Finansista - Theodore Dreiser - E-Book

Finansista E-Book

Theodore Dreiser

0,0

Beschreibung

W świecie finansjery nawet najlepiej skrojony garnitur nie zmieni ludzkiej natury.Frank Algernon Cowperwood od najmłodszych lat zdradza zdolności do interesów. Już w wieku 13 lat zarobił pokaźną kwotę na sprzedaży mydła, a jako 19-latek jest jednym z najlepszych maklerów w Filadelfii. Ameryka drugiej połowy XX wieku to miejsce, które sprzyja takim jak on. Rodzi się kapitalizm, a najbardziej wytrwali dorabiają się bajecznej fortuny. Frank postanawia zostać w świecie finansów kimś więcej - chce nie tylko grać, ale również ustalać zasady gry. Aby zrealizować swoje ambicje, nie waha się działać poza prawem. Przyzwyczajony do absolutnego panowania nad sferą materialną, w podobny sposób zaczyna zachowywać się w miłości. Postać Franka Cowperwooda jest inspirowana biografią prawdziwego finansisty Charlesa Tysona Yerkesa.Idealna lektura dla miłośników powieści "Wielki Gatsby" Francisa Scotta Fitzgeralda.Przełom XIX i XX wieku to czas, kiedy najpełniej urzeczywistnia się amerykański sen. Kilka skutecznych kroków wystarczy, by dojść do wielkiej fortuny. Kilka fałszywych ruchów, a można stracić wszystko. Na takim rollercoasterze wytrzymują tylko najwytrwalsi. Tacy jak Frank Cowperwood.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 292

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Theodore Dreiser

Finansista

Tłumaczenie Marceli Tarnowski

Saga

Finansista

 

Tłumaczenie Marceli Tarnowski

 

Tytuł oryginału The Financier

 

Język oryginału angielski

 

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

W niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię.

 

Copyright © 1912, 2022 SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728482773 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Rozdział pierwszy

Filadelfia, w okresie, kiedy urodził się tam Frank Algernon Cowperwood, była miastem o przeszło dwustu pięćdziesięciu tysiącach mieszkańców. Miała wiele pięknych parków, poważne gmachy i historyczne pomniki. Wiele jednak z tego, co posiadamy dzisiaj i co on sam poznał później, w owym czasie jeszcze nie istniało — telegraf, telefon, pociągi pośpieszne, parowce oceaniczne i poczta. Nie znano wówczas jeszcze znaczków pocztowych, nie znano listów poleconych. Nie znano tramwajów. Natomiast istniała armia omnibusów, a do dłuższych podróży rozpowszechniająca się powoli kolej żelazna, której linie przeważnie połączone były jeszcze kanałami.

W czasie narodzin Franka ojciec jego był skromnym urzędnikiem bankowym; ale w dziesięć lat później, gdy chłopiec zaczął obserwować świat wrażliwymi i niezmiernie żywymi oczyma, Henry Worthington Cowperwood, dzięki śmierci prezesa, która pociągnęła za sobą awanse wszystkich urzędników, otrzymał zwolnione stanowisko pomocnika kasjera z bajeczną dla niego pensją trzech tysięcy pięciuset dolarów rocznie. Z radością zakomunikował żonie, że postanowił teraz przeprowadzić się z Buttonwood Street nr 21 na New Market Street nr 124, do ładnego, trzypiętrowego domu. Prawdopodobnie w przyszłości będą mieli jeszcze ładniejsze mieszkanie, chwilowo jednak wystarczało to. Pan Cowperwood był losowi bardzo wdzięczny.

Henry Worthington Cowperwood był człowiekiem, który wierzył tylko w to, co widział, i który nie chciał być niczym innym niż był — bankierem, a raczej kandydatem na bankiera. Był on typem charakterystycznym dla owych czasów: wysoki, chudy, niezmiernie skrupulatny, o wypielęgnowanych, krótko przystrzyżonych bokobrodach, sięgających niemal do dolnego końca ucha, o gładkiej, niezmiernie szerokiej wardze górnej, długim, prostym nosie i ostrym podbródku. Miał krzaczaste brwi, które nadawały silniejszy wyraz jego zamglonym, szarozielonkawym oczom, i krótkie, uczesane z przedziałem włosy. Jak wszyscy bankowcy owego okresu chadzał stale w tużurku i cylindrze, a dłonie jego i paznokcie były nieskazitelnie czyste. Zachowanie jego mogło uchodzić za surowe, chociaż wypływało to raczej z dobrego wychowania niż z nieuprzejmości.

Ponieważ z ambitną troskliwością dbał o swoje sukcesy w interesach i życiu towarzyskim, dobierał niezmiernie ostrożnie ludzi, z którymi obcował. W równej mierze obawiał się wypowiedzieć jakieś nierozważne lub niepopularne zdanie, jak pokazać się z człowiekiem o złej sławie, chociaż właściwie nie posiadał określonych poglądów politycznych. Nie był ani zwolennikiem, ani przeciwnikiem zniesienia niewolnictwa, chociaż opinia publiczna bardzo się tym zagadnieniem gorączkowała; wierzył z głębi serca, że na kolejach żelaznych można zarobić majątek, jeśli się tylko posiadało potrzebny do tego kapitał i ową dziwną zdolność pozyskiwania sobie zaufania bliźnich, i nie bez powodu trapił się na widok mnóstwa bezwartościowych papierów, które stale napływały do jego banku, zakupywane po niskim kursie, a potem oczywiście z zyskiem odprzedawane.

Cowperwood był zatrudniony w banku Third National of Philadelphia, mieszczącym się w centrum Filadelfii i w ogóle ówczesnej Ameryki finansowej, na Third Street, i obok swoich normalnych interesów zajmującym się także maklerstwem. Istniało wówczas mnóstwo większych i mniejszych banków emisyjnych, które wypuszczały banknoty o niepewnym i niewiadomym pokryciu, aby potem ze zdumiewającą szybkością zawieszać wypłaty. Znajomość tych przedsiębiorstw była na stanowisku Cowperwooda szczególnie ważna, był więc niezmiernie ostrożny. Na jego nieszczęście brak mu było w dużej mierze dwóch właściwości niezbędnych dla każdego, kto chce się wybić: indywidualności i dalekowzroczności. Nie był powołany, aby stać się wielkim finansistą, chociaż był wybrany do średniego powodzenia.

Pani Cowperwood była poważną kobietą o jasnych, piwnych oczach i brunatnych włosach; musiała być niegdyś bardzo ładna, z biegiem czasu stała się jednak bardzo zaściankowata i zalękniona, a swoje obowiązki macierzyńskie wobec trzech synów i córki traktowała bardzo poważnie. Chłopcy, którym przewodził najstarszy, Frank, sprawiali jej zawsze wiele kłopotów, gdyż wałęsając się po rozmaitych dzielnicach miasta niewątpliwie wpadali w złe towarzystwo, widzieli i słyszeli rzeczy, których widzieć i słyszeć nie powinni.

Już mając dziesięć lat posiadał Frank Cowperwood naturę przewódcy. W szkole powszechnej i później w średniej uchodził za chłopca, na którego zdrowym rozumie można było polegać w każdej sytuacji. Był silny, dzielny, odważny i bardzo wcześnie zaczął się interesować polityką i ekonomią, podczas gdy książki nie pociągały go zupełnie. Był chłopcem słusznego wzrostu o uprzejmych, ładnych, energicznych rysach twarzy, wysokim czole i krótkich, ciemnobrunatnych włosach. Zadawał zwykle pytania, świadczące o wielkiej ciekawości. Nigdy nie chorował, jadł z apetytem i w żelaznej garści trzymał braci. „Chodź tu, Joe!“ „Jazda, Ed!“ Rozkazy te wypowiadane były bez gniewu, ale ze stanowczością, a Joe i Ed spełniali je bez szemrania. Od początku uznawali w bracie swego pana i mistrza i z nabożeństwem słuchali każdego jego słowa.

