6,99 €
Porachunki gangów, intrygi, morderstwa, strzelaniny…
Eric Owen prowadzi normalne życie, choć w jego przypadku słowo „normalne” oznacza uzależnieniu od adrenaliny i zabijania. Chłopak jest geniuszem zbrodni chociaż planowanie kolejnych kroków idzie mu coraz oporniej od momentu, kiedy po raz pierwszy popełnia błąd. Jego ego powoli zaczyna się sypać, a on sam nie jest w stanie myśleć racjonalnie. Po otrzymaniu zlecenia na jednego z dwóch bossów, którzy toczą walkę w stanie New Jersey, rozpoczyna walkę z czasem. Zadanie powoli zaczyna go przerażać, a wszystko potęguje fakt, że musi się zajmować natrętną adoratorką i przechodzącym kryzys przyjacielem. Sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, kiedy przez przypadek chłopak porywa kota drugiego z mafiosów, na którego otrzymał zlecenie.
„Kocur” przenosi nas do fascynującego świata, w którym prawo nie ma żadnej mocy. W tym świecie każdy ma jakieś brudne tajemnice i sekrety. Jedni próbują się chronić, a inni zabić, ale tak naprawdę nikt nie działa bezinteresownie.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2019
Katarzyna Pietrzak „Kocur”
Copyright © by Katarzyna Pietrzak, 2019
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska
Projekt okładki: Adam Brychcy
Zdjęcie na okładce: Stockwerk.dk
Autor zrezygnował z korekty
Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek
ISBN: 978-83-8119-567-6
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
„Wczorajszy żal dzisiaj powinien być
tylko wspomnieniem...”
Dla Ciebie, za to, że zdecydowałeś/łaś
się wziąć tę książkę do ręki...
Skradał się powoli do kuchni, słyszał kroki dochodzące z tamtej strony. Wiedział, że jeśli teraz popełni błąd to będzie go to dużo kosztowało. Nie miał zamiaru się poddać ani popełnić błędu, to nie leżało w jego naturze. Z resztą, gdyby nie był mistrzem w swoim fachu to, po co miałby to robić? Po co ryzykować? Może, dlatego, że uwielbiał adrenalinę…
Wyjrzał zza futryny i rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie było tam nikogo. Jedyne źródło światła stanowiły małe halogeny zamontowane nad blatem. Postanowił się wychylić i iść dalej, w kierunku salonu. Obserwował wszystko dookoła, szukając łapczywie choćby najmniejszego ruchu. Jednak jego przeciwnik był na tyle bystry, żeby wiedzieć, jak ma uciekać.
Zamierzał go dopaść i zakończyć to okropne przedstawienie jednym celnym strzałem. Dzierżył dumnie w dłoni Glocka 33 z pełnym magazynkiem. Tłumik nie był potrzebny, dom znajdował się w zupełnie odludnej części stanu New Jersey, dobre kilka kilometrów od jakiejkolwiek innej żywej istoty ludzkiej.
Miał ochotę szybko skończyć to zlecenie, wrócić do swojego mieszkania i położyć się przed telewizorem na kanapie. Czuł na sobie słodki dotyk ekscytacji, tak jak przed każdym strzałem. Jednak teraz był jednocześnie dziwnie niespokojny. Wszystko wydawało się doskonale przygotowane, wręcz perfekcyjnie. Nie miało szansy się nie udać… Jednak coś mu nie pasowało, nigdy wcześniej nie miał takiego odczucia. Drażniło go to i pobudzało jeszcze bardziej, aby zakończyć tę rozgrywkę.
Skradał się najciszej jak tylko umiał, był nienaturalnie skupiony i pozbawiony wszelkich możliwych uczuć. Od drzwi do salonu dzieliło go tylko wyciągnięcie ręki. Już miał nacisnąć klamkę, jednak cofnął rękę. Nie mógł sobie pozwolić na taką nieostrożność. Stanął pod ścianą, tuż obok solidnej drewnianej futryny i jednym płynnym ruchem nacisnął na klamkę. Rękę zabrał jeszcze szybciej, dosłownie ułamek sekundy przed serią pocisków wchodzących w drewno jak w masło i przelatujących dalej.
Słyszał stukanie łusek o podłogę. Wystrzały zdawały się nie mieć końca, jednak już po dwóch minutach wszystko ucichło. Normalny człowiek pomyślałby, że najprościej byłoby teraz wejść do środka i po prostu zastrzelić gnoja, ale nie zabójca. Cierpliwie czekał, nawet nie oddychał. Nie potrafiłby zdradzić się w tak głupi sposób. Wiedział, że jego cel za chwilę wyjdzie przez te same drzwi, które wcześniej przerobił na imitację szwajcarskiego sera.
Musiał wyjść, przecież nie mógł nawet podejrzewać, że ten, kto teoretycznie stał na linii strzałów mógł przeżyć. A jednak… Dlaczego nie wychodził, żeby się upewnić? Czego zabrakło? Huku upadającego ciała…
Wiedział, że o czymś zapomni, wiedział, że to spieprzy. Przeklinał siebie w duchu za swoją głupotę. Miał na swoim koncie prawie czterysta celnych strzałów, a każdy z nich dawał mu satysfakcję większą niż pieniądze, które za niego otrzymywał. Miał przeczucie, że nie docenił przeciwnika. Zupełnie tak jakby jego cel znał go na wskroś. Ale to nie było możliwe. Nikt go nie znał. Nikt nie miał prawa. Nikogo do siebie nie dopuszczał, więc nie było takiej opcji, a jednak…
Powoli przesuwał się w stronę otwartego okna w kuchni. Wskoczył na blat zwinnie niczym kot, a potem robiąc jeden płynny ruch, wyskoczył przez okno i wylądował gładko na ziemi. A przy tym wszystkim nie wzbudził ani jednego dźwięku, zupełnie jak ninja. Był doskonałym drapieżnikiem, urodzonym zabójcą, którego nikt nie widział po raz drugi.
Przesuwał się wzdłuż ściany, pod okno w salonie. Kątem oka zajrzał do środka, żeby zobaczyć, co się tam działo, ale nie dostrzegł niczego, a co ważniejsze – nikogo. Usłyszał za to coś, dźwięk odpalanej terenówki po drugiej stronie budynku. Cholera. Nie przewidział tego, jak mógł… Przeklinał swoją głupotę, a teraz próbował ją naprawić. Biegł szybko w stronę samochodu. Wsiadł do swojego BMW i ruszył za uciekinierem…
Droga się dłużyła, zwłaszcza, że nie padły żadne konkretne strzały przez pierwsze dwa kilometry. W końcu nie wytrzymał przycisnął gaz najmocniej jak tylko mógł i w mgnieniu oka znalazł się obok terenówki. Otworzył okno i już miał strzelić, gdyby nie to, co zobaczył… Za kierownicą siedziała młoda kobieta, prawie dziewczynka. Miała dwie blond kitki po bokach głowy i wielkie, przerażone, ciemne oczy…
Patrzył na nią, jednocześnie omijając przeszkody na trasie. Ona nie była jego celem, mogła być, co najwyżej córką jego celu. Puścił gaz i został daleko za terenówką. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Był idiotą. Trzymał swój pistolet w dłoni i miał ochotę władować w coś cały magazynek. A jeśli ona go widziała? Czy go rozpozna? Powinien był ją zastrzelić, ale nie umiał skrzywdzić kobiety ani dziecka…
Kiedy samochód się zatrzymał, położył głowę na kierownicy i zaczął ciężko oddychać. Był wściekły. Jak mógł pomylić kroki gangstera z krokami dziewczynki. Ale skoro to było tylko dziecko to jak mogła prowadzić samochód? Miał w głowie mętlik kręcący się wokół słów: „Zawiodłeś, jesteś idiotą”. Popatrzył w lusterko i jednym płynnym ruchem zdjął perukę. Wyciągnął ze schowka wilgotne chusteczki i zaczął zmywać z siebie resztki charakteryzacji. Wyciągnął z oczu kolorowe soczewki i odkleił sztuczny tatuaż z szyi.
