Żydzi z Jêb i inne opowiadania - Hans Heinz Ewers - E-Book

Żydzi z Jêb i inne opowiadania E-Book

Hans Heinz Ewers

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Hans Heinz Ewers to niemiecki pisarz znany głównie jako autor horroru i powieści grozy. Jego proza cieszyła się największą popularnością w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, a kilka jego powieści zostało zekranizowanych. Niestety ze względów politycznych większość jego dzieł została zakazana, a sam autor został zapomniany. Do jego najpopularniejszych dzieł należą między innymi „Opętani”, „Dama Tyfusowa” oraz „Żydzi z Jêb”.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Hans Heinz Ewers

Żydzi z Jêb i inne opowiadania

Warszawa 2020

Żydzi z Jêb

Osiemdziesięciopięcioletni Jedonia, syn Gemarii, siedział przy zachodzie słońca na dachu domu swego, najwyższego w twierdzy granicznej. Łatwo stąd objąć mógł okiem fortecę, miasto i całą Słoniową Wyspę.

Dokoła jego domu stały domy żydowskich żołnierzy, których był pułkownikiem. Dziewięćset sześćdziesiąt wojowników – poza tym starcy i kobiety, i dzieci.

Niżej, po stronie Nilu, mieszkał oddział Dargmana, Chorezmijczyka, który przybył z daleka, z Chiwy nad dolnym Oksusem. Komenderował wojownikami babilońskimi. Mur zaś po stronie miasta trzymał oddział Fenicjan pod rozkazami Persa Hydaspesa.

Jedonia patrzył daleko poza mur. Tam stała pod lasem palm za miastem, schowana między palmami i sykomorami, świątynia Chnuba, wielkiego Boga Egipcjan o baraniej głowie. Widział, jak białe słupy się świeciły, widział między nimi kilku kapłanów siedzących na schodach.

Nienawidził ich. Spojrzenie jego padło na puste miejsce przed jego domem. Tam stała przez stulecie dumna i wysoka świątynia Jahwe, Boga Żydów. Nawet król perski Kambyzes, nie naruszył jej, gdy zdobył państwo Egipcjan i zburzył wszystkie świątynie. Lecz teraz świątynia była zburzona, ani jeden kamień nie leżał już na drugim.

Stało się to pięć lat temu. On, Jedonia, puścił się był wówczas wzdłuż Nilu, podejmując najazd na Etiopczyków – z całym wojskiem z Jebu. Równocześnie zaś Arsames, namiestnik Egiptu, jechał na dwór Dariusza II, do Susy, miasta perskiego. Z tej okazji skorzystali kapłani Chnuba – przekupili byli jenerała Widarnaga, perskiego komenderującego Słoniowej Wyspy. Ten i syn jego, Nefaja, który komenderował bliskim miastem targowym, Syene, wtargnęli z żołnierzami egipskimi do niebronionej wówczas twierdzy Jeb, splądrowali starą świątynię Żydów i zrównali ją z ziemią.

Co prawda, gdy satrapa powrócił z wizyty swej u króla, rychło zrobił porządek. Kazał ściąć jenerałów Widarnaga i Nefaję, własnych ziomków swych, i nadto niektórych kapłanów Chnuba – ciała ich zaś rzucono psom ku wielkiej radości armii żydowskiej.

Arsames, namiestnik perski, był starym przyjacielem Jedonii. Wiedział, że mógł liczyć na żołnierzy żydowskich jak na własnych ludzi – zarówno tu, w twierdzy Jeb, która chroniła południe, jak w Migdolu, w Dafne, w Memfisie i w Nofie. Oddawali dobre usługi przy każdej rewolcie Egipcjan przez całe stulecie panowania perskiego – i w tym nowym powstaniu przysłużyliby się należycie.

Arsames, satrapa, przebywał na Słoniowej Wyspie. Miał dokładne wiadomości o narodowym ruchu Egipcjan, który mógł wybuchnąć lada chwila, znał też tego, który rozdmuchał ogień: Amyrtajos, człowiek z Sais. Trzymał się gdzieś w ukryciu tu na południu – i tu musiała też wpierw wybuchnąć burza, która miała złamać panowanie perskie. Arsames czynił przygotowania swe, jeździł z jednego garnizonu do drugiego, oglądał wojska.