Frank zastanawiał się stale, a wszyscy i wszystko wprawiali go w podziw, nie mógł sobie bowiem wyobrazić, w jaki sposób powstało życie i jak było urządzone. Jak ludzie przyszli na świat? Co tutaj robili? Kto stworzył wszystko? Matka opowiedziała mu wprawdzie historię o Adamie i Ewie, ale on nie wierzył w to.

W pobliżu jego domu rodzicielskiego znajdował się rybny rynek, a kiedy chłopiec odwiedzał ojca w banku albo po lekcjach wałęsał się z braćmi, zatrzymywał się nieraz, aby oglądać najdziwaczniejsze zwierzęta morskie, jakie przywozili rybacy z zatoki Delaware. Kiedyś zobaczył małego pławikonika, osobliwe stworzonko, podobne trochę do konia, kiedy indziej drętwę, której istotę wyjaśniało odkrycie Beniamina Franklina.

Pewnego razu zobaczył, jak do jednego naczynia szklanego włożono homara i mątwę, i był świadkiem dramatu, którego wspomnienie nie opuszczało go przez całe życie i w znacznej mierze przyczyniło się do wyjaśnienia mu sensu życia. Z rozmów przechodniów dowiedział się, że homar nie otrzymywał pożywienia, uważano bowiem mątwę za jego naturalny łup. Leżał więc na dnie przezroczystego naczynia i nie można było właściwie powiedzieć, czy skierowane na mątwę czarne perełki jego oczu naprawdę ją dostrzegały. Mątwa była blada i rozlana, wyglądała niemal jak słonina albo łój i poruszała się tam i sam jak torpeda; widać było jednak, że żaden jej ruch nie uchodził oczom jej wroga. Jak strzała pomknął nagle homar w kierunku, gdzie mątwa leżała leniwie, ale mątwa z taką samą szybkością umknęła mu sprzed nosa pozostawiając za sobą kłąb atramentu, w którym zniknęła. Niezawsze jednak udawało jej się umknąć tak szczęśliwie. Czasami cząstki jej ciała pozostawały w kleszczach potwora. Dramat ten fascynował młodego Cowperwooda, przychodził codziennie przyglądać mu się.

Pewnego ranka stał znowu przed naczyniem, z nosem przylepionym do szkła. Z mątwy pozostała już tylko część, a jej worek z atramentem był bardziej pusty niż kiedykolwiek przedtem. A w kącie siedział homar i czyhał na swój łup.

Chłopiec trwał na swoim miejscu jak mógł najdłużej. Zażarta walka przykuwała go po prostu. W ciągu godziny albo dnia mątwa zostanie zabita przez homara; będzie masiała umrzeć i zostanie potem pożarta przez homara. Znowu przyglądał się zielonkawo-miedzianemu zbójcy w kącie i zastanawiał się, kiedy nastąpi rozstrzygnięcie. Może jeszcze dzisiaj! Postanowił wieczorem przyjść tu znowu.

Wieczorem przyszedł znowu — i oto oczekiwane zdarzenie nastąpiło. Kilkoro ludzi tłoczyło się dokoła naczynia. Homar siedział w kącie, a przed nim leżała przecięta na dwoje, częściowo już pożarta mątwa.

— Więc jednak ją złapał! — powiedział jeden z widzów. — Byłem tu przed godziną. Skoczył wtedy na nią i złapał ją. Mątwa była wyczerpana i za powolna. Broniła się, ale homar dawno już obserwował jej ruchy i był na to przygotowany. Dzisiaj nareszcie sobie z nią poradził!

Frank patrzał przed siebie nieruchomym wzrokiem. Był zły na siebie, że się spóźnił! Gdy się przyglądał zabitej mątwie, było mu jej troszeczkę żal. Potem spojrzał na zwycięzcę.

„Tak widocznie musi być — pomyślał. — Mątwa nie była dość prędka“.

Wyobrażał sobie tę scenę. Mątwa nie mogła zabić homara, ponieważ nie posiadała broni. Ale mocno uzbrojony homar mógł zabić mątwę. Homar nie dostawał pożywienia; pożywieniem homara była mątwa. Co mogło z tego wyniknąć? Jak mogło być inaczej?

„Po prostu nie miała szans“ — zakonkludował wreszcie wracając do domu.

Wydarzenie to wywarło na nim olbrzymie wrażenie. Z grubsza rozwiązywało ono kwestię zagadki życia, która go tak długo dręczyła. Jeden pożerał drugiego, to było wszystko. Homary zjadały mątwy; ale kto zjadał homary? Oczywiście ludzie. A kto żywił się ludźmi? Inni ludzie? Dzikie zwierzęta, Indianie i ludożercy zjadali ludzi, niektórzy ginęli też w czasie burz morskich i innych nieszczęśliwych wypadków. Nie wiedział, czy ludzie z kolei żywili się ludźmi, w każdym jednak razie zabijali się nawzajem. A wojny, walki uliczne i bunty? Kiedyś widział zbiegowisko uliczne: Kiedy wychodził ze szkoły, zaatakowano właśnie gmach jakiejś gazety, a ojciec wytłumaczył mu przyczynę; szło o problem niewolnictwa. Naturalnie, tak było! I ludzie żyli jedni z drugich. Wystarczyło pomyśleć o niewolnikach, którzy także byli ludźmi. Stąd przecież właśnie tak wielkie podniecenie, że jedni ludzie zabijali drugich — Murzynów.

Uradowany, że znalazł to rozwiązanie, przyszedł do domu.

— Mamo, złapał ją nareszcie! — zawołał wchodząc.

— Kto kogo złapał? — zapytała matka zdziwiona. — Idź sobie lepiej umyć ręce.

— Homar oczywiście, opowiadałem przecież o nim niedawno tobie i ojcu. Złapał mątwę.

— Okropność! Dlaczego interesujesz się takimi rzeczami? Idź prędko umyć ręce!

— Takie rzeczy nie co dzień się widuje. Ja przynajmniej nigdy tego jeszcze nie widziałem.

Poszedł na dziedziniec, gdzie była studnia i stał mały stołek z błyszczącą cynową miską i wiadrem. Umył sobie twarz i ręce.

— Tatusiu — powiedział później — pamiętasz jeszcze mątwę?

— Oczywiście.

— No, więc już nie żyje. Homar złapał ją.

Ojciec czytał dalej.

— Okropne! — powiedział obojętnie.

Dniami i tygodniami zastanawiał się Frank nad tym wydarzeniem, podobnie jak nad życiem, do którego się urodził. Już myślał o tym, czym będzie i jak sobie będzie radził na świecie. Gdy widział, jak ojciec liczył pieniądze, wiedział, że zawód ten pociągał go, a Third Street, na której znajdował się kantor ojca, wydawała mu się najpiękniejszą i najwspanialszą ulicą świata.