Po wykonaniu tej całej ceremonii, wracania do swojego normalnego wyglądu, spojrzał na zegarek. Był środek nocy, a on w samym centrum lasu zastanawiał się, jak opowiedzieć o niepowodzeniu swojej misji. Zmęczony tym wszystkim zasnął na kierownicy…
Eric stał naprzeciwko swojego pracodawcy i patrzył na niego spod byka. Miał ochotę go zastrzelić za to, że się na niego drze i ubliża. Poprzysiągł sobie, że kiedyś się na nim zemści.
– Jak mogłeś jej nie zastrzelić, ty irracjonalny dupku? Myślisz, że jeśli nazywają cię najlepszym strzelcem to możesz wywijać takie numery?! Zastanawiam się czy nie powinienem napisać anonimu na policję żeby cię zgarnęli…! – Darł się w wniebogłosy Lord.
– A może ja powinienem użyć tego… – odpowiedział spokojnie i bez większego zastanowienia wycelował w niego swojego Glocka.
– Odłóż to, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz – pomimo braku wyraźnej reakcji na pistolet odrobinę się uspokoił, może nawet rozbawił. – Doskonale wiesz, że nie zrobiłbym tego, przynajmniej nie na razie.
– Ona mnie nie rozpozna, sam byś mnie nie poznał w tamtym tandetnym kostiumie – gestykulował mocno, trzymając w jednej z dłoni nabity pistolet. – I nie drzyj się na mnie, bo znajdę sobie innego pracodawcę, takiego, co lepiej płaci… – uśmiechnął się bezczelnie i usiadł na krześle z płynnością i gracją primabaleriny,
– Nie igraj ze mną gówniarzu… – pogroził mu palcem, a on odwzajemnił się lufą. – Twoje zlecenie na Bloody dalej jest aktualne. Masz tydzień… – powiedział z rezygnacją i usiadł naprzeciwko, za biurkiem.
- A jak nie to, co? – Zaczął sobie z nim igrać. – Napiszesz uwagę mojej mamie? – Śmiał się z niego i kpił w żywe oczy, dając mu do zrozumienia, że nie jest w stanie go do niczego zmusić.
– To twój zleceniodawca bardzo się zdenerwuje – tym razem to Lord patrzył z dumą i bezczelnością na swojego strzelca.
– A kto nim jest? W tym mieście znajdują się tysiące ludzi, którzy chcą śmierci Bloody. Z czego kilkaset ma wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zapłacić za strzał – młodzik wstał i zaczął kierować się w kierunku drzwi.
– W życiu byś nie przypuszczał… Sam Vincent… – mówił powoli i ostrożnie, dzięki temu po plecach zabójcy przeszedł dreszcz.
– Nie pisałem się na mafijne porachunki – odpowiedział zatrzymując się, jednak nie odwracając twarzy w stronę gospodarza. – Rezygnuję!
– Za późno, zegar zaczął tykać. Jeśli nie zastrzelisz swojego celu to Vincent cię zastrzeli, jeśli zastrzelisz Bloody zastrzelą cię jego ludzie, jeśli uciekniesz ludzie Vincenta cię znajdą choćby na końcu świata, a jeśli… – przerwał mu.
– A jeśli zastrzelę Vincenta? – Dopytywał się chcąc znaleźć wyjście ze swojej beznadziejnej sytuacji.
– To jego ludzie cię dorwą i będą kroić na plasterki a potem przypalać żelazem, żeby krew nie upływała za szybko – powiedział z uśmiechem na twarzy.
– Kuszące – rzucił i opuścił pomieszczenie, nie chcąc dłużej przebywać w obecności tego człowieka.
– Tylko nie rób niczego, czego będziesz później żałował! – Usłyszał jeszcze na pożegnanie.
Ale on już go nie słuchał, trzasnął za sobą drzwiami i sprężystym krokiem udał się do wyjścia, chowając pistolet za pazuchą płaszcza. Był na siebie wściekły, był wściekły na Lorda, był wściekły każdą komórką swojego ciała. Wyszedł na ulicę i zaczerpnął powietrza. Rozejrzał się po zatłoczonej ulicy pełnej ludzi, którzy nic dla siebie nie znaczą. Nic nie znaczyło ludzkie życie w tych czasach, obecnie liczył się tylko portfel wypchany dolarami.
Chłopak miał dopiero dwadzieścia sześć lat. Ogarnął się i starał się dążyć do stabilizacji w życiu. Chodził na studia, kupił sobie mieszkanie, miał najbardziej nietuzinkową i fascynującą pracę na świecie, a ponad to czuł zbliżającą się chwilę, w której poziom adrenaliny w jego krwi podskoczy do sufitu.
Zaczynało padać, jednak on ani myślał o wzięciu taksówki. Założył na głowę czarną czapkę, którą chwilę wcześniej wyciągnął z kieszeni i zaczął powoli iść w znanym sobie kierunku. Myślał o Vincencie i Bloody. Byli to dwaj najwięksi mafiosi w dziejach tego stanu. Bloody kontrolował całe wybrzeże i skupiał się na obracaniu fałszywymi pieniędzmi i handlu bronią zaś Vincent miał ego, które chciało, aby stał się amerykańskim Pablo Escobarem.
Na początku obie mafie były jedną, jednak już od kilku lat widać wyraźny podział. Nie do końca było wiadomo, dlaczego tak się stało, jednak najważniejsze było to, że z powodu ich porachunków cierpieli niewinni ludzie. Nie było praktycznie miesiąca, w którym nie odbyła się jakaś strzelanina, czasami nie było tygodnia bez rozlewu krwi.
Wiedział, że znalazł się między młotem a kowadłem. Sam zastanawiał się kiedyś nad przyłączeniem do któregoś z frontów, jednak po długich rozterkach postanowił zostać wolnym strzelcem i nigdy tej decyzji nie pożałował. Doskonale zdawał sobie sprawę, że i tak w zasadzie pracował w większości dla ludzi Vincenta, ponieważ mieszkał w zasięgu jego wpływów i ten mógł go mieć na oku. Raz od wielkiego dzwonu ludzie z wybrzeża chcieli coś pozałatwiać za jego pomocą. Odmawiał tylko, jeśli ktoś kazał mu zabić kobietę, dziecko albo kogoś z ważniejszych ludzi w strukturach mafijnych i politycznych. Ten jeden raz dał się namówić, myślał, że za obiecane mu kilkanaście milionów dolarów spokojnie ukryje się na jakiejś bezludnej wyspie i będzie tam czekał na śmierć popijając drinki z palemką.
Dopiero po czasie dotarło do niego jak głupi i naiwny był. Odłożył w specjalnych skrytkach, rozsianych po całych Stanach, trzy miliony. Drugie tyle wydał na życie przez ostatnie sześć lat swojej działalności. Nie żałował sobie na nic, ciuchy, które mu się podobały, apartament, niezły samochód…
Skręcił w zaułek i wszedł do Starbucksa. Szybko zamówił dwie kawy z karmelem, orzechami, bitą śmietaną i całą masą cukru. Dziewczyny pracujące tam już go znały, więc szybko napisały odpowiednie imiona na kubkach.
– Więc jakie plany na dzisiaj panie Bond? – Podśmiewała się blondynka wydająca mu resztę.
– Skąd pewność, że jestem ten dobry, może tak naprawdę jestem seryjnym zabójcą, a nie bohaterem angielskiego wywiadu – odpowiedział beznamiętnie.
– Och nie… Nie możesz być… – kelnerka udawała załamaną. – Przecież to by znaczyło, że te pieniądze, którymi płacisz pochodzą z portfeli twoich ofiar… – Dziewczyna miała naprawdę czarny humor, ale dzięki temu nie nudziła klientów, w przeciwieństwie do kierowniczki, która czasami się tam kręciła. – Czy to brudne pieniądze? – Dopytywała się nie wychodząc z roli.
– Nigdy nie twierdziłem, że nie ociekają krwią… – cmoknął dziewczynę w policzek, odebrał swoje zamówienie i rzucił szybkie. – Do zobaczenia Emily….
– Będę czekać – odpowiedziała, ciągle zaskoczona tym nagłym pocałunkiem.
Emily była ładna, zgrabna i wesoła, ale niestety nie kochał jej. Lubił z nią porozmawiać od czasu do czasu w oczekiwaniu na kawę, a czasem napędzić jej stracha, ale tak naprawdę pocałował ją tylko, dlatego że w okolicy pojawiły się okropne plotki o nim. Przy stoliczku siedziało kilku jego najbliższych sąsiadów, którzy uparcie uznawali go za geja, na początku miał to gdzieś, ale jednak z czasem postanowił zawalczyć o prawdę.