Obecnie był w Jebie, mieszkał w domu jenerała Artafernesa. Mógł lada chwila przybyć tu na górę, na dach Jedonii. A przecież nie na potężnego namiestnika Jedonia czekał. Wzrok jego, nieosłabiony przez wiek, śledził bieg Nilu, szukając barki. Padł na miernik Nilu, na studnię, okazującą nawrót słońca. Barka musiała nadpłynąć prądem Nilu, wzdłuż małych wysp skalnych.

Miał wiadomość z Syene – jeden z wielbłądzich jeźdźców jego przyniósł mu ją przed godziną. Tam już przybył człowiek, na którego czekał – posłaniec z Jerozolimy. Nareszcie będzie miał pewność – nareszcie wolną rękę dla budowy świątyni. To czuł: jeśli tylko jeden kamień będzie stał dla Jahwe, Boga jego, nie musiał już więcej bać się Egipcjan i gdyby nawet grożące powstanie szalało po całym kraju, od Tebais aż do delty Nilu – jemu przecież nic by nie groziło.

Wyciągnął z olbrzymiego dzbana glinianego zwoje papirusowe, które chciał pokazać namiestnikowi – cała korespondencja jego, tycząca się budowy świątyni. Uchwycił na chybił trafił kopię listu swego do Bagoasa, satrapy perskiego w Jerozolimie.

 

Do naszego pana Bagohi, baszy Judei – niewolnicy twoi, Jedonia i towarzysze jego, kapłani w twierdzy Jeb. Niech pana naszego Bóg niebios pozdrowi bardzo o każdej porze i niechaj go obdarza łaską króla Dariusza i synów jego domu tysiąc razy bardziej niż teraz. I niech ci da długie życie – bądź szczęśliwy i zdrowy o każdym czasie.

A teraz mówią niewolnicy twoi, Jedonia i towarzysze jego:

W miesiącu tammuz w roku 14. króla Dariusza, gdy Arsames się oddalił i udał się do króla, kapłani boga Chnuba w forcie Jeb uknuli spisek z Widarnagiem, który był tu komendantem. Mianowicie: żeby znieść świątynię Boga Jahu w twierdzy Jeb. Na to ów Widarnag, psi syn, posłał rozkaz do syna swego Nefai, który był pułkownikiem w forcie Syene, w tych oto słowach: niech zburzą świątynię Boga Jahu w twierdzy Jeb bronią swą; wtargnęli do owej świątyni, zburzyli ją do szczętu; kamienne słupy, które tam były, potłukli. Potłukli też pięć olbrzymich bram wybudowanych z kamieni; drzwi wyjęli jako też spiżowe zawiasy. Dach z drewna cedrowego, wszystkie naczynia i wszystko, co tam jeszcze było, spalili ogniem; złote i srebrne czary i wszystkie rzeczy, które były w świątyni, zrabowali. Lecz jeszcze za czasów faraonów egipskich przodkowie nasi zbudowali świątynię tę w twierdzy Jeb. Gdy król Kambyzes szedł na Egipt, znalazł świątynię tę; zburzył wszystkie świątynie bogów egipskich, lecz tej świątyni nie naruszył. Od czasu, gdy się to stało, nosimy wraz z żonami naszymi i dziećmi szaty żałobne, pościmy i modlimy się do Jahu, Pana niebios. Mamy wiadomości o owym Widarnagu: psy zdarły okowy z nóg jego, wszystkie skarby, które zebrał, przepadły. Wszyscy ludzie zaś, którzy owej świątyni źle życzyli, również są zabici – mieliśmy uciechę, patrząc na nich.

Już dawniej, zaraz gdy to nieszczęście nam się zdarzyło, wysłaliśmy list do pana naszego, Bagohi, jako też do Jochanana, arcykapłana, i do Rady jego, a jeden do Ostana, brata Hanani i do znakomitych Żydów.

Ci atoli nie przysłali nam listu.

