzięli się znowu wszyscy do roboty, ale Wiry Ben, który w caléj téj sprawie wyszedł najgorzéj, nie mógł się powstrzymać od sarkazmu, szukając tym sposobem pomsty za swe upokorzenie.

— O czém ty myślałeś, Secie, czy o ładnéj twarzyczce kaznodziejki, czy téż o kazaniu, jakie wypowie?

— Posłuchaj jéj tylko, Benie—odparł wesoło Set,—będzie miała dziś wieczór na błoniach naukę; może wówczas zastanowisz się nad sobą, i zapomnisz o tych brzydkich piosnkach, które tak lubisz, a może téż zyskasz wiarę? Byłby to niezawodnie najlepszy zarobek, jakiby ci się mógł zdarzyć.

— Każda rzecz ma swój czas, Secie, pomyślę o tém, gdy będę chciał się ożenić; kawaler takiego zarobku nie potrzebuje. Kto wie, czy nie wypadnie mi razem starać się o żonę i o religię, jak ty to czynisz, przecież nie chciałbyś zapewne mego nawrócenia, gdybyś miał mnie spotkać pomiędzy sobą a ładną kaznodziejką i gdybym ją sobie zabrał?

— Niéma o to obawy, Benie, ona nie dla ciebie ani nie dla mnie. Chodź tylko i posłuchaj, a nie będziesz mówił o niéj tak lekko.

— Kto wie, czy nie pójdę popatrzyć na nią dziś wieczór, jeśli tylko nie będzie wesołego towarzystwa pod Ostrokrzewem. Jaki będzie tekst jéj kazania, może to wiesz, Secie, i powiesz mi na wypadek, gdybym się spóźnił. Czy dobrze? Co przyszliście zobaczyć? Prorokinię? Zaprawdę powiadam wam rzecz daleko ważniejszą—piękną kobietę.

— Benie—wyrzekł surowo Adam,—daj pokój biblii, posuwasz się za daleko.

— Co? czy i ty także zwracasz się w tę stronę, a ja sądziłem jeszcze przed chwilą, że jesteś przeciwnikiem kobiecych kazań?

— Nie zwracam się w żadną stronę i wcale nie mówiłem o kobiecych kazaniach. Mówię, żebyś dał pokój biblii. Masz podobno jakąś żartobliwą książkę, jakąś rzadkość, z któréj się chlubisz, niech ona starczy twoim brudnym palcom.

— Co! stałeś się rówuie świętobliwym jak Set? Pewno wybierasz się także na kazanie, możesz nawet przewodniczyć śpiewom, ale co powie rektor Irwine, gdy zobaczy, że jego ulubieniec, Adam Bede, został metodystą.

— Nie troszcz się o mnie, Benie, nie myślę być wcale metodystą, ty zaś zapewne zostaniesz czémś gorszém. Pan Irwine ma zanadto rozumu, by się mieszać do sposobu, jakim ludzie Boga chwalą, bo to jest rzeczą sumienia, sam mi to nieraz mówił.

— Aj! aj! on wcale nie lubi odszczepieńców.

— Być może, i ja nie lubię ciężkiego piwa, Josh Toda, ale ci nie przeszkadzam upijać się niém do woli.

Śmiano się z téj przymówki, tylko Set wyrzekl poważnie:

— Adamie, nie należy przyrównywać jakiéjbądź religii do ciężkiego piwa. Czy nie sądzisz, że odszczepieńcy i metodyści mają te same zasady, co ludzie trzymający się kościoła?

— Ależ, mój chłopcze, ja się z niczyjéj wiary nie wyśmiewam. Niech każdy słucha swego sumienia, w tém rzecz cała, myślę jednak, iż dla tego sumienia najlepiéj, kiedy ono trzyma z kościołem. Jest to pewny przewodnik. Nie można znów jedynie i we wszystkiém spuszczać się tylko na ewangielię, wielu rzeczy uczyć się trzeba oprócz niéj. Spójrz no na kanały, tamy i wszystkie przyrządy do wydobywbnia węgla w Cromford; człowiek oprócz ewangelii musi się jeszcze czémś zająć, tymczasem sł chając niektórych metodystów, to wszystko byłoby niepotrzebne, należy tylko zamknąć oczy i uważać, co się w głębi nas dzieje. Wiem, że człowiek powinien miéć Boga w sereu i słowo boże złożone w biblii, lecz biblia właśnie mówi, iż Bóg tchnął swego ducha w robotników, którzy budowali arkę przymierza, ażeby zręczną ręką rzeźbili drzewo. Trzeba w ten sposób zapatrywać się na rżeczy, duch boży tchnie na wszystko, objawia się zarówno w niedzielę jak w dnie powszednie, we wszystkich wynalazkach i wszelkich dziełach. Bóg pomaga naszéj pracy jak i naszym myślom, a jeśli człowiek, poza godzinami pracy, wybuduje piec dla żony, żeby jéj trudu zmniejszyć, albo grzebiąc w swoim ogródku, otrzyma dwa kartofle zamiast jednego, uczyni więcéj dobrego i bardziéj zbliży się do Boga, niż gdyby tylko latał za kaznodziejami i mruczał pacierze.

— Dobrze powiedziane—odezwał się Sandy Jim, który zatrzymał swój hebel na desce, słuchając Adama, — od dawna nie słyszałem tak dobrego kazania, to samo przedstawia mi żona od roku, męcząc mnie, bym jéj piec wybudował.

— Jest w tém, co mówisz, pewna słuszność, Adamie—odezwał się Set poważnie, — ale sam-byś się przekonał, słuchając naszych nauk, jak człowiek powinien wchodzić sam w siebie i rozumiéć własne winy. Z tego powodu niejeden próżniak stał się już pracowitym człowiekiem, kazania to wypróżniają szynki, a kiedy kto odda się religii, to z pewnością praca jego na tém nie ucierpi.

— Chyba, że zapomni o skrzydłach drzwi — wtrącił Wiry Ben.

— Ach! Benie, znalazłeś powód wyśmiewania się ze mnie przez całe życie, ale co to ma wspólnego z religią? Wszak to zapomniał się w ten sposób Set Bede, który zawsze był roztargniony, i tém więcéj jest winien, jeśli religia nie uleczyła go z téj wady.

— Co tam drzwi!—odparł Wiry Ben—jesteś z gruntu dobrym, serdecznym chłopcem i nie złościsz się o byle żart, jak to czynią niektórzy.

— Ot! — wyrzekł Adam, nie zważając na tę przymówkę, nie bierz mi za złe tego, co mówiłem, nie miałem ciebie na myśli. Jedni idą taką drogą, a drudzy inną.

— Wiem dobrze, Adamie, że nie chciałeś mnie dotknąć. Jesteś w tém podobny do twego psa Gypa, warknie on na mnie czasem, ale zaraz potém liże mi rękę.

Pracowali teraz w milczeniu, dopóki zegar kościelny nie zaczął uderzać szóstéj godziny. Zanim pierwsze uderzenie przebrzmiało, Sandy Jim opuścił hebel i sięgnął po surdut, Wiry Ben zostawił szrubę na wpół wkręconą i rzucił narzędzia do koszyka, Mum Taft, który milczał w czasie całéj rozmowy, odłożył młot tylko co podniesiony, Set nawet wyprostował się i zdejmował papierową czapkę, tylko jeden Adam pracował daléj, jak gdyby nic się nie stało i dopiero zauważywszy poskładane narzędzia, wyrzekł z oburzeniem:

— Otóż to! Nie mogę zrozumiéć ludzi rzucających w ten sposób robotę, z chwilą uderzenia zegaru, jakby nie znajdowali w niéj żadnéj przyjemności, i lękali się wbić jednego gwoździa, po nad oznaczone godziny.

Set zmieszał się nieco, i powolniéj już przygotowywał się do odejścia, ale odezwał się Mum Taft:

— Mówisz jak młody, Adamie, ale gdy tak jak ja będziesz miał lat czterdzieści sześć, zamiast dwudziestu sześciu, przejdzie ci ochota do daremnéj pracy.

— Głupstwo — odparł zaperzony Adam, — cóż tu lata znaczą? Widzę, że nie jesteś znużony. Nie mogę patrzéć na człowieka opuszczającego ręce za pierwszém uderzeniem godziny, jakby gromem był trafiony, zamiast doozekać przynajmniej, aż cała wybije, jakby robota nie zajmowała go wcale. Nawet piła w ruch wprawiona obraca się jeszcze chwilę własnym rozpędem.

— No! no! Adamie — zawołał Wiry Ben,—daj nam pokój, przyganiałeś niedawno kazaniom, tymczasem sam lubisz je prawić. Wolno ci przenosić robotę nad zabawę, ja zaś wolę zabawę, tém lepiej dla ciebie, bo roboty zawsze więcéj.

Tém słowem, które uważał za argument ostateczny, Wiry Ben zakończył sprzeczkę, zamknął swój kosz z narzędziami i wyszedł, a za nim Mum Taft i Sandy Jim.

Set nie śpieszył się i spoglądał na brata, jakby oczekiwał czegoś od niego.

— Czy nie pójdziesz do domu przed kazaniem?—spytał Adam.

— Nie, przebiorę się u Willa Maskery, tam mam moje rzeczy, przed dziesiątą nie wrócę. Może być, iż odprowadzę Dinę Morris, jeśli na to pozwoli, bo jak wiesz, nie będzie z nią nikogo z Poyserów.

— Powiem matce, by na ciebie nie czekała.

— A ty nie będziesz dziś wieczorem u Poyserów?— spytał Set, odchodząc z pewną nieśmiałością.

— Nie, pójdę do szkoły.

Gyp tymczasem leżał na swojém wygodném posłaniu, tylko gdy inni robotnicy odeszli, on podniósł głowę i patrzał na swego pana, a skoro tylko Adam włożył linię do kieszeni, i zaczął odwiązywać fartuch, Gyp pobiegł do niego i spoglądał mu w twarz z cierpliwém oczekiwaniem. Gdyby Gyp posiadał ogon, byłby nim niezawodnie poruszał, ale pozbawiony téj naturalnéj ozdoby, był w położeniu wielu osób, które wydają się powolniejszemi, niżeli są w istocie.

— A! jesteś gotów! weź koszyk!—przemówił Adam tym samym łagodnym głosem, jakim się odzywał do Seta.

Gyp skoczył i szczeknął krótko, jakby chciał powiedzieć „tak”. Biedny, jego sposoby wypowiadania się były bardzo ograniczone.

Koszyk, o którym była mowa, zawierał zwykle obiad Adama i Seta, a żaden celebrant podczas uroczystości nie mógł miéć bardziéj poważnéj miny, i mniéj troskać się o spotkanych znajomych niż Gyp, kiedy z koszykiem w zębach szedł przy nodze pana.

Wychodząc z warsztatu, Adam zamknął go na klucz, klucz wyjął i zaniósł go do domu, stojącego w drugiéj stronie dziedzińca. Nizki to był dom, słomą kryty, ze zczerniałemi ścianami, wyglądał jednak mile w blaskach wieczornych; okna, z szybami oprawnemi w ołów były szerokie, bez plamy, a kamień służący za próg, był tak czysty jak białe kamuszczki wyrzucane przez przypływ morza. Stała na nim schludna staruszka, w pasiastéj ciemnéj sukni, czerwonéj chustce, białym czepcu i przemawiała do gromady drobiu ściągniętego snadź płonną nadzieją dostania zimnych kartofli lub okruszyn chłeba. Wzrok staréj kobiety zdawał się osłabiony, bo nie poznała Adama, dopóki się nie odezwał.

— Oto klucz, Dolly, schowaj mi go do jutra.

— Dobrze, ale czy pan nie wejdzie? Panna Marya jest w domu i pan Burge zaraz powróci, jestem pewna, że byłby panu rad bardzo.

— Nie, dziękuję ci, Dolly, muszę już iść; dobry wieczór.