Przebiegł jeszcze ostatnie czterysta metrów i wbiegł na klatkę schodową prowadzącą do jego mieszkania. Schody były drewniane, eleganckie z dodającą uroku, kunsztownie wykonaną barierką. Białe ściany ozdobione były reprodukcjami znanych dzieł sztuki. Znał każdy detal tych obrazów na pamięć.
Kiedy wspiął się na szóste piętro kamienicy zastukał do drzwi numer 13 i wyczekiwał, aż jego współlokator mu otworzy. Jednak nic się nie działo, poczuł niepokój i zastukał jeszcze raz. Zaczął walić w drzwi z całej siły. Już miał postawić kawę na boku i wyważyć drzwi, jednak w ostatniej chwili usłyszał dźwięk przekręcanego zamka.
Słyszał powolny stęk klucza i skrzypienie drzwi, które wolno się rozchyliły. Trzymając tackę w jednej, a pistolet w drugiej ręce otworzył drzwi nogą i wycelował broń przed siebie. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczył swojego współlokatora mierzącego do niego mikserem.
– Ty idioto, mogłem cię zastrzelić! – Wydarł się na Ernique'a.
– Ja ciebie też! – Dokrzyczał do niego zlizując polewę z wierteł miksera. – Jaki ty jesteś nieostrożny… – powiedział z rozbawieniem i odebrał kawę ze swoim imieniem.
– Powiedz mi… Mam kasy jak lodu, wielkie mieszkanie na własność, chodzę na studia, mam świetną pracę, która daje mi satysfakcję… Po co mi jeszcze współlokator? –Popatrzył złowrogo i wycelował w przyjaciela.
– Żeby ktoś dał ci alibi, jeśli policja będzie o ciebie pytać – Latynos nic sobie nie robił z pistoletu i spokojnie usiadł przy stole, na którym wylegiwał się świeżo upieczony murzynek. – Śmiało, nie krępuj się… – powiedział i sięgnął po kawałek ciasta. – Zrobiłem też polewę. Stoi w kuchni na blacie, podaj ją z łaski swojej – zaczął mówić z pełnymi ustami.
– Zdajesz sobie sprawę, że mam większe aspiracje niż próbowanie twoich zakalców? – Strzelec przyniósł miskę pełną płynnego sosu z białej czekolady i usiadł obok Ernique'a.
– Gdyby ci nie smakowały to wystarczałoby ich na więcej niż dwa dni – podśmiewał się lejąc po talerzu sosem. – Jak tam w pracy?
Eric nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. Patrzył na twarz przyjaciela z miną mówiącą, że porusza temat tabu. Jednak ten naciskał go wzrokiem. Ernique miał czarne loczki na głowie, z których chciał zrobić sobie za jakiś czas afro, śniadą cerę i wielkie oczy w kolorze węgla. Chłopak był szczupły, wręcz wychudzony, co było nie do pomyślenia patrząc na ilości jedzenia, które pochłaniał. Miał pociągłą twarz, która zdawała się być czaszką z naciągniętą skórą. Był Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia, a ze swoim wzrostem bez problemu mógłby zostać koszykarzem NBA.
Eric zaś wyglądał jak typowy nastolatek pomimo dwudziestu sześciu lat na karku. Miał blond włosy odrobinę zachodzące na oczy i uszy, oliwkowe oczy osadzone pomiędzy warstwami grubych rzęs oraz owalną twarz. Sięgał przyjacielowi zaledwie do ramienia. Doskonale opisywała go zasada „mały, ale wariat”. Nikt nie przypuszczałby, że ktoś wyglądający tak niewinnie mógł być urodzonym zabójcą. Zwykle na akcje charakteryzował się tak, aby nikt go nie rozpoznał. Czasami doklejał sobie wąsy, brodę, zakładał perukę i garnitur, a do ust wkładał cygaro, innym razem wybierał gustowny żakiet, eleganckie buty i damską perukę. Miał wiele odsłon od biznesmena, przez dresiarza aż do starszej pani.
– Wiesz doskonale, że nic ci nie powiem, zdrajco – pociągnął solidny łyk kawy i zagryzł to ciastem. – Nawet ok, co ma być następne?
– Kokosowiec z brzoskwiniami i kremem waniliowym – odpowiedział z dumą. – Kto ma być następny? – Starał się dociec.
– Nikt ważny… – usiłował odwieść go od dociekania. – Nie pytaj, przejadę się wieczorem do Newark, a rano będzie po wszystkim… – kłamał w żywe oczy, był zupełnie bez planu i informacji.
– A kiedy pojedziesz ze mną do Filadelfii? – Pytał pomiędzy kolejnymi gryzami ciasta. – Poza tym nie wiem czy pamiętasz, ale obiecałeś jechać ze mną do Meksyku… – starał się odwieść go od planu wjazdu w samo centrum siedziby mafijnej szajki.
– Nie pamiętam – odciął się ostro. – Przecież nie jadę tam po głowę kogoś z ważniejszych ludzi Bloody… – nawiązał do swojej wyprawy do Newark, pociągnął solidny łyk żeby ukryć wyraz twarzy kłamcy.
– Kręcisz… Ale niech ci będzie… – Ernique zabrał talerze i puste kubki kawy do kuchni. – To, kiedy się gdzieś ze mną wybierzesz?
– Do grobu, jeśli dorwie nas mafia – powiedział sarkastycznym tonem. – Nie mógłbyś znaleźć sobie jakiejś dziewczyny i ją ciągać na wycieczki po Stanach?
– Mógłbym… Załatwisz mi numer do Angeliny Jolie? – Śmiał się na cały głos.
– Jeśli to mi pomoże się od ciebie uwolnić to już po niego jadę – odciął się. – Gdzie położyłeś mój laptop?
– Jest pod twoim łóżkiem – odpowiedział gryząc jabłko.
– Nie jedz tyle, bo niedługo nawet dźwig cię stąd nie wywiezie – powiedział jeszcze Eric idąc w stronę swojego pokoju.
– Spokojnie, trzymam swoją wagę za mordę… Nie ma prawa się ruszyć – usłyszał jeszcze w odpowiedzi.
Strzelec zatrzasnął za sobą drzwi i wyciągnął swoją elektronikę spod łóżka. Szybko włamał się do systemu kamer, miał w tym dużą wprawę. Przejrzał kamery ustawione dookoła głównej siedziby Bloody. Zauważył, że na zewnątrz zawsze stoi czterech ludzi, podejrzewał, że zaraz za głównym wejściem jest około dziesięciu dobrze uzbrojonych ochroniarzy. Gabinet bossa było widać z ulicy. Musiał dostać się na trzecie piętro, omijając dziesiątki mężczyzn z bronią przy boku.
Nie wiedział, jak to zrobić, ani czy to w ogóle jest wykonalne. Miał dwa wyjścia: przebrać się udając członka Wschodniej Straży lub wejść tam przez tylne wyjście i powystrzelać wszystkich stojących mu na drodze. Z drugiej strony wcale nie musiał tego robić, mógł po prostu spędzić ten tydzień żyjąc jak nigdy wcześniej, a potem strzelić sobie w skroń. Żadna z opcji mu się nie podobała. Postanowił się z tym planem przespać kilka godzin. Miał do Newark około godzinę drogi, jeśli przed siedzibą Bloody byłby o dwudziestej to znaczyło, że mógł się przespać trzy godziny i zacząć przygotowania do akcji.
Jednak nie umiał nawet zamknąć oczu, czuł się jak wypruty z wnętrzności. Myślał o tym, że to największa akcja w jego życiu i o spadku formy, który go prześladował. Przewijał w myślach wszystko, co wiedział o Wschodniej Straży. Analizował szczególne cechy ich wyglądu, pamiętał o tym, że przyjmowali w swoje szeregi jedynie amerykanów czystej krwi, kobiety i mężczyzn, nosili czarno, niebieskie ubrania, mieli wytatuowaną na ramieniu, zachodzącą na szyję niebieską różę z dziewięcioma kolcami i wielkim zielonym liściem…
Wtedy się ocknął, potrzebował tatuażu. Poderwał się jak rażony piorunem i wybiegł z prędkością światła. Szukał Ernique w kuchni, salonie, na balkonie a nawet w łazience, w jego pokoju też go nie było. Eric zaklął po cichu pod nosem i nerwowo wystukał numer do niego. Stwierdził w myślach, że chłopak zawsze znika wtedy, kiedy jest potrzebny, a kiedy powinien zniknąć czepia się jak rzep.
