6,99 €
Dowiedz się, czym było lustro Twardowskiego i kto rzeczywiście rządzi światem? Sięgnij po osobliwy psychologiczny thriller z wartką, wciągającą akcją, która jest ambitną polską odpowiedzią na „Kod Leonarda da Vinci”.
Popularna polska aktorka – Maria Niewiadomska przyjeżdża do Prowansji, by zagrać główną rolę w filmie słynnego francuskiego reżysera. W podróży towarzyszy jej mąż, Jakub będący na co dzień jej managerem. Produkcja okryta jest tajemnicą i oboje nic nie wiedzą o zamyśle reżysera, co jest kluczową intrygą powieści. Wkrótce po dołączeniu do ekipy filmowców, małżonkowie dostają się w wir zagadkowych, zaskakujących wydarzeń, które wkrótce prowadzą do pełnych napięcia zdarzeń i szokujących odkryć.
Powieść jest thrillerem psychologicznym rozgrywającym się w najbardziej metafizycznym zakątku Francji – Prowansji. Tam właśnie bohaterowie zostają uwikłani w tajemnicze wydarzenia.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2019
Jerzy Andrzej Masłowski, Wojciech Michał Cegielski „Lucyfera”
Copyright © by Jerzy Andrzej Masłowski, Wojciech Michał Cegielski, 2019
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak
Korekta: Bożena i Janusz Sigismundowie
Projekt okładki: Jakub Kleczkowski
Ilustracje na okładce: Piotr Woźniak
Skład: Jacek Antoniewski
Skład epub i mobi: Adam Brychcy
ISBN: 978-83-8119-603-1
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Nie należy mylić prawdy z opinią większościJean Cocteau (1889–1963)
Maria gasi papierosa i jednym ruchem zdejmuje przeciwsłoneczne okulary. Dłuższą chwilę przypatruje się autostradzie. Powietrze nad drogą drga z gorąca; wydaje się, że na asfalcie marszczą się ogromne, niemal bezbarwne kałuże wody. Mimo że w samochodzie pracuje klimatyzacja, odnosi się wrażenie, iż skwar wdziera się przez kratki nawiewowe i roztapia każdy centymetr skóry.
– Ten facet na parkingu. Czego on od nas chciał? Gapił się tak jakoś… – urywa, nie mogąc znaleźć właściwego słowa.
– Może to jakiś twój wielbiciel? – Jakub obojętnie wzrusza ramionami.
– Oni patrzą inaczej. Zresztą, kto mnie tu zna?
– A więc spodobałaś mu się – przez twarz mężczyzny przebiega krótki, znaczący uśmiech.
– To nie to – Maria energicznie potrząsa głową. – W jego oczach było coś… niepokojącego – dodaje po dłuższym wahaniu.
– Jak zwykle wszystko wyolbrzymiasz. Po prostu kręciłaś go.
– Tobie też się przyglądał równie badawczo co i mnie – odpowiada zniecierpliwiona.
– Widać oboje byliśmy w jego typie – Jakub wybucha śmiechem.
To nie było spojrzenie kogoś, kto ma ochotę na małe co nieco – Maria jest tego pewna. Ale nie ciągnie tematu. Jakub ma skłonność do upraszczania, co zawsze wyprowadza ją z równowagi. Jednak dziś jest zbyt zmęczona, by się spierać. Rozprostowuje się w fotelu i odruchowo spogląda na strzałkę szybkościomierza.
– Zwolnij, do cholery! Nie chcę do końca życia leżeć na ortopedycznym łóżku i porozumiewać się ze światem, mrugając jednym sprawnym okiem.
– Po autostradzie jedzie się szybko. Tak jest bezpieczniej – Jakub nie zdejmuje nogi z gazu.
– Zawsze tak mówisz. – Maria ostentacyjnie wzdycha.
– Zrelaksuj się, Miśku – głos mężczyzny brzmi ciepło, uspokajająco. – Podziwiaj krajobrazy.
Maria otwiera okno, uśmiecha się.
– Czujesz? Lawenda. O, tam jest całe pole! – wskazuje przed siebie końcem okularów, które wciąż trzyma w dłoni.
– Wreszcie jakaś odmiana od papierosów – Jakub nie może powstrzymać się od sarknięcia.
Jest jednym z tych zaprzysięgłych wrogów tytoniu, którzy najpierw zakochują się w palaczce, by później, przy każdej okazji piętnować nałóg, choć wiedzą, że walka z góry skazana jest na porażkę.
– Piękna okolica – zauważa Jakub, jednak w jego głosie nie słychać zachwytu; mówi to raczej po to, by odciągnąć jej uwagę od prędkości, z jaką jadą.
– Daleko jeszcze? Męczy mnie ta podróż. Jeszcze chwila, a dostanę migreny. – Maria nieco teatralnie chwyta się za głowę i zaczyna masować skronie.
– Ćwiczysz do Antygony? Zaplanowali to wam na nowy sezon?
– Niestety, nie. A szkoda. Byłaby to miła odmiana po tych wszystkich dupnych komedyjkach. A teraz jeszcze ten film.