Teraz mówią niewolnicy twoi, Jedonia i towarzysze jego i wszyscy Żydzi, mieszkańcy Jebu:

Jeżeli się podoba naszemu panu, to niechaj myśli o owej świątyni, by nam pozwolili odbudować ją. Przyślij nam list o świątyni Boga Jahu, by zbudować ją w twierdzy Jeb, tak jak była dawniej. Ofiary, kadzidło, całopalenie przynosić będziemy na ołtarz Boga Jahu w twoim imieniu. I będziemy się modlić za ciebie w każdym czasie, jako też kobiety i dzieci, i wszyscy Żydzi, którzy tu są, jeżeli się postarasz o to, by ową świątynię odbudowano. Zaskarbisz sobie zasługę wobec Jahu – bardziej niż człowiek, który mu przynosi całopalenia i ofiary wartości tysiąca talentów.

A co do złota – to posłańcy nasi pomówią z tobą.

Donieśliśmy o całej sprawie także w liście do synów namiestnika Samarii, Sinubbalita, Delai i Schelemii.

20 marcheswanu roku 17. króla Dariusza

 

Jedonia bar Gemaria czytał dość uważnie papirus, który sam napisał. Potem wyszukał odpowiedź, którą przywiózł syn jego, Machseja, wysłany przezeń do Jerozolimy – protokół, który podał pod przysięgą po powrocie swym:

 

Spisanie tego, co mu powiedział Bagohi i Delaja.

Dosłownie: masz mówić w Egipcie o świątyni Boga w niebie, która była zbudowana w twierdzy Jeb już przed czasem Kambyzesa i którą ów psi syn Widarnag zburzył w roku 14. króla Dariusza. Ma teraz być odbudowana na dawnym swym miejscu. Ofiary i kadzidło mają być składane na ołtarzu zupełnie tak samo jak dawniej.

 

Wyjął podanie, które sam wysłał był do Arsamesa, i jego odpowiedź, która na rozkaz króla dawała ostateczne pozwolenie na odbudowanie świątyni Jahwe – odpowiedź ta nadeszła już przed ośmiu miesiącami. Wówczas zwołał był Radę pułkowników i kapłanów.

Syna swego Machseja, Jozadaka, syna Natana, Szmachię, syna Chaggaja, Hoszeę, syna Jatoma i drugiego Hoszeę, który był synem Natuna. Wszyscy głosowali za tym, by bezzwłocznie rozpocząć odbudowę. Pieniądze były już zebrane, każdy Żyd dał na to dziesięć szekli. Poza tym Jedonia miał w ręku inny jeszcze skarb nietknięty, a zebrany przed kilku laty: dwanaście karszów siedem szekli dla Jahwe, a dla jego bogini Aszimy siedem karszów, dla Hanaty dwanaście karszów. On jeden, Jedonia bar Gemaria, głosował przeciw temu i przeparł wolę swą. Dom przodków jego stał w Jerozolimie; z pomocnymi oddziałami wojskowymi, które król Salomon nadesłał był faraonowi w zamian za konie arabskie, przodek jego osiadł niegdyś na Wyspie Słoniowej. I aczkolwiek już stulecia od owego czasu minęły, aczkolwiek wskutek zaburzeń wojennych połączenie kolonii wojskowej z krajem rodzinnym często bardzo było luźne – rodzina Jedonii nigdy nie zapomniała o Syjonie i o szacunku dla arcykapłana świątyni w Jerozolimie. Tak tedy sankcja dla odbudowy świątyni, którą już miano, nie wystarczała dla starego Jedonii – ani basza Judei, ani namiestnik Egiptu, ani nawet potężny król perski, który panował nad całym światem, nie mógł tu wypowiedzieć ostatniego słowa. To było rzeczą Jerozolimy. Atoli Żydzi Jebu napierali. Czterokrotnie już Jedonia wysyłał pisma do Jerozolimy: do Jochanana, arcykapłana, do Ostanesa, przewodniczącego Rady, do brata jego, Hananiego, potomka Dawida, i do niejednego ze znakomitych Żydów – żaden nie odpowiedział. Bagoas, namiestnik perski Judei, odpowiedział był bezzwłocznie, podobnie Arsames w Memfisie; a nawet sam król perski, oznajmił był zgodę swą. A Żydzi z Samarii, stary basza Sin-Uballit i synowie jego Szelemia i Delaja od razu przyrzekli byli pomoc swą i dotrzymali przyrzeczenia swego, tak samo jak Assaf, syn Manassego, który był arcykapłanem na Garizim w Sichen.