Rozdział drugi

Atmosfera rodzinna, w jakiej wzrastał Frank Algernon Cowperwood, mogła być nazwana spokojną i szczęśliwą. Buttonwood Street, gdzie spędził pierwsze dziesięć lat życia, była okolicą cudowną dla chłopca. Składała się ona przeważnie z dwu i trzypiętrowych, czerwonych domów, do których prowadziły małe, marmurowe schodki i których drzwi i okna ujęte były w wąskie listwy marmurowe. Wzdłuż ulicy rosły liczne drzewa, bruk jezdni stanowiły wielkie, okrągłe kocie łby, które deszcz wymywał do czysta, chodniki były z czerwonej cegły, zawsze wilgotne i chłodne. Za domami znajdował się przeważnie pokryty murawą i otoczony drzewami, niekiedy nawet porosły kwiatami dziedziniec, gdyż parcele miały zawsze sto stóp głębokości, a domy, tłoczące się ciasno przy chodnikach, pozostawiały z tyłu dość dużo miejsca.

Ojciec i matka Cowperwood nie byli o tyle oziębli, aby nie móc dzielić naturalnych radości swoich dzieci, toteż rodzina, która co dwa lub trzy lata pomnażała się o jedno dziecko, aż ilość ich dosięgła czterech, stanowiła dość żywe i zgrane towarzystwo.

Stosunki Henry‘ego Worthingtona Cowperwooda wzrastały wraz z jego stanowiskiem, a po pewnym czasie stał się on osobistością. Znał już większość wybitnych kupców, pozostających w kontakcie z jego bankiem, a że często miewał też do załatwienia sprawy na mieście, stał się więc i w Bank of the United States, u Drexela, u Edwarda i innych znaną i lubianą osobą. Maklerzy znali go jako przedstawiciela dobrze sytuowanego przedsiębiorstwa, a chociaż nie był szczególnie mądry, uchodził jednak za człowieka zasługującego na największe zaufanie.

Syn Cowperwooda brał żywy udział w karierze ojca. Często pozwalano mu przychodzić w sobotę do banku, gdzie z wielkim podziwem przyglądał się szybkiemu wykupywaniu weksli. Dowiadywał się, skąd pochodziły rozmaite rodzaje pieniędzy, dlaczego żądano i płacono dyskonto i co ludzie czynili z tym mnóstwem pieniędzy, jakie otrzymywali. Ojciec cieszył się z zainteresowania syna i pouczał go stosownie do jego pojętności, tak że już w wieku dziesięciu do piętnastu lat Frank posiadał dość gruntowne wiadomości z dziedziny stosunków finansowych kraju.

Rozróżniał bank państwowy od stanowego, rozumiał działalność maklerów, znaczenie akcyj i ich wahań kursowych. Zaczynał już pojmować wartość pieniądza jako środka wymiany i obliczanie wszelkich wartości według jednej wartości podstawowej, złota. Z natury był geniuszem finansowym, a cała mądrość, potrzebna do tej wielkiej sztuki, była mu tak samo właściwa, jak wrażenia i tajemne związki życia poecie. Złoto jako powszechny środek wymiany interesowało go niezmiernie, a gdy ojciec opowiadał mu, jak się je wydobywało z ziemi, śnił nocami o posiadaniu kopalni złota i budził się z pragnieniem, aby marzenie to stało się kiedyś rzeczywistością.

Podobnie chciwy wiedzy był w stosunku do wszelkiego rodzaju papierów giełdowych. Z czasem dowiedział się, że niektóre nie przedstawiały nawet wartości papieru, podczas gdy inne warte były nierównie więcej niż opiewała ich oficjalna wartość nominalna.

— Spójrz, synu — powiedział do niego pewnego dnia ojciec pokazując mu pakiet akcyj Brytyjskiego Towarzystwa Wschodnio-Indyjskiego, oddanych przez jakiegoś finansistę z Filadelfii w zastaw za dwie trzecie swojej wartości nominalnej w zamian za pożyczkę w wysokości stu tysięcy dolarów. — Takie akcje nie co dzień się widuje.

Młody Cowperwood przyglądał się im ze zdumieniem.

— Nie widać w nich nic szczególnego — powiedział.

— Warte są dokładnie cztery razy więcej niż ich kwota nominalna — odpowiedział ojciec uprzejmie.

Frank przyjrzał się im jeszcze raz.

— „Brytyjskie Towarzystwo Wschodnio-Indyjskie“ — przeczytał. — Dziesięć funtów... to znaczy pięćdziesiąt dolarów.

— Czterdzieści osiem trzydzieści pięć — poprawił ojciec sucho. — Gdybym posiadał taki pakiet, nie potrzebowałbym się więcej zamęczać. Widzisz, że nie ma na nich prawie wcale śladów szpilek. Niewiele takich akcyj jest w obiegu, a nie sądzę, aby ten pakiet był już kiedyś zastawiony.

Nie bez silnego uczucia zainteresowania dla szerokich rozgałęzień gospodarki finansowej oddał młody Cowperwood po pewnym czasie akcje. Co to było Brytyjskie Towarzystwo Wschodnio-Indyjskie i co ono robiło? Ojciec wyjaśnił mu to.

W domu także słyszał często rozmowy o interesach pieniężnych. Kiedyś na przykład mówiono o jakimś dziwnym człowieku nazwiskiem Steemberger, wielkim handlarzu bydła z Wirginii, którego widoki wysokich i łatwych do uzyskania kredytów ściągnęły do Filadelfii. Ojciec opowiedział, że Steemberger znajduje się w bliskich stosunkach z Nicholasem Biddle, Lardnerem i innymi kierownikami Banku Stanów Zjednoczonych i dlatego może od tego przedsiębiorstwa uzyskać niemal wszystko, czego zechce. Jego obroty przy skupie bydła w Wirginii, Ohio i innych stanach były bardzo wielkie i właściwie równały się monopolowi w zaopatrywaniu miast wschodnich w bydło.

Był to wysoki, tęgi mężczyzna, o twarzy, która miała w sobie coś z wieprza. Miał wielki kapelusz i długi surdut, który zwisał luźno z jego piersi i brzucha. Udało mu się podbić cenę wołowiny o trzy centy na funcie, co oburzyło wszystkich drobnych handlarzy i konsumentów i uczyniło go znaną osobistością. Przynosił on bankowi Cowperwooda rocznie sto do dwustu tysięcy dolarów w przekazach na United States Bank po tysiąc, pięć tysięcy i dziesięć tysięcy dolarów, które inkasował po dziesięć do dwunastu procent poniżej ich wartości złożywszy przedtem w United States Banku własny czteromiesięczny weksel na pełną sumę. Za te pieniądze kupował w biurze wymiany banku Third National po pełnej cenie banknoty Wirginia, Ohio i Zachodniej Pensylwanii, ponieważ interesy jego koncentrowały się głównie w tych krajach. Na pierwszym z tych interesów Third National zarabiał mniej więcej cztery do pięciu procent, a że na domiar przyjmował banknoty stanów zachodnich poniżej kursu, więc zarabiał jeszcze ponadto i na nich.

Ojciec opowiadał także o drugim człowieku, znanym korespondencie gazet i najlichszego gatunku intrygancie z Waszyngtonu, nazwiskiem Francis J. Grund, któremu udało się wywąchać rozmaite tajemnice państwowe, zwła szcza z dziedziny polityki finansowej. Znał on zarówno tajemnice prezydenta i rządu, jak senatu i izby reprezentantów. Przed kilku laty Grund zakupił za pośrednictwem jednego czy dwóch maklerów wielkie ilości rozmaitych papierów państwowych z Teksasu. W czasie swych walk niepodległościowych przeciwko Meksykowi republika Teksas wydawała najrozmaitsze obligi państwowe, dochodzące do dziesięciu czy piętnastu milionów dolarów. Ponieważ zamierzano wcielić Teksas do Stanów Zjednoczonych, te ostatnie wydały później ustawę, w myśl której gwarantowały kwotę pięciu milionów dolarów, która miała być użyta na spłacenie owego starego długu. Grund wiedział o tym i zasłyszał także, że wskutek szczególnych warunków część tego długu miała być spłacona w pełnej wysokości, podczas gdy pewne inne części miały być zredukowane. Miano też upozorować rzekome bankructwo, aby przeforsować tę ustawę na jednym posiedzeniu i odstraszyć intruzów, którzy mieliby ochotę zdobyć dawne obligacje na korzystnych warunkach.