– Nie narzekaj, będzie fantastycznie. To świetna propozycja. Zawsze chciałem cię zobaczyć w roli świętej.
– Raczej świętego kurwiszona. Przecież ona puszczała się na prawo i lewo, przynajmniej taką ma opinię. Zresztą, robię to wyłącznie dla kasy.
– Jak każdy kurwiszon – Jakub znów się śmieje.
– To wcale nie jest zabawne. Nie wiem, w czym będę grać. Nawet nie znam scenariusza.
– I to jest najbardziej ekscytujące.
– Zwolnij! Kręci mi się w głowie. Mam migrenę! – Maria wie, że jej lęk przed szybką jazdą Jakub uznaje za irracjonalny, próbuje więc wzbudzić litość zasłaniając się atakiem migreny, co nieraz skutkuje.
Jednak nie tym razem. Mężczyzna zamiast zwolnić mruczy pod nosem:
– Wypal jeszcze trzy papierosy to się lepiej poczujesz. – I zaraz, pokazując na drogowskaz, dorzuca: – Saint‑Maximin[1]. Jesteśmy na miejscu.
Miasteczko zbliża się, ale wciąż jest na tyle odległe, że przypomina jednobarwny kamienny monolit. Dopiero po kilku minutach pozornie niepodzielna bryła rozwarstwia się na poszczególne budowle poprzecinane kanionami uliczek.
– Uwielbiam te prowansalskie dziury – Maria uśmiecha się sentymentalnie. – Jak przejeżdżaliśmy tędy ostatnio, obiecaliśmy sobie, że kiedyś dokładnie zjeździmy całą Prowansję. To było… piętnaście lat temu – dodaje po chwili; w jej głosie daje się wyczuć niedowierzanie pomieszane z nutką nostalgii.
– Od tego czasu nic się nie zmieniłaś.
Spogląda na niego: sentymentalna zaduma ustępuje miejsca prowokującemu uśmiechowi:
– Nie musisz posuwać się do tanich komplementów, by mnie przelecieć. Skoro mam grać świętą o wątpliwej reputacji, to mogę poćwiczyć. Wtedy będę bardziej autentyczna. – I nagle, z lekkim przerażeniem, może bardziej udawanym niż autentycznym, dodaje: – Rany boskie, mam nadzieję, że nie wymyślą jakichś drastycznych scen. Słyszałam, że ją gwałcili na okręcie.
– Nie gwałcili, tylko sama oddawała się marynarzom, by opłacić podróż. Ale to tylko jedna z wersji legendy.
– Oby autor scenariusza nie inspirował się nią.
– Daj spokój, przecież to poważny film, nie erotyk. – Z reżyserami nigdy nic nie wiadomo. Mam nadzieję, że nie będzie tam scen żywcem przeniesionych z tureckiego lupanaru
– Maria zakłada przeciwsłoneczne okulary; wczesnopopołudniowe słońce wciąż jest silne i powoduje ból oczu.
Przedmieścia Saint‑Maximin nie przypominają żadnego z miejsc, które znaleźć można w przewodnikach po Prowansji: bezładnie rozrzucone zabudowania, duża stacja benzynowa i sklepowe pawilony o taniej, pudełkowej architekturze nie zachęcają, by zatrzymać się tu choćby na kawę.
Z wąskiej uliczki wybiega mężczyzna; ma na sobie trykot, po którym łatwo poznać, że jest wielbicielem joggingu.
– Ma facet kondycję. W taki upał. – Maria z podziwem patrzy na biegacza.
– Walczy z nadwagą.
– Raczej ze swoim wiekiem. Ma już czterdziestkę. Ale to przedłuży mu młodość.
– Za kilka lat też każesz mi biegać.
– Na razie wyglądasz świetnie. Ale jak się roztyjesz, kupię ci dres.
– Trzydzieści jeden stopni w cieniu – Jakub spogląda na termometr. – Turystów będzie można policzyć na palcach.
– Też tak myślę. Pewnie wszystkich wywiało nad morze. W końcu to tylko kilkadziesiąt kilometrów stąd.
Mylą się. Co prawda, pierwsze uliczki są ciche i senne, jednak w miarę zbliżania się do centrum ruch samochodowy gęstnieje, a przechodniów raptownie przybywa.
– Co tu się dzieje? Zarządzili ewakuację Carrefoura czy co?
– Maria robi zdumioną minę. – Mówili, że będzie tu jakaś religijna procesja, ale spodziewałam się paru bigotów. A tu są setki – utyskuje.
– Może to pielgrzymka Radia Maryja na Jasną Górę pomyliła kierunki i zapędziła się aż tutaj? – kpi Jakub.
Parskają śmiechem. Po chwili parkują w wąskiej uliczce i przeciskając się przez tłum szukają hotelu.
