Ihak mądry osioł - Kazimierz Rosinkiewicz - E-Book

Ihak mądry osioł E-Book

Kazimierz Rosinkiewicz

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Ihak mądry osioł” opowiada o przygodach wybitnie inteligentnego osiołka – tak zabawnych, jak i pouczających. Kazimierz Rosinkiewicz (1865–1940) – polski pisarz, autor książek dla dzieci i młodzieży, a także wynalazca. Propagował idee postępu, w książkach szczepił dzieciom wartości wynikające z partnerstwa, przyjaźni i życia w zgodzie ze społeczeństwem.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Kazimierz Rosinkiewicz

Ihak mądry osioł

Powieść dla młodzieży

Warszawa 2020

I

Przed kilku laty pojawiła się w pismach amerykańskich sensacyjna notatka pod tytułem:

Czternastoletni syn farmera rozmawia ze zwierzętami za pomocą przenikania ich myśli

Wieść ta była w swej treści tak zaciekawiająca, a zarazem takimi szczegółami poparta, że wielu zarówno amerykańskich jak i europejskich psychologów zastanawiało się poważnie nad pytaniem, czy nie ma tu zjawiska znanego w nauce pod nazwą telepatii mózgowej, to jest: wzajemnego przenikania się myśli dwu żyjących istot bez pomocy dźwiękowych i słuchowych organów.

Nauka opisała wprawdzie liczne tego rodzaju zjawiska, lecz ich właściwego procesu nerwowego czy falowego wyświetlić dotąd nie umiała i nie umie. Toteż badacze wciąż jeszcze pracują nad tym ciekawym zagadnieniem. Dość wspomnieć choćby o doświadczeniach dokonywanych na niemieckich konikach w Elbersfeldzie, które wypukiwały kopytami litery dające w zestawieniu zupełnie trafne i zgodne z prawdą odpowiedzi na zadawane im pytania, a nawet umiały rozwiązywać łatwiejsze arytmetyczne zagadnienia.

Amerykańska notatka brzmiała:

W miejscowości Philipson (stan Iova) żyje czternastoletni chłopczyk, syn farmera, który cieszy się gorącą miłością wszystkich zwierząt, i to nie tylko domowych, ale i dzikich. Stwierdzono niejednokrotnie, że płochliwe sarny, ujrzawszy go w lesie z daleka, stawały jakby zaczarowane, przemienione w martwe słupki, i długo wpatrywały się w niego z widoczną sympatią, po czym podchodziły bez bojaźni do wyciągniętej ku nim ręki i pozwalały gładzić się po czole i grzbiecie, a nawet przyjmowały pokarm z garści chłopięcej.

Razu pewnego przybiegł z pastwiska wystraszony muł Halifaks i stanął przed chłopcem, jakby mu miał coś ważnego do powiedzenia. Zaciekawieni goście i rodzice, którzy właśnie w tym czasie zabawiali się na werandzie pogadanką przy czarnej kawie, zeszli wszyscy przed ganek i otoczyli muła. Chłopczyk, przyłożywszy mu rękę do czoła, zawołał po chwili:

– Halifaks mówi, że do naszej kotliny zjechali drabiniastym wozem obcy ludzie i zabierają nam owies ze sterty.

Całe męskie towarzystwo, porwawszy za strzelby, ruszyło do kotliny, gdzie istotnie ujrzano obcy drabiniasty wóz naładowany do połowy snopkami. Pod groźbą strzelb złodzieje dali się pochwycić. Przeprowadzona wkrótce potem rozprawa sądowa była prawdziwą sensacją dla całej okolicy.

W jakiś czas później jeden z sąsiadów farmerów zaprosił chłopaka do siebie, aby zbadał kosztowną rasową jego krowę, która od pewnego czasu okazywała jakiś stan chorobowy: była smutna, niecierpliwa i zła; bodła sąsiadki i nie przyjmowała pokarmu. Zawezwany weterynarz nie umiał tu nic poradzić.

Chłopak przyłożył krowie rękę do ciemienia i po chwili oznajmił:

– Ona mówi, że ma cierń w boku, powyżej łopatki, i ten bardzo jej dokucza. Wbiła go sobie podczas czochrania się o drzewo w zagajniku.

Zbadano uważnie krowę i rzeczywiście wymacano pod skórą długi i już zasklepiony kolec tarniny. Po usunięciu bolesnej zawady krowa odzyskała zdrowie i łagodne usposobienie.

Są to fakty, nad którymi nasi uczeni powinni poważnie się zastanowić i przystąpić do dalszych prób i doświadczeń.

Tyle amerykańska notatka. Ale coś podobnego zdarzało się i zdarza gdzie indziej. Było tak raz i w Polsce.

II

Mniej więcej na trzydzieści lat przed wielką europejską wojną uczęszczał do uniwersytetu w Moskwie, pewien bardzo zdolny i pracowity student medycyny, nazwiskiem Grzegorz Podkowa, syn inżyniera górniczego z Kaukazu.

W księgach uniwersyteckich miał swoją rubrykę, która brzmiała:

Grigorij Bolesławowicz Podkowa

Polak katolik

Mimo tak fatalnych w oczach władz carskich znamion nieprawomyślności, twardy jak pestka z brzoskwini, uparty, zamknięty w sobie Grigorij Bolesławowicz był uczniem wzorowym. W spełnianiu akademickich obowiązków i powinności nie dał się żadnemu z kolegów prześcignąć i zdobywał przy egzaminach najwyższe stopnie, pochwały i medale.

