Zakazana - Krzysztof Bonk - E-Book

Zakazana E-Book

Krzysztof Bonk

0,0
1,99 €

oder
Beschreibung

Saga diabelska. Część pierwsza – Zakazana. Cykl dark fantasty.
Dobro umarło, a raczej zostało zamordowane. Wszelka religia, wszelaki postęp należą do przeszłości. Posępne trakty wiecznych wieków średnich znaczą krew i błoto. Powyżej trwa walka o władzę. Poniżej maluczcy skaczą sobie do gardeł o rzucane im z pańskiego stołu ochłapy. Gdzieś tam się kryje magia. Trzy rody posiadły klucze do wieczności. Nie opadł jeszcze bitewny pył. W Otchłani Czeluści się czają diabły. W ciężkim powietrzu wisi zdrada. Antybohaterowie, antybohaterki.
Postaci, które wydawałoby się, że nie mogą już niżej upaść, a jednak. Wszak jest coś jeszcze. Nie jesteś sam w ciemności. Zapamiętaj to oraz fakt, że orgia krwawego zła nadchodzi. Zaprzyjaźnij się z nim, albo giń.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Saga śniegu, krwi, ognia, ciemności i błota

Saga diabelska

Część pierwsza – Zakazana

Krzysztof Bonk

 

© Copyright by Krzysztof Bonk

Projekt okładki: Marta Frąckowiak

e-wydanie pierwsze 2021

ISBN: 978-83-8245-511-3

Kontakt:

[email protected]

https://bonkbook.pl/

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

 

I. Zakazana

Zamek o brudnoszarym kolorze jakby rozdzierał sobą Przykrą Dolinę – błotnistą nieckę między ośnieżonymi wzgórzami. Każde z postrzępionych wzniesień przywodziło na myśl garb starca. Takiego, który zbyt wiele już widział, zbyt wiele przeżył, by dalej dźwigać brzemię istnienia. Uginał się pod nim, a jego ubiór z gruzu, błota i się rozpuszczającej zmarzliny pokazywał prawdę o tym, co ostatecznie zdobywał człowiek u swego kresu.

Sama twierdza z chropowatymi ścianami wysokich murów właśnie otwierała swe podwoje na przybycie niezwykłego orszaku. Z dalekiej północy i zza zimnych mórz się zjawiali nowi zarządcy, by sprawować pieczę nad tą częścią Starego Królestwa.

Kilka krytych powozów z kołami mielącymi śnieżną breję zajechało w krótkiej kolumnie na zamkowy plac. Matowe drewno topornych karoc, okalające ciasne wnętrza, ociekało łzami jesieni, na które się składały prószący śnieg, siąpiący deszcz i resztki skroplonej mgły.

Jak skowyt konającej staruchy zazgrzytały rdzawe zawiasy drzwiczek w pojazdach. Na ubłocone podłoże wychodziły kolejne postacie.

Jedna z nich, starsza i nieco otyła kobieta z laską w dłoni, została usadzona w lektyce. Matrona miała trupiobladą skórę twarzy, a oczodoły zalane czarnym tuszem. Przywdziewała suknię wchodzącą w matowy błękit. Przepastne odzienie luźno zwisało jej poniżej pasa. Powyżej ciasno opinało sylwetkę kobiety na nieznaną w Starym Królestwie modę. Podobnie niespotykane miała nakrycie głowy. Jej czepiec przypominał dalekowschodni kokosznik, przywodząc na myśl rozciągnięte na pałąkach rybackie sieci.

– To jej teraz służysz? – Kira opierała się niechlujnie o wiejski wóz z wysypującą się z niego przegniłą słomą. Splunęła przez szparę między zębami na imponującą odległość kilku stóp. Trafiła w potylicę jednego z licznych gapiów, zostawiając na płowych włosach starca żółtą flegmę. Patrzyła, jak jej wydzielina leniwie ściekała po wieśniaku i zbierała drugą porcję, się powtarzając: – Pytałam, czy to tej suce teraz służysz, wierny psie? Tej obcej, grubej kalece w błękicie, której nie powinno tu być.

– To lady Bannad Fiskur – odparł spokojnie Bruno, zbrojny najemnik w sile wieku, który zwykle zachowywał spokój, chyba że akurat wyciągnął miecz.

– Fiskur… Bannad. – Kira mieliła zasłyszane słowa w ustach, jak przekleństwa czy imiona samego diabła. – Nazwijmy ją bardziej swojsko. Fiskur Błękitna Kurwa brzmi dobrze. Nie uważasz?

– O pracodawczyni wypada się wypowiadać dobrze, jeśli… – mężczyzna zawiesił głos i twardo dokończył – dobrze płaci.

– A jeśli słabo płaci? – Kobieta posłała kolejną wiązkę flegmy w tłum gapiów. Nie patrzyła, kogo tym razem zdołała ustrzelić. Wyciągnęła zza paska kozik i zaczęła wyskubywać nim bród zza paznokci. Jako niewiasta tak dbała o czystość.

– Jak nie płaci, to wtedy jest kurwa – stwierdził tymczasem Bruno. Poprawił miecz za pasem, klingę dobrej jakości z Al Fhraing, ale z nietypowym jelcem, bo z koszem na wzór asturlyjskich rapierów. Zaczesał do tyłu kasztanowe loki sklejone przez wilgoć, aby opadały mu na plecy brunatnej kolczugi i nie przysłaniały twarzy. Zaplótł ramiona na klatce piersiowej i czujnym wzrokiem, jak owczarek doglądający stada rogacizny, się przyglądał przybyszom zmierzającym do zamkowych wnętrz.