Z każdym krokiem miasteczko pięknieje: jest niczym domowe ciasto, które na pierwszy rzut oka wygląda zwyczajnie, wręcz pospolicie, ale po skosztowaniu docenia się jego aromat, smak i przemyślaną kompozycję. Mimo tłoku i wszechobecnego gwaru Maria jest zachwycona: w jednej chwili wsiąka w atmosferę, którą harmonijnie współtworzą bezpretensjonalne kamieniczki, sklepiki pełne artystycznego galimatiasu, fantazyjne kawiarniane ogródki, rozłożyste platany i kolorowe proporce rozwieszone między domami. Aromat parzonej kawy, smażonych naleśników i grillowanych mięs miesza się z zapachem kwiatów i charakterystyczną stęchlizną starych murów, tworząc przekładaniec, który każdemu turyście kojarzy się z jednym, jedynym słowem: wakacje.
Dzwoni telefon. Jakub odbiera, jednak gwar jest tak duży, że musi wejść w pusty zaułek, by spokojnie porozmawiać. Maria na migi pokazuje, że idzie do sklepu. Zaraz też wchodzi do mydlarni. W jednej chwili otaczają ją aromaty, wśród których czuje lawendę, jaśmin i słodki do omdlenia kwiat pomarańczy. Sięga po kilka różnych mydeł, wybierając wyłącznie te opatrzone etykietką: Wyprodukowano w Grasse[2]. Podchodzi do kasy, płaci.
– Jakaś kobieta prosiła, bym pani to dała, madame – mówi z uśmiechem sprzedawczyni i podaje złożoną kartkę.
– Merci[3] – Maria uśmiecha się i odruchowo sięga po zwitek papieru.
Na ulicy zamierza go wyrzucić, sądząc, że to ulotka reklamowa, ale nagle uświadamia sobie, że trzyma w ręku nie kredową, estetyczną reklamówkę, lecz najzwyklejszą kartkę z zeszytu. Rozkłada ją, rzuca na nią wzrokiem. Na skrawku papieru widnieje kilka nakreślonych krzywym pismem zdań: Grozi ci niebezpieczeństwo. Uważaj na mężczyznę, który będzie mówił o Jezusie Chrystusie. On zaprowadzi cię do ciemnej doliny, skąd nie będzie ucieczki.
Mimo że powietrze drga z gorąca, Maria czuje nieprzyjemny, lodowaty dreszcz. Wraca do sklepu, rozgląda się. We wnętrzu jest tylko sprzedawczyni.
– Kim była ta kobieta? – pyta.
– Nie znam jej. Kiedy wybierała pani mydła, poprosiła, bym to pani dała. Chciałam ją zapytać dlaczego nie chce dać pani tej kartki osobiście, ale ona zaraz wyszła.
Maria wychodzi na ulicę. Przeciska się przez tłum, szukając Jakuba. Odnajduje go dopiero po kilku minutach.
– Kto dzwonił? – pyta, widząc, że skończył rozmowę. – Pomyłka. Ktoś musiał źle zapisać numer – Jakub bierze torbę z mydłami, wącha. – Nie wiem dlaczego, ale kupione na miejscu pachną o wiele lepiej niż te z importu.
– Dostałam dziwną wiadomość – Maria zaczyna szukać kartki, jednak jej nie znajduje. Dochodzi do wniosku, że musiała jej wypaść. W pierwszym odruchu spogląda na trotuar chcąc odnaleźć zgubę, ale poszukiwanie zwitka papieru w gęstniejącym tłumie z góry skazane jest na porażkę. Widząc pytające spojrzenie Jakuba w kilku zdaniach streszcza wydarzenia sprzed chwili.
Ten w zdumieniu unosi brwi.
– Niebezpieczeństwo? Absurd. Sprzedawczyni musiała pomylić cię z kimś innym.
– Jak weszłam, w sklepie nie było nikogo. Tak mi się zdaje – Maria usiłuje sobie przypomnieć, czy poza nią był ktoś jeszcze, ale zaraz dochodzi do wniosku, że nie zwróciła na to uwagi.
– To nie wiadomość do ciebie. Przecież nikt cię tu nie zna – przekonuje Jakub.
– To prawda. Ale wyglądało, jakby liścik był do mnie. W końcu nasz film związany jest z osobą Jezusa.
– Spójrz wokół. Ci wszyscy ludzie to chrześcijanie. Pewnie ktoś chciał ostrzec jakąś kobietę, a może tylko zrobić żart, a ty dostałaś się w środek jakiejś intrygi.
– Chyba masz rację – Maria rozluźnia się, choć niepewność wciąż jej nie opuszcza.
– Jest nasz hotel – Jakub wskazuje na budynek opodal; gdyby nie napis można by było odnieść wrażenie, że jest zwyczajną, czynszową kamieniczką.
– Pewnie nie słyszeli tu o klimatyzacji – Maria wzdycha, choć w jej głosie nie słychać rozczarowania. – Producent spędził dużo czasu, by zarezerwować nam najtańszy nocleg.
Wchodzą do hotelu. Recepcjonistka – starsza kobieta o twarzy posiekanej zmarszczkami i uprzejmym uśmiechu – spogląda na nich pytająco. W białej, wykrochmalonej bluzce, z kamelią na szyi i złoconymi okularami wygląda jak jeden z antyków, którymi zagracony jest hall.
– Założę się, że podejmowała tu Balzaca – szepcze Maria.