Adam szedł wielkiemi krokami z Gypem u nogi przez dziedziniec, a potém drogą prowadzącą w dolinę. Gdy zeszedł na dół, spotkał jakiegoś niemłodego jeźdźca, z walizką przytroczoną do siodła, a ten minąwszy Adama, zatrzymał konia i spoglądał czas jakiśna wysokiego robotnika, ubranego w papierową czapkę, skórzane spodnie i szafirowe pończochy.

Adam nie domyślając się wzbudzonego zachwytu, skręcił na pola i zaśpiewał pełnym głosem pieśń, która przez cały dzień snuła mu się po głowie:

Niechaj twe słowa będą szczere,

Sumienie czyste jako dzień,

Bo wszechwidzące oko boże

Śledzi twe myśli i twe drogi.

2. Kazanie.

Około trzech kwadransy na siódmą wioska Hayslope przedstawiała ruch niezwykły. Na całéj długości ulicy od oberży pod Herbem Donnithornów, aż do bramy cmentarnéj, ludność wysypała się z domów, wabiona widocznie czémś więcéj niż pięknością wieczoru. Oberża stała przy początku wioski, a przyległy dziedziniec folwarczny świadczył, że należał do niéj niezły kawałek gruntu, i dawał podróżnym otuchę popasu dla ludzi i koni. Stanowiło to zapewne dla nich pociechę, jeśli z powodu braku wiadomości heraldycznych, nie mogli zrozumiéć znaczenia starożytnego godła rodu Donnithornów.

Właściciel oberży pan Casson, stał przez czas jakiś we drzwiach swego zakładu z rękoma w kieszeniach, kołysząc się na nogach i spoglądając w stronę nieogrodzonéj polanki, na środku któréj znajdował się stary klon, bo tam kierowali się poważni ludzie płci obojéj, przechodzący mimo oberży.

Pan Casson nie był wcale człowiekiem o nic nie znaczącéj powierzchowności, którego możnaby pominąć milczeniem. Na pierwszy rzut oka zdawać się mogło, iż postać jego składała się z dwóch sfer, a jedna miała się do drugiéj, jak księżyc do ziemi. To znaczy, iż niższa sfera wyglądała przynajmniéj czternaście razy większa od wyższéj, a ta naturalnie pełniła względem niéj służbę satelity. Tu jednak kończyło się podobieństwo, albowiem głowa pana Casson nie miała żadnéj styczności z melancholicznym księżycem, nie była téż plamistym globem, jak niegrzecznie nazwał go Milton, przeciwnie była to twarz gładka i czerstwa, charakterystykę jéj stanowiły okrągłe rumiane policzki, wobec których maleńki supełek—nos, oraz szparki—oczy były tak nieznaczne, iż prawdziwie nie warto o nich wspominać. Na téj twarzy tkwił wyraz wesołego zadowolenia, przyćmionego jedynie poczuciem własnéj godności, widoczném w postawie i całém zachowaniu. Poczuciu temu dziwić się trudno, albowiem pan Casson był przez lat 15 marszałkim dworu „rodziny“, teraz zaś w swém dzisiejszém położeniu miał prawie ciągle do czynienia z niższemi. Jak tu jednak pogodzić godność z ciekawością, obudzoną przez gromadę ludzi, dążących na błonie, był to problemat, nad którym oberżysta od pięciu minut łamał sobie głowę; kiedy go wreszcie rozwiązał, wyjął ręce z kieszeni i założył je za kamizelkę, i przybierając wyraz pogardliwéj obojętności na to wszystko, co dziać się mogło w promieniu jego wzroku, przechylał głowę z boku na bok, gdy uwagę jego zwrócił jeździec, który wstrzymał konia, by dłużéj popatrzyć na Adama, a teraz dojeżdżał do oberży pod Herbem Donnithornów.

— Odkiełznaj konia i napój go — odezwał się podróżny do stajennego, co wybiegł, słysząc tętent konia, na jego spotkanie.

— Cóż tu się dziś dzieje w waszéj pięknéj wiosce?—mówił daléj, zsiadając i zwracając się do oberżysty, — cóż to za ruch niezwykły?

— To panie, kazanie metodystów; rozgłoszono, iż młoda kobieta ma nauczać na błoniach—odparł pan Casson pogardliwym głosem, lekko wpadającym w falset. Czy pan nie zechce spocząć, czém mogę służyć?

— Niczém, muszę śpieszyć do Drosseter, chcę tylko napoić konia. A cóż na to mówi rektor, że tu młoda kobieta ma naukę pod jego nosem?

— Rektor nie mieszka tutaj, tylko w Broxton, tam oto za tym wzgórkiem. Hayslope to zapadła miejscowość, panowie się tu osiedlają z niechęcią. Wielebny Irwine przyjeżdża z kazaniem co niedziela po południu i u mnie stawia swego konia; ma teraz siwą szkapę, o którą dba bardzo. Zawsze on tu stawiał konie, nawet wówczas, kiedym jeszcze nie trzymał oberży. Nie jestem tutejszy, łatwo to poznać po moim sposobie mowy. Tu mówią tak dziwacznie, iż czasem trudno ludzi rozumiéć. Ja byłem wychowany pomiędzy państwem i nauczyłem się wymawiać, jak oni to czynią. Squire Donnithorne utrzymywał zawsze, że tutejsza ludność posługuje się jakimś dyalektęm.

— Wiem, wiem—uśmiechnął się nieznajomy,—ale tu macie zapewne niewielu metodystów, w miejscowości rolniczéj; nie byłbym nawet sądził, że się tu oni znajdują, metodyzm nie chwyta się rolników.

— Jest tu także, panie, dość rzemieślników. Jest pan Burge, majster ciesielski, przedsiębiorca wielu budowli i przeróbek, są i łomy kamienne, jest pełno fabryk w okolicy, a w Treddleston—to miasto targowe, trzy mile stąd odległe—znajdziesz pan dość metodystów, może pan jest stamtąd? Ot, patrz pan, wiele ich się już zebrało, bo my mamy ich tylko dwóch Willa Maskery kołodzieja i Seta Bede, który pracuje u cieśli.

— A kaznodziejka czy także pochodzi z Treddleston?

— O nie, ona pochodzi ze Stonyshire, blizko trzydzieści mil stąd. Jest w odwiedzinach u państwa Poyser z Hall Farm—ot tam na lewo, gdzie widać wielkie orzechowe drzewa. To rodzona siostrzenica żony Poysera, będą się dopiero gniewać na nią, że robi z siebie takie pośmiewisko. Cóż, słyszałem, że tych metodystów nikt nie powstrzyma, kiedy im raz co w głowie postanie, wściekają się za swoją religią, ta młoda osoba ma być bardzo spokojna, przynajmniéj tak mówią, bo ja wcale jéj nie znam.

— Szkoda, że nie mam czasu czekać i spojrzéć na nią. Ale jechać muszę i tak zapóźniłem się o jakie dwadzieścia minut, przypatrując się dolinie, należy ona do Squire’a Donnithorne, jak sądzę.

— Tak jest, panie, a tam leży jego rezydencya Donnithorne Chase. Jakie to tu piękne dęby, nieprawdaż? Nikt tego lepiéj ode mnie wiedziéć nie może, gdyż zarządzałem domem przez lat piętnaście. Dziedzicem będzie kapitan Donnithorne, wnuk starego Squire’a. Dojdzie w żniwa pełnoletności, dopieroż to wyprawią festyny! Do niego należéć będą wszystkie ziemie naokoło.

— Tak, jest to śliczna miejscowość—odparł podróżny, wsiadając na konia, i można tu widziéć uderzająco pięknych ludzi. Spotkałem właśnie pół godziny temu za tym pagórkiem typ, jakiego nie zdarzyło mi się widziéć w życiu, był to młody cieśla, wysoki, barczysty, z czarnemi włosami i oczyma, szedł wyprostowany jak żołnierz. Takich nam potrzeba, ażeby bić Francuzów.

— To pewno był Adam Bede, gotówem się o to założyć, syn Thiasa Bede, wszyscy go tu znają, to dzielny, pracowity, inteligentny człowiek, a jaki silny! Boże odpuść, może on przejść trzydzieści mil bez zmęczenia i podnieść w górę ciężar ważący sześć kamieni. To ulubieniec okolicznych państwa, kapitan Donnithorne i pan Irwine, niemało się nim zajmują. To téż jest on trochę wyniosły i ucinkowy.

— Dobry wieczór, muszę już jechać.

— Uniżony sługa. Dobry wieczór.

Podróżny odjechał szybkim kłusem, kiedy jednak dotarł do błoni, piękny widok, rozmaitość, jaką przedstawialy grupy wieśniaków z gromadą metodystów zebranych pod klonem, a może więcéj jeszcze ciekawość zobaczenia młodego kaznodziei płci żeńskiéj, zwyciężyły jego pośpiech i zatrzymał konia.

Błonia rozciągały się za wsią, tu droga rozdzielała się, jedna prowadziła na górę ku kościołowi, druga skręcała wdzięcznym zagięciem w dolinę. Od strony błoni ku kościołowi, widać było ostre załomki słomianych dachów chat, aż do wrót cmentarnych, ale z drugiéj, północno-wschodniéj, nic nie zasłaniało widoku potoczystych łąk, zadrzewionych dolin i odległych pagórków. Żyzna, bogata część Loamshiru, w któréj leży Hayslope, sąsiaduje z ponurym zakątem Stonyshiru, przypiera do jego nagich gór, jak rozkwitająca siostra, oparta na ramieniu wysokiego, czarnego, szorstkiego brata. W przeciągu kilku godzin podróżny wyjeżdża ze skalistéj bezleśnéj okolicy, w odmienną zupełnie, spotyka drzewa zacieniające drogi, wesołe łąki i obfite zboża, a na każdym zakręcie widać ładne rezydencye, jak gniazdka usłane wśród zieleni, albo panują co nad pagórkiem domostwa, stoczone długiemi stodołami lub złotemi stertami, to zboża z po za drzew wyglądają, wszędzie ciemna czerwień dachówki lub strzecha słomiana.

Takie właśnie wrażenie uczyniła na podróżnym świątynia w Hayslope, gdy zaczął wstępować na lekką pochyłość pagórka, i zatrzymując się przy bloniach, miał przed sobą typowy obraz téj pięknej okolicy. Wysoko na horyzoncie wznosiły się koniczne masy gór, jakby wał olbrzymi, zasłaniający fale zbóż i zieleni przed ostrym wiatrem północy, niedość oddalone, by ginąć w mgłach tajemniczych, upstrzone zaledwie dostrzegalnemi trzodami owiec, cieniowane rozmaicie zmienném światłem, zachowywały jednak zawsze nawet w złotych blaskach poranku, nawet w kwietniowe południe i przy purpurowém świetle zachodu, swój ponury charakter. A zaraz pod niemi oko zatrzymywało się na pochyłych lasach, przerżniętych paśnikami i zbożami nie powleczonemi jeszcze jednostajnym kolorytem dojrzałości; niektóre podobne do miękkiéj zieleni młodych liści dębowych i bledszych jeszcze liści jaworu lub lipy. W dolinie lasy stawały się gęstsze, jak gdyby staczały się tłumnie z pagórków i chciały lepiéj otoczyć dom, którego widać było mury, a nad którym unosił się w górę lekki niebieskawy dym. Bezwątpienia wokoło domu był wielki park, przed nim zaś staw szklisty, ale falistość łąk zasłaniała szczegóły przed okiem podróżnego. Za to odkrywały się przed nim pierwsze plany, pełne wdzięku. Słońce słało się jak tło złote, pomiędzy cieniste głębie liści, pomiędzy pióra traw, czerwone kiście szczawiu i białe balduszki cykuty. A była to właśnie chwila, w któréj odgłos ostrzonéj kosy pobudza do pilniejszego wpatrywania się w kobierzec kwiatów rozsianych na łące.