– Poznałeś ich wszystkich? Całą tę fiskurową rodzinkę? – Kira wygrzebała już niemal cały brud zza przydługich i ogryzionych pazurów. Resztę zaschniętego błota najwyraźniej zostawiła sobie na potem. Obecnie się wzięła za zbieranie ostrzem noża kropel deszczu, płatków śniegu i brudu z niezbyt urodziwej twarzy. Przy tej czynności wyglądała, jakby się goliła brzytwą.

– Poznałem.

– Aha. – Kobieta łypnęła okiem na tradycyjnie niezbyt rozmownego Bruna. Przekierowała wzrok na arystokratyczny pochód i warknęła: – To przedstaw mi jaśnie kurwi państwo, może sama się u nich najmę.

– W porządku. – Najemnik odjął jedną rękę od torsu i wskazując nią kolejne osoby, wymieniał: – Ten wysoki, barczysty w połyskującym pancerzu, to Hakarl. Pierworodny syn seniorki Bannad.

– Umie walczyć? Bo jakiś taki rycerski się ten opierzony w stal kogucik… wydaje. – Kirze wydawał się też kurewsko przystojny, jak zresztą każdy mężczyzna w stalowej zbroi, która była warta więcej niż gruda srebra.

– Zdziwiłabyś się, ale ten Hakarl z długim ostrzem w ręku jest więcej niż dobry.

– Z długim… powiadasz? – Kobieta wychyliła głowę, aby dojrzeć krocze wymienionego mężczyzny. – W czymś jeszcze jest… dobry? – Rozmarzyła się.

– Cóż… – Bruno z nieciekawą miną się podrapał po siwawej szczecinie na brodzie.

– Czyli miecz w ręku i fiut między nogami. Taka para do wywijania, a reszta to tylko fasada – zakpiła Kira, myśląc, że to w sumie spełniało jej oczekiwania.

– Taki to typ – zgodził się poniekąd zbrojny. Następnie wskazał na osobę za Hakarlem. – Ta wysoka i chuda kobieta w czarnej sukni to najstarsza córka, Nevaria Fiskur.

– Jest z welonem na głowie, zasłania twarz – zaciekawiła się gładząca nożem po twarzy postać. – Ma pizdę w żałobie, czy jak? I sama ta lady Pizda też jest w żałobie?

– Nie jest, ale tak się nosi – oznajmił Bruno.

– Może jest brzydka jak dupa diabła, bo po chuj jej takie smutne wdzianko? – Kira sama jakby posmutniała, robiąc z ust podkówkę odwróconą nóżkami w dół.

– Podobno rozmawia z duchami.

– Jest szurnięta? – Oczy kobiety się rozbiegły w upiornego zeza.

– Radziłbym ci zważać, co mówisz, oraz… na nią uważać. Jest w niej coś niepokojącego. No i ona nie jest głupia.

– Szkoda, bo zwykle wolę głupie. Ale rzeczywiście ma łeb na karku, bo nawet kontroluje swój krok. Jako jedyna nie wdepnęła w gówno na zasranym dziedzińcu, a to, kurwa, jest sztuka, jakich mało.

– Mówiłem. – Bruno się uśmiechnął z przekąsem, ukazując półgębkiem rząd nierównych i pożółkłych zębów. Potem pokazał ręką na kolejną osobę: – Ten za Nevarią, niższy i odziany po pałacowemu, to Scriptor.

– Że kurwa, jak?!

– Scriptor, tak się nazywa. Przyjaciołom pozwala na siebie mówić Script.

– Pierdolę takie imię, phi. – Dla Kiry imię, to po prostu imię, jakoś się trzeba nazywać. Ale kpić też. Dlatego parsknęła z takim impetem, aż spryskała śliną plecy stojącego przed nią wieśniaka. Zobaczyła, że jej flegma na jego wytartej baranicy zdążyła mu już spłynąć między łopatki. Uśmiechnęła się i podrapała po płaskim tyłku, który ją znowu swędział pomiędzy pośladkami, gdzie się za słabo podtarła białym gąsięciem.

– Script jest uczony w pismach, ale jeszcze większym jest koneserem wina i kobiet – wtrącił Bruno. Osobiście nie zauważał w tym sprzeczności, bo widział już pisma pełne rysunków gołych bab i opisów trunków.

– Aha… – Kira na dłużej przykuła spojrzenie szarych oczu do wyróżniającego się młodzieńca, o którym mowa. Odziany był w śnieżnobiałą tunikę z przesadnie okazałym żabotem w kolorze błękitu pod brodą. Zamiast zwyczajnie iść, pańsko kroczył. – Ma żonę? – zagadnęła łakomie.

– Z tego co mi wiadomo, to nie.

– No to może wpadnę temu Scriptorowi w oko i zostanę, kurwa, panią Fiskur. – Przestała obmacywać swój tyłek i włożyła sobie dłoń za spodnie prosto w krocze, gdzie wulgarnie pogmerała. – Lady Kira Fiskur brzmi dobrze, nawet bardzo dobrze – uznała. – Na taki tytuł moja matka dziwka i jej matka, też kurwa, padłyby trupem. Zresztą sama bym je zajebała, bo to wstyd, aby lady Kira Fiskur miała kurewską familię.

– Ta niska i pulchna w ciemnym płaszczu za Scriptorem to Moray Fiskur.

– Pierdolę, myślałam, że to chłopak. A ty twierdzisz, że jednak piczka.

– To pizda jest. – Bruno raptem zaostrzył wypowiedź, jak nóż na osełce.

– Ho, ho! Gdzie szacunek dla jaśnie sponsorki, jej matecznika, się podział?! – Kira była szczęśliwa, słysząc uwłaczanie komuś, komukolwiek, byle nie jej.

– Szacunek? – Najemnik się rozejrzał na boki, by się upewnić, że nikt nie podsłuchuje. – Dla tej Moray nie mam szacunku. – Pamiętasz Ryżego Sybę? – Nerwowo zadrgał mu mięsień na policzku.