– Przykro mi, ale nie mamy wolnych miejsc – mówi kobieta.
I zaraz, zatroskanym głosem dodaje: – Nie wiem, czy gdziekolwiek znajdzie się jakiś pokój. Mamy dziś procesję ku czci naszej patronki i zjechało wielu pielgrzymów.
– Zarezerwowano nam pokój – wyjaśnia Jakub. – Jesteśmy z ekipy filmowej – dodaje, kładąc paszport.
– Znajomi pana Jean Pierre’a? Uwielbiam jego filmy – recepcjonistka ciekawie spogląda na przybyłych. – Uprzedzano mnie, że będziemy mieć gości z Polski. Filmowcy wykupili u nas całe piętro. – I uśmiechając się, tym razem mniej powściągliwie, dodaje: – Proszę się pospieszyć. Procesja niedługo się zacznie.
Gdy wdrapują się na górę po krętych, wąskich schodach, Maria teatralnie wzdycha:
– Procesja? Skąd ona wie, czy mamy ochotę tłuc się w tym skwarze z gromadą rozmodlonych fanatyków? Gorzej niż u nas.
Jest zdeklarowaną ateistką i każdy przejaw religijności wychodzący poza mury świątyni traktuje jak ingerencję w swą prywatność. Jej ateizm wypływa nie tyle z pozy czy przemyśleń, co z głębi duszy, tak jak u niektórych z głębi duszy wypływa ich wiara. Parafrazując powiedzenie chrześcijan – jest obdarzona łaską ateizmu.
Wchodzą do pokoju. Maria osuwa się na łóżko i wydaje z siebie jęk przerażenia.
– Ależ klitka! Pewnie zrobili ją ze schowka na szczotki. Tu nie ma czym oddychać. Najwyżej się uduszę – dodaje zrezygnowana.
– Przynajmniej nie będziesz tu palić, w przeciwnym razie zużyjesz cały tlen – Jakub uśmiecha się kwaśno.
– Palić, tutaj? Od kiedy wprowadzili barbarzyńskie zwyczaje dyskryminujące palaczy, czuję się w hotelach jak gość drugiej kategorii. – Znów się rozgląda. – Dostanę tu klaustrofobii i nie będę spać całą noc. Jak ja jutro stanę przed kamerą?
Pokój jest karykaturą salonu w stylu bliżej nie określonego Ludwika: bardziej przypomina teatralną scenografię niż jakiekolwiek mieszkalne wnętrze. Jest to jeden z tych pokoi hotelowych, w którym nie można niczego ruszyć, bo nawet przestawienie krzesła rujnuje przemyślną kompozycję.
– Nie cierpię takich pokoi – wzdycha Maria. – Czuję się w nich jak na scenie. Brakuje tylko reżysera, który będzie rozstawiał mnie po kątach.
– Ciebie, po kątach? Takiego odważnego jeszcze nie spotkałem. To raczej ty ich rozstawiasz – Jakub śmieje się.
Telefon Marii sygnalizuje nadejście SMS‑a. Czyta treść, na jej twarzy maluje się zaskoczenie.
– Dostałam dziwną wiadomość. Po francusku, wierszem. Nie wiem od kogo. Posłuchaj:
Ramiona Jezusa to krzyż Lotaryngii I krew w tętnicy, i krew w żyle, I źródło łaski, i czysta fontanna.
– Może to tekst, którego masz się nauczyć? – zastanawia się Jakub. – Wiersz jest jak najbardziej à propos roli, którą ci dali.
– Niby tak, ale… Chyba nie zamierzają przysyłać mi scenariusza po kawałku? W dodatku SMS‑ami – mówi zdumiona.
– Gdyby to była Polska, pomyślałabym, że to powitanie od operatora sieci komórkowej. Zamiast komunikatu o tańszych taryfach – cytat z Pisma Świętego.
– A może zaplanowali zdjęcia także w Lotaryngii? To spory kawałek stąd.
– Mamy kręcić tylko w Prowansji. Tak mówiłeś.
– Wiem tyle co i ty.
Maria nie ciągnie tematu. Produkcja filmu objęta jest niezrozumiałą dla nich tajemnicą i nawet Jakub, który wcześniej negocjował wszystkie jej umowy i potrafił dowiedzieć się najdrobniejszych szczegółów na temat każdego filmu, w których występowała, tym razem nie umiał przebić się przez mur milczenia.
Wychodzą na ulicę, co Maria wita z widoczną ulgą.
– Dołączamy do procesji, Miśku? – Jakub uśmiecha się przewrotnie, pokazując tłum pielgrzymów, którzy, śpiewając pieśń powoli zbliżają się w ich kierunku.
– W ramach pokuty napiję się kawy! Na pewno i tu będzie paskudna. Mam nadzieję, że będzie mi to zaliczone na sądzie ostatecznym – Maria wzdycha.
Jej zdaniem Francuzi, jak większość Europejczyków, nie potrafią parzyć kawy, a espresso, zwykle zbyt przedłużone wodą jest profanacją jej ulubionej używki; jedynie Włosi i południowi Grecy mają rzadką umiejętność przygotowania małej czarnej, co podkreśla przy każdej okazji.