Podróżny zobaczyłby równie piękne widoki, gdyby się zwrócił na siodle trochę więcéj ku wschodowi po za domostwami i warsztatem Jonathana Burge’a, ku zielonym łanom i orzechowym drzewom Hall-Farm. Widocznie jednak więcéj zajmowali go ludzie tuż koło niego będący. Wszystkie pokolenia wioski miały tu swoich przedstawicieli, począwszy od starego ojca Taft, w ciemnéj, znoszonéj szlafmycy, zgiętego we dwoje, trzymającego się jedynie na nogach za pomocą laski, aż do dzieciaków, których okrągłe główki, w grubo watowanych czapeczkach, stanowiących ochronę od guzów, przechylały się na wszystkie strony. Ciągle ktoś przybywał; to rolnik, zjadłszy wieczorny posiłek, po powrocie z pola, chciał przyjrzéć się niezwykłemu widowisku, i otwierał szeroko spokojne wolowe oczy, dość zaciekawiony, by słuchać, co ktoś mówić będzie, nie tak przecież, by sam o coś pytał.

Wieśniacy jednak starannie odłączali się od metodystów, nie chcąc, by ich posądzono, iż należą do słuchaczy, każdy z nich odrzuciłby z oburzeniem myśl, iż przyszedł zwabiony żeńskim kaznodzieją, oni przyszli tylko tak sobie, ażeby zobaczyć, co się święci. Mężczyźni zbierali się głównie przy kuźni, nie stanowili jednak zbitéj gromadki—to nie jest w ich zwyczaju.—Wieśniacy nigdy nie szepczą pomiędzy sobą, i głosu zniżyć nie potrafią, tak samo jak krowa lub jeleń. Prawdziwy chłop odwraca się od tych, z któremi mówi, rzuca pytania przez plecy, jakby chciał uciec przed odpowiedzią, a często oddala się o jeden lub dwa kroki, kiedy najwięcéj obudzone jest jego zajęcie. Gromada więc przed kuźnią była rozsypana, i nie zasłaniała osoby kowala Chad Cranage, który z założonemi czarnemi ramionami, stał oparty o drzwi kuźni, wybuchając niekiedy głośnym śmiechem z własnych żartów, i przenosząc je widocznie nad koncepta Wiry Bena, który znalazł się także tutaj, opuściwszy szynkownię pod Ostrokrzewem z ciekawości zabaczenia czegoś nowego. Przecież różnorodne ich dowcipy budziły jednaką pogardę w Jozuem Rann.

Skórzany fartuch tego ostatniego, i jego kwaśna mina, nie zostawiały żadnéj wątpliwości, iż jest szewcem wioskowym, a znów ściągnięcie brody i żołądka, oraz poruszenia palców, miały widocznie na celu uświadomienie niewiedzącym, iż pełnił zarazem urząd zakrystyana. „Stary Jozue,“ jak go bez uszanowania zwali sąsiedzi, był widocznie w stanie ogromnego podrażnienia, ale dotąd otwierał usta jedynie, ażeby wypowiadać stłumionym głosem, podobnym do dźwięku wiolonczeli: „Sehon, król Amoreitów: On znosił go przez swe miłosierdzie, Og, król Bazańczyków, On znosił go przez swe miłosierdzie.“ Cytaty te z pozoru nie miały żadnego związku z chwilą obecną, jednakże bliżéj zbadawszy rzeczy, były jéj naturalnym wynikiem. Tym bowiem sposobem, stary Rann ocalał godność kościoła, wobec skandalicznego wtargnięcia metodyzmu, a ponieważ ta godność spoczywała teraz na jego osobie, bronił jéj wersetem psalmu, czytanego ostatniéj niedzieli.

Kobiety, ciekawsze od mężczyzn, zebrały się tuż na skraju błoni, skąd mogły się dokładnie przypatrzyć ubiorowi i zachowaniu metodystek, bardzo zbliżonemu do kwakrowskiego.

Pod klonem stał mały wózek, dostawiony przez kołodzieja, miał on służyć za katedrę, a naokoło ustawiono kilka krzeseł i ławek. Siedziało już na nich parę osób, należących do metodystów, z przymkniętemi oczyma, zatopionych w modlitwie czy rozmyślaniu. Inne stały zwrócone ku wiosce, patrząc na nią z wyrazem smutnego politowania, który bawił mocno Bessy Cranage, wesołą córkę kowala, zwaną przez sąsiadów Chad’s Bess, dziwiła się ona; czemu ci ludzie przybierają z ich powodu takie smutne miny.

Chad’s Bess budziła zaś osobliwe politowanie, z powodu, iż czepeczek włożony na sam czubek głowy, nie zakrywał jéj pięknych czarnych włosów i pozwalał dostrzedz ozdobę, którą pyszniła się więcéj, niż różowemi policzkami, to jest, wielkie kolczyki z fałszywemi granatami; ozdoba ta nietylko gorszyła metodystów, ale i własną jéj kuzynkę i imienniczkę Bess, córkę Tymoteusza, która życzyła nieraz z głębi serca, ażeby te kolczyki przepadły.

Ta druga Bess była od dawna żoną Sandy Jima, jakkolwiek blizcy wołali na nią panieńskiém nazwiskiem. Posiadała ona istną kolekcyę klejnotów właściwych mężatkom, jako to, ciężkiego dzieciaka, którego niosła na ręku, i silnego, pięcioletniego chłopca, z czerwonemi nogami, w krótkich majtkach, z zardzewiałym metalowym garnkiem, zawieszonym na piersiach, na kształt bębna. Mały jamnik Chada unikał go starannie.

Ta młoda latorośl, nosząca imię Bena Bessy Tymoteuszówny, obdarzona wielką dozą ciekawości, niepowściągnionéj fałszywym wstydem, wysunęła się przed gromadę kobiet i dzieci, i obchodziła metodystów, zaglądając im w oczy, z szeroko otwartemi ustami, uderzając kijkiem w naczynie, jakby chciała uczcić kazanie muzykalną przygrywką. A gdy jedna ze starszych kobiet odsunęła go z powagą, Ben Bessy Tymoteuszówny naprzód ją kopnął, a potém wziąwszy nogi za pas, uciekł co siły i schował się za ojca.

— A ty urwisie!—zawołał z ojcowską miną Sandy Jim,—jeśli nie będziesz spokojny, zaraz ci ten garnek odbiorę. Któż to znów widział kopać ludzi.

— Daj mi go, Jimie — wyrzekł Chad Cranage,—zaraz ja tu go zwiążę i podkuję, jak konia. — Ach! panie Casson—mówił daléj, zwracając się ku nadchodzącemu oberżyście, — jak się pan dziś miewa? Czy przychodzisz pan dopomagać rykowi, jaki ma nastąpić? Powiadają, że ludzie zawsze ryczą, słuchając swoich kaznodziei, jak gdyby mieli boleści. Co do mnie, będę ryczał tak głośno, jak niedawno pańska krowa, a wówczas kaznodzieja będzie myślał, że jestem na drodze zbawienia.

— Radzę głupstw nie robić, Chad — odparł pan Casson z godnością.—Poyser może nie pochwalać kobiecego nauczania, ale z pewnością nie byłoby mu to miło, gdyby kto natrząsał się z siostrzenicy jego żony.

— A przytém jest ona wcale ładna—dodał Wiry Ben—ja jestem za kazaniem pięknéj kobiety, nauczy ona daleko łatwiéj, niż brzydki mężczyzna. Kto wie, czy nie zostanę dziś jeszcze metodystą i nie będę się zalecał do kaznodziejki, jak Set Bede.

— Zdaje mi się, że Set za wysoko patrzy—zawyrokował pan Casson—za wysoko patrzy, rodzina téj kobiety nie byłaby zadowoloną, gdyby poślubiła prostego cieślę.

— Phi! — rzekł przeciągle Ben, — dużo to obchodżi rodzinę. Żona Poysera może nosa zadzierać, ale ta Dinah Morris jest biedną, jak tylko być może, pracuje w fabryce i utrzymuje się z trudnością. Dzielny cieśla, odrazu nawrócony na metodyzm, nie byłby wcale dla niéj złą partyą. A przytém Poyser tak wiele sobie robi z Adama Bede, jak gdyby to był jego własny siostrzeniec.

— Próżna mowa — odparł Jozue Rann—Adam i Set,—to nie wszystko jedno, nie można ich mierzyć jedną miarą.

— Być może — odparł Wiry Ben pogardliwie, — co do mnie, wolę Seta, choćby był nie wiem wiele razy metodystą. Sprzeciwiam mu się ciągle od czasu, jak pracujemy razem, a niema w nim więcéj złości jak w jagnięciu, a przytém ma on odważne serce, bo kiedyśmy w nocy zobaczyli ogień wśród starych drzew, nie robił hałasu, ale działał. Otóż i on wychodzi od Willa Meskery, a z nim Will Maskery z tak łagodnym wyrazem, jak gdyby nie potrafił nawet w gwóźdź uderzyć. A otóż i piękna kaznodziejka. Patrzcie, zdjęła kapelusz, muszę jéj się bliżéj przypatrzyć.

Kilku mężczyzn poszło za przykładem Bena, uczynił to także podróżny, a tymczasem Dina szła szybko, wyprzedzając swoich towarzyszów, ku wozowi pod klonem. Wzrost jéj, obok wysokiéj postawy Seta, nie robił wrażenia, ale gdy stanęła na wozie, zdawała się przenosić średnią miarę, choć w rzeczywistości tak nie było; wrażenie to zawdzięczała delikatności swych kształtów i spokojnym liniom czarnéj, skromnéj sukni. Podróżny zdziwiony był nie tyle jéj kobiecym wdziękiem, ile zupełném zapomnieniem o sobie, widoczném w jéj całém zachowaniu. Sądził, iż zbliży się mierzonym krokiem, pełna solennéj powagi, był pewny, iż na twarzy jéj będzie uśmiech świątobliwéj pewności siebie, albo téż gorycz wyrzutu. Znał tylko dwa typy metodystów, ekstatyczny i żółciowy. Tymczasem Dina była tak naturalną, jak gdyby szła na targ lub gdziekolwiek indziéj i zdawała się tak mało myśléć o powierzchowności własnéj, jakby to czyniło małe dziecię. Nie miała ani rumieńca, ani drżenia, które mówiłyby: „Wiem, iż sądzicie, że jestem zbyt młodą i piękną, ażeby nauczać.“ Nie spuszczała oczu, nie sznurowała ust, nie miała układu ramion, któryby znów zdawał się mówić: „Musicie mnie miéć za świętą.“ Nie trzymała książki, a ręce bez rękawiczek zwieszały się lekko założone, gdy stanęła i zwróciła siwe oczy na słuchaczy.

Wzrok jéj nie był żywy, było w nim więcéj rozmarzenia niż badawczości, a zwilżone spojrzenie świadczyło, iż umysł przepełniony potrzebuje się wypowiedziéć i nie zwraca uwagi na zewnętrzne przedmioty. Stała, z lewą ręką zwróconą na zachodzące słońce, a liściaste gałęzie chroniły ją od jego promieni; ale w tym półcieniu delikatne, matowe barwy twarzy stawały się wyraźne w swym spokoju, jak kwiaty w świetle wieczorném. Twarz to była drobna, owalna, powleczona jednostajnym kolorytem, podobna kształtem do konturów jaja, ale usta były pełne i stanowcze, nozdrza delikatne, nizkie czoło miało proste zarysy, a nad niem rozdzielały się blade, czerwonawe włosy. Włosy te, założone za uszy, przykrywał całkiem, prócz kilku promieni nad czołem, kwakierski czepeczek. Brwi tego samego koloru co włosy były proste i wyraźnie odznaczone, a rzęsy, chociaż równie jasne, wydawały się ciemniejsze z powodu swéj gęstości i długości.

W téj twarzy wszystko było wyrażném. Przypominała ona przecież białe kwiaty z płatkami zaledwie zabarwionemi. Oczy miały jedynie piękność wyrazu, spoglądały tak prosto, niewinnie, poważnie, kochająco, iż nie dopuszczały szemrania, niweczyły szyderstwo. Jozue Rann kaszlnął lekko, jakby chciał lepiéj zrozumiéć samego siebie. Chad Cranage zdjął czapkę i podrapał się w głowę, a Wiry Ben zastanowił się nad tém, jak Set mógł miéć śmiałość starać się o nią.

