6,99 €
Powieść o pierwszym w historii Europy Strajku Kobiet, który wybuchł w Żyrardowie w 1883 roku.
„Naszym kochanym siłaczkom, wojowniczkom o prawa człowieka i obywatela, dzielnym, nieustraszonym, wspaniałym kobietom. Bo tylko kobiety mogą uratować ten świat przed zagładą”
Historia się powtarza.
Co rano parowa świstawka ogłaszała początek zmiany. Jedna pensja nie wystarczała na utrzymanie rodziny, dlatego pracowali nie tylko mężczyźni, ale również kobiety i dzieci, które wykonywały najcięższe prace i zarabiały najpodlej. Kobiety rodziły dzieci, niańczyły je, czuwały nad nimi po nocach, kładły jedno za drugim do grobu i wreszcie szły za nimi. Ciężka praca, poronienia, krwotoki, suchoty i śmierć na czterdzieści lat przed kresem, w wieku trzydziestu paru lat.
Wiosną 1883 r., kiedy stanowiły już ponad połowę spośród 8 tys. zatrudnionych, coś się zmieniło. Gdy połowa z 250 szpularek nie podjęła pracy był to niespotykany akt solidarności.
Szantażowano je wyrzuceniem z pracy i z fabrycznych mieszkań, ale one się nie ugięły, w kilka dni zatrzymały całą fabrykę.
To jest prawdziwa historia walki o równość, wolność i prawa, która szczególnie tu i teraz, w Polsce drugiej połowie XXI wieku, jest niezwykle aktualna i warta ciągłego przypominania.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2022
Przemysław Lis-Markiewicz „ŻYRARDÓW”
Copyright © by Przemysław Lis-Markiewicz, 2022
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2022
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana
w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak
Projekt okładki: Tetiana Boiko
Korekta: Przemysław Lis-Markiewicz
Skład epub, mobi i pdf: Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ISBN: 978-83-8119-908-7
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Miejsce kobiety jest w kuchni – gdzie ma siedzieć sobie wygodnie, z nogami
w górze, popijać wino i przyglądać się, jak jej mąż gotuje obiad.
Elizabeth Gilbert
Marcie Lempart
Klementynie Suchanow
Katarzynie Augustynek
Elżbiecie Podleśnej
i innym naszym kochanym siłaczkom, wojowniczkom o prawa człowieka i obywatela,
dzielnym, nieustraszonym, wspaniałym kobietom. Bo tylko kobiety mogą uratować
ten świat przed zagładą.
Nie wiem, kto trzyma tę książkę w ręce. Nie wiem, czy powinieneś ją przeczytać. Zróbmy zatem krótki test.
Jeśli uważasz się za osobę o poglądach prawicowych, nienawidzisz pluralizmu i wszystko, czego nie pojmujesz, nazywasz lewactwem, odłóż tę książkę.
Jeśli uważasz się za praktykującego katolika i uważasz, że taki powinien być każdy Polak, Polska zaś winna być wyłącznie chrześcijańską, a nie świecką, odłóż tę książkę.
Jeśli zaś znasz choć trochę historię swojej rodziny i wiesz, że twoi przodkowie (dziadkowie, pradziadkowie) byli chłopami i robotnikami, a teraz ty żyjesz na takim poziomie materialnym, jak współczesny Europejczyk, to ta książka jest dla ciebie.
Historia Polski to nie tylko jej chrzest w 966 roku czy pontyfikat Karola Wojtyły. Historia Polski to również ruch robotniczy, który, inspirowany przez piękne i naiwne idee socjalizmu, zmienił obraz naszego kraju w sposób odczuwalny dla współczesnych pokoleń na pewno bardziej niż chrystianizacja Polan. Bez ruchu robotniczego, rewolucjonistów i zdarzających się wśród nich ofiar (więzionych i mordowanych) nie byłoby współcześnie autostrad, biurowców-drapaczy chmur, kursujących w te i wewte samolotów tanich linii lotniczych i czarterów do Egiptu, zapchanych plaż Władysławowa i Mielna, dwójki samochodów w rodzinie, prywatnych szkół i przedszkoli dla waszych dzieci, rozbudowy budownictwa mieszkaniowego i powszechnych kredytów hipotecznych. Nie byłoby dobrobytu Polaków, gdyby nadal obowiązywała pańszczyzna i sądownictwo papieskie.
Jeśli jednak myślisz, że postęp cywilizacyjny Polaków zawdzięczasz wszelkiej prawicy, konserwatystom, chadekom, „wolnościowcom” w stylu Korwina-Mikke, inteligencji katolickiej czy duchowieństwu, to mylisz się bardzo. Środowiska te były zawsze zainteresowane jedynie utrzymaniem bieżącego status quo. Zazwyczaj należała do nich aktualna inteligencja, ziemiaństwo, burżuazja, kler. Oni na pewno nie chcieli poprawy doli dla swoich służących, wyrobników, parobków, chłopów, robotników czy trzymanych w ciemnocie parafian. Jeśli ustępowali, oddawali coraz więcej swojego bogactwa, dzielili się z resztą społeczeństwa, to nigdy nie czynili tego dobrowolnie, a zawsze pod naporem (w tym rewolucyjnym) socjalistów i socjaldemokratów. Pamiętasz z historii takie daty, jak 1846, 1848, 1905? To właśnie socjaliści i socjaldemokraci, nie zaś burżuazja i kler, wywalczyły dla ciebie prawa człowieka i obywatela. To dzięki nim, nie dzięki posiadaczom ziemskim i duchowieństwu, żyjesz teraz godnie i zamożnie.