– Syba, Syba… No pamiętam, co mam nie pamiętać. Taki spasiony baryłka był, ciągle o żarciu gadał i dobrze gadał, aż się ośliniałam. Co u niego?

– Już nic. – Bruno wzruszył ramionami, ale nierówno, jakby przeszedł mu po nich dreszcz. – Towarzyszył mi, ale teraz, kilkanaście mil stąd, leży w zimnym strumieniu wypatroszony jak ryba.

– Kurwa czemu?

– Znałaś Sybka, jego lepkie rączki.

– Ukradł coś tym Fiskurom, służąc im? – Kira zrobiła minę, jakby właśnie wydaliła coś nieciekawego w gacie.

– Znałaś go… mógł to zrobić. Ale twierdził, że srebro się wzięło u niego… znikąd i z nożem na gardle nie zdradził, gdzie reszta łupów. – Bruno posłał kobiecie jeden ze swoich nieodgadnionych uśmiechów. Ona pokiwała niby ze zrozumieniem głową, a patrząc na wchodzącą już do zamkowych wnętrz Moray, ponuro skwitowała:

– Rozprułeś go, Sybka.

– Taki rozkaz, taka robota. Brudna, jak brudny jest świat. – Wytarł dłoń o kolczugę, jakby zobaczył na niej krew swej ofiary, jednej z wielu.

– Cóż… – Kira podłubała sfatygowanym obuwiem w grudzie zbitego łajna. – Tym Fiskurom wróżę nie lepszą przyszłość. Brewer, Giles, Struan. Stawiam, że stare klany tu szybko przyjdą i postawią na te mury drabiny, a potem zatkną na nich rodowe chorągwie. To porządny zamek, zechcą go mieć, mając w dupie królewskie nakazy. – Przeniosła wzrok ze zmarzniętego łajna na okazałe baszty. Następnie kopnęła końskie odchody, które się rozsypały na boki i podsumowała: – Nic to, dzięki za ostrzeżenie przed tą Moray. Bo rozumiem, że to ona wydała Sybka?

– Ta….

– No to przynajmniej wiadomo, na kogo otwierać czarcie oko.

– Nie masz czarciego oka. – Bruno wypowiedział prawdę oczywistą, uśmiechając się przy tym kwaśno, jakby usłyszał kiepski żart. Ale w zamyśleniu dodał: – Za to ta… Nevaria. Ona… – Znów się podrapał po brodzie, co czynił nader często, gdy uznawał, że jego domysły się mogły pokrywać ze stanem faktycznym. Gdy nagle się spiął jak podczas musztry: – Al! – krzyknął. – Al!

– Co znowu za… Al? – Kira ziewnęła. Lubiła ziewać, by podkreślić, jak bardzo miała wszystkich gdzieś. Co w zasadzie stanowiło prawdę.

– Al to piąty dzieciak lady Bannad, najmłodsza córka. Nie ma jej, kurwa!

– Czyżby nasz światowy najemnik zgubił młode swej pani i miał… przejebane? Phi, hi… no wybacz, chłopie. – Kobieta prychnęła i tym razem usmarkała samą siebie. Otarła usta i podbródek z kleistej wydzieliny, po czym roztarła ją pod postacią przezroczystej galaretki na skórzanej kamizelce w kolorze zgniłego brązu. Jednocześnie z satysfakcją patrzyła, jak Bruno się uganiał po zamkowym dziedzińcu, daremnie szukając zguby. – Głupi skurwiel… ale przystojniak i przyzwoity jebaka – rzuciła w zimne powietrze.

Zawinęła się w przyniesiony ze sobą kraciasty koc o szaroczarnej barwie. Żeby lepiej się prezentować, poprawiła na głowie coif z osłaniającym go kapturem. W kolejności poszła z resztą lepiej odzianych gapiów do środka zamczyska, aby być świadkiem powitalnej uroczystości.

*

Al stała na rozstaju błotnistych dróg północ południe i wschód zachód. Jej ciężkie buty z twardej skóry grzęzły coraz mocniej w zasysającej ją brei. Trzymała w dłoni garść srebrnych monet rodem ze Starego Królestwa i tak jak jej jasnymi włosami targał wiatr, tak myślami wątpliwości.

Wyprosiła Moray, aby, jak to Moray, wrobiła kogoś w kradzież. Przez to tamten wielki człowiek w szarym futrze miał teraz rozpłatany brzuch, którego wnętrze wyjadały drapieżne ryby. Al miała za to monety matki, dzięki którym mogła wreszcie uciec w nieznane od wszystkiego, co zna.

Zawsze tego chciała, zawsze pragnęła tylko tego. Lecz teraz, gdy uzyskała ku temu sposobność, ostro, jak śnieżna zamieć w środku zimy na Eyjeldsogis, zaatakowała ją nawałnica wątpliwości. Choć odnosiła wrażenie, że było to coś jeszcze.

Więził ją jakby niewidzialny łańcuch, przykuwając do matki i nie pozwalał uciec na wolność. W chwili, która miała być chwilą jej wyzwolenia, poczuła te okowy na sobie mocniej niż kiedykolwiek przedtem. Dusiły ją.

Odbierała w sobie, że jeśli będzie się za mocno szarpać, ciasną obrożą się może zadusić na śmierć lub skręci sobie kark. Widziała już, jak podobnie kończyły łapane przez Hakarla wilki. Kończyły źle w żałosnym skowycie, z pianą i krwią wyciekającą im z pyska, a potem ze zgaszonymi ślepiami. Al nie chciała skończyć jak zdechły wilk. Miała ambitniejsze plany na siebie i swoją przyszłość.

– Co dalej, zimno mi?

