Ostatni faraon - Jerzy Mariusz Taylor - E-Book

Ostatni faraon E-Book

Jerzy Mariusz Taylor

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Ostatni faraon” należy do cyklu książek autorstwa Jerzego Mariusza Taylora, których bohaterem jest młody polski archeolog Lech Jarecki. Organizuje on wyprawy badawcze finansowane przez tajemniczego arabskiego księcia, podczas których bada starożytne dzieje. W tym tomie wyrusza na poszukiwania śladów zaginionej cywilizacji, skrytych w piaskach etiopskiej pustyni.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Jerzy Mariusz Taylor

Ostatni faraon

Powieść

Warszawa 2020

Rozdział I

Polskie Towarzystwo Archeologiczne

Rok, w którym Polskie Towarzystwo Archeologiczne święciło swój półwiekowy jubileusz, obfitował w ciekawe odkrycia i zdobycze naukowe poczynione przez członków tej zasłużonej instytucji.

Jednym z nich było odkrycie młodego historyka, doktora Bolesława Bończy, któremu po długich poszukiwaniach udało się odnaleźć w podziemiach zbaraskiego klasztoru ojców bernardynów skrzynię z insygniami królewskimi Polski przedrozbiorowej. Szczegóły tego nadzwyczajnego odkrycia długo nie schodziły ze szpalt dzienników stołecznych, budząc zrozumiałą sensację i podziw.

Drugim, lecz nieskończenie donioślejszym wypadkiem jubileuszowego roku Polskiego Towarzystwa Archeologicznego, było publiczne sprawozdanie z podróży profesora Lecha Jareckiego.

Młody ten, lecz okryty już chwałą, uczony, liczący niespełna lat trzydzieści, powrócił był właśnie z wyprawy do Górnego Egiptu, gdzie prowadził wykopaliska wśród ruin Napaty, stołecznego miasta faraonów etiopskich, którzy rządzili tam od czasów pradawnych, a w pewnym okresie zawładnęli nawet całym Egiptem aż do samego ujścia Nilu.

Prasa stołeczna poświęciła powrotowi polskiego egiptologa, gdyż w tej gałęzi specjalizował się profesor Jarecki, entuzjastyczne wprost artykuły, nazywając go gwiazdą wschodzącą na niebie polskiej nauki i przepowiadając, że jego rewelacje zapoczątkują nową erę w dziedzinie historii narodów starożytnego Wschodu. Szczegóły poszukiwań wśród zwalisk Napaty były jednakże dyskretnie pominięte, gdyż wynik swych badań miał profesor podać osobiście na publicznym uroczystym zebraniu jubileuszowym Polskiego Towarzystwa Archeologicznego.

Sensacją jednak, dla szerszych zwłaszcza warstw, już niemałą była wiadomość rozgłoszona przez dzienniki skwapliwie, że młoda małżonka profesora, pani Helena Jarecka, nie tylko towarzyszyła mężowi w jego pełnej przygód podróży, ale nawet pomagała mu we wszystkich poszukiwaniach i wraz z nim ślęczała nad odcyfrowaniem dotychczas nieznanych hieroglifów etiopskich.

Śliczna, wysmukła jej postać, w męskim stroju, w hełmie korkowym ukrywającym długie sploty złotych włosów, widniała na wszystkich zdjęciach profesora, czy to na tle ruin świątyni Amona w Napacie, czy też przy wejściu do podziemnych grobowców etiopskich świętych byków-Apisów, gdzie oboje prowadzili poszukiwania, starając się odnaleźć nowe przyczynki do historii tego państwa południowych faraonów, dotychczas jeszcze pogrążonej we mgle niedomówień i legend przekazanych nam przez Herodota, Pomponiusza Melę i innych historyków starożytnych.

Zrozumiałe też było zaciekawienie, z jakim stolica oczekiwała jubileuszowego zebrania Polskiego Towarzystwa Archeologicznego, które zapowiedziane zostało na drugi dzień świąt Wielkiej Nocy, a miało się odbyć we wspaniałej siedzibie tej instytucji, w Alejach Ujazdowskich.

Rozdział II

Kłopoty odźwiernego

Dzień był niezwykle pogodny. Wiosenne słońce łagodnie ogrzewało ziemię. Drzewa w Alejach okryły się chmurkami bladej zieleni, a z Łazienek dolatywały wesołe świergoty różnorodnego ptactwa. Dźwięk dzwonów toczył się radosnym echem wśród kamiennych ulic stolicy. Barwny tłum przechodniów roześmiany, młody, przepływał ruchliwą falą od Nowego Świata, a kończył się aż het, przy miłym dla oka Belwederze, nad którym łopotał zwykły czerwony proporzec ze srebrzystym orłem.