Takich wybitnych prymusów brać uniwersytecka zazwyczaj wysoko ceni i szanuje. A przecież mimo wszystko Podkowa nie cieszył się sympatią kolegów. Dziwną miał bowiem naturę, tak dziwną i „niesamowitą”, że ta nie umiała zapukać do ludzkich uczuć i zniewolić ich ku sobie. Oto był w codziennym obcowaniu z ludźmi zakamieniałym mrukiem, prawie niemową, co tym szczególniej uderzało, że podczas egzaminów i pogadanek naukowych każdy temat roztrząsał płynnie, gładko i jasno.

Zagadnięty przypadkowo, przyparty niejako słowami do muru, uśmiechał się wprawdzie przyjaźnie, kiwał potakująco lub przecząco głową, rozkładał ręce, łamał palce, lecz na dźwięk słowa zdobyć się nie mógł lub nie chciał.

Mówiono o nim:

– Ot, skryty Polak i tyle! Coś tam w nim złego siedzi. Chyba należy do rewolucjonistów, bo tylko rewolucjoniści zwykle tak milczą.

Nikt jednak nie umiał wskazać na jakiekolwiek z jego strony przewinienie. Do żadnego związku studenckiego nie należał, czerwonych broszurek nic kupował, na zebrania koleżeńskie nie uczęszczał, o przyjaciół nie dbał, i w ogóle ludzi, w miarę możności, unikał. Wiedziano tylko tyle, że miłuje poważne księgi naukowe i – kocha zwierzęta.

Dzięki tej przyrodzonej wobec świata zwierzęcego uczuciowości, w dwudziestym drugim roku życia przestał jadać mięso i odtąd odżywiał się głównie „po kawalersku” chlebem, mlekiem, serem, owocami i surowymi jarzynami, jak na przykład oskrobaną marchwią lub surową, osoloną nieco i polaną sokiem cytrynowym kapustą, którą chrupał zdrowymi zębami, jak królik lub zając liście buraczane.

Był przy tym zdrów, silny, wytrwały i – jak się zdawało – na wszelkie dolegliwości codziennego życia najzupełniej niewrażliwy.

Na krótko atoli przed dyplomem doktorskim zaszły wydarzenia, które w gwałtowny sposób wypaczyły bieg dalszego jego życia.

Oto w gmachu uniwersyteckim pojawiły się ulotki urągające władzy cara i wzywające młodzież do strajku. W ślad za tym poszły aresztowania. Do grupy podejrzanych o spisek akademików włączony został inny Polak, katolik, nazwiskiem Ksawery Rybicki, u którego matki pierwej Podkowa mieszkał kilka lat „kątem”.

Rozpoczęły się długie i zjadliwe dochodzenia działające na młodzież jak burza gradowa.

Podkowa nadstawił uszu i słuchał, słuchał – myślał i słuchał. Musiał to czynić, gdyż we wszystkich salach i pracowniach o niczym innym nie mówiono. Aż oto pewnego dnia wrócił pochmurny do domu, stanął w oknie i stoczył sam ze sobą ciężką walkę. Nikt z najbliższych nawet znajomych nie byłby go o taki myślowy pojedynek posądził:

– Rybicki, choć nietęga głowa, przecie dobry Polak i katolik – myślał – jako taki jest przez policyjne ogary Ochrany niesprawiedliwie ściganym zwierzęciem. Choćby inni uniknęli zesłania, on na pewno będzie skazany. Rybicki utrzymuje się z korepetycji i żywi przy sobie matkę. Jaki stąd wniosek?...

Zamiast zastanawiać się dalej nad tym zagadnieniem, wdział czapkę akademicką, przygniótł ją mocno do ciemienia, poszedł do sędziego śledczego i oświadczył:

– Panie sędzio! Wszyscy koledzy, których z pańskiego nakazu aresztowano, są niewinni. Ja sam jeden napisałem odezwę i sam rozrzuciłem ją po salach wykładowych. Tamtych jak najprędzej trzeba wypuścić, aby sprawiedliwości stało się zadość.

Zdziwiony sędzia wytrzeszczył oczy i pomyślał:

– Wariat, czy co? Na pewno wariat! Bywają czasami między młodzieżą tacy pomyleni zatraceńcy, co to dobrowolnie przyjmują obce winy na siebie, żeby tylko jakiejś tam „idei” służyć godnie. Ten właśnie wydaje mi się tego rodzaju maniakiem.

Zamiast prowadzić ostre śledztwo, wdał się z młodzieńcem w przyjacielską pogawędkę. Na wstępie oświadczył mu, że jego zeznaniom nie bardzo dowierza i prosi go po ojcowsku, aby je cofnął.

– Po co wam, Grigoriju Bolesławowiczu – mówił łagodnie – brać obce winy na swe barki. Powiedzcie, po co?

– Sprawiedliwości powinno stać się zadość. Obaj rozumiemy to doskonale.

– Dobrze, dobrze. Tylko, widzicie, tu żadnej nie będzie sprawiedliwości. Wy pojedziecie na wygnanie w głąb Syberii i tam ze dwa, trzy lata będziecie marny wiedli żywot, tymczasem prawdziwi winowajcy pozostaną nietknięci i w dalszym ciągu będą mącili prawny porządek, dokuczając spokojnym i wiernym rządowi ludziom. Czy to byłoby sprawiedliwe?

– Wszystko na świecie jest względne. Toteż i pojęcie sprawiedliwości różnorakie miewa oblicze.

– Dobrze, doskonale. Wszystko to rzetelna prawda. Tylko widzicie... ja dziś ogłuchłem i nic z tego nie słyszałem, coście do mnie mówili. Wracajcie zatem spokojnie do domu i namyślcie się do jutra. Jutro przyjdziecie tu znowu. Przyjdziecie sami, bez policyjnej eskorty. Ufam wam, że tak postąpicie. Prawda?