Dźwięk automatycznej sekretarki doprowadzał go do szału. Dzwonił kilka razy, bezskutecznie. Nie mógł się nagrać na automatyczną sekretarkę, ani wysłać SMS–a, bo to byłoby zbyt ryzykowne. Postanowił dzwonić dalej, aż do skutku, a w międzyczasie poszukać odpowiedniego stroju. Wszedł do swojej garderoby i otworzył wielką czterodrzwiową szafę, w której trzymał wszystkie kostiumy, peruki, przybory do charakteryzacji oraz broń. Część mieściła się w szafie pancernej, jednak kilka egzemplarzy miał poukrywane w bardziej niedostępnych miejscach, tak na wszelki wypadek.
Wyciągnął czarną, krótką, męską perukę, szare szkła kontaktowe, bardzo jasne podkłady i pudry, delikatną, naturalnie różową pomadkę, pędzle, waciki, igiełki, klej, hennę, barwniki, kremy koloryzujące i parę skórzanych butów. Nie wiedział do końca, co na siebie założyć. Po dłuższym namyśle wyciągnął czarne spodnie od garnituru, czarną, luźną koszulę i niebieską chustkę.
Ernique dalej nie odbierał, o oddzwonieniu nawet nie było mowy. Myślał, że zaraz trafi go jasny szlag. Miał tylko kilka godzin na to by idealnie ułożyć sobie w głowie wszystko, co chciał zrobić. Miał głęboką nadzieję, że wszystko się uda, że wróci stamtąd żywy, że wypełni powierzone mu zadanie, dostanie kasę i ucieknie gdzieś, gdzie będzie do końca życia szczęśliwie się bawił. Mógłby nawet zabrać ze sobą Ernique.
Otworzył szafę pancerną i wyciągnął z niej wystarczającą liczbę amunicji, pistolet Mausera, dwa podręczne noże o bardzo ostrych brzegach, stary rewolwer, kaburę i cztery granaty. Ponad to postanowił jeszcze zabrać swojego ulubionego Glocka. Zastanawiał się jak przemycić niezauważalnie taką ilość broni palnej do najlepiej strzeżonego budynku na wybrzeżu New Jersey, gdy nagle usłyszał, że dzwoni jego telefon. Rzucił wszystko, co miał w rękach i znalazł się przy smartfonie w mgnieniu oka.
– Gdzie ty się szlajasz?! – Krzyczał lekko zdenerwowany. – Zawsze, kiedy cię nie ma to jesteś potrzebny!
– Byłem w sklepie po zakupy i miałem wyciszony telefon, wychodzę, patrzę a tam sześćdziesiąt osiem nieodebranych połączeń – westchnął. – W czym ci jestem taki potrzebny?
– Potrzebuję tatuażu – rzucał zwięźle. – Masz piętnaście minut na to żeby być w domu albo wywalę twoją kolekcję płyt winylowych za okno!
– A jeśli będę w przeciągu pięciu? – Dopytywał się.
– Jeśli w będziesz tutaj za pięć minut i umalujesz mnie tak jak trzeba w przeciągu godziny to pojadę z tobą do tej głupiej Filadelfii… – połączenie zostało przerwane.
Rozległo się pukanie do drzwi. Eric złapał za naładowanego Mausera, odbezpieczył go i posunął się w stronę wejścia. Delikatnie wyjrzał przez wizjer i zobaczył uśmiechniętą twarz Latynosa. Myślał o tym, że on go naprawdę kiedyś zastrzeli. Otworzył drzwi i patrzył na niego z rządzą mordu w oczach.
– Zapomniałeś, że mamy ustalony kod stukania do drzwi? – Jęknął i wciągnął go do środka razem z zakupami zatrzaskując za nim drzwi.
– Później będziesz mi prawił kazania. Podobno ci się spieszy… – uśmiechnął się i zaniósł torby do kuchni.
– Co mam ci wytatuować?
– Różę Wschodniej Straży – rzucił od niechcenia zabójca wracając do swojej garderoby po potrzebne rzeczy.
– Zdurniałeś? – Odezwał się hiszpański akcent Ernique.
– Jeszcze nie… Jeśli poszedłbym tam z własnej woli to dopiero wtedy bym zdurniał. – Powiedział grobowym tonem i podał współlokatorowi torbę pełną potrzebnych rzeczy.
– Ok, siadaj, ale jak cię zastrzelą to chcę to mieszkanie w spadku – wymamrotał z buzią pełną orzechów. – Masz wzór?
Eric usiadł na fotelu w salonie, zdjął koszulkę i owinął się ręcznikiem. Wolną ręką wystukał w telefonie odpowiednie dane i pokazał przyjacielowi Różę. Oboje byli zdenerwowani. Ernique wiele razy już charakteryzował go, aby wcielił się w rolę, jednak po raz pierwszy miał do czynienia z tak skomplikowanym wzorem. Kwiat był lekko rozchylony, a jego łodyga wyglądała prawie jak drut kolczasty kręcący się w nienaturalny sposób. Liść był lekko przywiędnięty w mocnym, brudno zielonym kolorze.
Dość długo trwało mieszanie past i kremów koloryzujących, robienie konturów pastą z henny i tworzenie idealnego koloru. Eric nie lubił oczekiwania na efekt pracy, zawsze bał się, że coś nie wyjdzie tak jak powinno. Po niecałej godzinie zawinął mu ramię papierem i folią aluminiową. Żeby czas potrzebny do utrwalenia tatuażu się nie zmarnował, Ernique przystąpił do nakładania podkładów i mazideł.
Musiał być nie do poznania. Przyklejenie peruki przysporzyło trochę kłopotu jednak udało im się z tym uporać. Jego twarz stała się trupio blada. Dzięki odpowiedniej technice grania odcieniami zmieniły się rysy twarzy, optycznie powiększyły się oczy i usta. Rumieniec rzucony na policzki wyglądał naturalnie i delikatnie. Soczewki wpasowały się w nowy image, a tatuaż powoli wysychał.
– Masz się, w co ubrać? – Spytał charakteryzator po skończeniu swojego dzieła.
– Mam, ale nie wiem, gdzie schować broń – wyznał zniesmaczony tym faktem i spojrzał w lustro. – Przeszedłeś samego siebie, jesteś moim skarbem – powiedział beznamiętnie i poszedł się przebrać.
– Może powinieneś zacząć mi płacić za ten trud? – Zasugerował żartobliwie.
– Pozwalam ci tu mieszkać, jeść, wydawać fortunę na zakupy i jeździć moim samochodem… Mało ci jeszcze? – Odpowiedział zza drzwi garderoby.
– Spotkałeś Emily? Dzisiaj? – Dopytywał się.
– Tak.
– Pytała o mnie? – Rzucił nieśmiało.
– Nie – odpowiedział może trochę zbyt szorstko.
– Myślisz ze mógłbym się z nią umówić? – Takiego pytania nie spodziewał się Eric.
– Może.
– Zgodzi się? – Za wszelką cenę chciał uzyskać aprobatę przyjaciela, co do tego pomysłu.
– Może – odpowiedział automatycznie.
– Jak możesz być taki zimny i nieczuły? Czy ty cokolwiek czujesz? – Zaczął mu robić wyrzuty.
W tym samym momencie świeżo upieczony członek mafii wyszedł z garderoby. Swój wygląd uzupełnił o gustowny czarny kapelusz z niebieską wstążką oplecioną tuż nad rondem. Makijaż i strój postarzył go o dobre piętnaście lat. Mafioso miał niezbyt zadowoloną minę a w pudle, które trzymał znajdował się cały asortyment, który trzeba było gdzieś ukryć.