Tłoczno i gwarno było w Alejach, lecz największy ścisk panował przy pięknej, poważnej kamienicy, której marmurowa fasada, ozdobiona greckimi kolumnami, spośród świeżej zieleni drzew i krzewów patrzyła wprost, ku długiej perspektywie ulicy Nowowiejskiej.

Zajeżdżały tam jeden za drugim zbytkowne samochody, z których wysiadali poważni panowie, pojedynczo, w kilku, czasami w towarzystwie strojnych dam, starszych lub młodszych, zapewne córek i żon. Wysiadali i znikali pod portykiem nad którym widniały złote litery napisu: Polskie Towarzystwo Archeologiczne.

Wygalonowany odźwierny, przepasany szarfą, z długą laską w ręku zakończoną złotą gałką, spotykał wchodzących u wejścia, i sprawdziwszy karty wstępu, grzecznie zapraszał do wnętrza. Powoli przybywało gości coraz więcej. Niektórzy zdążali piechotą albo wprost z tramwajów przystających naprzeciwko marmurowej kamienicy. Wszystkich jednakowo przyjmował uprzejmy odźwierny, tytułując niektórych częściej widywanych profesorami, doktorami.

Właśnie przepuścił z głębokim ukłonem samego prezesa wraz z dwoma uczonymi angielskimi, którzy specjalnie zostali wydelegowani z Londynu celem wzięcia udziału w uroczystości i wysłuchania referatu znakomitego polskiego egiptologa. Nie przybywał jakoś nikt więcej. Zresztą było już późno i zegar stojący w wielkim hallu, na marmurowym kominku, wskazywał dwadzieścia minut po dwunastej, czyli że posiedzenie powinno się było już rozpocząć.

Odźwierny z uczuciem ulgi zamknął drzwi wejściowe i, postawiwszy pod ścianą swą błyszczącą laskę, zabrał się do skręcenia papierosa. Usiadł sobie wygodnie na krzesełku i już wyciągał z kieszeni zapałki, gdy nagle na ulicy, tuż pod drzwiami, rozległo się warczenie motoru i przygłuszony odgłos trąbki nadjeżdżającego samochodu. Niezwłocznie potem zadźwięczał dzwonek.

Odźwierny zerwał się z miejsca.

– Tam do licha. Nawet odpocząć człowiekowi nie dadzą. Tyle roboty, a wytchnienia na palec. Któż się tam znów spóźnia?

Położył tylko co skręcony papieros na oknie i uzbroiwszy się znów w swoją laskę, otworzył drzwi z ogromnie niezadowoloną miną.

Zobaczył trzech wytwornie ubranych panów. Dwaj, o śniadej cerze i dumnych postawach, trzymali się nieco na uboczu, trzeci zaś stał przed drzwiami.

Nieco dalej olbrzymi mercedes, błyszczący i nowy, drżał cały od pracy terkoczącego silnika.

– Czy posiedzenie już się rozpoczęło? – zapytał nieznajomy dość poprawną polszczyzną niepozbawioną jednak pewnego cudzoziemskiego brzmienia.

– Tak, proszę pana – odparł chłodno odźwierny.

Zbytek nie robił na nim wrażenia. Gości tych widział po raz pierwszy w życiu. Podejrzewał, że są to jacyś zagraniczni panowie. Mało to się tego włóczy po różnych uroczystościach? On zaś za ludzi uważał tylko uczonych, do których w skrytości duszy zaliczał po trochu i siebie, jako funkcjonariusza organizacji naukowej.

Od pierwszego rzutu oka ocenił wszystkich trzech przybyszów i rzekł jeszcze chłodniej, wyciągając rękę.

– Proszę o karty wstępu.

– Karty wstępu? – zakłopotał się nieznajomy. – Nie mamy żadnych.

Odźwierny zamiast odpowiedzi rozłożył ręce bardzo wymownie.

Nieznajomy pomówił z pozostałymi w jakimś dziwnym gardłowym języku.

– Proszę pana – zwrócił się grzecznie do odźwiernego – w takim razie jesteśmy w wielkim kłopocie. Czy nie można by się widzieć z panem prezesem Towarzystwa albo też z panem profesorem Jareckim? Zresztą, proszę tu za fatygę.

Wyjął banknot dwudziestozłotowy i wciskał go odźwiernemu do ręki.

Ale twarz starego wyraziła oburzenie.

– Nie, proszę pan a – odrzekł. – Ja łapówek nie biorę, a pan prezes i pan profesor teraz są bardzo zajęci i odwoływać ich nie można. Oto właśnie słychać dzwonek. Posiedzenie się rozpoczyna. To trudno. Panowie się spóźnili.