Siadają w zacienionym kawiarnianym ogródku odgrodzonym od ulicy skrzynkami z kwitnącą lawendą. Wkrótce na stoliku pojawia się podwójne espresso, które Maria natychmiast kwituje bezlitosnym komentarzem.
Procesja, która jeszcze kilka minut temu znajdowała się na końcu długiej ulicy, teraz przesuwa się tuż obok nich. Na czele pochodu idą dudziarze ubrani w tradycyjne prowansalskie stroje, za nimi dobosze i gromadki duchownych. Zaraz potem ich oczom ukazuje się lektyka z przeszkloną skrzynią otoczona honorową, uzbrojoną we włócznie wartą.
Dzwoni telefon Jakuba.
– Halo? – krzyczy do słuchawki, ale nie mogąc zrozumieć słów rozmówcy wstaje od stolika i znika we wnętrzu kawiarni; pielgrzymia pieśń coraz głośniej rozlewa się po ulicy, uniemożliwiając jakąkolwiek wymianę zdań.
Maria zapala papierosa. Po raz nie wiadomo który utwierdza się w przekonaniu, że pieśni katolickich czy protestanckich wiernych nie tylko pozbawione są harmonii, ale – co o wiele istotniejsze – choćby szczątkowego pierwiastka metafizyki. Inaczej odbiera modlitwy wyznawców prawosławia: chóralne, cerkiewne śpiewy zawsze są ucztą dla jej uszu i niemalże ezoterycznym przeżyciem, dlatego też, jak tylko ma okazję, uczestniczy w nabożeństwach, by posłuchać liturgii.
Jakub wraca po kilku minutach.
– Dzwoniła Jeannette – wyjaśnia, starając się przekrzyczeć rozśpiewany tłum. – Pytała, czy jesteśmy na miejscu. Wyobraź sobie, że oni już zaczęli kręcić. Filmują procesję z dachu któregoś z domów. – I po dłuższej chwili dodaje: – Albo z moim francuskim jest coś nie tak albo oni faktycznie noszą jej głowę.
– Jaką głowę? – Maria spogląda na niego pytająco, nie wiedząc, czy dobrze zrozumiała ostatnie słowo.
– Z tego, co mówiła Jeannette, w czasie procesji noszą odciętą głowę Marii Magdaleny, a raczej to, co z niej zostało. Sprawdzę w necie – pochyla się nad smartfonem.
– Barbarzyńskie zwyczaje. Zaraz się porzygam – Maria z dezaprobatą kręci głową.
Przymyka oczy, wsłuchuje się w śpiew. Natychmiast znajduje w nim pełno niedociągnięć, dysonansów i nadmiernych emocji, choć sama melodia wydaje się być ciekawa. Przebiega jej przez myśl, że tego typu pieśni mogłyby być piękne, ale tylko wtedy, gdyby śpiewali je profesjonaliści i – co równie ważne – gdyby pozbawiono je religijnej egzaltacji.
– Dobrze zrozumiałem – Jakub chowa telefon. – Przez całą procesję noszą na lektyce święte szczątki z czaszką. Masz ochotę rzucić okiem?
– Nie jestem nekrofilką. A swoją drogą ciekawe, czym oddzielili głowę od reszty? Kuchennym nożem? Toporem? Piłą? – zgaduje. W jej głosie słychać tyleż samo kpiny, co politowania.
– Ostatnio coraz bardziej drażni cię ostentacja religijna.
– To prawda. Szczególnie przy kontrowersyjnych kultach –
potakuje Maria. – Życie katolika jest smutne. Jedynie w grudniu widzą narodzonego Jezusa, za to przez resztę roku spoglądają na krzyż ze swym martwym Bogiem. A przecież dla prawdziwie wierzącego każdy dzień powinien być Bożym Narodzeniem – zauważa po chwili.
Nagle w tłumie dostrzega znajomą twarz. Szarpie Jakuba za rękaw i jednocześnie mówi, starając się przekrzyczeć tłum:
– To ten facet z parkingu! Ten, co się tak nam przyglądał! – I co z tego? – Jakub wzrusza ramionami. – Chyba nie przypuszczałaś, że na tamtym parkingu spędzi resztę życia?
– Znów gapi się na nas. Myślałam, że to zboczeniec, a to pieprzony fanatyk religijny!
– Jedno nie wyklucza drugiego – Jakub śmieje się. – Gdzie on jest? – rozgląda się po twarzach pielgrzymów.
– Gdzieś tam – Maria pokazuje ręką w kierunku falujących głów. – Zniknął – dodaje, nie mogąc dostrzec mężczyzny.
Dopijają kawę, przeciskają się przez procesję i ruszają w kierunku przedmieść. Chcą być jak najdalej od nieznośnego gwaru.
Z każdym zakrętem pieśń cichnie, a uliczki stają się coraz węższe i bardziej zadrzewione, by wkrótce zmienić się w ciągi kameralnych, nisko grodzonych ogrodów kryjących niewielkie, stylowe domy z pozamykanymi okiennicami.