— Słodka kobieta—pomyślał podróżny,—ale z pewnością natura nie utworzyła jéj na kaznodziejkę.

Może był to jeden z tych, co sądzą, iż natura tworzy ludzi jak aktorów, że stara się o ułatwienie sztuki i psychologii, urabiając charaktery w ten sposób, by się na nich omylić nie można.

Dina mówić zaczęła.

„Najmilsi przyjaciele! — wyrzekła wyraźnie, ale nie podnosząc głosu,— módlmy się o blogosławieństwo.“

Przymknęła oczy i spuszczając trochę głowę, mówiła spokojnie w ten sam sposób, jakby to czyniła do kogoś blizko stojącego.

„Zbawicielu grzeszników! Kiedy biedna, obciążona grzechami kobieta przyszła do studni zaczerpnąć wody, spotkała Cię tam. Ona ciebie nie znała, nie szukała, umysł jéj był ciemny, życie pełne błędów, ale Tyś do niéj przemówił, Tyś ją nauczał, Tyś pokazał, że życie jéj leży przed Tobą otwarte, i gotów byłeś dać jéj to błogosławieństwo, którego nigdy nie szukała. Jezu! Ty jesteś pomiędzy nami, znasz wszystkich ludzi; jeśli tu jest kto podobny do téj kobiety,— jeśli tu znajdują się tacy, co mają zaciemniony umysł i grzeszne życie—jeśli nie szukają Ciebie, nie pragną Twojéj nauki, pokaż im miłosierdzie podobne temu, jakie miałeś dla niéj. Przemów do nich, Panie, otwórz ich uszy na słowa Twoje, wzbudź w nich praguienie tego zbawienia, które gotów jesteś uczynić ich udziałem!... Panie! Ty zawsze jesteś z ludem Twoim. Ci, co cię szukają, znajdują Cię w nocach czuwania! serce ich goreje, kiedy do nich przemawiasz. Ale jesteś także blizkim tych, którzy Cię nie znają, otwórz ich oczy, niech Cię ujrzą, niech zobaczą, jak płaczesz nad niemi i mówisz: Czemu nie przychodzicie do mnie po życie?— jak wisząc na krzyżu, wołasz: Ojcze! przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią, aż wreszcie przyjdziesz w całéj Swéj chwale, ażeby ich osądzić. Amen.“

Dina podniosła powieki i zatrzymała się, patrząc na gromadę wieśniaków, zbierającą się teraz po prawéj stronie.

„Drodzy przyjaciele—mówiła znowu, trochę głos podnosząc—wszyscy bywacie w kościele i słyszeliście, jak duchowny czytał te słowa: Duch Pański jest ze mną i On rozkazał mi opowiadać ewangielię ubogim. Są to słowa Chrystusa. — On powiedział, iż przyszodł dobrą wieść opowiadać ubogim. Nie wiem, czyście się nad tém kiedy zastanowili, ale opowiem wam, kiedym ją pierwszy raz usłyszała. Było to w taki sam wieczór, gdy byłam małą dziewczynką, i ciotka, która mnie wychowała, zaprowadziła na kazanie, wypowiedział je dobry człowiek pod gołém niebem. Pamiętam dobrze twarz jego, był bardzo stary i miał długie białe włosy, głos jego był łagodny, prześliczny, nie podobny do żadnego dotąd słyszanego głosu. Byłam małą dziewczynką, niewiele co rozumiałam, ale ten człowiek wydał mi się tak odmienny od wszystkich ludzi, iż pomyślałam, że on zstąpił z nieba, ażeby nas nauczać i zapytałam: Ciociu, czy on powróci potém do nieba, jak to widziałam w biblii na obrazku?

„Był to Wesley, który spędził życie, jak Chrystus rozkazał, na nauczaniu — a spoczął w Bogu ośm lat temu. Dowiedziałam się o nim wielu rzeczy dużo późniéj, a jakkolwiek byłam wówczas głupiém dzieckiem, zapamiętałam przecież jednę rzecz, jaką powiedział w swém kazaniu, to mianowicie, że ewangielia znaczy dobrą nowinę, a jak wiecie, ewangielią jest to, co biblia mówi o Bogu.

„Pomyślcie nad tém. Jezus Chrystus rzeczywiście zstąpił z niebios, jak to ja głupie dziecko myślałam, że uczynił tak Wesley, a zstąpił, aby opowiedziéć ubogim dobrą nowinę o Bogu. Otóż my wszyscy, i ja i wy, drodzy przyjaciele, jesteśmy ubodzy, wychowaliśmy się w ubogich chatach, kołysali nas na słomie i mamy twarde życie; małośmy się uczyli i niewiele wiemy o tém wszystkiém, co się wkoło nas dzieje. My właśnie potrzebujemy dobréj nowiny, bo ten, komu dobrze na świecie, mniéj się o nią troska, ale kiedy biedni ludzie mają kłopoty i ciężką pracę, potrzeba im wiedziéć, iż mają przyjaciela, który ich wspomódz może. My zawsze coś wiemy o Bogu, choćbyśmy nawet nie znali téj dobréj nowiny, jaką nam przyniósł Zbawiciel, bo wiemy, że wszystko od Boga pochodzi i mówimy zawsze: To i owo będzie, jeśli Bóg pozwoli, naprzykład, rozpoczniemy sianokos, jeśli Bóg ześle nam trochę słońca. Wiemy, iż wszystko jest w Jego ręku, nie myśmy żądali przyjścia na świat, i nie możemy zostawać na nim według woli; i jutrzenka, i wiatr i zboże i krowy, które nam mleko dają, od niego pochodzą. On to dał nam duszę, i wzniecił miłość między rodzicami a dziećmi, między mężem a żoną. Ale czyż to jest wszystko, co o Bogu wiedziéć mamy? Jest On wielkim, potężnym, czyni, co mu się podoba; jesteśmy jakby zgubieni w oceanie, kiedy probujemy myśléć o Nim.

„Może téż rodzi się w was zwątpienie, że Bóg nie zajmuje się takiemi jak my biedakami. Może stworzył tylko świat dla wielkich, mądrych, bogatych. Nicby go to przecież nie kosztowało dać nam trochę pożywienia i odzieży; ale kto wie, czy dba On o nas więcéj, niż o marne robaki, lub jarzyny, które hodujemy w ogrodach? Czy Bóg się nami zajmie, gdy będziemy umierać, gdy będziem kalecy, chorzy, bezsilni? A może téż jest On na nas rozgniewany, inaczéj dlaczegoż zsyłałby grad, złe zbiory, chorobę i wszystkie inne nieszczęścia lub klęski? Bo życie nasze jest trosk pełne, a jeśli Bóg daje nam dużo dobrego, daje téż i złe. Dlaczego? Dlaczego?

„Ach! drodzy przyjaciele, brak nam wielkiéj wiadomości o Bogu, a cóż znaczą wszystkie wiadomości tego świata, jeśli téj jednéj nie mamy? Wszystko inne ma swój koniec, gdy umrzemy, porzucimy wszystko, ale Bóg trwa wiecznie. Cóż poczniemy, jeśli On nie będzie nam przyjacielem?“

Tu Dina powiedziała o przyjściu dobréj nowiny i jak boskie miłosierdzie nad ubogiemi ujawniło się w życiu Jezusa, który urodził się wśród maluczkich, który ich ukochał.

„Widzicie więc, drodzy przyjaciele! — mówiła daléj—Jezus całe swoje życie dobrze czynił ubogim, nauczał ich pod gołém niebem, uczynił swoich przyjaciół z biednych pracowników, uczył ich i męczył się nad niemi. Nie odtrącał jednak bogatych, bo był pełen miłości dla wszystkich ludzi, bez wyjątku, ale wiedział, że ubodzy najwięcéj go potrzebują, uleczył więc chromego, chorego, ślepego, uczynił cud, ażeby głodnych nakarmić, bo, jak wyrzekł, cierpiał z niemi, był bardzo dobry dla małych dzieci, pocieszał tych, co stracili przyjaciół, przemawiał łaskawie do biednych grzeszników, jeśli tylko żałowali za grzechy.

„Czyżbyście nie kochali podobnego człowieka, gdybyście go znali, gdyby był pomiędzy wami w téj wiosce? Jakież on miał wspaniałe serce, jakiżby to był przyjaciel w nieszczęściu? Jak słodkiemi musiały być jego nauki?

„Otóż kto to był? Czy był to tylko człowiek jak nasz drogi Wesley, który został wzięty z pomiędzy nas?... To był Syn Boży, obraz swego Ojca, jak biblia powiada, to znaczy zupełnie do Niego podobny, Ten, który jest początkiem i końcem, którego poznać potrzebujemy. Więc cała ta miłość, jaką Jezus okazywał ubogim, jest miłością, jaką Bóg ma dla nas. Możemy rozumiéć, co czuł Jezus, bo przyszedł na świat w ciele takiém jak nasze, i mówił takiemi słowami, jak my mówimy jedni do drugich. Przed nim Bóg był istotą straszliwą—był to Bóg stwórca świata i grzmotu i błyskawicy. Nigdy nie można go było widziéć, On tylko widział to, co było jego dziełem, a niektre z tych dzieł były przerażające, bez dreszczu myśléć o nich nie możemy. Ale Zbawiciel pokazał nam Boga pod inną postacią, którą my prostaczkowie jesteśmy w stanie zrozumieć, pokazał nam Boże serce i Jego dla nas uczucia.

„Zastanówmy się jeszcze, dlaczego Jezus zstąpił na ziemię! On sam pawiedział: Przyszedłem szukać i zbawić tych, co byli zgubieni. A innym razem znów mówił: Nie przyszedłem dla sprawiedliwych, ale dla grzeszników, abym ich skłonił do pokuty.

„Zgubieni... Grzesznicy... Drodzy bracia, to znaczy was i mnie.“

Do téj pory podróżny był przykuty do miejsca urokiem słodyczy wysokiego głosu Diny. Głos ten miał różne odcienie, jak dźwięczne muzyczne narzędzie, użyte z wrodzoném poczuciem. Rzeczy, które wypowiadała, jakkolwiek pełne prostoty, zdawały się nowemi, jak znana melodya budzi w nas nowe wrażenia, kiedy jest wykonaną z uczuciem; spokojna siła przekonania, z jaką przemawiała, zdawała się rękojmią rzeczywistości jéj posłannictwa. Spostrzegł także, iż zupełnie zawładnęła słuchaczami. Wieśniacy przybliżyli się, a na wszystkich trwarzach widać było głęboką uwagę. Mówiła płynnie, ale powoli, zatrzymując się, gdy rzucała pytanie, lub kiedy przechodziła na inny przedmiot. Nie zmieniała postawy, nie robiła żadnego ruchu, wrażenie otrzymywała jedynie za pomocą giętkości głosu. Gdy zaś doszła do pytania: „Czy Bóg dbać będzie o nas w chwili śmierci?“ wypowiedziała to tak żałośnie, iż wycisnęła łzy z oczów, najmniéj do nich skłonnych.

Nieznajomy przestał już wątpić, iż kaznodziejka potrafi opanować uwagę swych gminnych słuchaczy, ale nie dowierzał, by zdolną była wzbudzić głębokie wzruszenie, uważane jako konieczny dowód powołania wśród metodystów, aż do chwili, w któréj wyrzekła: „Zgubieni... grzesznicy“. Zaszła wtedy wielka zmiana w jéj głosie i zachowaniu. Przed tym wykrzyknikiem było długie milczenie, a przez ten czas zdawała się dręczyć niespokojnemi myślami, które odbiły się na jéj rysach. Blada twarz pobladła więcéj jeszcze, powieki nabrzmiały łzami, a łagodne oczy przybrały wyraz przerażenia i litości, jakby nagle dostrzegła nad ludem unoszącego się anioła mściciela. Głos jéj stał się głęboki i stłumiony, ale ona sama była nieruchomą. Nie miała zgoła żadnego podobieństwa ze zwykłym typem kaznodziei. Nie mówiła w sposób, w jaki słyszała innych mówiących, wypowiadała własne wzruszenia według tego, jak powstawały w jéj sercu pełném prostoty.