Chciał już zamknąć drzwi, ale ciekawy był, co też zrobią ci cudzoziemcy. Nieznajomy pomówił znów z towarzyszami w swoim gardłowym języku, po czym wszyscy trzej wsiedli niezwłocznie do samochodu. Drzwiczki zatrzaśnięto z hałasem, a do uszu naszego uczciwego odźwiernego doszedł rozkaz:

– Do poselstwa egipskiego.

Motor zawarczał i mercedes szybko potoczył się ulicą, skręcając w stronę Alei Belwederskiej.

Odźwierny wzruszył lekko ramionami. Zamknąwszy drzwi, zasiadł wygodnie na krzesełku i z lubością zapalił papierosa.

Rozdział III

Przerwane posiedzenie

Tymczasem w głównej sali, na cześć przybyłych uczonych cudzoziemskich odświętnie przyozdobionej chorągwiami wszystkich państw świata zwisającymi od stropu wzdłuż wielkich okien, rozlegał się głośny gwar.

Posiedzenie jeszcze się nie zaczęło.

Na wysokiej estradzie stał stół, przy którym zasiedli już wszyscy członkowie zarządu Towarzystwa. Stół był zasłany czerwonym suknem, ozdobionym literami PTA i rzymską liczbą L w otoku liści laurowych.

Zapełniający salę po brzegi uczeni, członkowie Towarzystwa, ich rodziny i zaproszeni goście, rozmawiali głośno. Szczegóły wyprawy młodego egiptologa były przedmiotem ożywionych rozpraw.

Tu i tam padały słowa. – Napata... Dynastie etiopskie... Faraon Tarhaka... Religia egipska... Najazd Asyryjczyków... itp.

Uwagę wszystkich zresztą skupiały osoby państwa Jareckich siedzących już na estradzie w specjalnie dla nich ustawionych fotelach.

Siwobrody prezes Towarzystwa przysiadł się do nich i uśmiechnięty rozmawiał o czymś żywo z panią Heleną, która, śliczna i wytworna, według ostatniej mody paryskiej ubrana, wyglądała doprawdy zbyt salonowo, żeby można było uwierzyć, iż, jak szeroko pisały dzienniki, potrafiła z bronią w ręku przedzierać się przez okolice dzikiej Nubii, gdzie niemało włóczy sią czarnych zbójów. Podobno raz nawet ocaliła życie mężowi, gdy w czasie poszukiwań wśród ruin zatraconych w dżungli, niedaleko Tinareh, za trzecią kataraktą Nilu, rzucił się na niego zaczajony w gąszczu lew.

Pani Helena wtedy, niewiele myśląc, wypaliła ze swego rewolweru w sam łeb drapieżnika i położyła go tym jedynym strzałem na miejscu. Innym razem sama jedna, nie mówiąc nic mężowi, który strudzony spał jeszcze smacznie w swym namiocie, pani Helena uśmierzyła bunt czarnoskórych kopaczy, żądających podwojenia zapłaty dziennej i groźnie otaczających młodą kobietę.

Kilkakrotnie świśnięcie szpicruty z bawolej skóry oraz pewny siebie wzrok pani Heleny, opierającej dłoń na kolbie rewolweru, wystarczyły. Nic nie przerwało snu uczonego, a gdy wstał, Murzyni już zupełnie spokojnie pracowali nad odgrzebywaniem z ziemi starej fortecy etiopskiego wojowniczego faraona Szabaku.

Siedziała teraz wygodnie w fotelu ta wytworna europejska dama o filigranowych kształtach, odpowiadając z uśmiechem na pytania sędziwego, zasłużonego uczonego. Małżonek jej, młody człowiek, wygolony, o typie raczej angielskim niż polskim, z twarzą spaloną od słońca, siedział obok, przysłuchując się rozmowie pani Heleny i od czasu do czasu wtrącając swoje zdanie.

Zegar wybił właśnie pół do pierwszej. Prezes wstał. Wolno podszedł do swego miejsca przy stole i zadzwonił. Wszystko ucichło.