Zerknęła z ukosa na małego Flundra. Jak zwykle zdawał się na nią, wydając się na tych pustkowiach bezwolną grudą błota i śniegu, które coraz mocniej oblepiały jego chłopięcą sylwetkę.

Niebo ostro przeciął się rzucający na swą ofiarę myszołów.

Gdzieś w dali zarżał żałośnie koń.

Poszarzałe niebo pociemniało mocniej.

Zimno się zmieniało w szczypiący policzki mróz.

– Idziemy! – rzuciła zdecydowanie Al. Choć miała ledwie jedenaście lat, jedno już bowiem o życiu na pewno wiedziała. Ono nie mogło zastygnąć, zamrzeć, zamarznąć. Życie był to ustawiczny ruch. – Chodźmy – dodała z werwą, pociągając za postrzępiony rękaw małego Flundra.

II. Niebieskie listy

Do głównej sali zamkowej ludzie się schodzili tłumnie niczym muchy do gnijącej rany, czy robactwo zwabione toczeniem trupa. Na kamienną posadzkę wnosili na obuwiu i szatach błoto zmieszane ze śniegiem, ale nie tylko to. Niektórzy przemycali odrażający odór, wszy, pchły i ciała pokryte czyrakami.

Do Aarona, wiekowego już zastępcy baliwa we włościach Zamku Zimnych Łez, należało oddzielanie ziarna od plew. Wpuszczał gapiów, którzy godni byli dostąpić widoku ceremonii powitalnej. Zatrzymywał niegodnych swą prezencją, by uroczystości nie skalali odstręczającą powierzchownością.

Gdyby to od niego zależało, nie przepuściłby przez zamkowy próg nikogo z pospólstwa, tak w swoim mniemaniu cenił czystość i schludność. Jednak z doświadczenia już wiedział, że wielkie uroczystości wymagały wielkiej oprawy, a takowej elementem była ludzka tłuszcza. Niezliczona ilość oczu do podziwiania wspaniałości, wielość uszu do wysłuchiwania podniosłych mów.

Gdyby to od niego zależało, przepuściłby przez zamkowy próg jedynie ludzkie oczy i uszy. Cały brud i smród z ubiorów oraz ciał gawiedzi pozostawiłby tam, gdzie jego miejsce, pośród zawalonego gnojem i łajnem zamkowego dziedzińca, gdzie zresztą nie brakowało też ludzkich odchodów.

Niestety jako wiejski syn, choć uczony w piśmie, nie był baliwem, a tylko, lub aż, jego zastępcą. Stanowił osobę, która współzarządzała zamkowymi włościami w imieniu właściciela, nie mogąc samodzielnie wymierzać i egzekwować praw. Za to ostatnich właścicieli zamku pożegnał w niezbyt miłych okolicznościach, bo z ich udziałem, właśnie w ramach realizacji prawa, był świadkiem ich okrutnego krzyżowania.

Zdrada królestwa, obraza majestatu, spisek, knowania? Nic z tych rzeczy. Członkowie klanu Bruce zostali oskarżeni o największą z możliwych zbrodni, o hołdowanie innowacyjności oraz oddawanie czci starym bogom z czasów, gdy istniało jeszcze coś takiego, jak religia. Stanowiło to wykroczenie zarówno wobec przeszłości, teraźniejszości, jak i przyszłości. Obecnie bowiem postęp był zakazany, podobnie jak czczenie bóstw. W konsekwencji do klanu Bruce dobrała się inkwizycja. To mogło dla wywrotowego klanu oznaczać tylko jedno – wymazanie z istnienia, jak i kart historii, co niniejszym się dokonało.

W miejsce dawnych właścicieli do pozostawionych przez nich włości przybywali na ten czas nowi panowie, a właściwie lordowie i lady zza wielu zimnych mórz, Fiskurowie. Aaron znał ich imiona i opisy postaci z królewskiego listu.

Korzystając z tej wiedzy, ćwiczył uniżone ukłony, aż od kierowania nosa w kierunku posadzki nieznośnie łupało go w krzyżu. Lecz mimo bólu, jak przystało na wytrawnego urzędnika, się z grymasem cierpienia na twarzy również uśmiechał:

– Lady Bannad Fiskur… to dla nas niewymowny zaszczyt. – Minęła go kobieta w błękicie i niesiona w lektyce. – Lordzie Hakarlrze… Witamy, witamy. – Kolejny ukłon. – Lady Nevaria… moje uszanowanie. Lord Scriptor… wyrazy szacunku. – Szacunek do lepiej ubranych i urodzonych osób Aaron wyssał już z mlekiem wiejskiej matki. Obecnie zasysał go do płuc wraz z każdym wdechem w pobliżu możnych tego świata i pomnażał z każdym ukłonem. – Lady… Moray, jak sądzę. – Popatrzył nieco podejrzliwie na chłopczycę w płaszczu, zastanawiając się, czy aby tym razem się nie pomylił, co do statusu gościa.

Szybko odgonił wątpliwości. Wyczuwał arystokrację na wiele mil. Miał taki zmysł, a przede wszystkim wrażliwy nos, przez co czuł, że chłopczyca zwyczajnie nie śmierdziała, jak kolejne osoby z tłumu.

– Już wystarczy, odsuńcie się, no już! – Wkrótce wręcz zagrzmiał na pchający się do zamku motłoch. Przy okazji wyprostował sylwetkę, jeszcze się wspinając na palcach, by wyglądać na wyższego niż w rzeczywistości. Nawet dumnie zadarł głowę. Przyjemne uczucie.

– Aaronie!

– Ty możesz wejść. I… mam z tobą do pogadania – powiedział z wyższością do Kiry, którą przepuścił.