Grund zakomunikował tę wiadomość bankowi Third National, a Cowperwood jako pomocnik kasjera dowiedział się oczywiście o tym; mówił o tej sprawie z żoną i w ten sposób wiadomość ta doszła do jego syna, który przysłuchiwał się z błyszczącymi oczyma i dziwił się, że ojciec nie wykorzystuje tych wiadomości, aby na własny rachunek kupować papiery teksaskie. Grund i trzej czy czterej inni zarobili przecież na tym interesie po przeszło sto tysięcy dolarów każdy! Niewątpliwie nie było to zupełnie poprawne, ale nie było też nieuczciwe, a dlaczego nie miało by się z takiej informacji wyciągnąć korzyści?

Frank zrozumiał, że sposób myślenia jego ojca był zanadto prawy i ostrożny, aby coś podobnego uczynić, ale kiedy on sam będzie dorosły, zostanie maklerem, finansistą albo bankierem, aby móc robić takie i podobne interesy.

W owym czasie przybył do Cowperwoodów w odwiedziny wuj, który dotychczas nie odgrywał jeszcze roli w życiu rodziny. Był to brat pani Cowperwood, silny, uprzejmy, tęgi mężczyzna wysokości pięciu stóp, nazwiskiem Seneka Davis, o okrągłej, dość łysej głowie, czerwonawej barwie twarzy, niebieskich oczach i rzadkich, piaskowego koloru włosach. Jak na ówczesne poglądy był on ubrany bardzo starannie, paradował w kwiecistych kamizelkach, jasnych tużurkach i używał nieodzownego dla człowieka interesów cylindra.

Frank od pierwszej chwili był nim zachwycony. Wuj był dawniej plantatorem na Kubie, posiadał tam jeszcze wielką ranczę i opowiadał niezliczone historyjki o powstaniach, zasadzkach, pojedynkach i podobnych przygodach. Przywiózł z sobą zbiór osobliwości indyjskich, majątek w gotówce i mnóstwo niewolników, z których jeden, wysoki, grubokościsty Murzyn imieniem Manuel, był jego stałym towarzyszem i stanowił dlań pewnego rodzaju gwardię przyboczną.

Davis wysyłał trzcinę cukrową ze swoich plantacji do doków Southwark w Filadelfii. Spodobał się Frankowi, ponieważ brał życie lekko i wesoło i był nieco szorstki i nieprzymuszony w porównaniu ze spokojnym i powściągliwym życiem w rodzicielskim domu Franka.

— Tak, Nancy Arabello, nie urosłaś ani o cal — powiedział pewnego popołudnia niedzielnego do pani Cowperwood sprawiwszy rodzinie swoim nieoczekiwanym i niezapowiedzianym przybyciem radosną niespodziankę. — Gdy wychodziłaś za poczciwego Henry‘ego, sądziłem, że przytyjesz i wdasz się w swego brata, ale założę się, że nie ważysz nawet pięciu funtów!

I podniósł ją w górę, ku wielkiej radości dzieci, które nigdy nie widziały, aby ktoś obchodził się tak poufale z ich matką.

Henry Cowperwood był przyjazdem tego dość zamożnego krewnego bardzo podniecony i uradowany, bo gdy się przed dwunastu laty żenił, Seneka Davis nie zwracał na niego wielkiej uwagi.

— Te małe, blade, wielkomiejskie dzieci powinny przyjechać do mojej plantacji na Kubę i nabrać tam trochę kolorów — ciągnął. — Bladość ich zniknęłaby natychmiast.

I uszczypnął pięcioletnią Annę Adelaidę w policzek.

— Ładnie tu sobie mieszkasz, Henry — powiedział obejmując krytycznym wzrokiem salon trzypiętrowego, na ogół dość skromnego domu.

Był to pokój wysokości dwudziestu do dwudziestu czterech stóp z imitacją wiśniowej boazerii i nowymi meblami, sprawiający dziwnie harmonijne wrażenie. Odkąd Henry został pomocnikiem kasjera, rodzina posiadała pianino z Europy — na owe czasy wielki zbytek — i zamierzano, gdy Anna Adelaida podrośnie, uczyć ją gry na fortepianie. W pokoju tym było jeszcze kilka innych osobliwych przedmiotów, na przykład szklany żyrandol, akwarium ze złotymi rybkami, kilka rzadkich, błyszczących muszel i marmurowy Kupidyn, trzymający kosz z kwiatami.

Było lato, okna były otwarte, a drzewa o rozłożystych, zielonych gałęziach, wesoło zaglądały z ulicy.

Wuj Seneka wyszedł na dziedziniec.

— Bardzo ładnie — powiedział spoglądając na wielki wiąz i na brukowany, otoczony murem i obrosły winem dziedziniec. — Gdzie hamak? Nie macie tu w lecie hamaka? Na mojej werandzie w San Pedro jest ich sześć czy siedem.

— Nie rozwieszamy hamaka ze względu na sąsiadów, ale byłoby to bardzo miłe — odpowiedziała pani Cowperwood. — Henry powinien się o to postarać.

— Mam w hotelu w bagażach dwa czy trzy, przyślę je wam jutro rano przez Manuela.

Obejrzał bliżej latorośle, pociągnął Edwarda za ucho, obiecał Józefowi tomahawk indiański i wrócił do domu.

— Ten chłopiec interesuje mię — powiedział po pewnym czasie kładąc dłoń na ramieniu Franka. — Jak mu na imię, Henry?

— Frank Algernon.

— Właściwie mogliście mu dać imię po mnie. W tym chłopcu coś tkwi. Chciałbyś pojechać ze mną na Kubę i zostać plantatorem, synu?

— Nie — odpowiedział Frank.

— No, to się nazywa szczera odpowiedź! Co masz przeciwko temu?

— Nic, tylko że ja się na tym nie znam.

— A na czym się znasz?

Chłopiec uśmiechnął się z zakłopotaniem.

— Chyba nie na wielu rzeczach.

— A co cię interesuje?

— Pieniądze!

— Aha, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Odziedziczyłeś to po ojcu, co? Ale podoba mi się, że mówisz jak mężczyzna. Pogadamy o tym jeszcze. Zdaje mi się, Nancy, że wychowujesz sobie finansistę, w każdym razie ten chłopak mówi jak finansista.

Zaczął uważnie obserwować Franka. W tym młodym ciele tkwiła niewątpliwie prawdziwa siła, a te wielkie, szare oczy pozwalały się domyślać trzeźwego rozumu; napomykały dużo, a nie zdradzały nic.

— Miły chłopak! — powiedział do szwagra. — Podoba mi się jego charakter. Masz mądre dzieci, Henry.

Henry Cowperwood uśmiechnął się; jeżeli Frank spodobał się szwagrowi, mógł dla niego dużo zrobić. Może zostawi mu w spadku część swego majątku; był bogaty i zupełnie samotny.

Wuj Seneka i jego czarny gwardzista przyboczny, Manuel, który ku wielkiemu zdumieniu dzieci mówił zarówno po angielsku jak i po hiszpańsku, stali się częstymi gośćmi państwa Cowperwood, a wuj coraz bardziej interesował się Frankiem.

— Myślę, że kiedy chłopak podrośnie o tyle, aby wiedzieć, czego chce, pomogę mu — powiedział pewnego dnia do siostry, która serdecznie mu za to podziękowała.