Prezes w długiej przemowie witał zebranych gości w imieniu szanownej instytucji, którą reprezentował. Wyliczył zasługi Towarzystwa na polu pracy archeologicznej. Podkreślił wybitniejsze. Porównał z podobnymi zdobyczami dokonanymi przez czcigodnych kolegów-uczonych zagranicznych, z których niektórzy obecni byli na sali. Wspomniał wreszcie z uznaniem zasługi rządu, który w wielkiej dbałości swej o rozwój polskiej nauki wybudował gmach ten i przekazał na wieczne czasy do użytkowania Towarzystwa jako przybytek wiedzy, gdzie wielu młodych uczonych mogło specjalizować się w kierunku czysto naukowym. Nie zapomniał także o nazwiskach hojnych ofiarodawców prywatnych, którzy powodowani szlachetną ambicją czynili wielkie zapisy, przeznaczając je na utrzymanie pożytecznej instytucji. Wreszcie, wezwawszy wszystkich do powstania, odczytał długą listę nazwisk zmarłych uczonych – członków Towarzystwa, których pamięć uczczona została jednominutowym milczeniem.

Skończył wreszcie. Długotrwałe oklaski i okrzyki na cześć instytucji były odpowiedzią. Lokaje w liberiach roznosili po sali mowę prezesa, odbitą w językach: angielskim, francuskim i niemieckim, co było niezbędne ze względu na wielką ilość gości cudzoziemskich.

Gdy wrzawa nieco ucichła, prezes zadzwonił znowu, chcąc udzielić głosu doktorowi Bończy, który miał mówić o odzyskanych w niepojęty prawie sposób regaliach koronnych, gdy nagle zbliżył sią doń sekretarz, zakłopotany ogromnie, i szepnął coś do ucha.

Widać było z twarzy prezesa, że zakłopotanie sekretarza i jemu się udzieliło. Zamyślił się na chwilę, wreszcie wstał i rzekł głośno:

– Panowie! Zarządzam małą przerwę. Tylko co otrzymaliśmy telefon z królewsko-egipskiego poselstwa, że brat króla Egiptu Mehmed-effendi przybył specjalnie z Kairu na nasze zebranie wraz z kuzynem Selimem i sekretarzem. Książę Mehmed jest, jak panom zapewne wiadomo, zapalonym miłośnikiem starożytnej historii swego kraju i sam prowadzi poszukiwania na własną rękę. Dostojni goście spóźnili się po karty wstępu i obecnie za pośrednictwem poselstwa proszą o dopuszczenie ich na zebranie. Zarządzam przeto przerwę, aż do ich przybycia i proszę o swobodną rozmowę.

Gwar zapanował na sali, ale już po kilku minutach trzej cudzoziemcy, którzy bezskutecznie kusili uczciwego odźwiernego, zjawili się na sali. Sekretarz usadowił ich jak najbliżej estrady. Z miejsca tego mogli dokładnie wszystko słyszeć i obserwować, a byli też oczywiście obserwowani z równie wielkim zaciekawieniem przez całe audytorium.

Wyróżniał się szczególnie wysoki Mehmed-effendi. Siedział nieruchomo w fotelu, oparłszy ręce na poręczach. Jego wydłużony profil oraz nieco przygrube wargi mówiły zbyt wyraźnie o silnej domieszce krwi starej rasy koptyjskiej. Selim-effendi był żywym przeciwieństwem swego poważnego kuzyna. Kręcił się na swym miejscu, ustawicznie lornetując zebranie, jak w teatrze, i zatrzymując często wzrok na wytwornej sylwetce pani Jareckiej. Sekretarz był zapewne Europejczykiem. Trudno było jednak odgadnąć jego pochodzenie. Z lekka zgarbiony nos, maskowany trochę przez przystrzyżone na sposób angielski wąsy, oraz kędzierzawe włosy miały w sobie coś semickiego.

Znów rozległ się dzwonek prezesa. Rozpoczął swą przemowę doktor Bończa. Ale streszczał się i ogólnikował, gdyż sam pragnął pozostawić jak najwięcej czasu koledze Jareckiemu.

Szybko więc skończył i opuścił estradę żegnany oklaskami, a wtedy powstał profesor Lech Jarecki.

Rozdział IV

Legenda o szmaragdzie

Gdy młody, a już tak głośny uczony wszedł na trybunę, rozległy się gromkie oklaski. Uwaga wszystkich skupiła się na wysokiej postaci Jareckiego, który stał z głową lekko odrzuconą w tył, mierząc wzrokiem audytorium. Nawet sztywny książę Mehmed obrócił się nieco w swym fotelu i nie zdejmując rąk z poręczy, wpatrywał się w słynnego egiptologa. Na jego śniadej twarzy ukazał się wyraz jakby lekkiego podziwu.

Po skończonej owacji Jarecki przemówił, składając głęboki ukłon w stronę audytorium oraz stołu prezydialnego.