– Cóż za kolory – zachwyca się Maria. – Wystarczy lekko zmrużyć oczy… Czysty impresjonizm.
– Myślisz, że van Gogh miał wadę wzroku?
– Nie wiem. Na pewno miał coś ze słuchem.
Wybuchają śmiechem. Długą chwilę idą w milczeniu, wsłuchując się w śpiew cykad.
– Jeannette mówiła coś więcej? – pyta Maria.
– Nic ważnego. Poza tym, że spotkanie z ekipą przełożyli na dwudziestą pierwszą.
– Mam nadzieję, że to jacyś normalni ludzie.
– Wkrótce się dowiemy, ale mam dobre przeczucia. Jeannette, sądząc z głosu, wydaje się przyjacielska. I, co ważne, jest bardzo profesjonalna. Z żadną wytwórnią nie podpisałem umowy tak szybko.
– Każdy kierownik produkcji musi być konkretny. W końcu pracuje z wariatami – Maria uśmiecha się i zaraz popada w zamyślenie.
Zawsze przed każdym nowym projektem odczuwa niepokój. Teraz jest podenerwowana bardziej niż zwykle. I to nie tylko dlatego, że nigdy wcześniej nie brała udziału w zagranicznej produkcji, ale też, że jakimś szóstym zmysłem czuje, iż ten film będzie przełomowy w jej karierze.
– Jean‑Pierre też wydał mi się z głosu sympatyczny. Rozmawialiśmy krótko, ale jest w porządku – zauważa Jakub.
– To się okaże na planie. Z reżyserami różnie bywa.
Znów idą w milczeniu. Popołudniowe słońce przypieka każdy nie osłonięty fragment skóry, ale nie zwracają na to uwagi; oboje cieszą się z pięknej pogody, bo jeszcze kilka dni temu, w Warszawie, zastanawiali się, czy Stwórca nie postanowił udowodnić swego istnienia poprzez odkręcenie rezerwuaru z wodą w celu zatopienia grzesznego świata, zaczynając od kraju, który najbardziej nadwyrężył jego boskie nerwy.
– Nie denerwuj się, Miśku. Wszystko będzie dobrze. Ekipa na pewno jest zgrana i łatwo się dopasujecie – Jakub bierze ją za rękę.
– Zastanawiam się, co zrobić z resztą życia – Maria niespodziewanie zmienia temat.
– Teraz skup się na roli.
– Tak, ale co dalej? Jeśli teatr nie dostanie dotacji, będę grała w pieprzonych reklamach żarcia dla psów.
– Nie przesadzaj. Masz angaż w dwóch telenowelach.
– Teatr to teatr. A telenowele…
– Wiem, są poniżej twoich możliwości.
– Nie tylko o to chodzi. Przecież wiesz, z kim muszę pracować. Z amatorami, których jedyną zasługą jest to, że mają układy z producentem. Żeby chociaż byli pokorni. Ale ci idioci naprawdę myślą, że są genialni. A poza tym, ileż można grać w telenowelach? Za kilka lat będę robiła za matrony, a potem za chorowite babcie, które będą jeździły po planie na inwalidzkich wózkach. Koszmar. Może powinnam to rzucić? Tylko co, do cholery, mogłabym robić innego? Chyba nie mam pomysłu, jak się zestarzeć.
– Jak zwykle przesadzasz. Skup się na tym projekcie i nie myśl, co będzie jutro. Dostałaś świetną propozycję. Może to początek europejskiej kariery?
Maria uśmiecha się. Wie, że nie powinna narzekać: angaże w telenowelach pozwalają na finansowy komfort, zaś teatr, póki istnieje, zaspokaja jej ambicje. Propozycja zagrania we francuskiej produkcji u znanego reżysera umacnia jej pozycję. Tym bardziej, że nie załatwili tego po znajomości – została wypatrzona na jednym z międzynarodowych festiwali filmowych.
– Właściwie nie wiem, dlaczego mu się spodobałam. Film był poprawny, nawet dobry, ale przecież żadne to arcydzieło – mówi zamyślona.
– Ty byłaś świetna. Jak zwykle, zresztą.
Całuje Jakuba w policzek, śmieje się. Rozmowę przerywa dźwięk, który sygnalizuje nadejście SMS‑a. Maria wyjmuje telefon.
– Znów ten wiersz – szepcze zdziwiona. – Tym razem jest dłuższy. Posłuchaj:
Ramiona Jezusa to krzyż Lotaryngii I krew w tętnicy, i krew w żyle, I źródło łaski, i czysta fontanna Ramiona Szatana to krzyż Lotaryngii, Ta sama tętnica, i żyła ta sama, I krew ta sama, i mętna fontanna.
– Oddzwoń i spytaj o co chodzi – Jakub jest równie zdezorientowany jak ona.
– Spróbuję, choć poprzednio nie mogłam się połączyć – mówi i wybiera numer. Ale i tym razem abonent jest niedostępny.
– Musicie koniecznie spróbować kiełbasy z Arles – mówi Jean‑Pierre, nie odrywając wzroku od karty dań – To tutejsza spécialité de la maison[4]. Świetnie smakuje w omlecie z pomidorami i cebulą – zachęca Marię i Jakuba.