Pewnie nie powinien był udzielać jej wstępu, znając brud jej umysłu i ciała. Lecz miał do niej prywatny interes, więc na nią akurat mógł przymknąć oko. Wszak posiadało ono, podobnie jak drugie, wyjątkowo ruchliwą powiekę, wydawałoby się do przymykania na pewne sprawy wręcz stworzoną.

Po zamknięciu bramy ustawił przy niej strażników, po czym się udał odszukać w tłumie gapiów Kirę. Przepychał się do przodu, bo jak ją znał, a znał ją dobrze, sama tam polazła, by mieć dobry widok na ceremonię.

Nie pomylił się. Stanął koło wspomnianej kobiety, czyniąc to w trzecim rzędzie. Trochę żałował, że nie w pierwszym. Za rekompensatę miała mu służyć obecność najemniczki, do której ściszonym głosem zagadnął:

– Jest problem z wdową Irmą.

– Ta, co z nią?! – Kira nie była zainteresowana ględzeniem starego capa Aarona. Wpuścił ją, zrobił swoje, jak dla niej mógł już zdychać. Nawet powinien, żeby jej nie zawracał głowy.

Ona wyglądała pomiędzy ramionami dwóch zamkowych dam do towarzystwa. Patrzyła na podest, gdzie na wystawnym krześle zasiadła lady Bannad. Koło niej baliw Archibald, jako mistrz ceremonii, roztaczał woń kadzidła z tlącego się kosza bujanego na długim łańcuchu. Po bokach jego pomocnicy zapalali szare świece na wysokich stojakach.

– Jest problem z wdową Irmą, to nie powinno czekać. – Aaron rozumiał powagę i doniosłość ceremoniału. Ale nawet ktoś tak nisko urodzony i niewychowany, jak Kira, powinien rozumieć, że jeśli zwracał się do niej zastępca baliwa, powinna poświęcić mu uwagę. Skoro nie działało słowo, użył dosadniejszego argumentu.

– Kurwa… – syknęła najemniczka. Skrzywiła się na twarzy i spojrzała na swoją stopę w miękkim obuwiu, którą przydepnęło twarde obuwie tego bydlaka, Aarona. – No co z tą kurwą, Irmą, wdową? Mów – warknęła na odczepnego. Odpowiedział jej dyskretny szept skierowany wprost do jej osłoniętego kapturem ucha:

– Twierdzi, że jest ze mną w… ciąży.

– Ona też?! – Kira odruchowo zakryła dłońmi własne krocze, jakby w obawie, że obleśny Aaron także i ją zechce zapylić i to podczas trwającej już uroczystości.

W sumie to mógł, ale jego cena, którą zwykle proponował, jej nie satysfakcjonowała. Ten skąpy wieprz, zbereźnik, uwodził bowiem tylko słowem, nie srebrem. W Zamku Łez wyłuskiwał płaczliwe niewiasty, najczęściej wdowy, i tak długo je pocieszał, aż mogły się cieszyć z nowego potomstwa. Lecz dbający o swe dobre imię Aaron nie był wówczas pocieszony, czemu się starał przeciwdziałać:

– Niech Irma przestanie mnie szkalować, pomawiać o ojcostwo. Nie jestem ojcem jej dziecka.

– Czyżby? – Kira wyszczerzyła brudne zęby. – W jej dłoń wciśnięta została srebrna moneta. Przyjemne odczucie chłodnego i metalowego krążka w dłoni sprawiło, że nad wyraz łatwo zmieniła zdanie: – Nie jesteś ojcem dziecka Irmy, to oczywiste. Każdy, ale nie taki prawy mąż, jak ty. Jeśli ta wdowa twierdzi inaczej, to jej wytłumaczę, że się jednak myli.

– Hmh… – mruknął tylko Aaron. Dawał tym do zrozumienia, że po dobiciu targu jego rozmówczyni nie była już kimś godnym dalszej z nim rozmowy. Ona, rada z tego powodu, że już jej nie zaczepiał, a dostała nawet gówniane zlecenie, skoncentrowała się na ceremoniale.

Z powodu Aarona sporo jej umknęło, w tym wzniosła przemowa baliwa Archibalda na temat… czegoś tam. Kiry nie interesowało znaczenie słów. Ale podobało się jej dźwięczne brzmienie głosu urzędnika. Ciekawie według niej się rozchodziło echem po przestronnych wnętrzach. Coś chyba jak muzyka.

Samej muzyki bowiem, ale takiej prawdziwej z instrumentami, nigdy nie słyszała. Nie ona jedna. Od dawna ta sztuka była zakazana, jako wyzwalająca swawolę ducha. Wszechwładna inkwizycja dbała o to, aby duch, także Kiry, dla dobra świata nie był swawolny. Więc na muzykę pozostawała głucha.

– To chyba ona… Raszida – wtrącił, jakby sam do siebie, Aaron.

Oto przed audytorium w sali wyszła kobieta, która nietypowo drobiła kroczkami. Stanęła frontem do gości, a słudzy ściągnęli jej z głowy welon. Także zdjęli z niej wierzchnią tunikę, ukazując kobietę odzianą tylko w zwiewne giezło o nieskazitelnej bieli.

– Oooch… – Przez tłum przeszedł przeciągły pomruk, gdzie zdziwienie się mieszało z obawą i ta druga dominowała.

– Kurwa, ona nie ma rąk. – Kira zagryzła sobie język niemal do krwi.

– Nie ma całych ramion, od opuszków palców do obojczyków – uściślił Aaron. Zaś najemniczka koło niego zauważyła:

– Za to ma czarne, gęste i kręcone włosy na głowie, jak ja wokół pizdy. No i jej skóra, ona jest brązowa. Może to okiełznana diablica? Ma czarci ogon?