– Naprawdę nie chciałbym być dla ciebie niemiły, ale dzisiaj jest największa akcja mojego życia. To po pierwsze. Po drugie, nie mam absolutnie żadnego planu i prawdopodobnie będę musiał iść na żywioł – powoli wyliczał zmienionym, zachrypniętym głosem. – Po trzecie, jeśli nie umrę dzisiaj to prawdopodobnie nikt nie będzie mnie w stanie załatwić. Po czwarte, to może być moje ostatnie zlecenie i jeśli przeżyję to wynoszę się stąd na drugi koniec świata. I po piąte i najważniejsze… – nadał bardzo poważny akcent ostatniemu zdaniu i patrzył na przyjaciela jedzącego słone paluszki, – Umów się z nią… – na jego twarzy nie było nawet cienia uśmiechu. – Jeśli ci odmówi to znaczy, że nie wie, co traci…
– Dzięki stary… Ale jeśli nie umrzesz to jadę z tobą. Stoi? – Chłopak dbał o swoją przyszłość a wiedział, że ta zależna jest od życia, lub śmierci Erica, wyciągnął do niego rękę.
– Stoi – odpowiedział zabójca, a po odłożeniu pudła na stół uścisnął dłoń przyjaciela – A teraz pomóż mi się z tym zapakować.
– Mhm… Trochę tego dużo – Ernique w tym momencie dał popis swojej niepowtarzalnej spostrzegawczości. – Czy ty chcesz walczyć z całą armią amerykańską?
– Gorzej – odpowiedział z powagą w głosie. – Zamierzam zadrzeć z całą Wschodnią Strażą…
Latynos opadł na krzesło i otworzył szeroko buzię. To zupełnie tak jakby Eric powiedział, że zamierza włamać się do białego domu i zastrzelić prezydenta Trumpa.
– Oszalałeś? To pewna śmierć! Jesteś samobójcą! – Darł się na niego. – Nie puszczę cię! Jesteś walnięty! Oni cię zabiją! – Im bardziej się denerwował tym bardziej wzmagało się politowanie widoczne na twarzy strzelca. – Nikt nie jest taki głupi! I z czego się śmiejesz, gnoju?!
– Z ciebie… – odpowiedział, kiedy już przestał mu robić wyrzuty. – Zapominasz, że jestem niezniszczalny? – Ernique popatrzył na niego z litością i współczuciem – Tej stali nic nie przebije – powiedział i uderzył się w pierś.
– Wziąłeś kamizelkę kuloodporną? – Zapytał z troską, prawie przez łzy.
– Leży na krześle obok szafy, założę ją, kiedy zdejmiesz mi okłady z tatuażu – powiedział spokojnie – I tak nie odwleczesz mnie od pomysłu pojechania tam, więc chociaż pomóż mi zwiększyć szanse przeżycia…
– Wiesz, że zrobię wszystko… – chłopak w końcu się złamał. – No dobra. Daj kapelusz – obejrzał go z każdej strony – Jeśli umiejętnie doszyje się tam kawałek materiału to będzie można tu zamocować jeden z granatów, albo nawet dwa. Po prostu wyciągniesz zawleczkę i rzucisz gdzieś kapelusz.
– Super pomysł. Doszyjesz to? – Zapytał i wyjął dwa granaty z pudła.
– Noże można przymocować razem z pokrowcami na przedramionach, jeśli skrzyżujesz ręce to powinieneś bez problemu wyciągnąć oba na raz w przeciągu sekundy – powiedział i przymierzył ostrza w dobrym miejscu, po czym odłożył je obok granatów. – Po co ci trzy pistolety?
– Żeby mieć, z czego strzelać – powiedział, po czym wyciągnął z pudła rewolwer i kaburę oraz sześć naboi, które włożył do magazynka. – To mogę wnieść jawnie i po prostu przepasać się paskiem z bronią. Oni lubią takie kiczowate ozdoby… – mruknął bardziej do siebie niż do kolegi. – Mauzera mogę włożyć do jednej ze skarpetek po jednej stronie a po drugiej włożę naboje. Z drugą nogą zrobię to samo tylko z Glockiem – mówiąc wyciągał poszczególne rzeczy z pudła. – Co zrobić z pozostałą amunicją i granatami?
– Masz jakąś marynarkę, która by pasowała? – Ernique wczuł się w rolę i zaczął wymyślać coraz kreatywniejsze rozwiązania – czekał aż Eric przyniesie ubranie. – Ok, załóż ją – powiedział i sięgnął po kolejne kilka paluszków, rytmicznie chrupiąc zaczął mówić. – Jeśli doszyję kilka kawałków materiału to zmieścisz tam oba granaty i wszystkie magazynki, może nawet więcej – wyciągnął rękę po marynarkę. – Masz całą szafę świetnej, nowoczesnej broni, a tak naprawdę zabierasz najbardziej eksploatowany ze swojej kolekcji i dwa starocie…
– Tu nie chodzi o to czy jest stary czy nowy, chodzi o to jak się z niego strzela – powiedział urażony i zdjął całą górę. – Odbandażujesz mnie?
Współlokator zdjął wszystkie warstwy zasłaniające tatuaż z henny i kolorowych past. Kiedy go odsłonił i porównał z oryginałem był w szoku, że udało mu się zrobić to tak dobrze. Przemył jeszcze dzieło roztworem przygotowanym wcześniej. Przyglądał się pod każdym możliwym kątem i nie mógł znaleźć ani jednego uchybienia.
– Czemu nic nie mówisz? Aż tak źle? – Spytał zabójca coraz częściej zerkający na zegarek.
– Aż tak dobrze – odpowiedział przyjaciel. – Idę po igłę, nitkę i materiał…
Eric poszedł do łazienki przejrzeć się w lustrze. Nie miał żadnych zastrzeżeń, co do charakteryzacji. Wyglądał jak czterdziestoletni biznesmen, który całe dnie spędza w biurze. Nikt nie rozpoznałby w nim studenta, a tym bardziej zabójcy. Tatuaż mienił się kolorami, zupełnie jak prawdziwy. Uśmiechnął się do siebie i włożył do ust nakładkę, która wyglądała zupełnie jak prawdziwe żółte, okropne zębiska. Przez sekundę był zły na przyjaciela, bo miał wrażenie, że z każdym nowym wcieleniem robi z niego paskudniejszą osobę.
Poszedł do garderoby, gdzie ubrał podkoszulkę, kamizelkę kuloodporną, niebieską koszulę, skórzane buty i niebieskie skarpetki. Potem poszedł do salonu, gdzie na stole leżał cały asortyment. Powoli zaczął chować go w odpowiednie miejsca. Za pomocą taśmy klejącej przymocował noże, dla pewności obwiązując taśmę kilka razy dookoła ręki. Sprawdził czy może swobodnie zginać łokieć oraz ile czasu zajmie mu wyciągniecie noży. Był zadowolony z pomysłu Ernique.
– Masz – usłyszał za sobą, a kiedy się odwrócił w jego stronę poszybowała marynarka i kapelusz. – Weź to i daj mi spokój – był zły i osowiały, zdawał sobie sprawę, że jego przyjaciel najprawdopodobniej już nie wróci żywy.
– Dzięki – powiedział szorstko ignorując fochy swojego asystenta.
Zabójca ubrał się i skończył ukrywanie arsenału strzeleckiego. Pomyślał wtedy o tym, że być może był zbyt ostry dla przyjaciela, tak bardzo mu pomógł, a on nie okazał mu nawet odrobiny zrozumienia. Już miał ochotę iść i go z całej siły przytulić, jednak nie zrobił tego. Sam zdawał sobie sprawę z własnej śmiertelności i z tego jak małe szanse miał. Jeśli teraz okazałby, choć cień uczuć to bardzo prawdopodobne, że zacząłby mieć wątpliwości, a jeśli tak by się stało to jego szanse spadłyby praktycznie do zera.
– Ok, to ja spadam. W razie, czego wiesz gdzie trzymam pieniądze? – Powiedział chwytając za kluczyki od BMW, widział, że Ernique zaraz się rozpłacze jednak czekał na potwierdzenie, w końcu delikatnie skinął głową. – Nie rycz… Pa…
– Wróć żywy – powiedział i chciał go mocno do siebie przytulić jednak ten mu się wywinął.
– Wrócę… Obiecuję – chciał się uśmiechnąć, ale zrezygnował. – A ty obiecaj, że w tym momencie idziesz do Emily i zabierasz ją na najlepszą randkę jej życia – powiedział, po czym wyciągnął z szuflady duży plik pieniędzy, który wręczył przyjacielowi. – Na mój koszt – rozmyślał jeszcze przez chwilę, po czym dał mu jeszcze kluczyki do BMW. – Naprawdę muszę lecieć. PA!