Teraz pochwycił ją prąd nowych uczuć. Straciła swój spokój, mowa stała się szybszą, urywaną, gdy próbowała stawić na oczy słuchaczom ich winy, ich namiętności, ich nieposłuszeństwo Bogu— gdy przedstawiała szkaradę grzechu, miłosierdzie Boga i boleść Odkupiciela, który otworzył drogę zbawienia. Wreszcie zdawało się, iż z rosnącą żądzą nawracania błędnych owieczek nie mogła poprzestać na zbiorowéj do nich przemowie. Zwracała się to do jednéj to do drugiéj osoby, zaklinając ze łzami, ażeby zmieniły życie, dopóki czas jeszcze; malowała stan ich duszy zapadłéj w grzechy, zakochanéj w marnościach świata, oddalonéj od Boga i Ojca, oddalonéj od miłości Zbawiciela, który oczekuje i pragnie tylko, by się ku niemu nawrócili.

W odpowiedzi rozbrzmiały westchnienia i łkania metodystów, ale umysły wieśniaków nie zapalają się tak prędko, zaledwie widać było tu i owdzie lekkie wzruszenie, a i to mogło zniknąć bez śladu. Działało na nich kazanie Diny, bo nikt się nie oddalał prócz dzieci i głuchego ojca Taft, który tylko tu i owdzie chwytał jakieś słowo. Wiry Ben był jakiś nie swój, żałował niemal iż przyszedł na kazanie Diny, bo myślał, iż to, co mówiła, nieraz mu się przypomni, przecież doznawał pewnéj przyjemności, patrząc na nią i słysząc dźwięk jéj głosu, trudna rada, tak było, lękał się tylko, by nie spojrzała w tę stronę i nie zwróciła się wprost do niego. Uczyniła to już względem Sandy Jima, który trzymał teraz dziecko na ręku, wyręczając żonę, i ten barczysty robotnik o miękkiém sercu otarł cichaczem parę łez, rodziło się w nim niejasne postanowienie poprawy, myślał o tém, by rzadziéj chodzić pod Ostrokrzew i myć się porządniéj co niedziela.

Przed Sandy Jimem stała Bessy Chada, dająca wyraźne oznaki niezwykłéj uwagi, od chwili, gdy Dina mówić zaczęła. Nie odrazu zajęła ją treść nauki, przeciwnie, z początku zadawała sobie pytanie, jaką przyjemność znajdować mogła w życiu młoda kobieta, nosząca taki czepeczek jak Dina, potém nie mogąc tego zrozumiéć, zaczęła przypatrywać się jéj nosowi, oczom, ustom, włosom, niepewna, czy ładniéj jest miéć podobnie bladą twarz, czy téż tłuste, czerwone policzki i czarne oczy, jak ona sama. Wreszcie podziałała na nią powaga nauczającéj, i zdała sobie sprawę ze znaczenia słyszanych wyrazów. Łagodne, pełne miłości przestrogi wcale jéj nie wzruszyły, dopiero przestraszyły ją groźby. Biedną Bessy uważali wszyscy za niedobrą dziewczynę, wiedziała o tém; jeżeli zaś do zbawienia potrzeba cnoty, rozumiała, jak źle jest z nią w tym względzie. Nigdy w kościele nie mogła znaléźć swego miejsca, podśmiechiwała się nieraz drwiąco przy ukłonie składanym panu Irwine, a opuszczeniu w nabożeństwie towarzyszyło także opuszczenie w moralności, bo Bessy należała do tych niepewnych charakterów, którym dowierzać nie można. Sama wiedziała, że tak jest, i nie wstydziła się tego wcale. Teraz jednak doznała takiego uczucia, jak gdyby konstabl miał przyjść po nią i stawić przed sprawiedliwością. Przeraziło ją to, iż Bóg, o którym sądziła, iż jest bardzo od niéj dalekim, był, przeciwnie, blizko, że Pan Jezus tuż-tuż patrzył na nią, chociaż ona go nie widziała. Dina wierzyła w widome manifestacye Jego i tę wiarę, zwykłą pomiędzy metodystami, potrafiła przelać w słuchaczy, przekonywając, że jest On cieleśnie pomiędzy niemi, że każdéj chwili może im się objawić i pobudzić ich do żalu i pokuty.

„Patrzcie!—wołała, zwracając się na lewo, z oczyma wzniesionemi w jeden punkt po nad głowami tłumu, — patrzcie, Pan tam płacze i ręce ku wam wyciąga, słuchajcie słów Jego: Jakże często zgromadzić was chciałem, jak kokosz pod skrzydła pisklęta swoje gromadzi, a wyście nie chcieli.“ Powtarzała to tonem głębokiego wyrzutu, zwracając znów oczy na otaczających. „Patrzcie na rany Jego drogich rąk i nóg, wasze to grzechy je sprawiły! Ach! jakżeż On blady, jak bolesne Jego spojrzenie. Przeszedł przez męczarnie góry Oliwnéj, kiedy dusza jego była śmiertelnie smutną, a wielkie krople potu spadały niby krew na ziemię. Był opłwany, spoliczkowany, bity, wyszydzony, włożono na pokaleczone ramiona krzyż ciężki, przygwożdżono go doń. Co za ból! Usta Jego spieczone pragnieniem, a wśród konania urągają mu jeszcze. Ale temi spieczonemi usty On modli się za swych oprawców. „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.“ Kiedy padła na Niego przeważnie ciemność, i czuł to, co czuje grzesznik na wieki odtrącony od Boga, przepojony tą ostatnią kroplą goryczy, zawołał: „Boże! Boże! Czemuś mnie opuścił?“

„Wszystko to przecierpiał On dla was! A wy nigdy o Nim nie myślicie. Dla was. A wy się od niego odwracacie, nie dbacie o to, co dla was uczynił. A jednak On ciągle was przywołuje, zmartwychpowstał i modli się za was, siedząc po prawicy Boga. Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. On także jest na ziemi, jest pomiędzy nami, jest tu blizko. Widzę Jego poranione ciało i wzrok miłości pełen.“

Tu Dina zwróciła się do Bessy Cranage, litując się nad jéj wielką młodością i próżnością widoczną.

„Biedne, biedne dziecię! On cię ostrzega, a ty tego nie słyszysz. Myślisz o kolczykach, ładnych sukniach, ozdobach, a nie myślisz o Zbawicielu, który śmierć poniósł dla twojéj duszy. Kiedyś policzki twoje będą pomarszczone, włosy siwe, ciało nędzne i drżące. Wówczas to uczujesz, jak twoja dusza daleką jest od zbawienia, wówczas to staniesz przed Bogiem okryta grzechami, złością i marnemi myślami. A pan, który dziś gotów ci jest do pomocy, nie pomoże ci wówczas. Nie chciałaś miéć w Nim zbawiciela, będziesz miała sędziego. Dziś on spogląda na ciebie z miłosierdziem, mówiąc: Chodź do mnie po żywot. Wówczas odwróci się od ciebie i powie: Idź w ogień wieczny.“

Czarne oczy biednéj Bessy napełniały się łzami, jéj tłuste, czerwone policzki i usta zbladły, a twarz skrzywiła się jak twarz dziecka przed wybuchem płaczu.

„Biedne, ślepe dziecię — mówiła daléj Dina — gdyby téż przytrafiło ci się to, co się przytrafiło jednéj ze sług bożych przed nawróceniem. Myślała ona tylko o koronkowych czepeczkach, odkładała pieniądze, aby je kupować, nie troszczyła się o to, by mieć czyste serce i umysł, chciała jedynie miéć koronki piękniejsze, niż je miały inne dziewczęta. Tymczasem, gdy włożyła inny czepeczek i spojrzała w lustro, ujrzała skrwawioną twarz w cierniowéj koronie. Ta twarz spogląda teraz na ciebie“. Tu Dina wskazała w jéj stronę. „Odrzuć od siebie te marności, odrzuć, jakby to były kąsające żmije. One zatruwają twą duszę, ciągną cię w bezdenną przepaść, a gdy w nią wpadniesz, pozostaniesz na wieki zdała od świata i Boga.“

Bessy dłużéj już wytrzymać nie mogła, padła na nią wielka trwoga i wyrywając z uszu kolczyki, rzuciła je, łkając, na ziemię. Ojciec zaś jéj lękając się, żeby i jemu się coś podobnego nie dostało, uważał bowiem ten czyn córki za cud prawdziwy, oddalił się szybko i wziął się do roboty przy kowadle, jakby w niém szukał bezpieczeństwa: „Wszystko to dobrze, mruczał, ale czy jest kazanie, czy go niéma, konie potrzebują podków, a dyabeł nie może miéć do mnie przystępu z tego powodu.“

Teraz Dina zaczęła mówić o radościach, czekających pokutników, i opisywać swym prostym sposobem boski spokój i miłość, napełniające serca wierzących, opowiadała, jak poczucie miłości bożéj zamienia ubóstwo w bogactwo i daje zadowolenie tak wielkie, iż nie zakłóca go już żadne marne pragnienie ani trwoga, jak wreszcie zamiera pokusa, a niebo zaczyna się już na ziemi, bo żadna chmura nie staje pomiędzy duszą a Bogiem, będącym wiekuistém słońcem.

„Drodzy bracia!—rzekła w końcu,—bracia i siostry, kocham was jako tych, za których Pan umarł, wierzajcie mi, ja wiem, jakiém szczęściem jest to przeświadczenie, a ponieważ wiem, chciałabym, żeby szczęście to i waszym było udziałem. Jestem jak wy, uboga, muszę własnemi rękoma zarabiać na życie, a przecież żaden bogacz, nie mający w sercu miłości Boga, nie może być odemnie szczęśliwszy. Pomyślcie tylko, jakie to szczęście nienawidzić grzechu jedynie, kochać całe stworzenie, niczego się nie lękać, miéć pewność, iż wszystko musi obrócić się na dobre, nie zważać na cierpienie, skoro ono z woli Ojca naszego pochodzi, wiedziéć, że nic, nic w świecie, choćby cała ziemia spłonęła lub zalaną została, nie może nas rozdzielić z tym Bogiem, który nas kocha, który zapełnia nasze serca miłością i spokojem, bo jesteśmy pewni, że wola Jego jest święta, jest sprawiedliwa i dobra.

„Śpieszcie, drodzy przyjaciele, po takie błogosławieństwo, ono was oczekuje, jest to owa dobra nowina, przyniesiona przez Jezusa ubogim. Bogactwa duchowe nie mają nic wspólnego z bogactwami ziemskiemi, a zwykle im więcéj jesteśmy w posiadaniu jednych, tém mniej dla drugich zostaje. Bóg nie ma początku ani końca, miłość Jego jest bez granic.

Łaska boża jest jak morze,

Nikt wyczerpać jéj nie zdoła,

Starczy wszystkim i napoi

Każdego, co o nią woła.“

Dina mówiła przynajmniéj przez godzinę, a czerwony blask kończącego się dnia dodawał majestatu jéj ostatnim słowom. Podróżny, który zajmował się kazaniem, jakby rozwojem jakiego dramatu—bo jest jakiś urok w szczeréj, nieprzygotowanéj wymowie ujawniającéj wewnętrzny dramat, jaki ma miejsce w duszy mówcy— teraz zwrócił konia i pojechał daléj.

Dina rzekła jeszcze: „Teraz, bracia, zaśpiewajmy razem.“ Więc, gdy był na drodze wznoszącéj się ku pagórkowi, dochodziły go głosy metodystów, naprzemian wzbijające się zachwytem i tchnące smutkiem, stosownie do słów hymnu.