– To zaufana służąca lady Bannad, właśnie ta Raszida. – Zastępca baliwa popisał się przed maluczką wiedzą pochodzącą z listu od króla, który baliw Archibald, jemu, jako w odniesieniu do niego maluczkiemu, łaskawie pokazał. – Ona pochodzi z południa, z dalekiego południa – zaznaczył.

– Toż widzę, że nie wyskoczyła ze śnieżnej dupy, diablica jedna. – Po ugryzieniu sobie języka Kira zagryzała wargi w grymasie narastającego zaintrygowania. – Ależ ona jest cudaczna – stwierdziła niemal z zachwytem.

Nagle salą wstrząsnęło z pogłosem pięć głuchych uderzeń laską. Pochodziły od zasiadającej na tronie lady Bannad. Zapanowała pełna oczekiwania cisza, a także bezruch.

Ciszę wyjątkowo śpiewnie przerwała kobieta z ciemnooliwkową twarzą i bez rąk, Raszida:

– Lord… Hakarl – oznajmiła. Jej głos łagodnie popłynął w przestrzeni niczym samotna łódź na jeziorze o bladym poranku bez wiatru i fal.

– To się chyba nazywa… muzyka, a przynajmniej ten, no… śpiew. – Kirze przyjemnie pobrzmiewał w uszach melodyjny głos Raszidy. – Grrrss… – syknęła raptem z powodu ponownego przygniecenia jej obcasem stopy przez Aarona. Tym razem za użycie zakazanego słowa się odnoszącego do zakazanej czynności. Ach ta muzyka i śpiew, no zamarzyły się jej.

Następnie zobaczyła kroczącego ku matce wywołanego z imienia mężczyznę. Jego zbroja połyskiwała srebrem, aż kłuło w oczy.

Ależ się jej podobał, coraz bardziej. Może zemdleje z wrażenia i młody ogier Hakarl ją pochwyci w ramiona, zanim upadając, rozbije sobie czerep o kamienną posadzkę?

Poczuła się, jakby dostała rui. Podobno miewały tak kobiety w dzikich plemionach. Kira sama się poczuła dzika – nagle chciała się gzić.

*

Pierworodny syn lady Bannad z jednego z krzeseł ustawionych w rzędzie przed widownią wstał tak sprężyście, jakby te zawierało mechanizm katapulty. Puścił oko siedzącemu sztywno Scriptorowi i ruszył żwawo w kierunku matki. Jednakże te kilkanaście kroków, jakie miał do celu, już zaraz pokonywał niczym w narastającej zamieci, lub gdyby się przedzierał przez zbrojne zastępy.

Pewności siebie nigdy mu nie brakowało. Ale wyjątek stanowiła lady Bannad oraz jej listy, przed którym to duetem czuł respekt.

Tak jak jego rodzeństwo tak i on z ust matki nigdy nie usłyszał choćby słowa. Matrona rodu Fiskur od zawsze ze swymi dziećmi się porozumiewała wyłącznie za pomocą niebieskich listów. To z nich ją znał. Z pokrytych ozdobnym pismem kartek.

Co zawierały te matczyne zapiski? Wszystko co dziecko mogło usłyszeć od matki. Była tam otucha i zachęta. Znajdowało się też ruganie oraz groźby za psoty i niespełnianie pokładanych nadziei. By je spełniać i zasłużyć na matczyną łaskę, należało wykonywać sumiennie nakreślane w listach zadania.

Hakarl wykonywał je z największym oddaniem. Przy czym nie miał z tym większych problemów, bo w jego przypadku polecenia dotyczyły głównie treningu walki. Tak się więc złożyło, że spełniając matczyne polecenia, się spełniał sam, robiąc to, co kochał.

Jednakże otrzymywanie listów się wiązało z czymś jeszcze, co trudno było wyrazić. Zapisane w nich słowa wydawały się posiadać jakby moc. Nie dało się sprzeciwić ich treści. Nie istniała możliwość, aby je zlekceważyć. Ich znaczenie zawsze było doniosłe. Odbierając je, Hakarl odnosił wrażenie, jakby wkraczał w zakazaną sferę sacrum, której nie miał prawa sprofanować odmową wobec treści piśmiennych nakazów.

– Matko… – Przed kobietą na tronie przyklęknął na jedno kolano. W spodniach z metalowej plecionki poczuł w zgiętym stawie kolanowym nieprzyjemne napięcie i odebrał chwiejną pozycję.

Z matczynej dłoni odebrał błękitny list. Już czuł jego moc. Zapisane słowa jakby emanowały z wnętrza koperty zapieczętowanej błękitnym znakiem przedstawiającym rybę, herb Fiskurów.

– Dziękuje, matko. – Hakarl sztywno wstał. Spojrzał jeszcze w ciemne oczy rodzicielki, których nigdy nie mógł dostrzec wtopionych w czerń tuszu.

Nigdy jeszcze nie spojrzeli sobie nawzajem w oczy. Tym razem nie było wyjątku. Odszedł więc z uczuciem napięcia w oczekiwaniu, co dane mu będzie za moment przeczytać.

*

– Lady… Nevaria.

– Ależ ona ładnie… śpiewa, ta Raszida. Ajć, noż kurwa…

Aaron znów skarcił drewnianym obcasem Kirę. Ona wiedziała, że te wymierzane w nią akty dominacji sprawiały mu chorą przyjemność. Za te jebane tortury jej miażdżonej stopy powinna zażądać jeszcze jednej monety. Ale wyjątkowo nie myślała o srebrze. Z rozdziawioną gębą się wspięła na palcach, aby lepiej widzieć wysoką kobietę, która wstała z krzesła i przygarbiona, jakby z obawą, poszła w stronę tronu.

*

Nevaria, która od dziecka utykała na lewą nogę, tę u niej krótszą i ze zniekształconym biodrem, tradycyjnie szła, lekko kulejąc. Nie przeszkadzało jej to zważać na każdy krok stawiany w miękkim obuwiu na twardej podłodze.