Twoi przodkowie nie dożywali często czterdziestu lat, żyli w ubóstwie, umierając, nic nie zostawiali swojemu licznemu potomstwu, a ci, którzy ich kosztem się bogacili (przemysłowcy, ziemianie, fabrykanci, kler) w ogóle nie byli zainteresowani, aby ulżyć robotnikom i włościanom. Bo czym tańsza była siła robocza, tym więcej zarabiał kapitalista, a czym więcej dzieci się rodziło i umierało nie dożywszy roku, tym więcej ich rodzice płacili ksiądzu za chrzciny, śluby i pogrzeby.
Jeśli pochodzisz z ludu, a teraz masz swoje mieszkanie, samochód i stać cię na wakacje zagraniczne, żadne z twoich dzieci nie zmarło, a i ty (osiągnąwszy lat trzydzieści) do grobu się nie wybierasz, to zawdzięczasz swój los (byt) nie kapitalistom i Kościołowi Katolickiemu, a zawdzięczasz go socjalistom.
Słowa takie, jak „socjalizm”, „socjalista”, „socjalistyczny” zostały Polakom zohydzone przez prawicę i kler. Nadto ich sens został wypaczony przez despotów i psychopatów (Hitler, Stalin, Mussolini), którzy swoje zbrodnicze reżimy nazywali narodowym socjalizmem czy Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Postawiono niezasadnie znak równości pomiędzy ustrojem socjalistycznym a nieefektywną gospodarką nakazowo-rozdzielczą.
A przecież socjalizm to nic innego, jak kolejny, po feudalizmie i kapitalizmie, ustrój społeczno-gospodarczy, w którym środkiem budowania wartości ekonomicznej, po ziemi w feudalizmie i kapitale w kapitalizmie, jest praca ludzka, człowiek zaś jest upodmiotowiony. W chwili obecnej żaden przedsiębiorca nie może się nie liczyć z pracownikiem, jako podmiotem praw (uprawnień), który zaspokaja swoje potrzeby i zazwyczaj są one już wyższego rzędu (uznanie, samorealizacja) niż fizjologiczne (biologiczne, przetrwanie).
Współczesny mieszkaniec Rzeczypospolitej Polskiej zawdzięcza swój aktualny status materialny, społeczny i cywilizacyjny nie chrześcijańskim demokratom czy Kościołowi Katolickiemu, a socjalistom. Obecny ład konstytucyjny w Polsce nie ukształtował się ani w 1997 roku, ani w 1989 roku, ani w 1945 roku, a w 1918 roku, kiedy to lubelski rząd socjalisty Ignacego Daszyńskiego stworzył podwaliny pod przyszłą Konstytucję Marcową, która była wtedy jedną z najbardziej postępowych ustaw zasadnicznych na świecie. To socjalista Ignacy Daszyński, przy nieocenionym wsparciu socjalisty Józefa Piłsudskiego, wprowadzili nowy ład państwowy, który historyczny ustrój I RP oraz państw zaborczych odsyłał do lamusa.
To dzięki pierwszemu rządowi socjalistycznemu Ignacego Daszyńskiego mamy w Polsce świecką i powszechną, obowiązkową edukację szkolną, zniesione są klasy społeczne, kobiety mają prawa wyborcze, nie ma już wielkiej i średniej własności ziemskiej (donacji i majoratów), mamy ośmiogodzinny dzień pracy oraz ubezpieczenia społeczne. Całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, związków zawodowych i strajków – to są zdobycze lewicy, rządu Ignacego Daszyńskiego.
Jak już wspomniałem, Polakom zohydzono słowo „socjalista”. Przeciętnemu Polakowi niewiele mówi termin „lewica niepodległościowa”. A to przecież ona jest jednym z architektów niepodległości polskiej.
Wmówiono nam, że Polska i polskość przetrwały dzięki Kościołowi Katolickiemu. Nic bardziej błędnego. Jeśli Polska w latach 1772-1918, a później w latach 1939-1989 została zakleszczona w rosyjko-niemieckich obcęgach, to stało się to tylko dlatego, że tak chciał Kościół Katolicki. Kościołowi Katolickiemu zawsze potrzebny był rząd dusz (a może stado owiec) i bogactwa, nie zaś silne, świeckie państwo polskie. Ten spór, to przeciąganie liny trwa od czasów Bolesława Śmiałego, który w walce o silną władzę państwową poćwiartował biskupa krakowskiego. Niestety, przegrał. A wraz z nim przegrała mocna Polska. Polska, jako część Rzeczpospolitej Obojga Narodów również mogłaby być silnym państwem, europejskim, nowoczesnym i świeckim, gdyby dokończono reformy, których ukoronowaniem oraz podstawą dla dalszych ustaw była Konstytucja 3 Maja. Polacy byliby bardziej światli, gdyby Kościół Katolicki nie blokował napływu do Polski postępowych prądów Odrodzenia i Oświecenia.