3. Po kazaniu.

W godzinę późniéj Set szedł obok Diny ścieżką około płota, który otaczał łąki i zboża leżące pomiędzy wsią a Hall Farm. Dina zdjęła swój mały kwakierski kapelusz, ażeby lepiéj używać świeżego powietrza wieczora, a Set śledził wyraz jéj twarzy, układając w głowie to, co chciał jéj powiedzieć. Wyraz to był pełen bezwiednéj powagi—zamyślenia nie mającego nie wspólnego z obecną chwilą, ani z własną osobą, wyraz, mogący najbardziéj onieśmielić kochanka. Nawet chód jéj sam miał w sobie coś, co mogło odebrać nadzieję. Znać w nim było siłę, niepotrzebującą podpory żadnéj. Set czuł to niewyraźnie i powiedział sobie: „Ona jest zbyt dobrą, zbyt świętą dla kogobądź na świecie, a cóż dopiero dla mnie“ Ale słowa te więzły mu w gardle, gdy znów myśl inna dodała mu odwagi. „Nie ma na świecie człowieka, coby ją kochał tak jak ja, i zostawił jéj tak zupełną swobodę słuchania bożego natchnienia.

Wyczerpawszy rozmowę o Bessy, milczeli teraz oboje. Dina zdawała się zapominać o obecności Seta, szła szybko, za parę minut mieli dojść do Hall Farm i to dodało młodemu człowiekowi odwagi —przemówił.

— Więc jesteś zdecydowana, Dino, wracać w sobotę do Snowfield?

— Tak—odparła spokojnie,—jestem tam powołana, przyszło mi na myśl, kiedy modliłam się w nocy, w niedzielę, że jedna z sióstr, chora Allen potrzebuje mnie. Widziałam ją tak, jak widzimy ten nikły, biały obłok, podnoszącą swą biedną, wychudłą rękę, i wzywającą mnie. A dziś rano, gdy nie wiedząc co czynić, otworzyłam biblię, oczy moje padły naprzód na te wyrazy: „I gdyśmy mieli widzenie, natychmiast udaliśmy się do Macedonii.“ Gdyby nie tak jasno wyrażona wola Pańska, ociągałabym się jeszcze, bo kocham moję ciotkę, jéj dzieci i tę biedną zbłąkaną owieczkę Hetty Sorrel. Modliłam się za nią ciągle w tych dniach i jestem przekonaną, że Bóg okaże nad nią miłosierdzie.

— Oby tak było—odparł Set,—bo serce Adama przylgnęło do niéj tak bardzo, iż on nigdy nie pokocha innéj kobiety; a jednak smutnoby mi było, gdyby się ożenił, bo nie mogę sobie wyobrazić, by ona dała mu szczęście. Wielka to tajemnica, jakim sposobem serce człowieka wybiera jednę kobietę pomiędzy wszystkiemi innemi, jakie widzi na świecie i łatwiéj mu siedm lat pracować, ażeby ją otrzymać, jak Jakób Rachelę, niż zwrócić się do innéj. Nieraz zastanawiam się nad słowami: „I Jakób służył siedm lat, i te lata zdawały mu się dniami z powodu miłości, jaką miał dla Racheli.“ Tak samo byłoby ze mną, Dino, gdybyś mi dała nadzieję, że za siedm lat pozyskać cię mogę. Wiem, że sądzisz, iż mąż zabierałby zbyt wiele miejsca w twéj myśli, bo Ś-ty Paweł mówi: „Ta co idzie za mąż, dba o rzeczy światowe i o to, jak podobać się mężowi.“ Może więc uważać to będziesz za zbyt wielką śmiałość z mojéj strony, jeśli znowu powracam do tego, com ci mówił ostatniéj soboty. Ale myślałem o tém ciągle we dnie i w nocy, modliłem się o to, by nie zaślepiało mnie przekonanie, że co jest dobrém dla mnie, dla ciebie także dobrém być musi, i znalazłem więcéj tekstów za tém, ażebyś mnie poślubiła, niż przeciwnych, bo nawet Ś ty Paweł mówi wyraźnie: „Chcę, żeby młode kobiety szły zamąż, dzieci rodziły, rządziły domem, nie daly nieprzyjacielowi powodu do obmowy,“ a znowu w inném miejscu: „Lepiéj być dwojgu niż jednemu.“ To odnosi się także do małżeństwa. My bylibyśmy jedném sercem i jedną myślą, Dino. Służymy jednemu Bogu, jednych darów pragniemy, a choćbym został twoim mężem, nigdybym ci nie przeszkadzał czynić tego, do czego cię Bóg powołał. Zadowolnię cię, czém zechcesz, zachowasz całą swobodę—będziesz nawet swobodniejszą niż dzisiaj, bo musisz teraz sama zarabiać na życie, a ja jestem dość silny, by pracować na nas dwoje.

Raz zacząwszy mówić o swoich nadziejach,—Set ciągnął daléj poważnie, prawie pośpiesznie, z obawy, ażeby Dina nie odezwała się z jakiém stanowczém słowem, zanim wypowie wszystkie przygotowane argumenta. Lica jego rozgorzały, łagodne oczy zapełniły się łzami, głos drżał, gdy wymawiał te ostatnie wyrazy.

Doszli właśnie do ciasnego przejścia, pomiędzy wałem z kamieni, jakiemi często w Loamshire zastępują ogrodzenie. Dina zatrzymała się, zwróciła do Seta, i wyrzekła swym słodkim, spokojnym, nieco stłumionym głosem:

— Dzięki ci, Secie, za twą miłość ku mnie; gdybym była w stanie kochać inną niż chrześcijańską, braterską miłością, zdaje mi się, iż pokochałabym ciebie. Ale serce moje nie jest skłonne do małżeństwa, to dobre dla innych kobiet. Wielka to i błogosławiona rzecz być żoną i matką, ale jaką drogę Bóg przeznaczył człowiekowi, taką iść powinien. Bóg powołał mnie do służenia bliźnim, nie będę miała ani smutków ani radości własnych, ale płakać będę z temi, co płaczą, i cieszyć się z temi, co się cieszą. Powołał mnie do wypowiadania słowa swojego i błogosławi mojéj pracy. Tylko za wskazówką jego mogłem opuścić braci i siostry w Snowfield, mających bardzo mało dóbr ziemskich, gdzie tak mało drzew, iż dziecko porachować je może i gdzie bardzo ciężko jest przebyć zimę. Daném mi było pomagać, pocieszać, wzmacniać naszę małą gromadkę, nawrócić wielu zbłąkanych, i o tém tylko myślę od chwili obudzenia, do téj, w któréj idę na spoczynek. Życie zbyt krótkie, a praca bozka zbyt wielka, bym miała czas założyć własne ognisko. Nie jestem głucha na słowa twoje, Secie, bo gdym spostrzegła, że daną mi była twa miłość, sądziłam, że jest to wskazówka Opatrznoéci, ażebym zmieniła stan, byśmy sobie byli wzajem pomocą i myśl tę stawiłam przed Panem. Ale kiedym tylko chciała zastanawiać się nad małżeństwem i nad wspólném życiem, przychodziły mi na myśl chwile, gdym się modliła przy chorych, przy konających, gdym miała nauki, gdy serce moje rozpływało się z miłości i otrzymywałam dar słowa. A kiedym otworzyła biblię, szukając porady, zawsze natrafiłam na wyraźne wskazówki, jaki jest mój obowiązek. Zdaje mi się, że cokolwiekbyś uczynił, byłbyś zawsze zawadą a nie pomocą na téj mojej drodze. Widzę téż, iż Bóg nie chce naszego małżeństwa, On skłania serce moje w inną stronę. Pragnę żyć i umrzéć bez męża i dzieci. Zdaje mi się, iż w duszy méj niéma miejsca na osobiste potrzeby i trwogi, bo podobało się Bogu przepełnić ją potrzebami i cierpieniami bliźnich.

Set nie był w stanie odpowiedziéć; szli daléj w milczeniu, aż wreszcie, gdy blizko byli wrót dziedzińca, wyrzekł:

— Niech i tak będzie, Dino, muszę starać się o siłę, ażeby znieść to, co mi jest zesłane, ale widzę teraz, jak słabą jest moja wiara. Zdaje mi się, że kiedy się oddalisz, nie będzie już w niczém dla mnie radości. Zdaje mi się, że uczucie, jakie mam dla ciebie, jest wyższe od zwykłéj miłości, bo ja byłbym szczęśliwy, nie będąc nawet twoim mężem, gdybym tylko mógł przenieść się do Snowfield i być blizko ciebie. Ufałem, iż ta wielka miłość, zesłana przez Boga, była wskazówką dla nas obojga, ale widocznie jest to tylko próba. Być może, iż kocham cię więcéj, niż wolno kochać stworzenie, bo nieraz zwracam do ciebie to, co napisane jest w hymnie:

Gdy wśród ciemności zajaśniała,

Rozpoczął się dla mnie dzień;

To dla méj duszy gwiazda ranna,

To złoty słońca promień.

Może to źle i powinienem się poprawić, nie miałabyś jednak powodu uskarżać się na mnie, gdyby rzeczy tak się obróciły, a ja mógł porzucić tę okolicę i przenieść się do Snowfield.

— Secie, nie chciałabym, ażebyś lekkomyślnie porzucił rodzinę, radzę ci czekać cierpliwie. Nie czyń nic bez wyraźnego bożego nakazu Snowfield jest to pusta i smutna okolica, niepodobna do téj, w któréj żyjesz. Nie trzeba się śpieszyć, ani szukać gwałtownie zmiany losu, potrzeba czekać natchnienia.

— Ale gdybym potrzebował przesłać ci, lub powiedziéć ci co, pozwolisz mi napisać do siebie, Dino.

— Naturalnie, donieś mi, gdybyś miał niepokój lub zmartwienie. Modlić się za ciebie będę ciągle.

Doszli teraz do wrót dziedzińca, a Set się odezwał:

— Nie pójdę już daléj, więc tutaj pożegnać cię muszę.

Podała mu rękę, on zatrzymał się i wyrzekł jeszcze po chwili wahania.

— Kto wie, czy kiedyś nie będziesz się odmiennie zapatrywała na rzeczy, może przyjść nowe natchnienie.

— Dajmy temu pokój, Secie, dobrze jest tylko żyć w chwili obecnej — wyczytałam w jednéj z książek Wesleya. Ty i ja nie powinniśmy robić planów przyszłości, potrzeba nam słuchać i ufać. Żegnam cię.

Ścisnęła raz jeszcze jego rękę ze smutnym wyrazem w oczach i weszła za wrota, a Set odwrócił się, powoli idąc ku domowi. Zamiast jednak iść prosto, szedł tą drogą, którą odprowadzał Dinę, i zdaje się, że jego chustka z błękitnego płótna była mokrą od łez, zanim spostrzegł, że należy się uspokoić i twarz ułożyć, wracając do domu. Miał dopiero lat dwadzieścia trzy i po raz pierwszy zrozumiał, co to kochać i kochać z całem uwielbieniem, jakie młody człowiek miéć może dla młodéj kobiety, gdy czuje, że ona jest wyższą i lepszą od niego. Taka miłość zmienia się niemal w cześć religijną. Czyż tak nie jest z każdą głęboką i wielką miłością? czy odnosi się ona do kobiety, do dziecka, do sztuki? Pieszczoty, tkliwe wyrazy, zachwyt wobec jesiennego zachodu słońca, wspaniałéj budowy, poważnego posągu, symfonii Beethovena budzi poczucie, że są to tylko fale odbite z oceanu nieskończonéj miłości i piękna. Najwyższe wzruszenie jest milczące, a najwyższa miłość po za istotą, która ją budzi, gubi się w poczuciu czegoś boskiego i tajemniczego.

Ten błogosławiony dar wielbiącéj miłości jest od początku świata udziałem wielu pokornych a silnych, nic więc dziwnego, jeśli podobną miłość odczuł rzemieślnik metodysta więcéj, niż pół wieku temu, kiedy jeszcze pozostały blaski po czasie, w którym Wesley i jego współwyznawcy opowiadali niezmordowanie słowo boże ubogim.

Blaski te dawno już zagasły, a teraz z trudnością wyobrazić sobie możemy, iż amfiteatr wzgórz zielonych, albo téż cień drzewa, były widownią nauczania. Zbierali się w niéj prości ludzie, znużone kobiety, a wszyscy zatopieni byli w wierze, stanowiącéj dla nich rodzaj wykształcenia. Wiara ta uprzytomniała im przeszłość, unosiła myśl poza granicę naszego marnego bytu i przejmowała ich poczuciem wszechobecności miłującego Boga, słodkiej dla nich, jak powiew letni dla tych, co nie mają domu.