– Ale… – chłopak był zaskoczony tym, co się stało przed chwilą, chciał jeszcze coś powiedzieć jednak trzask drzwi bezczelnie mu przerwał.
Pomyślał, że widział Erica ostatni raz w życiu, a to, co mu powiedział powinien potraktować, jako jego ostatnią wolę. W pliku, który mu dał znajdowało się około dwudziestu tysięcy dolarów. Nie mógł zrobić nic innego jak uszykować się i iść do dziewczyny, w której się podkochiwał już od dawna. Wiedział, że dzięki temu zagłuszy wyrzuty sumienia, które rozbijały się w jego głowie i mówiły: „Dlaczego go nie zatrzymałeś, ty samolubny idioto?!”.
Ernique wszedł do Starbucksa ubrany w czarne jeansy, koszulkę z logo Metaliki i adidasy. Na głowie miał jeden wielki nieład a w piersi serce, które chciało wyskoczyć i uciec gdzieś daleko. Jednak teraz nie było już odwrotu. W kawiarni nie było już prawie nikogo, zostały tylko osoby, które miały posprzątać. Zamykali o osiemnastej, więc teoretycznie nie powinno go tam być, ale ona musiała. Podszedł do lady i chrząknął porozumiewawczo. Niestety zanim zdążył się z nią przywitać upatrzyła go sobie kierowniczka.
– Zamknięte od dwudziestu minut! Wynosić się, ale już! – Charczała i pluła na wszystko dookoła przez brak jednego z przednich zębów.
– Może to pozwoli mi zostać jeszcze przez kilka minut – powiedział uśmiechnięty i podał kobiecie banknot studolarowy.
– Nasz klient, nasz pan – syknęła, wyrwała pieniądze i zniknęła na zapleczu. – A ty nigdzie nie idziesz dopóki nie będzie tutaj czysto! – Zacharczała jeszcze do Emily z drugiego pomieszczenia.
– Wstrętne babsko – mruknął pod nosem chłopak. – Hej, Em… – przywitał się z dziewczyną i usiadł na stołku przy ladzie.
– Hej, Ernique! – Uśmiechała się beztrosko z nutą zdziwienia. – Cóż takiego się stało, że nawiedzasz mnie w miejscu pracy o tak upiornej godzinie? – Spytała nie przerywając czyszczenia lady.
– Przychodzę z reklamacją – dziewczyna przerwała na chwilę i spojrzała na niego z udawanym oburzeniem. – Przy moim imieniu na dzisiejszej kawie nie było serduszka – uśmiechnął się szczerze.
– Zgłoś się do kierowniczki, ona dzisiaj podpisywała – odpowiedziała wracając do pracy.
– No to chyba jednak się cieszę, że było tam tylko imię – rzucił i przeskoczył nad blatem lądując obok Emily. – Chciałem cię gdzieś porwać na dzisiejszy wieczór… Jeśli pozwolisz – złapał ją za rękę i patrzył błagalnym tonem.
– Za dziesięć minut skończę, wtedy możemy się zrywać – posłała mu oczko.
– Więc za dziesięć minut będę stał przed drzwiami żeby pomóc ci wejść do auta – cmoknął ją w policzek i wystrzelił na ulicę.
Dziewczyna była zupełnie zaskoczona rozwojem sytuacji, jednak pasowało jej to. Zawsze spotykała się z ludźmi, którym czegoś brakowało, najczęściej rozumu lub kultury, miała nadzieję, że tym razem jej się poszczęściło a wieczór z kimś takim jak Ernique będzie miłą odmianą jej szarej codzienności.
Latynos tymczasem biegł prosto do BMW zaparkowanego za kamienicą, w której mieszkał z Ericiem. Wyciągnął telefon i zadzwonił do „Czarnego Łabędzia”, jednej z najlepszych restauracji w mieście. Szybko udało mu się załatwić stolik dla dwóch osób, pomimo rzekomego braku miejsc. Pieniądz rządził światem, a dzięki niemu mógł mieć wszystko, miał nadzieję, że serce Emily też. Wsiadł do środka i powoli włączył się do ruchu. Objechał rynek dookoła i wrócił prosto pod drzwi kawiarni. Delikatnie zatrąbił i czekał. Nie minęła nawet chwila, a do samochodu wsiadła jego ukochana.
Blondynka miała włosy spięte w prowizorycznego koka. Na ramiona zarzuciła kremowy płaszczyk, pod którym układała się biała koszula i czarne, materiałowe spodnie. Delikatny makijaż podkreślał jej urodę. Srebrne oczy wyglądały na zimne i niedostępne a twarz sprawiała wrażenie ciepła i nieustającej radości. Widział całą masę kobiet w przeciągu swojego życia, jednak ona wydawała się ideałem, który jakimś cudem siedział teraz obok niego…
– Lepiej się przyznaj, kogo zabiłeś żeby wejść w posiadanie takiej fury – zażartowała w swój charakterystyczny sposób, jednak Ernique ten żart bardzo zabolał, bo w zasadzie czuł się tak jakby zabił właściciela.
– Erica – odpowiedział chłodno i ruszył przed siebie. – Ja go zabiłem – powiedział do siebie tak jakby dopiero w tamtym momencie dotarło do niego, co się stało.
– Słucham? – Na rumianej kobiecej twarzy pojawił się grymas zdziwienia.
– Eric umarł, a jego ostatnią wolą było to żebyś się we mnie zakochała – starał się żeby zabrzmiało to jak niewinny żart, po jej reakcji mógł wnioskować, że się udało.
– W takim razie chyba nie mam innego wyjścia jak spełnić ostatnią wolę tego biednego człowieka – powiedziała z pełną powagą, po czym obdarzyła go radosnym spojrzeniem. – Dokąd mnie zabierasz?
– Do „Czarnego Łabędzia” – odpowiedział bardzo szybko. – Miałem mały problem z rezerwacją stolika, ale dla ciebie wszystko – starał się gać dżentelmena.
– Ok… – zaczęła się śmiać. – Lepiej od razu przyznaj się, że jedziemy do McDonalda.
– Ok, przyznaję się – starał się nadawać swojemu głosowi przesadnych emocji tak, aby ją rozśmieszyć, udawało się.
Rozmawiali przez całą drogę do drogiej restauracji, oczywiście ona nadal myślała, że to tylko żart. Jednak nie miał ochoty kłócić się z nią i przekonywać o swojej racji. Zamiast bezsensownej potyczki słownej doskonale się z nią droczył. Dostrzegł, że jest inteligentna i wykształcona, choć nie okazywała tego na pierwszy rzut oka. Wydawała się typową blondynką, jednak w pewnym momencie w jej słowach zaczynało dostrzegać się coś więcej niż puste, nic niewarte komunikaty. Grała emocjami i przykazywała nieświadomym ludziom swoje pomysły i punkty widzenia.
– Co byś zrobił, gdyby nagle okazało się, że żyjemy w jednej wielkiej symulacji komputerowej? Nacisnąłbyś „reset”, „usuń” czy „wyłącz”? – Prozaicznie w takim pytaniu nie było większego sensu, jednak przekazywała w nim to, że głęboko rozważa nad sensem życia. – Raczej nacisnąłbym przycisk „Jesteś na miejscu” – Ernique dostrzegł niedowierzanie w tych lodowych oczach, zaparkował niedaleko w cieniu drzewa tak, aby nikt nie widział dobrze samochodu ani tego, kto z niego wysiada. – Poczekaj chwilę.
Chłopak wyciągnął kluczyk, włożył go do kieszeni i wyskoczył z aura. Był poddenerwowany, ciężko się było przyznać, ale po raz pierwszy to on zaprosił dziewczynę na randkę. Stres próbował wszystko zepsuć, jednak wszystko musiało ułożyć się po jego myśli. Delikatnie otworzył drzwi swojej pasażerce i podał jej rękę, tak, aby pomóc jej wysiąść.
– Madame… Czy uczyni mi pani ten zaszczyt i zje ze mną kolację? – Powiedział, kiedy tylko drzwi za nią się zamknęły.
– Nie wiem… Mam pewne wątpliwości – odpowiedziała z przebiegłą miną.
– Obawiam się, że nie ma pani wyboru – wziął ją pod rękę i zamknął samochód pilotem.
– Czy to szantaż? – Spytała nie okazując zbytniego zainteresowania swoim towarzyszem, patrzyła przed siebie pustym wzrokiem.