Podobnie uważała na każde słowo zawarte w listach matki. Uczyła się ich na pamięć, znała je wszystkie upięte w zgrabne zdania, akapity, pełne treści. Lecz od zawsze próbowała zrozumieć w nich coś jeszcze, odnaleźć ukryte przesłanie, drugie dno. Czuła, że nie otrzymywała jedynie matczynych przekazów; wyrazów uznania, besztania, czy poleceń do wykonania. Żywiła przekonanie, że za listami stało coś więcej, w czym nieświadomie brała udział. Podpowiadała jej to własna świadomość, która do poślednich nie należała.

– Dwudziestosiedmioletnia kobieta przyklękła przed tronem i zdjęła z twarzy czarną woalkę. Kątem prawego oka dostrzegła zjawy, przyglądające się jej duchy przeszłości, które spoglądały na nią, jako na przyszłość. Po przeciwległej stronie lewym okiem zobaczyła duchy przyszłości. One również na nią patrzyły, widząc w niej przeszłość.

Spojrzała na matkę, czyli teraźniejszość. Wyciągnęła przed siebie rękę i jak zwykle próbowała spojrzeć matce w oczy, przeniknąć spowijającą je czerń. Jak zwykle nie odniosła sukcesu.

Biorąc list, chwyciła matczyną dłoń. Była zimna, wręcz lodowata, jakby pusta, bez krwi i bez życia. Od tego dotyku nie czuła nic. Z kolei pochwycenie koperty sprawiło jej fizyczny ból. Odebrała go wyraźnie na twarzy, w klatce piersiowej i w podbrzuszu. Przez jej jelita prześliznął się jakby jadowity wąż, kąsając ją. Z doświadczenia wiedziała, że wykonanie treści listu się przełoży na takie właśnie doznania. Ból.

*

– Lord… Scriptor.

– To mój przyszły mąż. – Kira się wyszczerzyła bezczelnie, sprytnie zabierając też bliższą Aarona stopę z miejsca, gdzie stała. Dzięki temu uniknęła uderzenia obcasem. Sama się pokusiła o odwetowy atak podeszwą z grubych skór. Może i nie sprawiła zastępcy baliwa specjalnego bólu, ale jej było górą. Konkretnie jej stopa na cudzej. – He, he… – Jej złośliwy uśmieszek poszerzył się.

*

Scriptor kroczył i puszył się jak paw, którym się w zasadzie czuł. Szedł wolno, a także zygzakiem, aby jak najdłużej był podziwiany przez gawiedź. Znaleźć podziw w oczach ludzi to pierwszy krok, aby wejść w ich serca i dusze. Temu hołdował.

Na chwilę odwrócił głowę i posłał całusa pierwszej lepszej dziewce. Wieśniaczka w kapturze wyglądała pomiędzy ramionami dam do towarzystwa i się szczerzyła paskudnie. Otrzymała łaskę od wielkiego pana. Kiedy następnym razem, jak sukę w rui, będzie ją krył jakiś łachmaniarz, może wspomni prezencję Scripta i będzie jej nawet dobrze.

Ale chuj z nią, chuj ze wszystkimi wieśniaczkami, które zamiast białego uśmiechu pokazywały między wargami brązową gnojowicę. Prawdziwy bal się dopiero zaczynał. Zaproszeniem na niego miał być matczyny list. Młodszy syn lady Bannad był przekonany, że otrzyma przepustkę do bogatych krain. Bowiem jego przeznaczenie to nie wegetacja w samotnym zamczysku na północy, śnieżnym zadupiu świata. Do niego miał należeć sam świat.

– Matko. – W przyklęku odebrał list. Na rodzicielkę nawet nie spojrzał. Czy ona kiedykolwiek patrzyła na niego? Nic więcej nie powiedział. I tak wyraził się w bogatszy sposób na głos, niż ona kiedykolwiek do niego raczyła. Odwrócił się do niej tyłem. Czy ona stała kiedykolwiek przy nim naprawdę go wspierając, jego dążenia? I tak i nie, ponieważ treść jej listów czasem korespondowała z jego dążeniami, a czasem stała przeciw nim. Jak będzie tym razem?

Znał diabelną siłę tych przeklętych słów zapisanych fikuśnym pismem. Wręcz podejrzewał, że stały za tym pradawne czary. Jednak byle zapisana treść go nie zawiodła, bo nie ręczył za siebie, jeśli matka zechce zamknąć przed nim wrota władzy i luksusu. Każdy swoje przeznaczenie miał. On swoje już poznał.

Zerknął w lewo i puścił oko do ducha przyszłości, który spoglądał na niego.

Nevaria, przez niektórych brana ze swą przypadłością za wariatkę, nie była w swej zdolności osamotniona. Ale to on, Scriptor, osiągnął biegłość w pismach, także tych zakazanych. Z tego powodu wiedział, albo już prawie wiedział, jak czarcie oko do końca otworzyć i wykorzystać. Jeżeli zaś jeszcze nie całkiem było mu to wiadome, to i tak się dowie. Już wkrótce, już niebawem. Chyba że odciągnie go od tego coś bardziej atrakcyjnego, mianowicie wielki świat ze wszystkimi jego bogactwami. Czas pokaże.

*

– Lady Moray. Lady… Moray?

– A to spryciula. – Kira aż przyklasnęła w dłonie. Zobaczyła, że wywołana córka lady Bannad nie wstała z rzędu krzeseł, a niespodziewanie, jak duch, się wyłoniła zza samego tronu.

Rozochocona najemniczka odebrała to, jako zakazaną sztuczkę kuglarską. Dobry nastrój jej przez to nie opuszczał, odkąd młodszy panicz Fiskur wyłowił ją, właśnie ją, z tłumu i na odległość pocałował.