Być może, iż dla wielu moich czytelników metodyzm przywodzi tylko na myśl nizkie domostwa, ciemne ulice, brudne handle, pijanych kaznodziei, przemowy pełne hipokryzyi — bo w ten sposób sądzony jest metodyzm w wielu eleganckich kołach. Kto tak myśli, popełnia omyłkę, bo przyznać muszę, iż Dina i Set byli rzeczywiście metodystami, nie metodystami dni obecnych, którzy czytają kwartalniki i uczęszczają do pięknych kaplic, ale metodystami dawnéj szkoły. Wierzyli oni w cochwilowe cuda, w nagłe nawrócenia, w sny prorocze, w wizye. Badali wyroki boże przez otwarcie biblii na chybił trafił, i wyczytane słowa rozumieli w literalném znaczeniu, nie troszcząc się o żadne komentarze, wreszcie, muszę przyznać także, iż mowa ich nie była poprawną, i że nie odebrali wykształcenia. Jednakże, jeśli dobrze rozumiem historyę religii — wiara, nadzieja i miłość niezawsze szła w parze z wysoką edukacyą, a dzięki niebu, można przy małéj wiedzy miéć wzniosłe uczucia.

Surowa słonina, któréj prosta kobieta ujmuje ze swych skromnych zapasów, ażeby uleczyć dziecię sąsiadki, może być zupełnie bezskutecznym lekiem, ale szlachetna chęć niesienia pomocy nie traci przez to swéj wartości.

Z tego powodu nie możemy odmówić naszéj sympatyi Dinie i Setowi, jakkolwiek przywykliśmy płakać nad losem polotniejszych bohaterek, noszących atłasowe buciki i krynoliny, oraz bohaterów jeżdżących na ognistych rumakach i unoszonyeh przez jeszcze ognistsze namiętności.

Biedny Set! on raz tylko w życiu był na koniu i to jeszcze kiedy był małym chłopcem a pan Jonathan Burge wziął go na siodło i kazał się mocno trzymać; teraz zaś, zamiast wściekłych wykrzyków przeciw losom i Bogu, wracając do domu, pod niklém światłem gwiazd, postanawiał zapanować nad swoim smutkiem, nie myśleć o sobie, ale poświęcać się dla bliźnich, jak to czyni Dina.

4. Dom i jego smutki.

Po zielonéj dolinie biegł strumień wezbrany ostatniemi deszczami, obrośnięty pochyłemi pniami wierzb. Kładką rzuconą przez strumień przechodził Adam Bede swym pewnym krokiem, a Gyp z koszykiem biegł za nim. Kierował się ku słomą krytemu domostwu, w odległości jakich dwudziestu łokci od pagórka, przy którym wznosił się stos bali.

Przez otwarte drzwi wchodowe wyglądała stara kobieta, nie była ona jednak zajęta spokojném używaniem piękności zachodu, osłabionemi oczyma przypatrywała się od pewnego czasu zbliżającemu się mężczyźnie, bo była pewna, że to powracał jéj ukochany syn—Adam. Elżbieta kochała go z namiętnością do pierworodnego kobiety, która późno doczekała się macierzyństwa. Była to poważna, szczupła, lecz silna jeszcze kobieta, ubrana tak czysto, iż przywodziła na myśl grudkę śuiegu. Na siwych włosach miała niepokalanéj białości czepek, przepięty czarną wstążką, szerokie jéj piersi okrywała biała chustka, suknia jéj z niebieskiego płótna nie dochodziła do ziemi, a z pod niéj wyglądała przerabiana spódnica. Wysoką była prawie tak jak Adam, i oprócz wzrostu było pomiędzy niemi niejedno podobieństwo. Oczy miały blask przygasły może od płaczu, ale wyraziste brwi były jeszcze zupełnie czarne, zęby zdrowe, a postawa była tak prostą, gdy stojąc, szybko robiła pończochę, jak kiedy niosła na głowie ceber wody. Ten sam typ, tenże sam temperament widny był w matce i w synu, ale nie po niéj to odziedziczył Adam szerokie czoło, serdeczność i szybką inteligencyą.

Podobieństwa rodzinne mają niekiedy głęboko smutną stronę. Ten wielki tragik—natura—często dając jednaką budowę i muskuły, odmienia widocznie delikatniejsze tkanki, jak nerwy, jak mózg, miesza pociągi i wstręty i wiąże sercem istoty, odtrącające się co chwila. Słyszymy nieraz, jak głos, mający też same modulacye co nasz własny, wypowiada myśli, któremi pogardzać musimy, widzimy oczy — ach! tak podobne do oczu matczynych, spoglądające na nas zimno, niechętnie; najmilsze dziecię przeraża nas nieraz rysami, lub ruchem siostry, z którą przed wielu laty rozstaliśmy się z goryczą. Ojciec, po którym odziedziczyliśmy zdolności, poczucie tonu, silę wyobraźni, doprowadza nas codzień do rozpaczy swemi błędami; dawno utracona matka, któréj twarz odnajdujemy w zwierciadle, gdy zmarszczki poczynają na naszę występować, niegdyś osmucała nasze młode lata swemi przywidzeniami i wymaganiami niesłusznemi.

Takim to kochającym a niezadowolonym głosem odezwała się Elżbieta:

— Mój chłopcze, już siódma wybiła, ty musisz zawsze pozostać do najostateczniejszéj chwili, a teraz pewnoś zgłodniały. Gdzież jest Set? Pewno poszedł do jakiéj kaplicy?

— No! no! Set nie złego nic robi, możesz być tego pewna, matko—odparł Adam, wchodząc do domu i rzucając szybkie spojrzenie na lewo, gdzie był warsztat ciesielski. Czyż nie skończona trumna Tholera? deski leżą tak samo, jak je rano zostawiłem.

— Czy trumna skończona? — powtórzyła stara kobieta, idąc za nim, i nie przestając robić pończochy, choć z niepokojem spoglądała na syna — ach! mój chłopcze, ojciec poszedł rano do Treddleston i dotąd nie wrocił, boję się, czy znów nie zaszedł do szynku.

Burza gniewu przeszła szybko po obliczu Adama. Nic nie powiedział, tylko zrzucił surdut i zaczął zakasywać rękawy.

— Co myślisz robić, Adamie? — zawołała z przestrachem matka.—Nie myślisz przecie zabierać się znów do roboty bez kolacyi?

Zbyt rozgniewany, by przemówić, Adam przechadzał się po warsztacie, matka rzuciła pończochę i biegnąc za nim, pochwyciła go za ramię i rzekła z żałosną wymówką:

— Chłopcze, chłopcze, musisz przecież jeść kolacyę, przyrządziłam ci umyślnie kartofle na mięsie, takie, jakie lubisz, chodź jeść, chodź.

— Daj mi pokój, matko! — zawołał gwałtownie, odtrącając ją i chwytając przygotowane deski. — Co tu mówić o jedzeniu, kiedy trumna była obstalowaną jutro na siódmą rano, kiedy powinna już być gotowiuteńką, a tu nawet jeszcze jéj nie zaczęto. Ta myśl ściska mnie w gardle, nie potrafiłbym nie przełknąć.

— Cóż, przecież ty jéj nie zrobisz? Nie możesz zapracować się na śmieré, musiałbyś całą noc nie spać.

— Cóż to znaczy? alboż jéj nie przyrzeczono? Alboż można człowieka pogrzebać bez trumny? Prędzéjbym sobie ręce upracował, niż zrobił zawód tym, co nam zaufali. To doprowadza mnie do szaleństwa. Mam tego dość już od dawna, wolę wszystko rzucić.

Biedna Elżbieta nie pierwszy raz słyszała podobne słowa; gdyby miała rozum odeszłaby cicho i przez czas jakiś nic nie mówiła. Ale kobietom najtrudniéj zrozumiéć, iż nie należy mówić ani do ludzi pijanych, ani rozgniewanych, siadła więc na pieńku i zaczęła płakać, a gdy się tak napłakała, że aż głos jéj się zmienił, mówiła znowu:

— Ach! mój chłopcze, mój chłopcze! ty nas nie rzucisz, nie rozedrzesz serca twojéj matce, a ojca nie doprowadzisz do ruiny. Nie zechcesz, ażeby mnie obce ręce wyniosły na cmentarz. Nie spoczęłabym spokojnie w grobie, gdybym cię nie widziała przed śmiercią, a gdzież miałabym cię szukać, ażeby ci dać znać, że umieram, jeśli daleko odejdziesz. Set także to samo uczyni, a ojciec nie może pióra utrzymać, tak mu się ręka trzęsie. Nie zapominaj o ojcu, nie bądź na niego gniewny, był on dobrym ojcem, zanim się rozpił, to dzielny robotnik, on cię twego rzemiosła wyuczył; pamiętaj o tém, mnie nigdy nie uderzył, ani mi kiedy marne słowo powiedział, nawet wówczas, kiedy jest pijany. Nie chciałbyś, żeby musiał pójść do domu zarobkowego twój rodzony ojciec, był on wysoki, silny, zręczny tak samo jak ty jesteś dzisiaj, dwadzieścia pięć lat temu, gdy cię miałam u piersi.

Tu głos Elżbiety się podniósł, przerywany łkaniem i zmienił w rodzaj jęku, draźniącego tém więcéj przy prawdziwym smutku i prawdziwéj pracy; Adam rzucił się niecierpliwie:

— Nie płaczże, matko, i nie mów takich rzeczy. Czy i bez tego nie dość mam zmartwienia? Po co powtarzasz mi to, o czém ciągle myślę, bo gdybym nie myślał, czyżbym postępował, jak to czynię, nie starał się wszystkiego utrzymać? Nie cierpię próżnych słów, potrzeba mi zachować oddech do roboty, nie do gadania.

— Wiem, mój chłopcze, że robisz to, czegoby nikt nie zrobił, ale zawsze jesteś surowym dla twego ojca, a przeciwnie, dla Seta wszystko ci się zdaje mało, sprzeczasz się ze mną, jeśli mu co zarzucam, a na ojca gniewasz się więcéj, niż na kogobądź innego.

— To lepiéj, niż gdybym mówił łagodnie, a rzeczy szły coraz gorzéj. Gdyby nie moja surowość, sprzedałby i przepił wszystko, co jest w domu. Znam mój obowiązek względem ojca, ale pobłażać jego nałogowi, który wiedzie do ruiny, nie jest moim obowiązkiem. Cóż to zresztą wszyttko ma do Seta, chłopiec przecież nic złego nie robi. Ale zostaw mnie, matko, muszę się uporać z robotą.

Elżbieta nie śmiała już nic powiedziéć, wstała i zawołała Gypa. Po zawodzie, jaki jéj sprawił Adam, nie jedząc przygotowanego posiłku, chciała się pocieszyć, karmiąc obficie jego psa. Gyp przecież trzymał się swego pana, ździwiony niezwykłym obrotem rzeczy, a chociaż widać było po ruchu łap, iż rozumiał, że wołano go do jedzenia, nie wiedział sam, co ma uczynić i patrzał pełnemi niepokoju oczyma na pana. Adam zrozumiał walkę wewnętrzną Gypa, a chociaż gniew uczynił go nieco szorstkim dla matki, dbał przecież o psa. Mężczyźni są często mniéj łaskawi dla kochających kobiet, niż dla kochających zwierząt, zapewne z powodu, iż zwierzęta są nieme.

— Idź, Gyp—wyrzekł zachęcająco.

Gyp uszczęśliwiony, iż obowiązek dał się z przyjemnością pogodzić, poszedł za Elżbietą, skoro jednak zjadł, co mu dano, powrócił do swego pana.

Elżbieta zostawszy sama w izbie, znowu płacząc, robiła pończochę.