– Wolałbym nazwę „Propozycja nie do odrzucenia” – uśmiechnął się i szukał na jej twarzy jakiejś reakcji.
– Czy mam się liczyć z tym, że nie jest to pierwsza taka propozycja? – Mówiła dalej patrząc się martwo przed siebie.
– To zależy… – powiedział bardziej do siebie niż do niej.
– Od czego? – Na jej twarz powróciły rumieńce a do lodowych oczu znów wróciło życie.
– Od tego czy będziemy się dobrze bawić – szepnął jej na ucho i puścił do niej oczko.
– Mam nadzieję, że nie za dobrze – powiedziała oglądając czubki swoich butów.
Ernique nie zrozumiał sensu jej słów. Niestety nie zdążył o niego zapytać, gdyż waśnie znaleźli się przed „Czarnym Łabędziem”. Restauracja mieściła się w nowoczesnym, szklanym budynku. Jej ściany od strony ulicy zostały wykonane z lustra weneckiego, dzięki czemu goście mogli podziwiać park znajdujący się po przeciwnej stronie ulicy, jednocześnie będąc niewidocznymi dla przechodniów.
Zaraz przy wejściu witał ich kelner, ubrany w elegancki smoking. Grzecznie zapytał o rezerwację i po sprawdzeniu wszystkich formalności zaprowadził ich do odpowiedniego stolika. Emily nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Na początku słowa o tym lokalu wzięła za niewinny żart, jednak w tamtej chwili czuła się tak jakby chwyciła Pana Boga za nogi. Szansa na to, że akurat na nią zwróci uwagę przystojny, młody, bogaty, kulturalny mężczyzna była jak jeden do liczby wszystkich kobiet na świecie.
Z uśmiechem na twarzy pozwoliła pomóc sobie zdjąć płaszcz. Delikatnie przycupnęła na krześle, odsuniętym specjalnie dla niej przez szatyna wyglądającego jakby właśnie przeżywał najszczęśliwszy wieczór swojego życia. Kelner przyniósł im menu, które bała się nawet otworzyć.
– Może coś do picia na początek? Mamy doskonałe białe wino, włoskie… Oraz cudownego francuskiego szampana… Jeśli zaś chodzi o szlachetną whisky… – zaczął zachwalać mężczyzna.
– Ja nie piję… – powiedziała Emily a po jej twarzy przemknął złowrogi cień.
– Wobec tego może polecę pani napar z chińskiej mieszanki… – zanim skończył dziewczyna znowu wtrąciła swoje zdanie.
– Poproszę wodę, bardzo zimną – uśmiechnęła się bardzo szeroko, prawie sztucznie.
– Jak sobie pani życzy. A dla pana? Jak mówiłem mamy wyborną szkocką whisky…
– Wobec tego ja też poproszę wodę – chciał być fair w stosunku do dziewczyny, dlatego nie pozwolił sobie na ani łyk alkoholu, nie bez znaczenia był też fakt, że zamierzał jeszcze jechać dzisiaj samochodem. – W kwestii jedzenia jeszcze nie zdecydowaliśmy… – powiedział i nagle zaczął udawać szalenie zainteresowanego menu.
– Oczywiście, jeśli państwo się zdecydują wystarczy dać znać – skłonił się nisko i odszedł od stolika.
Oboje byli nieco skrępowani. Żadne z nich wcześniej nie bywało w takich miejscach. Duża część nazw dań serwowanych tam była im zupełnie obca, dlatego oboje postanowili wybrać coś, co miało znajomo brzmiący tytuł.
– Tu jest trochę strasznie – powiedziała dziewczyna rozglądając się po Sali.
– Jest ci tu źle? Chcesz wyjść? Nie ma sprawy… Je… Jeśli źle się czujesz, jest ci słabo czy coś to odwiozę cię do domu i spotkamy się innym razem… – mówił bardzo szybko i jąkał się, słowotokiem chciał jakoś zabić fakt, że bardzo mu zależy na tej kolacji i wieczorze.
– Nie, nie o to chodzi – powiedziała stukając palcami o blat stołu i rozglądając się nerwowo. – Po prostu… Tyle tu kelnerów, obsługi… I wszyscy się na nas patrzą – dodała cichutko i nachyliła się nad stołem, aby Ernique na pewno ją usłyszał.
– Wiem… Mnie też oni przerażają – powiedział i nachylił się tak samo jak ona.
Dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów jednak chłopak postanowił wstrzymać się jeszcze z pocałunkiem. To nie było odpowiednie miejsce; sztywne i depresyjne. Biel i czerń dominowała wszędzie. Nie można tu było znaleźć ani jednej pozytywnej barwy. Stroje gości i obsługi również wpasowywały się w otoczenie, jedynie Emily była takim kolorowym kwiatem w tej szachownicy biało–czarnych elementów. Dziewczyna też usiadła, aczkolwiek nie była z tego faktu zachwycona. Przez dosłownie sekundę na jej twarzy widać było rozczarowanie, które z miejsca ustąpiło miejsca jej klasycznemu pobudzeniu i pogodzie ducha.
Po chwili milczenia, którą znosił z trudem w końcu zawołali kelnera. Zdecydowali się na krem z grzybów i dwa steki; krwisty dla niej i wysmażony dla niego. Moment po odejściu kelnera dziewczyna wyciągnęła z kieszeni spodni małe zawiniątko, które pieczołowicie odpakowała i wyciągnęła z niego kilka tabletek różnej wielkości i koloru.
– Czyżbym miał do czynienia z istotą modyfikowaną genetycznie? – Uśmiechnął się i starał obrócić w żart, naśladując jej sposób bycia.
– Coś w tym guście – wymamrotała i połknęła garść lekarstw przepijając je szklanką wody, którą miała przed sobą. – Będziesz pił? – Spytała i spojrzała na szklankę pełną wody jak na coś, co było jej w tamtej chwili niezbędne do egzystencji.
– Śmiało – powiedział i wlepił w nią oczy, obserwując jak w ciągu kilku sekund wypija kolejną porcję wody. – Mam nadzieję, że to nie były narkotyki – powiedział zdezorientowany przyciszonym głosem.
– No coś ty! – Wybuchła głośnym śmiechem zwracającym na nich uwagę wszystkich dookoła. – Przepraszam – wyszeptała, kiedy w końcu się uspokoiła.
– Kiedy wchodziliśmy do środka powiedziałaś, że masz nadzieję że nie będziemy bawili się za dobrze, o co ci chodziło? – Spytał obserwując jej rozbiegany wzrok.
– Właśnie o to – zanuciła w rytm jakiejś piosenki, do której zaczęła przytupywać.
– Nie rozumiem, możesz jaśniej? – Spojrzała na niego i znowu uśmiechnęła się nienaturalnie szeroko.
– Poczekam aż sam dociekniesz prawdy. Jeśli w ogóle chcesz ją poznać to powinieneś sam jej poszukać. Z tych ust nie padnie na pewno – wykonała gest zamykania ust i wyrzucania za siebie klucza.
– Czy prawda jest straszna? – Zaintrygowała go swoją zagadkowością i niezłomnym optymizmem.
– Straszniejsza niż możesz sobie wyobrażać – powiedziała patetycznym tonem, który po chwili przerodził się w jej melodyjny szczebiot. – Ale nie powinieneś się teraz tym martwić, jeśli masz trochę oleju w głowie to po dzisiejszym wieczorze zapomnisz o mnie i pozbędziesz się wszystkich problemów ze mną związanych.
– A co jeśli ja się tych kłopotów nie chcę pozbywać? – Miał zamiar ciągnąć tą dyskusję dalej, jednak przerwał ją kelner z dwoma finezyjnie podanymi zupami.
– Życzę państwu smacznego – powiedział, po czym zwrócił się do nich błagalnym tonem. – Byłbym wdzięczny gdyby zechcieli państwo rozmawiać, choć ton lub dwa ciszej. Inni goście się skarżą, a ja nie chciałbym mieć nieprzyjemności wypraszania państwa z lokalu… Z góry dziękuję – skłonił się i zniknął niczym widmo.