Do konfederacji targowickiej, symbolu zdrady narodowej (państwowej), przystąpiła większość biskupów, a kler straszył ludzi europejską zgnilizną i amoralnością. To już wówczas domagano się w Polsce rechrystianizacji Europy. Konfederację targowicką pobłogosławił prymas RP Michał Jerzy Poniatowski, jej wielki orędownik i papież Pius VI. Konfederatami była zdecydowana większość (o ile nie wszyscy) biskupów: warszawski, krakowski, żmudzki, inflancki, chełmski, poznański, łucki, wileński, smoleński, kujawsko-pomorski, kamieniecki, lubelski.
W czasie zaborów Kościół Katolicki był pochłonięty utrzymaniem stanu posiadania, co oznacza, że musiał promować postawy lojalizmu wobec zaborców. Wśród „ojców niepodległości” odzyskanej w 1918 roku nie ma ani jednego duchowego, dominują natomiast właśnie socjaliści (Piłsudski, Daszyński, Sławek, Moraczewski, Limanowski).
W II RP kler wsławił się antysemityzmem i blokowaniem reformy prawa małżeńskiego. Jak również prześladowaniem Białorusinów i Ukraińców. Forsował zaostrzenie prawa antyaborcyjnego. Bo, jak pisał felietonista Tadeusz Boy-Żeleński, lepiej czworo dzieci ochrzcić i tych samych czworo dzieci rychło potem pochować, niż żeby żadne z nich się nie urodziło. To jest też polityka populacyjna… Ale to jest raczej „obrót” niż dochód…
Okres okupacji hitlerowskiej i PRL był dla Kościoła Katolickiego czasem kolaboracji i wysypu wszelkich konfidentów. Po aresztowaniu Wyszyńskiego (który był antysemitą) od razu znalazł się na jego miejsce biskup łódzki Michał Klepacz, któremu za zdradę i współpracę z władzami PRL włos z głowy nie spadł i dokonał żywota w Łodzi, w 1967 roku, zapewne w pałacu biskupim, na łożu z baldachimem, w otoczeniu służących-zakonnic.
Służalcza i ogłupiona przez kler patoprawica stawia pomniki (i nazywa ulice) Janowi Pawłowi II, Stefanowi Wyszyńskiemu, biskupom i księżom, a bohaterowie lewicy niepodległościowej zostali wyrzuceni przez czarną zarazę i jej psychoprawicowych pachołków na śmietnik historii. To młodziutki Stefan Okrzeja, działacz socjalistyczny, który zginął za niepodległą Polskę powinien mieć aleje i pomniki, nie zaś biskupi i kardynałowie. Tak samo jak Tomasz Arciszewski, Józef Mirecki, Józef Andersz, Władysław Bartniak, Henryk Baron, Tadeusz Dzierzbicki, Baruch Szulman, Stanisław Werner i wielu, wielu innych straconych i zamęczonych w więzieniach pruskich czy carskiej Rosji.
Na więcej szacunku i uwagi zasługuje Ludwik Waryński, Marcin Kasprzak i Róża Luksemburg niż duchowni katoliccy, będący głównie krwiopijcami i patronami ciemnoty i zacofania. Im Polska jest potrzebna wtedy, gdy mogą się bogacić na ludzkiej naiwności i głupocie.
„Żyrardów” jest powieścią o kobietach-robotnicach, ruchu socjalistycznym, strajku i budowaniu świadomości społecznej wśród ludu. O chorobach, cierpieniu i wyzysku człowieka przez człowieka. O gwałtach i głodzie. O ludzkich tragediach. O średniej długości życia nieprzekraczającej 35 lat. O pięćdziesięcioprocentowej umieralności noworodków. O braku pieniędzy na chleb i ziemniaki. O kwaterach robotniczych, gdzie na podłodze w izbie spało i dwadzieścia pięć osób, bo tyle można było ułożyć na niej sienników.
Jeśli uważasz mnie za lewaka, to nie czytaj. Jeśli sam jesteś z ludu – miłej lektury.
Przemysław Lis-Markiewicz
W 1874 roku pierwszy raz doszło1 do jednoczesnego strajku kilku fabryk, a protesty szybko stały się regularną częścią życia społecznego. W obawie przed „antypaństwową propagandą Międzynarodówki” oraz „tym podobnych związków” próbowano wytrwale stawiać socjalistycznej agitacji – płynącej z Zachodu – tamę. Jeszcze w połowie lat 70. XIX wieku wielki magnat łódzkiego przemysłu Izrael Poznański liczył, że „patriarchalne stosunki” oraz „dojrzałość” robotników sprawią, że na ziemiach polskich – inaczej niż na zdemoralizowanym przez wywrotowe idee Zachodzie – jego pracownicy nie będą się buntować.
Przekonanie, że patriarchalne relacje pomiędzy właścicielem a robotnikiem powstrzymają napływ idei emancypacyjnych z Zachodu, postrzeganego jako źródło społecznej destabilizacji i moralnej zgnilizny, było typowe dla konserwatystów ziemiańskich już w XVIII wieku i miało się doskonale sto lat później w zupełnie nowych warunkach społecznych.
W istocie socjalizm dotarł do fabryk Królestwa Polskiego wraz ze sprowadzanymi z Niemiec robotnikami.