Wypytywał Franka o naukę i przekonał się, że chłopiec dość mało interesował się książkami i większością przedmiotów, których się musiał uczyć. Gramatyka była dla niego koszmarem, literaturę uważał za głupią, łacinę za niepotrzebną, historia... tak, historia była bardzo zajmująca.

— Buchalteria i arytmetyka sprawiają mi przyjemność — dodał. — Ale najchętniej wystąpiłbym ze szkoły, żeby zarabiać pieniądze.

— Jesteś jeszcze dość młody, chłopcze — odpowiedział wuj. — Ile masz lat... czternaście?

— Trzynaście.

— No, przed szesnastym nie możesz wystąpić ze szkoły. Ale było by dla ciebie lepiej, gdybyś zaczekał do siedemnastu albo osiemnastu lat. Nigdy już nie będziesz chłopcem.

— Nie chcę wcale być chłopcem. Chcę zacząć pracować.

— Nie za prędko, synu. Jeszcze dość wcześnie staniesz się mężczyzną. Chcesz pracować w zawodzie bankierskim, prawda?

— Tak.

— No, kiedy nadejdzie pora i wszystko będzie w porządku, a ty będziesz się trzymał dobrze i nie zmienisz zamiaru, pomogę ci na początek. Gdybym ja był na twoim miejscu i chciał zostać bankowcem, poszedłbym na rok, dwa do solidnej firmy zbożowej. Można się tam nauczyć wielu pożytecznych rzeczy. A do tego czasu bądź tylko zdrów i ucz się jak możesz najwięcej. Dawaj mi znać o sobie, gdziekolwiek będę, a ja będę do ciebie pisywał i informował się, jak ci się wiedzie.

Podarował chłopcu na zapoczątkowanie banku złotą monetę dziesięciodolarową, a nic dziwnego, że dom Cowperwoodów podobał mu się więcej, odkąd się przekonał, że należał do niego ten silny, skromny, dzielny chłopiec.

Rozdział trzeci

Frank Cowperwood miał trzynaście lat, kiedy zrobił swój pierwszy interes.

Gdy pewnego dnia szedł przez Front Street, ulicę, na której znajdowały się przeważnie firmy eksportowe i wielkie przedsiębiorstwa handlowe, zauważył na jakimś sklepie spożywczym wywieszone ogłoszenie o licytacji. Z wnętrza zaś dochodził głos:

— Dwadzieścia dwa worki wyjątkowo pięknej kawy Jawa, która w handlu hurtowym jest obecnie sprzedawana po siedem dolarów trzydzieści dwa centy. Proszę o propozycje. Cała partia musi być sprzedana w całości. Proszę o propozycje.

— Osiemnaście dolarów — rozpoczął licytację jakiś kupiec, stojący blisko drzwi.

Frank zatrzymał się.

— Dwadzieścia dwa — zawołał drugi. A trzeci: — Trzydzieści. — Czwarty: — Trzydzieści pięć! — i tak dalej, aż do siedemdziesięciu pięciu dolarów, co stanowiło mniej niż połowę wartości.

— Siedemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt pięć po raz pierwszy — wołał licytator. — Kto daje więcej? Siedemdziesiąt pięć po raz pierwszy. Nikt nie daje osiemdziesięciu? Siedemdziesiąt pięć po raz drugi i ...

Zamilkł i teatralnym gestem podniósł rękę. Potem klasnął w dłonie.

— Siedemdziesiąt pięć dla pana Silasa Gregory. Proszę zanotować, Jerry — zwrócił się do stojącego obok niego rudowłosego pomocnika, po czym przystąpił do licytacji następnej pozycji.

Było to jedenaście beczek krochmalu.

Młody Cowperwood zrobił szybki rachunek. Jeżeli kawa warta była naprawdę po siedem dolarów trzydzieści dwa centy, jak mówił licytator, a nabywca kupił ją za siedemdziesiąt pięć dolarów, to zarobił z miejsca osiemdziesiąt sześć dolarów i cztery centy, nie wliczając zupełnie jego zarobku przy dalszej odprzedaży. Przypomniał sobie, że matka jego płaciła po dwadzieścia osiem centów za funt.

Podszedł bliżej trzymając mocno książki pod pachą i obserwował dokładnie dalszą licytację. Krochmal oszacowano na dziesięć dolarów za beczkę, ale przyniósł tylko sześć, kilka beczułek octu sprzedano za trzecią część wartości i tak dalej. Franek chętnie wziąłby udział w licytacji, ale miał tylko kilka drobnych monet w kieszeni. Licytator zwrócił uwagę na uroczyście poważną twarz przyglądajacego się chłopca.

— Partia pięknego mydła kastylskiego, siedem skrzyń, sprzedawanego teraz po czternaście centów za kawałek. Mydło to jest w chwili obecnej warte jedenaście dolarów siedemdziesiąt pięć za skrzynię. Proszę o propozycję! Proszę o propozycję!

Mówił szybko i z niepotrzebnym akcentowaniem wielu wyrazów, jak każdy licytator, ale na Cowperwoodzie nie wywierało to najmniejszego wrażenia. W duchu zrobił szybkie obliczenie. Siedem skrzyń po jedenaście dolarów siedemdziesiąt pięć centów wynosiło osiemdziesiąt dwa dolary dwadzieścia pięć centów, a gdyby je sprzedano za połowę ceny szacunkowej, to...

— Dwanaście dolarów — powiedział jeden z licytantów.

— Piętnaście — zaofiarował drugi.

— Dwadzieścia — zawołał trzeci.

— Dwadzieścia pięć — przelicytował czwarty.

Potem propozycje poczęły wzrastać po dolarze, gdyż mydło kastylskie nie było artykułem pierwszej potrzeby.

— Dwadzieścia sześć — dwadzieścia siedem — dwadzieścia osiem — dwadzieścia dziewięć.

Potem nastąpiła pauza.

— Trzydzieści — powiedział młody Cowperwood stanowczo.

Nie przerywając swej pracy spojrzał na niego licytator, chudy, niepozorny człowieczek o zwichrzonych włosach i bystrym wzroku. Spojrzał z zaciekawieniem, niemal niedowierzająco. Mimo jego woli wzrok chłopca wywarł na nim wrażenie, a chociaż nie potrafiłby powiedzieć dlaczego, czuł, że propozycja ta pomyślana była poważnie i że chłopiec posiadał pieniądze. Może był synem kupca towarów kolonialnych.

— Zaproponowano trzydzieści dolarów! Trzydzieści dolarów za tę partię pięknego mydła kastylskiego, które warte jest co najmniej czternaście centów za kawałek. Nikt nie daje więcej? Nikt nie daje więcej? Nikt nie daje trzydziestu jeden?

— Trzydzieści jeden — odpowiedział jakiś głos.

— Trzydzieści dwa — rzekł Cowperwood.

Licytator zaczął znowu swoją śpiewkę.

— Zaproponowano trzydzieści dwa. Nikt nie daje trzydziestu trzech? Mydło jest bardzo ładne. Siedem skrzyń cudownego kastylskiego mydła. Nikt nie daje trzydziestu trzech?

Myśl Cowperwooda pracowała gorączkowo. Nie miał przy sobie pieniędzy, ale ojciec jego był pomocnikiem kasjera w Third National Banku, powoła się więc na niego. Niewątpliwie będzie mógł sprzedać to mydło sklepikarzowi matki, a jeżeli nie jemu, to jakiemuś innemu. Inni ludzie także chcieli je kupić za tę cenę; więc dlaczego nie on?

Licytator urwał na chwilę.