– Panie prezesie, panie, panowie! Pragnę przede wszystkim podziękować całemu wysokiemu zgromadzeniu za tak żywe uznanie mych skromnych zasług, którym jestem mile wzruszony. Nie rozwodząc się zbyt długo, przystępuję do sprawozdania z wyników mych poszukiwań. Proszę mi wybaczyć, że zacznę od faktów, które wszystkim obecnym są dobrze znane. Otóż, poszukiwania moje skoncentrowałem na ruinach Napaty, dawnej stolicy państwa Kusz wchodzącego początkowo w skład koronnych ziem faraonów Egiptu. Napata – wielkie i rozległe miasto – zbudowana była u podnóża świętej góry Dżebel-el-Barkal, nieco poniżej czwartej katarakty nilowej. Nil od Wadi Halfa aż do Abu Hamed tworzy zakręt gwałtowny, odchylając się od linii prostej, jaką przypuszczalnie dawniej biegło jego łożysko, o jakieś kilkaset kilometrów. Zjawisko to powstało prawdopodobnie wskutek kataklizmów natury wulkanicznej, które wydźwignęły z głębi ziemi całe łańcuchy wzgórz skalistych, rozrzucając je po całym kraju Kusz – obecnej pustyni nubijskiej. Z czasem Napata uniezależniła się od władców Egiptu. Powstała nowa dynastia faraonów etiopskich roszczących prawa do władzy nad całym Egiptem. W pewnym okresie czasu cel ten został osiągnięty. Władza faraona z Napaty rozciągnęła się na cały kraj, tak górny, jak i dolny, aż po Teby i Deltę. Napata, będąca podówczas faktyczną stolicą Egiptu, rozrosła się wspaniale, a jej świątynia Amona, cała pokryta złotem i cennymi ozdobami, była świątynią, która nie miała sobie równej ani w Etiopii, ani nawet w Egipcie. Wtedy jednak nadszedł szybki kres. Etiopski faraon Tarhaka został wyparty przez Asyryjczyków z Egiptu i szukał schronienin w murach Napaty. Los Egiptu miała podzielić i Etiopia. Co było dalej? Dzieje przekazały nam wiadomość, że w tym czasie stolica Etiopii została przeniesiona gdzie indziej. Dokąd? Otóż, na te pytania daje odpowiedź papirus przeze mnie zdobyty, którego treść w tłumaczeniu oraz facsimile zostaną we właściwym czasie ogłoszone w naszym Roczniku. Gdy umarł faraon Tarhaka i gdy zwycięskie hordy Asyryjczyków zagrażały etiopskiej stolicy, wtedy królowa-wdowa, zarazem siostra rodzona Tarhaki, a przeto pochodząca również z dynastii słonecznej, Nestentis – kapłanka Izydy – postanowiła przenieść się w inne bezpieczniejsze miejsce kraju. W tym celu zebrała swe wojska, zgromadziła wszystkich mieszkańców stolicy, rozkazała ładować skarby i żywność na juczne wielbłądy i pewnego dnia cała ta armia wyruszyła przez piaski nubijskiej pustyni, pozostawiając najeźdźcom tylko puste mury Napaty. Zamierzano gdzieś za skalistymi łańcuchami gór, założyć nową Napatę. Od tego jednak czasu wszelki ślad urywa się i ginie. Cała ta masa ludzi, wielbłądów i skarbów, które dokładnie wylicza mój papirus, zaginęła gdzieś wraz ze swą dzielną królową-kapłanką. Ta biała karta dziejów pociągała mnie i nęciła. Przeto jedynie w celu odszukania śladów owej zaginionej karawany sprzed wieków przedsięwziąłem prace wśród ruin Napaty i, zdaje się, uchwyciłem nić prawdziwą. Otóż w podziemiach dość dobrze zachowanej świątyni Izydy, u stóp góry Barkal, odnalazłem wnękę, w której stał zapewne dawniej posąg tej bogini. Wnęka ta była wykuta z kamienia lazuli i zawierała jeszcze pewne niewielkie wgłębienie z napisem w hieroglifach egipskich. Odczytałem napis. Był krótki i brzmiał:

Jestem święte, święte, święte, gdyż spoczywa w mym wnętrzu szmaragd bogini Izydy, który daje siłę.