Adam Leszczyński, Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania, wydawnictwo WAB, Warszawa 2020, s. 354-355
Szpularki – wyrobnice (robotnice bez kwalifikacji), które przygotowywały motki z nićmi, jakimi posługiwali się tkacze
Struktura załogi kombinatu włókienniczego Hielle i Dittrich w Żyrardowie w 1885 roku
Chłopcy do 14 roku życia: 168
Dziewczęta do 14 roku życia: 205
Mężczyźni powyżej 15 roku życia: 2356
Kobiety powyżej 15 roku życia: 3639
Żródło: Варшавский Фабричный Округ. Отчëт за 1885 год Фабричного Инспектора Варшавского Округа: А.М. Блуменфельд, Санкт Петербург 1886 (Warszawski Okręg Fabryczny. Raport za 1885 rok Inspektora Fabrycznego Okręgu Warszawskiego: A.M. Blumenfeld, Sankt Petersburg 1886)
Paweł Hulka-Laskowski2 o swojej matce:
Jej światem był Żyrardów. Pracowała od wczesnego dzieciństwa w fabryce, była przykręcaczką, rodziła dzieci, niańczyła je, czuwała nad niemi po nocach, kładła jedno za drugim do grobu i wreszcie poszła za niemi. Ciężka praca, poronienia, krwotoki, suchoty i śmierć na czterdzieści lat przed kresem, o którym mówi Psalmista (w wieku trzydziestu paru lat – dopisek autora).
Paweł Hulka-Laskowski, Mój Żyrardów. Z dziejów polskiego miasta i życia pisarza. Wydawnictwo J. Przeworskiego, Warszawa 1934, s. 13-14
Jeżeli teraz powyższą ocenę (Pawła Hulki-Laskowskiego – dopisek autora) zestawimy z aktami metrykalnymi z lat 1833, 1835 i 1865 to wnioski będą wprost szokujące. Otóż na czterdzieści dowolnie wybranych przypadków zgonów aż trzydzieści to niemowlęta i dzieci do jednego roku życia. Wśród pozostałych osoby zmarłe po pięćdziesiątym roku życia należą do rzadkości. W Żyrardowie zatem śmiertelność wśród niemowląt i dzieci do jednego roku życia wynosiła ponad 70% ogółu zmarłych. Dzieci natomiast było dużo, a śmiertelność wśród niemowląt sięgała 50% i więcej. Powodowało to przedwczesne fizyczne wyniszczenie kobiet a także ich dużą śmiertelność. Jeżeli się połączy to z trudnymi warunkami pracy (czas pracy, duże zapylenie, wilgotność w pomieszczeniach pracy) to dopiero wówczas zrozumiałym staje się, dlaczego w zakładach żyrardowskich przeważały kobiety w wieku bardzo młodym.
Józef Kazimierski, Dzieje zakładów żyrardowskich i ich załogi w latach 1829-1885, Towarzystwo Przyjaciół Żyrardowa, wydawnictwo Ciechanowskie Towarzystwo Naukowe i Zakład Naukowy Mazowieckiego Ośrodka Badań Naukowych w Ciechanowie, Ciechanów, 1984, s. 202
Wiązało się to (młody wiek szpularek – dopisek autora) przypuszczalnie z wczesnym wyniszczeniem fizycznym robotnic, co zmniejszało ich atrakcyjność jako taniej siły roboczej w warunkach, gdy kwalifikacje nie odgrywały roli zasadniczej.
Anna Żarnowska, Klasa robotnicza Królestwa Polskiego, 1870-1914, wydawnictwo Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, 1974, s. 217-218
Lekarz, dr Karol Mitkiewicz o kobietach z Żyrardowa:
Był to element przemęczony pracą w fabryce, często w niepomyślnych warunkach, żmudną, wyczerpującą pracą w domu, osłabiony częstymi ciążami, pielęgnowaniem i wychowywaniem dzieci, niewyspany, niedożywiony lub niedopowiednio żywiony. Stąd częste katary dróg oddechowych, gruźlice, choroby kobiece, niedokrwistość, reumatyzm, artretyzm, żylaki, a nade wszystko najrozmaitsze nerwice.
Karol Mitkiewicz, Spojrzenie wstecz, Czytelnik 1970, s. 109
Na tle przedstawionych warunków stają się oczywiste powody wysokiej zachorowalności i śmiertelności wśród żyrardowskiej klasy robotniczej i niskiego poziomu jej życia. Ponieważ do roku 1893 Żyrardów nie prowadził ksiąg stanu cywilnego, a akty zgonów były sporządzane w kilku okolicznych gminach – parafiach bez wydzielania ludności Żyrardowa, to niemożliwe jest obliczenie śmiertelności u schyłku XIX stulecia. Można przyjąć per analogiam dane z Łódzkiego Okręgu Włókienniczego, w którym w latach 1824-1851 od 50% do 29,8% dzieci tkaczy i wyrobników umierało przed osiągnięciem 1 roku życia, a około 30% do 40% przed osiągnięciem 10 roku życia. Przeciętna długość życia robotnika, obliczana na podstawie ksiąg stanu cywilnego w Pabianicach, wynosiła przed 1864 rokiem 34 lata.
Gryzelda Missalowa, Studia nad powstaniem łódzkiego ośrodka przemysłowego 1815-1870, Wydawnictwo Łódzkie 1964, t. I, 138
Tumanom kurzu wydobywającym się przy oczyszczaniu lnu zapobieżono w nieznacznym wprawdzie stopniu za pomocą dwóch olbrzymich wentylatorów centryfugalnych. Zdaje się, że urządzenie gmachu pozwoliłoby na znaczne zwiększenie liczby tych przyrządów. Robotnicy tylko pracujący w owym kurzu ulegają często chorobom piersiowym.