Siedzą na tarasie małej restauracji wciśniętej w zaciszny, urokliwy zaułek. Na ulicach jest niewielu przechodniów; pielgrzymi albo już wyjechali, albo zmęczeni upałem odpoczywają w przewiewnych wnętrzach cienistych kafeterii.
– Tylko nie kiełbasa! – protestuje Maria. – Jestem wegetarianką.
– To tak jak ja – Jeannette odrywa wzrok od menu, patrzy z uśmiechem na Marię; w jej spojrzeniu jest to ulotne „coś”, co łączy osoby o podobnych przekonaniach i sprawia, że obie strony, czując pokrewieństwo dusz, natychmiast wchodzą na inny, zgoła metafizyczny poziom porozumienia.
– Wegetarianka – Jean‑Pierre z dezaprobatą kręci głową. – Czy ty też jesteś z tej mafii? – spogląda na Jakuba.
– Jestem wszystkożerny.
– Jak każdy prawdziwy małpolud – kwituje Maria. Jeannette, a za nią pozostali wybuchają śmiechem.
– A więc jesteśmy z tej samej gliny – Jean‑Pierre demonstracyjnie oddycha z ulgą. – Skuś się na tę kiełbasę. Przygotowują ją z najlepszej wieprzowiny, wołowiny i koniny.
– Niekiedy dodają też mięso z osła – wtrąca Miguel. – Wtedy ma bardziej subtelny smak.
Maria jest oczarowana Miguelem: ciemnowłosy, o latynoskiej urodzie i wciąż wilgotnych, przesyconych erotycznym magnetyzmem oczach nie musi się zbytnio starać, by zwrócić uwagę kobiet. Trudno określić jego wiek: równie dobrze może mieć trzydzieści, jak i czterdzieści kilka lat. Jest powściągliwy, małomówny i waży słowa. Zwraca uwagę tym, że na wszystko patrzy uważnie i przenikliwie, jakby chciał zapamiętać każdą chwilę, spojrzenie, gest.
Może to dlatego, że jest kamerzystą? – zastanawia się Maria.
– Mięsożercom proponuję rybę po prowansalsku albo kiełbasę w omlecie – Jean‑Pierre odkłada kartę dań.
– My zjemy soupe au pistou[5] – decyduje Jeannette spoglądając na Marię. – Tutejsza specjalność. A na drugie proponuję…
– Na drugie tylko sałatka. Przytyłam ostatnio dwa kilo – protestuje Maria.
– Jesteś jak moja dziewczyna. Ona też wciąż się odchudza – odzywa się milczący dotychczas Patryk. I po chwili zaczyna opowiadać o cudownej diecie, która od kilku tygodni jest hitem Internetu.
Do tej pory Maria nie zwracała na niego większej uwagi, bo przez cały czas pochłonięty był czytaniem niemal co chwilę przychodzących SMS‑ów i odpisywaniem na nie. Sądziła, że jest jednym z tych outsiderów, którzy swe uczestnictwo w życiu towarzyskim ograniczają do roli obserwatorów, zaś SMS‑owa korespondencja jest dla nich idealną wymówką, by nie włączać się w rozmowę. Teraz jednak dochodzi do wniosku, że źle go oceniła; Patryk, z chwilą odłożenia telefonu, z milczka przeistacza się w gadułę.
– Zamów coś więcej, Miśku. Cały dzień nic nie jedliśmy – radzi Jakub, ale Maria przecząco kręci głową.
– Mówisz do niej „Miśku”? Diablo romantycznie – Jean‑Pierre śmieje się i spoglądając na Marię pyta: – Czy i ja mogę cię tak nazywać, mon nounours[6]?
Maria uśmiecha się, kiwa głową na znak, że nie ma nic przeciwko. Jednocześnie myśli, iż Jean‑Pierre jest zupełnie inny niż go sobie wyobrażała: w telewizyjnych wywiadach wydawał się poważny i zasadniczy. Tymczasem, przy bliższym poznaniu okazuje się wesoły, gadatliwy i ma w sobie ojcowskie ciepełko, które Maria tak lubi, a którego nie zaznała w dzieciństwie.
Na stole pojawiają się przystawki: półmisek serów, pasta z sardeli, oliwki, pieczywo, karafki z oliwą z dodatkiem ziół i dzbanki z bladoróżowym winem.
– Mnóstwo niczego – szepcze Maria w kierunku Jakuba. – Na tych półmiskach jest prawie sama sałata. I nać selera.
– Dbają, by goście zbytnio nie przytyli. Pewnie obawiają się procesów o odszkodowania – zauważa Jakub.
– Śniadania i kolacje na koszt wytwórni – zaznacza Jeannette.
– To mi się najbardziej podoba w tym kontrakcie – Patryk sięga po gorącą herbatę, którą zamówił zaraz po przyjściu.
– Jak możesz pić ten wrzątek? Na samo spojrzenie robi mi się gorąco – Maria krzywi się.
– To najlepszy sposób na upały – Patryk małymi łykami popija parujący napój.