Zapewne wszystko to bardzo dużo kosztowało. Do samego Memfisu trzeba było wysłać tysiąc korców jęczmienia dla pisarza Arsamesa; posłano złote i srebrne naczynia i niejeden szekel do Samarii i Suzy. Ale czyż do Jerozolimy nie posyłano również podarunków liczniejszych jeszcze i cenniejszych!

Żydzi w Jebie napierali. Od dnia zburzenia świątyni, od miesiąca tammuz 14. roku króla Dariusza panowała żałoba. Noszono worki jako szaty żałobne, poszczono i nie pito wina. Nie namaszczano się olejem i nie dotykano się kobiet. Wszystko to miało się skończyć z chwilą, w której by położono pierwszy kamień dla nowej świątyni.

Poza tym była inna jeszcze rzecz. Gdy wówczas wojownicy żydowscy wyruszyli byli do Etiopii, jeden z pułkowników, Mabuzija, chory, pozostać musiał w Jebie. Był on jedynym Żydem, który usiłował bronić świątyni Jahwe przeciw kapłanom Chnuba i zbójeckim ich bandom, i jedynym też, którego zabito. Żona jego, która bardzo go kochała, straciła zmysły, gdy go zamordowano w jej oczach – i od tego czasu żyła w obłąkaniu. Wołała ciągle: żaden Żyd nie jest bezpieczny w Jebie, póki się nie odbuduje świątyni Jahwe. Jeśli się to nie stanie, to będzie to końcem wszystkich Żydów w Egipcie oraz końcem panowania perskiego, które się nimi opiekuje.

Wojsko żydowskie wierzyło w słowa tej prorokini. A on, Jedonia bar Gemaria, nie mniej w nie wierzył.

A jednak wahał się z miesiąca na miesiąc. Jeszcze w poranek owego dnia obaj Hoszeje byli u niego, błagali go, by rozpocząć odbudowę. Wiedziano dobrze, co się w kraju działo. Wiedziano, że każdej chwili wybuchnąć mogło powstanie, że Amyrtajos i zwolennicy jego objeżdżali kraj cały, podżegając lud przeciw najeźdźcom. I wiedziano doskonale, jak mało można było polegać na innych oddziałach żołdaczych.

Jedonia uspokoił ich. Dziś jeszcze, mówił, przybędzie posłaniec z Jerozolimy, przyniesie nareszcie zezwolenie arcykapłana – i w nocy jeszcze, w tej samej nocy, położy się kamień węgielny do nowej świątyni.

Jedonia, syn Gemarii, osiemdziesięcioletni, wyglądał daleko poza mury Jebu, ponad palmy i sykomory Wyspy Słoniowej, wzdłuż Nilu aż do katarakt. Wciągano tam łódź, puszczono ją z powrotem na wodę za kataraktami, rozwinięto czerwony żagiel. A wiatr wiał z północy.

Kroki na schodach. Czterech łuczników a z nimi pułkownik żydowski Szmahia. Donieśli, że przybywa namiestnik Arsames. Przyjdzie tu na górę; Jedonia niechaj nie wychodzi na spotkanie jego, lecz niechaj go tu oczekuje.

Jedonia się uśmiechnął. To było podobne do tego Persa! Był bliskim przyjacielem Dariusza, króla świata, sam panował nad wielkim królestwem, a jednak obchodził się z nim jak z równym. Z nim, Jedonią, stojącym wszak tylko na czele małego oddziału żołnierzy – Arsames miał setki takich oddziałów w Egipcie a król perski w wielkim państwie swym tysiące! Myślał o posłańcu z Jerozolimy, który nadpływał Nilem. Przez pięć lat pisał do rodaków swych w Judei – prosząc, błagając coraz usilniej. Syjon nie zaszczycił go nawet odpowiedzią. Odtąd uśmiech jego stał się gorzki.