„Zdrowie”, lipiec 1886 roku, s. 19
HERSZ ZAMENHOF
wieś Oryszew, gmina Wiskitki, powiat błoński, gubernia warszawska, Królestwo Polskie, Cesarstwo Rosyjskie
Hersz siedział w swojej kryjówce i cały się trząsł z oburzenia. W zasadzie już powoli dochodził do siebie, a jeszcze kwadrans wcześniej wymiotował z nerwów i myślał, żeby stryczek na szyję sobie nałożyć i skończyć ten nędzny żywot. Jak strasznie nienawidził swojego ojca! Jego szanowny rodzic prawie codzienne mówił mu, że obiecał jego zmarłej matce, że nie będzie syna odsądzał od czci i wiary za to, że zmarła przy jego porodzie, matka ponoć zażądała, aby jej to obiecał, zanim wyzionęła ducha, ale raczej ojciec nie wywiązywał się ze swojej przysięgi, ponieważ życie Hersza było pasmem udręk od zawsze.
O co się pokłócili teraz? W zeszłym tygodniu ojciec podstępnie nakłonił Hersza, aby pojechali do Łodzi. Mieli poznać się z jednym z fabrykantów. Hersz nie pojmował, po co arendarz pańskiej karczmy z Oryszewa miałby rozmawiać o interesach z łódzkim nowobogackim, ale postanowił ojcu się nie sprzeciwiać i z nim tam się udać. Na miejscu się okazało, że ów fabrykant ma na wydaniu szpetną, grupą i podstarzałą córkę i to akurat Herszowi miał się trafić ten cymes. Właściciel karczmy i cukrowni z Oryszewa – jaśnie pan Grudziński – obiecał już dawno Herszowi wysoką posadę w cukrowni, żądał jedynie, aby Herszko pobierał nauki. Pan Grudziński nie domagał się, aby Hersz żenił się z przekwitłą pokraką, dlaczego zatem żądał tego jego ojciec, dla którego los i szczęście jedynego syna miałoby być znacznie ważniejsze niż dla obcego Polaka.
Gdyby tu był Zygmuś ... Panicz, syn pana Grudzińskiego. On na pewno coś by zaradził i pocieszył Hersza. Hersz, poza ojcem, nie miał nikogo. Nie miał matki, dziadków, rodzeństwa. Poza ojcem – dręczycielem, był w jego życiu jeszcze tylko Zygmuś i to on był dla niego całym światem. Było tak od zawsze. Pierwszym wspomnieniem Hersza z dziedziństwa był spacer z Zygmusiem. Hersz stawiał chyba wtenczas pierwsze kroki, bo kurczowo trzymał Zygmusia za rękę, ten zaś powtarzał czule i łagodnie: „Ostrożnie, Herszko, uważaj, patrz pod nóżki”. Następnie Hersz pamiętał, jak siedział w łóżku, a Zygmunt czytał mu na głos Dzieje Polski Joachima Lelewela, Bajki i przypowieści Ignacego Krasickiego czy Dziatkom polskim ku nauce i rozrywce.
I tak toczyło się życie Herszka. Na jakiekolwiek pytania zawsze miał odpowiadać Zygmunt. Na wszelkie kłopoty zaradzić miał on. We wszystkich biedach pocieszał Zygmuś. Zawsze szukał wyjścia, rozwiązania. Zygmunt był dla Herszka ojcem, bratem, przyjacielem, powiernikiem. Aż nastała ta chwila. A raczej dwie. One wszystko zmieniły. Zagmatwały, zawikłały. Herszko już nie pamięta, ile miał lat i jak to się stało, ale nagle zapragnął zobaczyć Zygmunta gołego. Chciał zobaczyć, jakiego ma Zygmunt. Szukał różnych sposobności, starał się podejrzeć przyjaciela, ale nie udawało się. W końcu poprosił. Rzekł wprost. Zygmunt był onieśmielony i speszony, spiekł raka, a gdy już chciał spełnić prośbę Herszka, ten stchórzył i się rozmyślił. Po tym zdarzeniu wkradła się między chłopców jakaś nieufność, jakieś skrępowanie, coś się niezauważalnie zmieniło. Ale prawdziwa zmiana wynikła pewnego majowego wieczora, gdy Herszko miał siedemnaście lat, Zygmuś zaś dziewiętnaście. Przy krzaku bzu, odurzeni zapachem kwiecia, poruszeni cykaniem świerszczy, rozpłomienieni ciepłem wieczora i ogólnym nastrojem, odczuli obaj rodzaj jakiegoś uniesienia. Zygmunt objął Herszka i szepnął: Ledwiem ciebie zobaczył, jużem się zapłonił, W nieznanym oku dawnej znajomości pytał; I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwitał Jak z róży, której piersi zaranek odsłonił3. I Zygmunt pocałował Herszka. To był długi pocałunek. Zygmuś trzymał mocno Herszka w objęciach, mierzwił mu delikatnie włosy, a kiedy musiał zaczerpnąć powietrza, to głośno westchnął i zaczął całować jego oczy. Czule wichrzył mu czuprynę i szeptał coś do ucha. Herszko czuł szalone tętnienie w głowie, ale nie chciał, aby Zygmunt przestawał. Chciał być dotykany, całowany. Więc Zygmunt go znowu pocałował. Trzymał w dłoniach jego twarz. Położył się na nim. Herszko czuł, jak Zygmuś drży. Czuł na udzie żar. Żar ten pochodził z krocza Zygmunta. Nagle Zygmuś zaczął rozpinać guziki koszuli Herszka i dotknął językiem jego sutek. Herszko zadygotał i stracił przytomność. Gdy się ocknął, siedział oparty o drzewo, był opatulony kocem, a przed nim siedział Zygmuś i troskliwie się weń wpatrywał.