... – Szmaragd? Zmierzyłem wielkość wgłębienia. Mierzyło dziesięć centymetrów szerokości i osiemnaście i pół centymetra długości. Cóż za nadzwyczajny kamień! Takiej wielkości szmaragdu nie widział jeszcze nikt na świecie. Zaciekawiony nakazałem mym kopaczom usunąć warstwę lotnego piasku, którym było zasypane wnętrze podziemia. Dokonali tego z trudem niemałym. Wiekowy nasyp został odrzucony. Nad wieczorem, badając ściany ułożone z granitowych kwadratów, zauważyłem, że jeden, świeżo odsłonięty, nie przylega zbyt szczelnie do innych. Oświetliłem go ręczną latarką i przyjrzałem mu się uważnie. Był w samej rzeczy nieco odmienny i ozdobiony w rogu maleńkim, misternie rzeźbionym skrzydlatym skarabeuszem. Dotknąłem świętego żuka i wtedy, ku mojemu zdziwieniu i radości zarazem, kamień z wolna się obrócił, ukazując skrytkę wyżłobioną w ścianie. Włożyłem tam rękę i wyjąłem ciężki przedmiot, który tu panom pokazuję. Jest to, jak widzicie, pięknie rzeźbiony kieł słonia. Zamyka go złota, również rzeźbiona pokrywa. Wewnątrz zaś znajdował się zwinięty w rulon papirus cudownie zachowany. Bez zbytniej więc trudności odczytałem misterne napisy. Był to znowu, jak i znaleziony poprzednio, dokładny i niemożliwie skrupulatny, czego tylko Etiopczyk wychowany w egipskich biurokratycznych zwyczajach mógł dokonać, spis wszystkich ludzi i przedmiotów, które zabrała z sobą królowa Nestentis. Widocznie więc sporządzono kilka odpisów, które umieszczono w różnych kryjówkach, aby je uchronić od zaguby. Wtedy pierwotnie znaleziony papirus przeznaczyłem jako duplikat dla Muzeum Brytyjskiego, drugi zaś postanowiłem zachować dla Warszawy. Ten drugi zaś, obecnie zdobyty, wybrałem dlatego, że posiadał on jeszcze dopisek poza treścią, zrobiony widocznie inną ręką, być może samej królowej Nestentis. Dopisek ten brzmi w wolnym przekładzie:

Jeszcze zabiera Jej Wysokość cudowny szmaragd bogini Izydy, dający siłę tej, która ozdabia nim swoją koronę. Szmaragd ten, po trzykroć święty, zostanie złożony w nowej świątyni, którą poddani Jej Wysokości wybudują wśród palm wolnej oazy Izydy, za pustynią nubijską.

... – Więc znów ten szmaragd. Czułem się prawdziwie oszołomiony. Przemawiały do mnie żywym dźwiękiem słowa ostatnich rozkazów królowej Nestentis wydane przed wyruszeniem zaginionej wyprawy. Tajemnica pozostawała nadal tajemnicą, chociaż dopisek ten rzucił już pewien promień światła. Wolna oaza Izydy! Gdzież to jest? Gubiłem się w domysłach. Doszedłem nawet do pomysłu tak niedorzecznego, że sądzić począłem, iż miano to należy dać oazie Firan na Półwyspie Synajskim, gdzie znajdowały się kopalnie, skąd Egipcjanie czerpali turkusy. Wtedy Opatrzność, albo traf, jak kto woli, dopomógł mi i rzucił znów nieco światła na drogę mych zawikłanych dociekań. Oto wszedłem już z żoną do namiotu, gdy nagle zastąpił mi drogę jeden z mych Murzynów i pociągnął za rękaw prosząco. Zapytałem czego żąda. – El-hakim – szepnął (tak tytułowali mnie murzyni, sądząc że jestem lekarzem). – El-hakim, mój stary ojciec umiera. Ja wiem, że ty go wyleczysz. Chodź ze mną. – Ku wielkiemu niezadowoleniu żony poszedłem za kopaczem, zabrawszy na wszelki wypadek mą apteczkę podróżną. Wśród pagórków stanowiących przedłużenie Dżebel-el-Barkalu rozłożyła się nędzna wioska murzyńska.