— Trzydzieści dwa po raz pierwszy! Nikt nie daje trzydziestu trzech? Trzydzieści dwa po raz drugi! Nikt nie daje trzydziestu trzech? Nikt nie daje więcej? Siedem skrzyń mydła po raz pierwszy, drugi i trzeci. — Znowu podniósł rękę. — Sprzedane panu...?

Pochylił się do przodu i spojrzał pytająco w twarz młodego nabywcy.

— Frank Cowperwood, syn pomocnika kasjera w Third National Banku — odpowiedział chłopiec stanowczym tonem.

— Proszę bardzo — rzekł człowieczek pod urokiem jego spojrzenia.

— Może pan będzie łaskaw zaczekać, aż pobiegnę do banku po pieniądze.

— Dobrze, ale niech pan nie zabawi długo. Gdyby pan za godzinę nie wrócił, sprzedam mydło ponownie.

Młody Cowperwood nie odpowiedział. Jak mógł najszybciej pobiegł najpierw do kupca matki, którego sklep oddalony był od domu jego rodziców o jeden blok.

Przed samym domem zwolnił kroku, przybrał obojętny wyraz twarzy, wszedł do sklepu i rozejrzał się za kastylskim mydłem. Stała tam cała skrzynia, zupełnie takiego samego jak to, które kupił przed chwilą.

— Ile kosztuje kawałek tego mydła, panie Dalrymple?

— Szesnaście centów — odpowiedział kupiec.

— Czy kupiłby pan siedem skrzyń tego samego mydła za sześćdziesiąt dwa dolary, gdybym panu zaoferował?

— To samo mydło?

— Tak.

Pan Dalrymple liczył przez chwilę.

— Myślę, że tak — odpowiedział ostrożnie.

— I zapłaciłby pan dzisiaj gotówką?

— Dałbym panu weksel. A gdzie jest mydło?

Był niezmiernie zdziwiony i zaskoczony tą propozycją syna sąsiada, którego podobnie jak ojca znał bardzo dobrze.

— Czy weźmie je pan, jeżeli je panu jeszcze dzisiaj przywiozę?

— Tak — odpowiedział kupiec. — Zamierza pan handlować mydłem?

— Nie, ale wiem, gdzie można je tanio kupić.

Pobiegł dalej i pośpieszył do banku ojca. Było już po zamknięciu biur, ale Frank wiedział, jak można się dostać do środka, i był przekonany, iż ojciec ucieszy się na wiadomość, że syn jego zarobił trzydzieści dolarów.

— Co się stało, Franku? — zapytał ojciec podnosząc wzrok znad biurka, gdy syn bez tchu i czerwony na twarzy stanął przed nim niespodziewanie.

— Czy nie mógłbyś mi pożyczyć trzydziestu dwóch dolarów?

— Owszem, dlaczego nie? A na co ci one potrzebne?

— Chcę kupić partię mydła, siedem skrzyń kastylskiego mydła... wiem, gdzie je mogę dostać i kto je ode mnie odkupi. Pan Dalrymple chce je wziąć. Daje mi za nie sześćdziesiąt dwa dolary, a ja mogę je dostać za trzydzieści dwa. Pożyczysz mi te pieniądze? Muszę wracać natychmiast, żeby zapłacić licytatorowi.

Ojciec uśmiechnął się. Nigdy jeszcze nie zauważył w synu takiego zmysłu do interesu. Co za gorliwość, co za zapał w trzynastoletnim chłopcu!

— No, Franku — powiedział zbliżając się do szuflady, w której leżały rozmaite papiery — czy chcesz już teraz zająć się interesami? Czy jesteś pewien, że nic na tym nie stracisz? Spodziewam się, że wiesz, co robisz!

— Proszę cię, tato, daj mi te pieniądze — prosił chłopiec. — Dowiodę ci niedługo, że mam rację. Proszę cię, daj mi je, możesz na mnie polegać.

Podobny był do młodego psa myśliwskiego na tropie. Ojciec nie mógł się oprzeć jego prośbie.

— Dobrze, Franku, dam ci — odpowiedział. — Masz tu pieniądze.

I wyliczył mu sześć pięciodolarowych banknotów Third National Banku i dwa pojedyncze dolary.

Frank ledwo podziękował, wybiegł z biura i pośpieszył co sił w nogach z powrotem do sklepu. Kiedy wchodził, licytowano właśnie partię cukru. Utorował sobie drogę do protokolanta.

— Chcę zapłacić za moje mydło — powiedział.

— Zaraz?

— Tak. Może mi pan dać pokwitowanie?

— Oczywiście.

— Czy pan odstawia towar?

— Nie. Musi być odebrany w ciągu dwudziestu czterech godzin.

To utrudnienie nie zbiło chłopca z tropu.

— Dobrze — powiedział i schował potwierdzenie kupna.

Licytator spoglądał za nim, jak wybiegał ze sklepu. Po pół godzinie powrócił z człowiekiem, który ciągnął wózek. Był to uliczny tragarz, czekający na robotę. Frank umówił się z nim, że odwiezie mydło za sześćdziesiąt centów.

Po następnej pół godzinie stał przed drzwiami zdumionego pana Dalrymple, którego wywołał przed sklep, żeby sobie obejrzał mydło, zanim się skrzynie wyładuje. Gdyby transakcja z jakichkolwiek powodów miała nie dojść do skutku, postanowił kazać zawieźć mydło do domu. Chociaż był to jego pierwszy interes, był chłodny jak lód.

— Ta-ak — powiedział pan Dalrymple drapiąc się w głowę.—To jest to samo mydło. Biorę je i dotrzymam słowa. Skąd pan je ma, Franku?

— Z licytacji u Bixoma — odpowiedział chłopiec szczerze i uczciwie.

Pan Dalrymple kazał znieść mydło do swojego sklepu i po drobnych trudnościach, spowodowanych tym, że kontrahentem był trzynastoletni chłopiec, wystawił trzydziestodniowy weksel, który wręczył Frankowi.

Chłopiec podziękował i schował weksel. Postanowił wrócić do banku ojca, aby zdyskontować weksel, jak to widywał u innych ludzi, w ten bowiem sposób, mógł spłacić dług i otrzymać swój czysty zysk w gotówce. Właściwie po zakończeniu urzędowania nie było to już możliwe, ale ojciec na pewno zrobi dla niego wyjątek.

Gwiżdżąc skierował się z powrotem do banku; gdy wszedł, ojciec spojrzał na niego z uśmiechem.

— No, Franku, jak ci się powiodło? — zapytał.

— Mam tu weksel na trzydzieści dni — odpowiedział chłopiec wyciągając papier, który mu dał Dalrymple. — Czy zechcesz go dla mnie zdyskontować? Możesz sobie od razu zatrzymać swoje trzydzieści dwa dolary.

Ojciec obejrzał weksel dokładnie.

— Sześćdziesiąt dwa dolary, Dalrymple, to dobry weksel — powiedział. — Tak, mogę to zrobić. Ale dlaczego go nie zatrzymasz? — zapytał żartem. — Będzie cię to kosztowało dziesięć procent, a ja zaczekałbym na te trzydzieści dwa dolary do końca miesiąca.

— O, nie! — odpowiedział syn. — Zdyskontuj go i weź sobie swoje pieniądze; może i mnie moje będą potrzebne.

Ojciec uśmiechnął się na widok poważnej miny syna.

— No, dobrze — powiedział. — Zrobimy to jutro. Opowiedz mi, jak tę sprawę załatwiłeś.

Frank opowiedział.

O siódmej dowiedzieli się o wszystkim matka Franka i wuj Seneka.