- Pierwszy raz, prawda? – zapytał Zygmuś cicho.
- Co pierwszy raz? – nie pojął Hersz.
- Nic ci się nie klei? Tam ... – ciągnął Zygmunt i pokazał na spodnie Herszka.
- Zaiste ... – bąknął Herszko – jakbym się posiusiał – i zaczerwienił się.
- Stajesz się mężczyzną – rzekł Zygmuś – mogę cię jeszcze raz pocałować?
- Tak!
Okres braterstwa nieodwołalnie się zakończył. Nastapiło jakieś przesilenie, zwrot, przełom. Dziedzięca ufność, pragnienie rozmowy, zadawania pytań, poznawania odpowiedzi – wszystko to uległo zmianie, przeistoczeniu. Podszyta lękiem potrzeba utrzymania stałej więzi dziecka z dorosłym, dziecka ze starszym bratem została zastąpiona żądzą fizycznej bliskości, która z czasem przybrała postać niemalże graniczącą z opętaniem. Zygmunt z Herszkiem stali się nierozłączni, ale nie tak, jak dotąd. Wcześniej widywano ich, gdy spędzali czas na rozmowach i spacerach. Teraz nikt ich nie spotykał. Zaszywali się bowiem we wszelkich kryjówkach i zakamarkach i oddawali się bliskości, tkliwości. Odkrywali też swoją cielesność, śledzili i badali, jak ich ciała odpowiadają na wzajemne dotyk i czułość. Przeprowadzali doświadczenia. Przekraczali kolejne granice. Sięgali po coraz donioślejsze, głębsze, intensywniejsze doznania. Z miłością cielesną jednak nie ma żartów. Osoby, które ją uprawiają, zazwyczaj zakochują się w sobie. Na zabój. Szalenie.
Kiedy Zygmunt obwieścił Herszkowi, że wyjeżdża na pięć lat do Petersburga, aby zdobyć tam wykształcenie prawnicze, Herszkowi zawalił się świat. Nie było jednak zbyt wiele czasu na rozmowy, gdyż wiadomość ta dotarła do Herszka na kilka godzin przed tym, jak Zygmuś miał wyruszyć w drogę. Dzień wcześniej Zygmunt był w Łodzi i przywiózł stamtąd swoją podobiznę – fotografię, którą rzekomo zamówił wyłącznie dla Herszka, aby ten o nim nie zapomniał. Obiecał również, że będzie przyjeżdżał na każde wakacje. Gdy Zygmuś wyjechał, Hersz kilka godzin wymiotował i nie mógł się zwlec z łóżka. Kartonik z fotografią Zygmunta przytwierdził na drzwiach szafy, od wewnątrz i gdy tylko zamykał się na noc w swoim pokoju, otwierał szafę, witał się z Zygmuntem i mógł on śledzić, co się dzieje w środku. A Hersz z nim rozmawiał. Wyżalał się i skarżył, głównie na ojca.
I właśnie dziś tak strasznie się poróżnił z ojcem. Uciekał przed nim kilka razy, a stary Zamenhof nagle zjawił się w sypialni Herszka i zastał go wygłaszającego płomienną przemowę do wnętrza drzwi od szafy. Ojciec ujrzał kartonik z podobizną Zygmunta i z głośnym „Aha!” chwycił fotografię i potargał ją.
- Przynosisz mi wstyd, synu! – krzyknął do Herszka – Przecie wiem, co się z tobą dzieje. To dlatego nie chcesz się ożenić! Przez niego!
- I co z tego? – burknął Herszko zduszonym głosem i utkwił przepełniony nienawiścią wzrok w ojcu, a raczej w jego dłoni, która trzymała poszarpane zdjęcie Zygmunta – Nikomu nic do tego!
- Ale jak ty sobie dalej wyobrażasz swoje życie? Przecież Zygmunt, gdy tylko wróci, ożeni się i nie będzie miał czasu na te wasze szczenięce psoty i swawole!
- On mnie kocha! – warknął Herszko.
- Synu! – jęknął Zamenhof – Wiem od pana Grudzińskiego, że Zygmunt ma prowadzić kancelarię w Żyrardowie z synem mecenasa Mandelbauma, ma tam mieszkać i ma się ożenić. A ty albo zostaniesz tu ze mną, w Oryszewie, albo pojedziesz do Łodzi. I też masz się ożenić.
- Ja kocham Zygmunta i nigdy się nie ożenię! – zaperzył się Herszko.
- Musisz to w sobie jakoś zwalczyć, zapanować nad tym, nie bądź egoistą, ja po śmierci twojej matki od dwudziestu lat nie byłem z kobietą, a myślisz, że mi łatwo?
- Ojcze! – krzyknął Herszko – A kto ci kazał się umartwiać? Kto ci bronił poznać kogoś i na nowo się ożenić! Ja tak nie chcę! A za to, że potargałeś fotografię Zygmusia, spotka cię kara. Nigdy ci nie wybaczę i nigdy więcej się do ciebie nie odezwę – Herszko wrzasnął wielkim głosem i wybiegł z domu.