O matko kurwo. Taka magia też powinna być pewnie zakazana. Ale nie była. Przez to Kira jeszcze mocniej się wyszczerzyła, się już śliniąc, aż płaty śliny, jak klaczy po galopie, skapywały jej ze zwisającej nisko żuchwy.

*

Moray uklękła przed matką i lekko ujęła list w dłoń. Nie ciągnęła go ku sobie. Czekała, aż matka puści pierwsza. Postrzegała innych, jak przeciwników w grze. Traktowała niczym pionki i czekała na ich ruch, by wykonać własny, najlepiej niespodziewany, wprawiający wszystkich w osłupienie. Nie inaczej rzecz się miała teraz.

W oczekiwaniu na zluzowanie uchwytu matczynej dłoni nastawiała wyczulone zmysły. Odbierała za sobą mieszaninę potu ze znoszonych ubrań wieśniaków, ich nieświeże wyziewy z ust i odór łajna wniesionego tu na podeszwach. Słyszała chrząknięcia, pierdnięcia, ludzkie szmery i piski, rwane rozmowy.

Wyczuwała również coś jeszcze, co jednak nie należało do naturalnego świata zmysłów, a wydawało się pochodzić spoza niego. Lecz był to świat ciągle niedostępny dla Moray. Odbierała jedynie jego cienie. Choć te stawały się dla niej coraz wyraźniejsze.

Nagle lady Bannad zamiast puścić list, wyrwała go z dłoni swej córki. Ona złożyła dłonie na znak pokory.

Matka była chyba jedyną osobą, która sama ją zaskakiwała. Żywiła przez to wobec niej szacunek i traktowała jak godnego rywala. Takiego, który właśnie określił w liście nowe warunki gry.

Czego tym razem będzie ona dotyczyć i co stanowić będzie warunki zwycięstwa? Moray nie mogła wiedzieć. Ale jak zwykle podejmie matczyne wyzwanie, którego już się nie mogła doczekać.

Niczym złodziej dokonujący udanej kradzieży, pewnie chwyciła i zabrała list, oblizując ze smakiem usta.

*

– Lady… Al. Lady… Al? Al?!

– Nie ma jej. He, he. – Jak przypływ morza Kira odczuła wzrastającą w niej falę satysfakcji na myśl, że Bruno się ciągle uganiał za zbłąkanym bachorem. Za zgubienie swego dzieciaka lady Bannad jak nic obetnie mu ręce, jak tej brązowej suce, śpiewaczce Raszidzie.

I bardzo dobrze. Kira z chęcią obejrzy takie przedstawienie, tak samo jak teraz z przyjemnością oglądała tajemnicze obdarowywanie listami. Zaś okaleczony Bruno może zacznie cienko śpiewać. Też chętnie posłucha, zanim dopadnie go inkwizycja. Wszak w tej części Starego Królestwa niewiele było rozrywek.

Zaskrzypiała zamknięta brama do zamkowej sali, się otwierając.

– Chodź, no chodź, szybciej! – Zapanowało poruszenie. Pomiędzy ciasno zbitym tłumem się ktoś przeciskał. – No już, biegnij, biegnij do matki. – Bruno wyszedł przed szereg przednich krzeseł i zasadził klapsa dziewczynce w ubłoconej tunice. Ona truchtem podbiegła do tronu i w poślizgu padła przed nim na kolana.

*

Al prawie wjechała na klęczkach w matczyne krzesło. Zdyszana wyrzucała z ust kłęby pary w chłodnym powietrzu. Jej serce waliło szybko. Nie przestawało tak właśnie bić, odkąd podczas pieszej ucieczki dogonił ją ten Bruno na koniu i pochwycił.

Poprosi Moray, aby go wrobiła w coś złego i zostanie wypatroszony, jak ryba. Choćby za to, jak potraktował małego Flundra. Pchnął go, aż malec się potoczył po stoku wału w głęboką kałużę.

Jednak obecnie Al klęczała przed matką. Z rezerwą patrzyła na trzymaną przez nią kopertę. Znała siłę zapisanych w niej słów. Wiedziała, że zaraz weźmie list, przeczyta go, a potem wypełni wszystko, co zawiera, co do joty. Zawsze tak było, odkąd zdołała sięgnąć pamięcią.

Westchnęła głębiej. Jej ręka jakby sama ujęła list. Zachowywała się, zupełnie niczym bezwolna ćma zmierzająca ku światłu na swą zgubę. Zatem Al odwróciła się od zwodniczego światła. Nie chciała być ćmą. Już wiedziała, jak źle w świetle kończyły ćmy. Spojrzała więc w czerń matczynych oczu.

Widziała je tak wyraźnie – dwie czarne i nieprzeniknione kule pozbawione źrenic. Script powiadał, że takie oczy miały mieszkające pod ziemią diabły. Lecz Al nie zwracała uwagi na diabelskie spojrzenie matki, a w jej oczach coś niezwykłego.

Uśmiechnęła się. Zobaczyła płynące w nieznane potężne okręty. Pomiędzy masztami, jak morskie ptaki, szybowały duchy przeszłości i przyszłości. Ale była tam i ona, Al. Stała na dziobie wpatrzona w wodny bezkres i to bynajmniej nie, jako duch.

W tym momencie się rzuciła na szyję zimnej kobiety. Jej lodowatość ją przeniknęła, aż nią zatrzęsło. Ale za podarowaną wizję i tak utuliła ją z całych sił. Następnie szarpnęła ku sobie list i w podskokach pobiegła do rodzeństwa na krzesłach.

Statki. Już niedługo znów będzie na pełnym morzu, a może nawet oceanie. Widziała to, widziała to w czarnych oczach matki.