— Nie mówiłem ci, Cowperwood? Uważaj na tego chłopaka, to dobre drzewo — powiedział wuj.

Ze zdumieniem przyglądała się pani Cowperwood synowi przy kolacji. Więc to było to dziecko, które niegdyś karmiła własną piersią? W każdym razie rozwinął się szybko.

— Chciałabym, aby ci się takie rzeczy często zdarzały, Franku — powiedziała.

— Ja też, mamo — brzmiała dość obojętna odpowiedź.

Ale licytacje nie trafiały się co dzień, a kupca matki raz tylko można było nakłonić do takiego interesu. Od początku jednak umiał młody Cowperwood zarabiać pieniądze. Przyjmował prenumeratę czasopisma dla chłopców, sprzedawał nowy rodzaj łyżew, a kiedyś założył stowarzyszenie ośmiu chłopców w celu wspólnego zakupu słomkowych kapeluszy. Nie wierzył, aby można się było zbogacić oszczędnością, lecz od początku był przekonany, że znacznie korzystniejsze jest wydawać pieniądze szeroką ręką i że jakoś da sobie w życiu radę.

W tym samym roku, a może nawet nieco wcześniej, zaczął okazywać zainteresowanie dziewczętami. Od pierwszej chwili posiadał właściwe oko na piękność kobiecą, a że sam był ładny i pociągający, łatwo mu było zdobywać względy tych, na których mu zależało.

Pierwszą, która mu się spodobała, była dwunastoletnia Patience Barlow, mieszkająca na tej samej co on ulicy. Miała ona żywe, czarne oczy i czarne włosy, spadające warkoczami na plecy, zgrabne nóżki, odpowiadające jej zgrabnej postaci. Była kwakierką, córką kwakierów, i jako taka miała na głowie skromny, mały kapelusik. Ale miała żywe usposobienie, a pewien siebie, energiczny chłopiec spodobał się jej.

Po kilkakrotnej wymianie spojrzeń Frank z wrodzoną odwagą przemówił do niej pewnego dnia z uśmiechem:

— Idzie pani tą samą drogą co ja, prawda?

— Tak — odpowiedziała nieco zakłopotana wymachując szkolną teczką. — Mieszkam pod numerem czterdziestym pierwszym.

— Znam ten dom — odpowiedział Frank. — Widziałem, jak pani tam wchodziła. Chodzi pani do tej samei szkoły, co moja siostra. Czy pani nie jest Patience Barlow?

Dowiedział się jej nazwiska i imienia od innych chłopców.

— Tak. Skąd pan to wie?

— Wiem — odpowiedział z uśmiechem. — Zwróciłem na panią uwagę. Lubi pani lukrecję?

Pogrzebał w kieszeniach i wyciągnął kilka pręcików, jakie wówczas sprzedawano.

— Dziękuję — odpowiedziała i wzięła jeden pręcik.

— Nie jest już bardzo dobra, bo za długo noszę ją przy sobie. Ale ostatnio miałem dużo słodyczy.

— O, bardzo dobra! — odpowiedziała jedząc.

— Czy pani zna moją siostrę Annę Cowperwood — zapytał zamiast przedstawić się. — Jest ona o klasę niżej, ale może ją pani zna z widzenia.

— Zdaje się, że spotykałam ją w drodze do szkoły.

— Mieszkamy w tamtym domu — zwierzył się jej i wskazał dom rodziców. — Mam nadzieję, że znowu się kiedyś spotkamy.

— Zna pan Ruth Merriam? — zapytała w chwili, gdy miał odchodzić.

— Nie. Dlaczego?

— Wyprawia ona w przyszły wtorek zabawę — odpowiedziała, na pozór (ale tylko na pozór) bez specjalnego celu.

— Gdzie ona mieszka?

— Tu, pod numerem dwudziestym ósmym.

— Chętnie bym tam był — powiedział Frank serdecznie i rozstał się z nią.

— Może dostanie pan zaproszenie — zawołała za nim, odwaga jej wzrastała wraz z odległością. — Poproszę ją o to.

— Dziękuję!

I wesoło pobiegła dalej.

Z uśmiechem spoglądał za nią. Była bardzo ładna; miał wielką ochotę całować ją i żywo stanęło przed jego oczyma wszystko, co mogło się zdarzyć na zabawie u Ruth Merriam.

Była to jedna z owych wczesnych i dziecięcych miłostek, jakie absorbowały go od czasu do czasu. Niezliczone razy całował potajemnie Patience Barlow, zanim zwrócił serce ku innej dziewczynce.

Ona i kilka jej przyjaciółek z tej samej okolicy wybiegały w wieczory zimowe na ulicę, aby się z zapałem obrzucać kulami ze śniegu, a gdy się wcześnie ściemniało, przystawała z wahaniem w ciemnościach przed własnymi drzwiami. Tak łatwo było przytrzymać ją przy tym i całować albo na jakimś przyjęciu szeptać jej głupstwa do ucha.

Potem przyszła kolej na Dorę Fitler — on miał szesnaście lat, ona czternaście — po niej nastąpiła Marjorie Stafford, licząca piętnaście lat wobec jego siedemnastu. Dora Fitler była ciemna, Marjorie Stafford jasna jak poranek i tęga jak przepiórka, o jasnoczerwonych policzkach, szaroniebieskich oczach i lnianych włosach.

Kiedy miał siedemnaście lat, postanowił wystąpić ze szkoły. Nie złożył jeszcze co prawda egzaminu dojrzałości a tylko ukończył trzeci rok szkoły średniej, ale miał już dość nauki. Od trzynastego roku życia myślał tylko o pieniądzach, i to we wszelkich formach, jakie przybierały one na Third Street. Od czasu do czasu miewał sposobność zarobku.

Wuj Seneka pozwolił mu pracować przy ważeniu cukru w magazynach w Southwark, gdzie trzystofuntowe worki pod nadzorem inspektorów państwowych lokowane były w magazynach celnych. Czasami, w wyjątkowych wypadkach mógł też pomagać ojcu i otrzymywał za to zapłatę. Zrobił nawet umowę z panem Dalrymple, że będzie u niego pracował w soboty wieczorem.

Ale kiedy Frank skończył piętnaście lat, ojciec jego został kasjerem banku z pensją roczną czterech tysięcy dolarów, było więc rzeczą naturalną, że Frank nie mógł teraz pracować jako pomocnik w sklepiku.

W tym właśnie czasie wuj Seneka, który — tęższy i głośniejszy jeszcze niż dawniej — przybył znowu do Filadelfii, powiedział do niego pewnego dnia:

— Jeżeli masz ochotę, Franku, zdaje się, że znalazłem dla ciebie dobrą posadę na początek. W pierwszym roku nie będziesz dostawał pensji, ale jeżeli się zabierzesz tęgo do roboty, prawdopodobnie dostaniesz gratyfikację. Czy znasz firmę Henry Waterman & Company na Second Street?

— Znam ich interes.

— Otóż szefowie tej firmy przyrzekli mi, że dadzą ci posadę buchaltera. Są oni maklerami zbożowymi, a mówisz przecież, że chcesz sobie obrać ten zawód. Idź po szkole do pana Watermana, powiedz mu, że ja cię przysyłam, i daj mi znać, jaki będzie rezultat. Myślę, że cię przyjmie.