Siedział teraz w swej kryjówce i dumał. Nie będzie więcej mieszkał z ojcem. Poczeka tu do świtu i zabierze się z chłopami do Żyrardowa. Oni bardzo wcześnie jeżdżą na targ, uda się z nimi i nigdy nie wróci do ojca. Poszuka pracy i zaczeka w Żyrardowie na Zygmusia.
Sankt Petersburg, Cesarstwo Rosyjskie
Rześki, może nawet nieco mroźny podmuch wiatru od strony Newy nie dawał Zygmuntowi się rozmarzyć. Zresztą nie tylko pogoda była powodem, dla którego odczuwał niepokój. Kończył studia prawnicze w Petersburgu i jeszcze miesiąc temu sądził, że zostanie tu na zawsze. Odpowiadało mu życie w tym wielkim mieście, w którym mógł zachować względną anonimowość. Czasem myślał, że gdyby się usamodzielnił, mógłby sprowadzić Herszka. Ach, Herszka. Swoją młodzieńczą miłość, źródło utrapienia, łez i poczucia niepewności. Od pięciu lat usiłował przestać go kochać, wszystko na marne. W środowisku studenckim uchodził za birbanta i kobieciarza. Dzięki dochodom jego ojca z dobrze prosperującej cukrowni mógł sobie pozwolić na hulaszcze i gnuśne życie, nadto chciał sobie na nie pozwolić. Otoczony zawsze wianuszkiem kobiet, budził zawiść i niekiedy wściekłość płci brzydkiej. Lecz ilekroć grzał łoże jakiejś młodej damy, zawsze marzył o Herszku.
Herszko był najpiękniejszym i najidealniejszym dziełem przyrody. Zygmunt nie wierzył w Boga, wierzył w teorię ewolucji organicznej Darwina, jego dzieło O powstawaniu gatunków drogą naturalnego doboru, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras istot organicznych w walce o byt leżało na stoliku nocnym Zygmunta i zaglądał do tej książki nie rzadziej niż do podręczników z jurysprudencji. Zygmunt wiedział, że to nie Bóg stworzył bóstwo o imieniu Hersz Zamenhof. Bóg, gdyby istniał, byłby zarozumiałym, kapryśnym starszym panem, miotającym się między byciem wszechwładnym i wszechmocnym, a byciem dobrocią i miłością. Ktoś taki nie mógłby stworzyć prawdziwego piękna. A natura, drogą ewolucji, mogła. I tak powstał Hersz. Gdy rodzili się kolejni Zamenhofowie, to żaden nie był idealny, więc ich matki i ojcowie ciągle myśleli, co uczynić, aby ich kolejne dzieci były jeszcze bardziej doskonalsze. I może kształcili się więcej, może zdrowiej odżywiali, może więcej odpoczywali, ale Zygmuś był pewien, że każdy kolejny Zamenhof był jeszcze piękniejszy i w końcu natura obdarzyła ludzkość Herszkiem. Ideałem.
Proporcje Hersza były boskie. Zygmunt nigdy nie malował, ale nieraz przeglądał albumy z rodzinnej biblioteki, były tam szkice Leonarda da Vinci i rzeźby włoskich rzeźbiarzy epoki Odrodzenia. Zygmunt nieraz wpatrywał się w ich idealne proporcje, a następnie prosił Herszka, żeby ten się rozebrał i stał tak w pozie Dawida czy Bachusa. Herszko ma piękny, umięśniony tors i szerokie barki, jest wąski w pasie. Ma muskularne ramiona i nogi. Gdy się porusza, mięśnie drgają pod skórą. Nie ma ani krzty tłuszczu. Ma płaski brzuch. I choć ma mocno owłosione nogi i ręce, to klatkę piersiową ma idealnie gładką, bez włosów, dzięki temu można podziwiać jego śniadą skórę i prawie czarne sutki. Z pięknym ciałem współgra i jego męskość. Prącie ma sprężyste, mięsiste, całkiem spore i nigdy nie zwisa ono bezwładnie, a lekko odstaje, główka jest widoczna, choć przykrywa ją śniada, prawie brązowa skórka. Herszko ma piękną, mocną, kanciastą twarz. Ma kruczoczarne, gęste, lekko kędzierzawe włosy. Posiada mocne, czarne brwi i ogólnie ciemną oprawę oczu, długie rzęsy, które rzucają cień na policzki, czystą, świeżą cerę. Mały, kształtny nos, kwadratową szczękę. Piękne, wydatne, idealne do całowania usta. A wokół nich lekko czernieje zarost, którego nigdy nie może dogolić. Ma mocno zarysowaną brodę z maleńkim dołeczkiem. Jest bóstwem, wzorcem piękna.
Herszko prawie od zawsze kocha Zygmunta. Wpierw była to dziecięca fascynacja dwa lata straszym, przyszywanym bratem, następnie ukradkowe spojrzenia, od których się rumienił, gdy został przyłapany. A później dotyk dłoni, pogładzenie po ramieniu i każda taka chwila trwała zawsze chwilkę dłużej niż u kogokolwiek innego. I w końcu pierwszy buziak, dłuższy niż znane wśród krewnych muśnięcie warg, po którym nie mogli już udawać, że nigdy się nie całowali. Ale nie cmok, cmok, a tak po dorosłemu. Zygmunt nigdy nie spotkał piękniejszego mężczyzny. I Zygmunt nigdy Herszka, z zastrzeżeniem jednej wpadki, nie zdradził, choć w Petersburgu sposobności było wiele.