W glinianej lepiance bez okien, dokąd wpełznąłem za mym kopaczem, usłyszałem bolesne jęki i westchnienia. Zapaliłem latarkę elektryczną i w jej świetle ujrzałem znanego mi dobrze starego Murzyna Mbongu. Leżał na wznak, łypiąc oczami. Brzuch jego był wzdęty jak bania, z otwartych ust spływała ślina. Z łatwością zrozumiałem na czym polegała ciężka choroba starego. Murzyn objadł się i upił na dodatek. Zastosowałem potężną dawkę ipekakuany. Skutek był bardzo szybki. Stary leżał na posłaniu, wzdychając już teraz z ulgą. Ja zaś rozejrzałem się po lepiance i wyszedłem, zauważywszy tylko, że w jednym z kątów, na pewnym podwyższeniu, stał posążek bóstwa staroetiopskiego, imieniem Bes, które czczone było także w Egipcie. Pomyślałem wtedy, że stary zapewne musiał zwędzić gdzieś ten posążek podczas kopania. Bardzo chętnie bym nawet nabył tego bożka, gdyż zachowany był nadzwyczaj pięknie. Zrobiony był, zdaje się, z drewna hebanowego i błyszczał, jakby go posmarowano tłuszczem. Wiedziałem jednak, że jeśli stary zauważy moje zainteresowanie, to zażąda ceny zanadto wysokiej i targu nie dobiję. Tacy już są ci Murzyni. Wyszedłem więc, poleciwszy tylko dawać choremu od czasu do czasu trochę ciepłego mleka i nic więcej aż do zupełnego powrotu do zdrowia. Wróciwszy do mego namiotu, zasnąłem snem kamiennym, zapomniawszy o starym zupełnie. Jakież było moje zdumienie, gdy już na drugi dzień rano ujrzałem swego chorego przy wejściu do namiotu. Opadł na twarz, a potem długo całował moje kolana. – El-hakim – rzekł wreszcie. – Uratowałeś mi życie. – Uśmiechnąłem się i odparłem: – Przestań. Nie obżeraj się i nie upijaj więcej, to ci nic nie będzie. – On jednak rzekł z pewną urazą. – Ja wiem, że el-hakim tak sądzi, lecz Mbongu nigdy nie kłamie. Mbongu był zatruty jadowitą wódką, którą podano mu przez zemstę. Uratowałeś mi życie, el-hakim. Ale Mbongu umie być wdzięczny. Syn mój mówił, że odnalazłeś w dawnej świątyni miejsce, gdzie leżał święty kamień zielony. Mbongu wie, gdzie jest kamień. – Spojrzałem na starego ze zdumieniem. Nie wyglądał mi na oszusta. Zbyt wiele wdzięczności było w wyrazie jego oczu. Począł mówić. – Święty szmaragd znajduje się daleko stąd, w kraju dziwnych ludzi, w Grodzie Księżyca. Panuje tam królowa, która nosi na głowie węża i rogatą koronę, a składa cześć bogini, bo ona i jej lud nie są ani mahometanami ani chrześcijanami. – Dreszcz mnie przeszedł. Czyżby stary Murzyn zwariował? Rogata korona, toż to emblemat Izydy. Gród Księżyca? Nazwa obca mi była najzupełniej, ale jakby nieco egipska. Zachowałem jednak spokój i zapytałem Murzyna, czy wie, gdzie leży Gród Księżyca. Podniósł rękę i wskazał kierunek. – Daleko, daleko stąd. Za górą Dżebel Reft. Przejść tam trudno, panie, bo skały i piaski lotne zagradzają drogę. Pustynia. Dalej rozciągają się słone błota. Dopiero za nimi, wewnątrz Pustych Gór, znajduje się rozkoszna oaza, w której rosną palmy i błyszczą złote świątynie. – Tu już się rozgniewałem. – Oszalałeś mój stary. Któż kiedy słyszał o tym i skąd masz zresztą te wiadomości? – Doprawdy sądziłem, że Murzyn z wdzięczności do mnie ułożył fantastyczną bajkę. Złożył ręce na piersiach i rzekł: – Nie, panie, Mbongu nie kłamie. Mbongu sam pochodzi z Grodu Księżyca i uciekł stamtąd przed wielu laty w obawie kary za przestępstwo. Gród ten jest silny i warowny. Strzeże go wojsko z dobranych żołnierzy. Noga białego człowieka nie stąpiła jeszcze na terytorium Grodu Księżyca, bo nikt nie zna drogi, która tam wiedzie. Tę tajemnicę posiada sam tylko Mbongu i umarłaby ona z nim razem, gdyby nie wdzięczność dla dobrego el-hakima, który mu uratował życie. – Tu już gniew mój wybuchnął naprawdę i wygnałem precz starego. Odszedł, rzucając na mnie smutne spojrzenie. Po pewnym czasie jednak, ku memu własnemu zdziwieniu zacząłem dopatrywać się w opowiadaniu Murzyna prawdy. O słonych trzęsawiskach ciągnących się na dalekiej przestrzeni za górą Dżebel Reft słyszałem niejednokrotnie. A Puste Góry? Mbongu mógł tym mianem nazywać kratery dawno wygasłych wulkanów, których nie brak w pustyni nubijskiej. Nie mogłem już odtąd zapomnieć opowieści starego i często, nawet podczas pracy, ukazywała mi się wizja dalekiego etiopskiego miasta, błyszczącego bielą licowanych alabastrem domów i złotymi ozdobami świątyń. Kilka razy jeszcze wzywałem Mbongu. Pokazało się, że był on sławnym czarnoksiężnikiem. Ludzie bali się go, gdyż podobno umiał urzekać. Rozmowy dalsze z Murzynem utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie kłamie. Szczegóły, jakie wiedział dobrze o kulcie staroegipskim, który i Etiopczykom był wspólny, wiadomości o ich ustroju państwowym, o świętej władzy królowej, zarazem kapłanki bogini Izydy, nie mogły być znane zwykłemu Murzynowi z tych okolic. Poza tym ofiarował mi swe usługi jako przewodnik. Radził jednakże wziąć ze sobą liczniejszą eskortę i dużo palnej broni, której tam nie znają. Od tego czasu ogarnął mnie niepokój. Przerwałem prace i wraz z żoną powróciłem do kraju, aby zorganizować wyprawę celem odszukania już nie ruin Napaty, ale Napaty żywej. Tak jest, panowie! Choć opieram swe domysły prawie wyłącznie na zeznaniach starego Murzyna, ale mam przekonanie, nawet więcej – pewność. Napata, stolica czarnych faraonów Etiopii, Napata żywa, założona przez kapłankę Izydy – królową Nestentis, istnieje po dziś dzień, zagubiona, nieznana, rządzona przez kobietę, której czoło opromienia zielony blask świętego szmaragdu bogini Izydy. Kto zechce mi dopomóc? Do dzieła, panowie! Nie pragnę tej chwały dla siebie wyłącznie. Niechaj wszyscy uczeni, czy polscy, czy też zagraniczni, kołaczą u swych rządów o subsydia, które pozwolą nam doprowadzić wyprawę do pożądanego celu. Skończyłem.