– Koleś jest niesamowity – zaczęła trajkotać jak najęta. – Wyobrażasz sobie, że można się poruszać tak bezszelestnie, niczym cień, wiatr lub duch? Naprawdę nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego… On w ogóle zachowuje się jak szpieg, tajny agent albo jakiś seryjny zabójca. – Na wspomnienie o zabójcy Ernique zadławił się jedzeniem, które miał w ustach, jednak ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. – Znasz kogoś, kto potrafiłby wcielić się w kogoś takiego? A może kogoś, kto jest taki? W ogóle nie wyobrażam sobie jak ktokolwiek mógłby strzelać do innych ludzi. To takie niesmaczne i smutne. Tacy ludzie muszą być zupełnymi, zimnymi draniami bez serca… – podczas gdy ona mówiła dalej jemu robiło się coraz bardziej słabo na myśl o Ericu. – Wyobrażasz sobie, że taki zabójca może sobie normalnie iść ulicą, jechać z tobą autobusem lub obsługiwać cię w restauracji a ty nawet nie zdajesz sobie sprawy ilu ludzi krew ma na rękach? Potrafisz to sobie wyobrazić?
– Nawet nie wiesz jak doskonale – uszło z niego życie, podczas tych kilku zdań poczuł się nic niewartym przyjacielem.
– No właśnie, a wyobraź sobie taką sytuację… – Emily gadała i gadała, nie można ukrywać tego, że duża część jej wypowiedzi była barwna i opisowa a Ernique chętnie ich słuchał jedząc przy tym od niechcenia.
Uśmiechał się i wtrącał swoje myśli pomiędzy całe monologi, jakie wygłaszała na rozmaite tematy. Dowiedział się między innymi, że kiedyś należała do zespołu rockowego, a jej najlepszym przyjacielem w dzieciństwie był wielki biały miś z czerwoną kokardą na szyi. Chłonął wszystkie informację na jej temat jak gąbka, ale jednocześnie myślami był przy fakcie, że zrozumiał, jakim człowiekiem był jego najlepszy przyjaciel.
Bezczelny, zarozumiały, chamski, egoistyczny, bezwzględny, perfekcyjny. A Ernique? Zawsze był jego pionkiem, zawsze był na każde jego zawołanie. Dlaczego? Przecież nie ze strachu, raczej z przywiązania i poczucia bezpieczeństwa, jakie miał pod jego skrzydłami. Naprawdę lubił tego człowieka. Chociaż tak naprawdę nie wiedział ilu ludzi zabił, czy miałby opór, gdyby musiał strzelić do niego. Ale nie strzelił nigdy i już nie strzeli, bo prawdopodobnie leży gdzieś martwy z rozwaloną czaszką.
Wieczór mijał powoli i wesoło. Kiedy już usunął ze swojej głowy Erica rzucał żartami i wpasował się w beztroski sposób bycia dziewczyny. Zawsze słyszał, że kobiety są rozgadane, nieogarnięte i zupełnie nieprzewidywalne, jednak Emily wnosiła to wszystko na zupełnie inny poziom. Nie było żartu, z którego by się nie śmiała, tematu, którego by nie podchwyciła, czy czegoś, o czym wiedziałby znacznie więcej niż się domyślała.
– A więc dlaczego odeszłaś z kapeli? – Spytał mocno zaintrygowany tym tematem.
– No cóż… To było jakieś trzy lata temu. Byliśmy świetnie zapowiadającym się zespołem ze świetnymi, głębokimi tekstami. Łączyliśmy rocka z bluesem, jazzem… Ogólnie lubiliśmy eksperymentować z muzyką – od tego momentu jej ton zmienił się na tęskny i melancholijny. – Ale niestety, kiedy ukazała się nasza płyta „Without happieness”, która była bardzo delikatna, smutna można nawet powiedzieć depresyjna – zaśmiała się i wróciła do historii. – Coś zaczęło się zmieniać. Mój głos wyrażał znacznie więcej radości, zaczęłam się bardziej ruszać na scenie. Zespół stwierdził, że nie powinnam więcej występować, jeśli mam takie niepoważne podejście do tego, co robiliśmy. I tak skończyła się moja kariera muzyczna… – westchnęła przeciągle i zamilkła pogrążona we wspomnieniach.
– Więc nie zawsze byłaś taka radosna i optymistyczna? – Zdziwił się.
– To nie tak. Po prostu w pewnym momencie uczucia zaczęły być zupełnie ode mnie niezależne. Zrozumiałam, że to nie ja jestem dla życia tylko życie dla mnie. Od tamtej pory ani razu nie zapłakałam, niczego nie żałowałam i przeżyłam mnóstwo chwil, które zapisały mi się, jako coś niezwykłego – zaczęła wracać do swojego euforycznego stanu.
– Może pójdziemy jeszcze gdzieś? – Zaproponował, nie chcąc tracić dziewczyny z oczu i dowiedzieć się czegoś więcej, bo miał nieodparte wrażenie, że coś przed nim ukrywała.
– Co byś powiedział na długi spacer? Może pokażesz mi jak mieszkasz? – Powiedziała i zaczęła się bawić widelcem.
– Ja mieszkam na drugim końcu miasta – próbował przemówić jej jakoś do rozumu.
– To żadna wymówka – stwierdziła i wycelowała w niego swoją czterozębną broń. – Nie dasz rady? Przecież to raptem godzinka drogi… – zaczęła przeciągać końcówki i czarować go wzrokiem mającym go złamać. – To jedna z „Propozycji nie do odrzucenia” – mrugnęła i pozwoliła wyjść na światło dzienne kolejnej porcji chichotu.
– Więc chyba nie mam wyjścia – zaśmiał się i złapał ją za rękę patrząc głęboko w jej oczy licząc, że w ten sposób dowie się o niej wszystkiego.
Kelner przyniósł im rachunek. Ernique wyciągnął ze zwitku banknotów dziesięć studolarówek, które uregulowały kwotę za kolację i wystarczyły na pokaźny napiwek dla obsługi, która pewnie wychodziła z siebie słysząc śmiechy i chichoty Emily przez bite cztery godziny.
– Idźmy przez park – zaproponowała entuzjastycznie.
– Ale ty prowadzisz, bo ja nie znam takiej drogi – odparł z udawanym entuzjazmem.
– Aj aj kapitanie – zasalutowała, złapała go za rękę i pociągnęła za sobą.
Na początku niespecjalnie widziała mu się długa wycieczka w chłodny wieczór. Perspektywa przejścia kilku kilometrów na piechotę i to jeszcze nie do końca znając drogę, przeraziłaby każdego. Jednak Emily w ogóle nie dostrzegała zagrożeń. W jej wizji świata wszystko było słodkie i ocukrowane niczym w fabryce Willi ‘ego Wonki.
– Nie uważasz, że za dużo gadam – powiedziała i zaczęła się obracać wokół jednej z lamp stojących przy parkowej alejce.
– To dobrze, że masz tyle rzeczy do powiedzenia, ja zawsze byłem dobrym słuchaczem – a przynajmniej kiepsko przekonywał ludzi, konkretnie Erica, więc wolał słuchać.
– Cieszę się, że tak mówisz – powiedziała nie przestając się kręcić i nucić melodię z „Deszczowej piosenki”.
Chłopak podszedł bliżej żeby lepiej słyszeć jej delikatny głos. Jednak, kiedy tylko znalazł się w odpowiedniej odległości ona przestała wirować i przyciągnęła go do siebie, składając na jego ustach długi i namiętny pocałunek. Chłopak nie spodziewał się takiego obrotu spraw, jednak nie miał najmniejszego zamiaru protestować. Czuł się jak w niebie. Dla takiej chwili jak tamta był gotowy wziąć jeden z pistoletów z kolekcji, jaka znajdowała się w ich mieszkaniu i zaszantażować nią kogoś.
Usta Emily były małe, ale bardzo wprawione w całowaniu. Zarzuciła ręce na jego szyję i podniosła się na palcach, żeby dosięgnąć. On zaś odrobinę się nachylił, tak, aby jej stopy nie fruwały w powietrzu. Trzymał ją w talii i podtrzymywał jej plecy. Czuł się jakby właśnie dostał w swoje ręce jajko Faberge, które musi chronić przed każdym, kto chciałby je ukraść.
Kiedy dziewczyna wysunęła się z jego objęć poczuł jakby przed chwila nie było nic oprócz nich, a teraz wrócił nagle i niespodziewanie chłodny wieczór po środku parku w Trenton w stanie New Jersey.