Zygmunt zawsze marzył, że zostanie w Petersburgu i zamieszka z Herszem. A jeśli nie w stolicy Rosji, to w Warszawie. Byle nie w Wiskitkach czy Żyrardowie, gdzie wszyscy go będą znać i oceniać.
A teraz Zygmunt siedział na kamiennym stopniu nad Newą i usiłował zebrać myśli. Jak miał rozumieć list ojca i czy aby na pewno Zygmunt wyłowił wszystko spomiędzy wersów.
Rok temu do Polski, do Łodzi, wrócił przyjaciel Zygmunta – Lejba Mandelbaum. Był synem bardzo bogatego przemysłowca, był taki, jak Zygmunt i Herszko i był niezwykle przystojny. Ponieważ, podobnie jak Herszko, był Żydem, przeto mieli dość podobną urodę, ale Lejba nie dosięgał Herszowi do pięt. Wszelako raz Zygmunt popełnił błąd. To było pod koniec drugiego roku, dla Lejby – trzeciego. Zygmuś już bardzo tęsknił za Herszkiem, którego nie widział rok. Był zatrwożony natłokiem zaliczeń w czasie sesji egzaminacyjnej i dodatkowo coś mu owego feralnego wieczora istotnie zepsuło nastrój, choć był raczej pogodnego usposobienia. Nawinął się Lejba, który zaproponował napić się wspólnie wódki. Zygmunt przystał na to i po kilku godzinach, gdy był już porządnie wcięty, Lejba zaczął go pocieszać, w pewnej chwili począł to czynić chyba nader zbyt serdecznie i stało się. Doszło między nimi do zbliżenia. Dla Zygmunta było to źródłem prawdziwych moralnych cierpień i wyrzutów sumienia, ale dla Lejby był to początek zgubnego zadurzenia, które z czasem przedzierzgnęło się w beznadziejną, nieodwzajemnioną miłość do Zygmunta. Zygmunt tłumaczył mu, że to był wypadek, jednorazowe zdarzenie, ale Lejba nie dał wiary, że mężczyźni naprawdę są mu całkiem obojętni. Zygmunt nie opędzał się usilnie od Lejby, ale trzymał go na dystans. Zygmunt nie chciał po prostu stracić Herszka, który był uosobieniem szczerej miłości, dobroci i bezkresnego oddania.
Gdy Lejba wyjeżdżał z Petersburga z dyplomem w kieszeni, zapewnił Zygmunta, że jeszcze się spotkają. Właśnie ...
Zygmunt jeszcze raz przebiegł oczami po równych literach ojcowskiego pisma. Nie było wątpliwości. Ojciec postanowił, że po powrocie do domu Zygmunt zatrudni się w kancelarii Lejby Mandelbauma, którą ten otwiera, za pieniądze swojego ojca, w Żyrardowie. „Ożenisz się, ustatkujesz, spłodzisz syna, poprowadzisz wspólnie z Lejbą kancelarię w Żyrardowie, jeśli mi się sprzeciwisz, wydziedziczę cię, synu. Mam już nawet dla ciebie kandydatkę na żonę, to bardzo porządna młoda dama, z dobrego domu, córka lekarza rodzinnego państwa Dittrich4” – pisał ojciec. „Czas wydorośleć, porzucić swe chimery pacholęce, mam nadzieję, że nigdy nie splugawisz domu rodzinnego, staropolskich naszych tradycji, dziejów rodu naszego i niepokalanego nazwiska szlacheckiego. Polecam ci mowę niemiecką do końca roku opanować w stopniu nienagannym, albowiem twoja przyszła żona z Czechów-ewangelików pochodzi i języka polskiego nie miała jeszcze sposobności opanować. Mowa niemiecka zaś okaże się w twojej przyszłej profesji zgoła niezbędna”.
Zygmunt wiedział, że słowa te, jakże jednak niewieloznaczne, wprost do jego miłości do Herszka się odnoszą. Gdy byli bardzo młodzi, nie kryli się ze swoją zażyłością, a gdy przybrała ona już cechy zmysłowe, cielesne, raz dali się przyłapać ojcu Herszka, który odgrażał się, że wszystko „jaśnie panu” zrelacjonuje. Zapewne to się wydarzyło. Znajomość jego ojca ze starym Mandelbaumem również nie była przypadkowa, wszczęta była zapewne na żądanie Lejby. I Lejba tak wszystkim pokierował, że osaczył Zygmunta, ojciec, powiadomiony przez starego Zamenhofa o wielkiej przychylności panicza do Hersza, uznał, że żadne Petersburgi czy Warszawy w grę nie wchodzą, że nawet Łódź to zbyt daleko i musi mieć hrabia Grudziński syna i na oku, i na krótkiej smyczy. „Lejbowo-ojcowskie obcęgi” – pomyślał z rozpaczą Zygmunt, ale zdawał sobie sprawę, że jeśli ojcu się sprzeciwi, to szczęścia żadnego w swoim życiu nie zbuduje. Ani z Herszkiem, ani z kimkolwiek innym.