Kobiety, nie mające zawziętości, są zwykle najkłótliwsze, a jeśli Salomon był rzeczywiście tak mądrym, jak twierdzą, to niezawodnie porównywając kłótliwą kobietę do ciągle kapiącego deszczu, nie miał na myśli żadnéj jędzy. Bądźcie pewni, że to odnosiło się do dobréj kobiety, któréj radością jedyną było szczęśeie ukochanych, a która jednak tych ukochanych unieszczęśliwiała, żałując sobie najmniejszéj wygody, a im wszystko oddając. Ot, odnosiła się pewno do kobiety takiéj, jak Elżbieta, naprzykład, cierpliwéj i narzekającéj, poświęconéj a nieznośnéj, wiecznie rozpaczającéj nad tém, co było wczoraj, i co jutro stać się może, płączącéj wiecznie nad złém i nad dobrém. Elżbieta jednak, ubóstwiając, lękała się syna, i gdy powiedział: „zostaw mnie”, odchodziła w milczeniu.

Tak mijały godziny, słychać było tylko wahadło starego zegara i hałas sprawiany narzędziami Adama. Wreszcie zawołał o świece i szklankę wody (piwo pijano jedynie w dnie świąteczne), a Elżbieta skorzystała z tego, by powiedziéć:

— Mam twoję kolacyę gotową!

— Nie czekaj na mnie, matko—wyrzekł łagodnie, bo przy pracy gniew jego minął. Ile razy chciał być szczególniéj uprzejmym dla matki, mówił zatrącając miejscowym dyalektem, gdy w innych wypadkach wyrażał się poprawniéj.—Jeśli ojciec powróci, zajrzę do niego. Będę spokojniejszy, wiedząc, że już jest w łóżku.

— Zaczekam na Seta! pewno niedługo przyjdzie.

Była już dziesiąta, kiedy Set powrócił, właśnie uderzała godzina w chwili, gdy drzwi otwierał. Usłyszał hałas sprawiany heblem i piłą.

— Dlaczego to ojciec tak późno pracuje?—zapytał.

— To nie ojciec — odparła — wiedziałbyś o tém dobrze, gdybyś nie miał w głowie tych kazań i kaplic, jedynie to twój brat tak pracuje. Gdyby nie on, niktby tu nic nie robił.

Elżbieta wypowiedziała się teraz w zupełności, gdyż Seta nie lękała się wcale, i zwykle zachowywała dla niego to wszystko, co Adam umiał zatrzymać jéj na ustach. Set nigdy nie odezwał się ostro do matki, a zwykle na łagodnych wywierają swój gniew niecierpliwi. Set tymczasem poszedł do brata.

— Cóż to, Adasiu!—zawołał—ojciec zapomniał o trumnie?

— Zawsze ta sama historya, chłopcze. Już ja zaraz skończę robotę—odparł Adam, rzucając na brata jasne spojrzenie.—Ale co tobie się stało? Masz zmartwienie?

Oczy Seta były czerwone, a łagodna twarz jego nosiła wyraz głębokiego smutku.

— Tak jest, Adasiu, niéma na to rady, znieść je muszę. Ale ty, widzę, nie byłeś w szkole.

— Nie byłem, ale to nic pilnego — mówił Adam, zabierając się znów do roboty.

— Pozwól, ja cię teraz zastąpię, a ty idź spać.

— Nie, chłopcze! wolę kończyć, kiedym raz zaczął, pomożesz mi tylko zanieść trumnę jutro do Broxton, obudzę cię o wschodzie słońca. Idź, zjedz kolacyę i zamknij drzwi, abym nie słyszał gadania matki.

Set wiedział, że Adam zrobi zawsze to, co zamierzył, i że niepodobna go było przekonać, wrócił więc z ciężkiém sercem do izby.

— Adam nic nie miał w ustach dziś wieczór — mówiła Elżbieta—ty pewno wieczerzałeś u którego z metodystów.

— Nie, matko, nic nie jadłem.

— Chodź więc, tylko zostaw Adamowi kartofle, bo może je zje późniéj, on bardzo je lubi tak przyrządzone, ale tak się rozgniewał, że ich nie tknął, pomimo, żem je dla niego umyślnie zgotowała. I znowu mnie straszył, że odejdzie—dodała płaczliwie—jestem pewna, że to uczyni, zanim ja umrę, i nawet nie będę wiedziéć, gdzie przebywa! Jak raz pójdzie on, już nie powróci, a dla mnie lepiéj byłoby, żebym nigdy takiego syna nie miała, piękny jest prawdziwie, ma poważanie, wysoki jak topola i mam się z nim rozłączyć, i nie zobaczyć go już nigdy.

— Nie martw-że się, matko, daremnie—odparł Set uspakajająco. Dlaczegożby Adam miał odejść, może w gniewie coś podobnego powiedziéć—i dziwić mu się nie można, ale serce go stąd nie puści. Pamiętaj, jak on dba o nas wszystkich, wszakże ze swoich oszczędności wykupił mnie od wojska, zakupił drzewa dla ojca, a przecież młody człowiek może inaczéj użyć pieniędzy, mógłby już być ożeniony i miéć własną rodzinę. On nigdy nie zniweczy własnego dzieła, nie opuści tych, których wsparciu życie swoje poświęca.

— Nie mów mi o jego ożenieniu!—zawołała z nowym wybuchem łez Elżbieta—pokochał się w téj Hetty Sorrel, a ta nigdy grosza nie zaoszczędzi, i serce jego od staréj matki odwróci. Pomyśleć tu, że mógłby miéć Maryą Burge i wejść z majstrem we współkę i być bogatym i miéć sam robotników—Dolly ciągle mi to powtarza—trzebaż było, żeby się pokochał w téj dziewczynie—bezpożytecznéj jak kwiat malowany. A niby taki mądry do książki, do wszystkiego i takie głupstwo robi.

— Wiesz przecież, matko, iż człowiek nie rządzi swojém sercem i nie może kochać według woli lub rozkazu. Bóg tylko jeden może pokierować uczuciem. Ja sam byłbym wolał, żeby Adam zrobił inny wybór, ale nie mogę mu wymawiać tego, co nie od niego zależy. Kto wie, czy nie probuje on walczyć sam z sobą, nie lubi wszakże, by z nim o tém mówiono, więc mogę się tylko modlić, by Pan opiekował się nim i błogosławił mu.

— Ty tylko modlisz się wiecznie, ale nie widzę, by ci co przyszło z tych modłów. Od Bożego Narodzenia twój zarobek się nie zdwoił, twoi metodyści nie zrobią cię podobnym do brata, co najwyżéj, wykierują cię na kaznodzieję.

— To prawda — odparł łagodnie — Adam jest daleko więcéj wart ode mnie i więcéj zrobił dla mnie, niż ja kiedykolwiek dla niego uczynić potrafię. Bóg obdarza ludzi stosownie do woli swojéj. Nie trzeba przecież lekceważyć modlitwy. Modlitwa może nie przysporzyć pieniędzy, ale daje to, czego żaden pieniądz nie opłaci, siłę oporu przeciw grzechom i zgodzenie się z wyrokami Boga, jakiekolwiekby były. Gdybyś chciała, matko, prosić Go o pomoc, i zaufać łasce, nie byłabyś tak stroskaną.

— Stroskaną, czy nie mam powodu? Dobrze to mówić tobie, co nigdy się o nic nie troszczysz, co wydajesz cały zarobek, nie myśląc o czarnéj godzinie. Gdyby Adam tak postępował, nie byłby miał pieniędzy, aby za ciebie zapłacić: „Nie troszcz się o jutro“—nie troszcz się! łatwo powiedziéć, ale co stąd wynika? Oto Adam musi się troskać za ciebie.

— Tak przecież mówi biblia, matko—zauważył Set.—Nie idzie za tém, ażebyśmy mieli próżnować, ale żebyśmy zanadto nie myśleli o tém, co będzie jutro. Czyńmy, co do nas należy, a resztę zdajmy na Boga.

— Wiem! wiem, to już twój sposób! ty zawsze swoje zdania zasłaniasz biblią. A skąd ty wiesz, że słowa biblii „nie myśl o jutrze“ znaczą to wszystko. A potém, biblia jest gruba, nie możesz jéj całéj miéć w pamięci. Nie wiem zresztą, dlaczego nie wybierasz takich tekstów, coby miały odmienne znaczenie; Adam inaczéj robi, a ja dobrze pojmuję tekst, kiedy mówi „Pomagaj sobie, a Bóg ci pomoże.“

— Matko, to wcale nie jest tekst biblijny. Adam wyczytał to w książce kupionéj w Treddleston, napisał ją człowiek uczony, ale światowy. W głębi rzeczy ma on jednak słuszność, powinniśmy pracować przy boskiéj pomocy.

— Skądże ja mogę wiedziéć, skąd to zdanie pochodzi, brzmi ono jak tekst święty. Ale cóż się z tobą dzieje, niceś prawie nie jadł, nie dostaniesz nic więcéj nad ten kawałek owsianego placka; a wyglądasz tak blado, jak świeża słonina. Co ci jest?

— Nie zważaj na to, matko, nie jestem głodny, pójdę, popatrzę na robotę Adama, chciałbym mu pomódz.

— Chcesz trochę gorącego rosołu?—rzekła Elżbieta, w któréj miłość macierzyńska brała górę nad gderliwością — rozpalę parę drzazg w minutę.

— Nie, matko, dziękuję ci, jakaś ty dobra!—odparł Set.

I zachęcony jéj łaskawością, mówił daléj:

— Pozwól mi się pomodlić z tobą za ojca, za Adama, za nas wszystkich, to cię uspokoi.

— I owszem.

Elżbieta jakkolwiek w rozmowie sprzeciwiała się Setowi, miała niewyraźne poczucie, iż pobożność jego mogła być pociechą i pomocą, a nadewszystko, iż ta pobożność uwalniała ją od wszelkich duchowych praktyk, prowadzonych na własną rękę.

Teraz matka i syn razem uklękli, i modlili się za biednego, zbłąkanego ojca, i za tych, co się w domu o niego troszczyli, a gdy prosili, by Adam nigdy się nie oddalił do stron dalekich, lecz żeby matka zawsze miała pociechę, widząc go przy sobie, przez cały ciąg życiowéj pielgrzymki, łzy Elżbiety, zawsze na pogotowiu, popłynęły znowu, i załkała głośno.

Po modlitwie Set zajrzał do Adama, mówiąc:

— Połóż się na parę godzin, ja cię zastąpię.

— Nie, nie. Nakłoń tylko matkę, by spać poszła i ty zrób to samo.

Elżbieta tymczasem otarła oczy i przyszła za Setem, trzymając coś w ręku.

Była to gliniana miska, a w niéj kartofle podlane rosołem, z kawałeczkiem wkrajanego mięsa. Czasy były ciężkie, a chleb pytlowy i mięso rzadkościami na stole robotników. Nieśmiało postawiła miskę na ławie koło Adama, i rzekła:

— Pokosztuj trochę. Przyniosę ci jeszcze wody.

— I owszem, matko, bardzom spragniony—odparł łagodnie.

W pół godziny wszystko umilkło, słychać tylko było wahadło zegaru i narzędzia Adama. Noc była spokojna. Gdy koło dwunastéj Adam otworzył drzwi, by wyjrzéć na świat, gwiazdy tylko migotały na niebie, a każde źdźbło trawki zdawało się uśpione.

Zmęczenie fizyczne daje zwykle przewagę uczuciom i wyobraźni nad myślą. Tak było z Adamem. Gdy ręce jego pracowały zawzięcie, w głowie jak w dyoramie przesuwały się szybko obrazy smutnéj przeszłości i zapewne równie smutnych dni przyszłych.

Wyobrażał sobie dzień jutrzejszy, gdy odniesie trumnę i powróci na śniadanie do domu; zapewne przyjdzie i ojciec, zawstydzi się, spotkawszy wzrok syna, siądzie, a wyglądać będzie starszym i bardziéj drżącym niż poprzedniego ranka, że będzie ze spuszczoną głową przypatrywać się podłodze, a żona zapyta go, jakim sposobem trumna, któréj nie zaczął nawet, została wykończona, bo chociaż Elżbieta narzekała na surowość Adama względem ojca, ona zawsze pierwsza występowała z wymówkami.