Wuj Seneka był teraz żonaty. Majątek jego ściągnął na siebie uwagę pewnej ubogiej, ale ambitnej starszej pani z towarzystwa filadelfijskiego, tym samym zaś stanowisko towarzyskie rodziny Cowperwoodów również poprawiło się bardzo. Henry Cowperwood zastanawiał się nad przeprowadzką na North Front Street, gdzie budowano piękne domy z cudownym w owych czasach widokiem na rzekę. Przed wojną domową cztery tysiące dolarów rocznie stanowiły sumę bardzo dużą. Cowperwood ulokował swoje pieniądze bardzo rozsądnie i ostrożnie i powiadano, że ze względu na swój skrupulatny i solidny charakter ma widoki uzyskania w przyszłości stanowiska wiceprezesa albo prezesa swego banku.

Wstąpienie do firmy Waterman & Company, jak wuj Seneka zaproponował Frankowi, wydało mu się najodpowiedniejszym początkiem jego kariery. Pewnego pięknego dnia czerwcowego udał się więc na South Second Street nr 74 i został przez pana Henry‘ego Watermana seniora przyjęty bardzo życzliwie. Niebawem dowiedział się, że istniał jeszcze pan Henry Waterman junior, młodzieniec lat dwudziestu pięciu, oraz pan George Waterman, pięćdziesięcioletni brat pierwszego, który zajęty był wyłącznie w kantorze.

Henry Waterman senior, mężczyzna lat pięćdziesięciu pięciu, był szefem przedsiębiorstwa, wychodził na miasto, gdy szło o odwiedzanie klientów, decydował w sprawach, z którymi brat jego nie mógł sobie poradzić, i układał nowe plany, które jego wspólnicy i urzędnicy musieli wykonywać. Był to człowiek niski, tęgi, flegmatyczny, ze zmarszczkami dokoła oczu i lekko wystającym brzuchem, czerwonym karkiem i trochę wyłupiastymi oczyma, był jednak mądry, uprzejmy, dobroduszny i dowcipny. Dzięki naturalnemu rozumowi i ujmującemu zachowaniu udało mu się zrobić ze swojej firmy zdrowe i kwitnące przedsiębiorstwo. Osiągnął duże sukcesy i radowałby się bardzo z pełnej współpracy syna, gdyby się on do tego nadawał.

Tak jednak niestety nie było. Syn ani nie był tak demokratyczny i zręczny, ani nie kochał tak pracy jak ojciec; interes stanowił dla niego kamień obrazy, a gdyby przedsiębiorstwo zostało pozostawione jemu, rychło ucierpiałoby na tym. Ojciec widział to, gorszył się tym i marzył o jakimś młodzieńcu, który zjawi się pewnego dnia, zainteresuje się firmą i poprowadzi ją dalej w tym samym duchu nie wypierając jednak jego syna — słowem o kimś, komu wystarczy czyste zainteresowanie dla przedsiębiorstwa.

I oto zjawił się młody Cowperwood, o którym opowiadał mu Seneka Davis. Henry Waterman przyjrzał mu się krytycznym okiem. Tak, ten chłopak mógł być tym, kogo szukał. W usposobieniu jego było coś wesołego i pewnego siebie, nie wydawał się w najmniejszym stopniu stropiony ani zakłopotany i twierdził, że potrafi prowadzić księgi chociaż nie znał się zupełnie na szczegółach komisowego handlu zbożem. Interesowało go to i chciał spróbować.

— Ten chłopak podoba mi się—powiedział Henry Waterman do brata, gdy Frank odszedł z poleceniem stawienia się następnego dnia do pracy. — Coś w nim jest. Jest to najmilszy, najbardziej rześki i rozumny chłopiec, jakiego widziałem od długiego czasu.

— Tak — potwierdził George, który był znacznie wyższy i chudszy i którego ciemne, mętne, zamyślone oczy oraz skąpe, ciemnobrunatne włosy stanowiły dziwny kontrast z monotonną bielą jego łysej czaszki. — Miły młodzieniec. Dziwię się, że ojciec nie bierze go do banku.

— Pewnie nie może tego zrobić — odpowiedział brat. — Ostatecznie jest przecież tylko kasjerem.

— To prawda.

— Spróbujemy z tym chłopcem. Założę się, że się utrzyma. Wygląda mi na to.

Henry wstał i skierował się do głównych drzwi, prowadzących na Second Street. Chłodny chodnik, chroniony przed słońcem przez prawy rząd domów, wrzawa wozów i ręcznych wózków oraz biegnący na wszystkie strony tłum ludzi sprawiały mu przyjemność; przyglądał się przeciwległym trzy lub czteropiętrowym, przeważnie zbudowanym z szarego kamienia domom, które kipiały życiem, i dziękował swojej gwieździe, która sprowadziła go do tak dobrze sytuowanego sąsiedztwa. Obyż był wtedy, kiedy kupował ten plac, kupił ich więcej!

— Chciałbym, aby ten Cowperwood okazał się tym kogo mi trzeba — powiedział do siebie w zadumie. — Mógłby mi zaoszczędzić mnóstwo bieganiny.

Rzecz dziwna, po trzech czy czterech zaledwie minutach wyczuł dzielność Franka, a głos wewnętrzny powiadał mu, że chłopak utrzyma się na swoim stanowisku.

Rozdział czwarty

Wygląd Franka Cowperwooda był w owym czasie — aby nie powiedzieć więcej — miły i pociągający.

Natura obdarzyła go wzrostem pięciu stóp i dziesięciu cali. Miał dużą, piękną głowę, pokrytą gęstymi, ciemnobrunatnymi włosami i osadzoną na szerokich ramionach i mocnym ciele. Oczy jego miały już ów wyraz, jaki nadaje wieloletnie głębokie myślenie. Były one niezgłębione. Niczego nie podobna z nich było wyczytać. Krok miał lekki i sprężysty.

Życie zaoszczędziło mu ciężkich ciosów i niespodziewanych wstrząsów. Nie przeszedł poważniejszych chorób, cierpień ani niedostatku. Znał wprawdzie ludzi bogatszych od niego, ale spodziewał się, że kiedyś dorówna im. Rodzina jego była szanowana, ojciec miał dobre stanowisko, a on sam nikomu nic nie był winien. Kiedyś jakiś drobny weksel z jego wystawienia nie został zapłacony w terminie. Ojciec urządził mu z tego powodu taką scenę, że Frank nie zapomniał jej nigdy w życiu.

— Raczej czołgałbym się na kolanach, niż bym miał dopuścić, aby mój weksel został zaprotestowany — zawołał stary pan i w jak najostrzejszych słowach wyjaśnił synowi znaczenie kredytu. Odtąd już żaden weksel nigdy nie poszedł przez niedbalstwo do protestu.

Niebawem stał się najdzielniejszym pracownikiem, jakiego firma Waterman & Co. miała kiedykolwiek. Początkowo objął stanowisko pomocnika buchaltera po zwolnionym panu Tomaszu Trixlerze. Ale po dziesięciu dniach George powiedział:

— Dlaczego nie mielibyśmy zrobić Cowperwooda buchalterem? Potrafi on więcej zdziałać w ciągu jednej minuty niż nasz Sampson przez całe życie.

— Dobrze, George, ale nie czyń tego w sposób zbyt jaskrawy. I tak nie zostanie długo buchalterem, gdyż chcę po pewnym czasie spróbować przerzucić na niego niektóre swoje interesy.

Księgi firmy Waterman, choć dość skomplikowane, były jednak dla Franka zabawką. Obracał się wśród nich z taką swobodą i łatwością, że wprawiło to w najwyższe zdumienie jego chwilowego zwierzchnika, pana Sampsona.

— Ten chłopak jest za prędki — powiedział do jednego z kolegów pierwszego dnia, kiedy ujrzał młodego Cowperwooda przy pracy. — Przemęczy się szybko. Znam ten rodzaj ludzi. Poczekajmy tylko, aż będziemy mieli gorętszy dzień pracy.