Szybko opuścił trybunę. Odezwały się oklaski, ale jakieś trochę niepewne i słabe. Na wielu twarzach znać było konsternację i zwątpienie.

Tylko Mehmed-effendi siedział wciąż nieporuszony i sztywny.

Rozdział V

Odrzucona propozycja

W zacisznej willi pani Adeli Gustowskiej, której ogród przylegał do Parku Skaryszewskiego, spali jeszcze wszyscy. Bo też pora była bardzo wczesna. Ósma godzina rano i to w dodatku trzecie święto Wielkiej Nocy. Któż tak wcześnie wstaje w Warszawie? Ale stara pani marszałkowa – tytułowali ją tak znajomi i służba, bowiem nieboszczyk Jan Gustowski był jakiś czas marszałkiem Sejmu – była kobietą dawnej daty i lubiła wstawać wcześnie. Toż pamiętała jeszcze czasy oblężenia Warszawy i okupacji niemieckiej. Tego ranka obeszła już wszystkie kąty, zrewidowała cały ogród, czy czasem, Boże broń, jakie obce kury niepoczciwe nie żerują na grządkach, gdzie były posiane nasiona różnych ładnie pachnących kwiatków. Potem poszła do jadalni, aby własnoręcznie przygotować śniadanie. Zazwyczaj nie robiła tego sama, ale od czasu przyjazdu ukochanego i jedynego zresztą siostrzeńca Lecha Jareckiego, sprawiało to jej szczególną przyjemność, gdy sama przyrządzała wonną kawę i dzbanuszki ze świeżo w piecyku zapieczoną śmietanką.

Nakryła do stołu. Poustawiała wszystko troskliwie. Cichym głosem złajała pokojówkę, która weszła z hałaśliwym powitaniem. Zakryła kanarka, żeby nie śpiewał głośno – bo to, widzisz ptaszeczku, Leszek i Hela śpią jeszcze. – Spojrzała na zegar i z westchnieniem zasiadła przy stoliku pod oknem. Wzięła do rąk talię starych kart i tasowała jakiś czas z uśmiechem. Wyjęła wreszcie damę kierową i położywszy na środku stolika, zaczęła ją okalać innymi kartami. Stawiała kabałę na żonę swego siostrzeńca, którą teraz dopiero poznała, gdyż ślub młodych odbył się w Kairze.

Pani Helena zasadniczo podobała się staruszce nieco zazdrosnej o swego ulubionego siostrzeńca. Ale marszałkowa nie lubiła tych sukien i najświeższych mód paryskich, które tak bardzo do twarzy były młodej kobiecie. Nie znosiła nowych oszałamiających perfum, które przesycały atmosferę pokoju pani Heleny. Poza tym nie wierzyła, aby ta elegantka – choć tam może i dobra kobiecina – mogła być pomocna jej Leszkowi w poszukiwaniach archeologicznych. Toteż na wszystkie entuzjastyczne wynurzenia siostrzeńca zazwyczaj tylko powątpiewająco kiwała siwą głową.