– Tak mawiały nasze prababki – z miny Jakuba widać, że, podobnie jak inni, dość sceptycznie podchodzi do jego słów.
– I miały rację. Gdy w czasie upału pijesz zimny napój, organizm musi go ogrzać do temperatury trzydziestu sześciu stopni, spala więc nieco zapasów, co podnosi ciepłotę ciała. W rezultacie, już po chwili masz ochotę na kolejną porcję czegoś zimnego. I tak tworzy się błędne koło. Po drugie, pijąc gorącą ciecz wzmagasz wytwarzanie potu, a ten, parując z powierzchni skóry pozwala pozbyć się nadmiaru ciepła.
– Jesteś dietetykiem? – pyta Jakub.
– Fizykiem. Co prawda, moją specjalnością jest akustyka, ale coś niecoś pamiętam także z innych działów.
– Nie dyskutuję z autorytetem – Jakub śmieje się.
– Przekonał mnie – mówi Jeannette i dla wszystkich zamawia zieloną herbatę.
Jean‑Pierre nalewa wino, rozwodząc się o szczepie, z którego jest zrobione, o winnicy skąd pochodzi napitek i podkreśla doskonały rocznik. Maria słucha, ale nie jest w stanie zapamiętać tych wszystkich subtelności, tak oczywistych dla wielbicieli win. Patryk wiernie mu sekunduje – widać, że i on należy do grona koneserów.
Wznoszą toast za spotkanie, współpracę, powodzenie wspólnej produkcji.
Maria kosztuje wina – jest delikatne, lekko cierpkie i ma przyjemny, intensywny bukiet, który kojarzy się jej z jakimś kwiatem czy może owocem, jednak nie potrafi odgadnąć z czym. Jednego jest pewna: aromat ma niewiele wspólnego z winogronami.
– Ile osób docelowo będzie liczyć ekipa? – pyta Jakub. – Jesteśmy prawie w komplecie. Brakuje tylko profesora Tabarda, konsultanta historycznego – wyjaśnia Jeannette. – Miał być po południu.
– Pewnie utknął gdzieś po drodze – Patryk odrywa wzrok od smartfona. – Z Lyonu w kierunku Marsylii jest gigantyczny korek. Mówili w wiadomościach.
– A inni aktorzy? – Jakub skrapia kawałek bagietki oliwą i odgryza kęs.
– Jedyną aktorką jest Maria, reszta to statyści, którzy w odpowiednich momentach pojawią się na planie – odpowiada reżyser. – Poza tym, będą też osoby, z którymi przeprowadzę wywiady: naukowcy, księża, dziennikarze.
– A więc to nie film fabularny? – Maria z zaskoczeniem spogląda na reżysera.
– To fabularyzowany dokument – Jean‑Pierre wyławia z półmiska kawałek zielonego sera o zapachu gnijącej kapusty. I zajadając się nim, dodaje: – Masz bretoński akcent.
– Bingo! – Maria klaszcze w dłonie. – Moja matka była Bretonką.
– Lubię Bretonki. Mają temperament – Jean‑Pierre mruga do Marii z szelmowskim błyskiem w oku.
– To samo mówił mój ojciec. Zwykle wtedy, gdy kłócił się z matką.
– Urodziłaś się w Bretanii? – Jeannette z zaciekawieniem spogląda na Marię.
– W Polsce. Matka pochodziła z Nantes. W Paryżu studiowała antropologię kultury, interesowała się dziejami Żydów ze wschodniej Europy. Przyjechała do Polski prowadzić badania. Tam poznała ojca. Zamieszkali w Lublinie, to miasto na południowy‑wschód od Warszawy. Urodziłam się tam. Stare dzieje.
– To dlatego tak świetnie znasz francuski – wpada w słowo Jeannette. – Miguel też jest z mieszanego małżeństwa. Ojciec Francuz, matka Hiszpanka.
– Katalonka – uściśla Miguel. – Ojciec pochodził z Lotaryngii. Maria, nieco zaskoczona, spogląda na niego.
– Skoro o Lotaryngii mowa, kilka godzin temu dostałam SMS‑a z dziwnym wierszem. Czy to fragment scenariusza? – pytająco spogląda na reżysera.
– Nic ci nie wysyłałem, mon nounours.
Jeannette i Miguel także zaprzeczają.
– Ja też ci nic nie pisałem. Zbyt dużo czasu zajmuje mi korespondencja z moją dziewczyną – dodaje Patryk, który znów zajęty jest wystukiwaniem kolejnej wiadomości. – Kontroluje mnie i wciąż chce wiedzieć, co aktualnie robię.
– Jest zazdrosna jak wszystkie Francuzki – kwituje Miguel i nagle spogląda na Jeannette.
Maria zauważa, że oboje dłuższą chwilę patrzą na siebie, jakby chcieli coś sobie powiedzieć, jednak trudno jest wyczuć choćby cień intencji.
– Skoro nikt z was, to kto przysłał wiadomość? – Jakub jest zdezorientowany.
Odpowiedzią jest cisza.
– Co to za wiersz? – Jean‑Pierre spogląda na Marię. Ta wyjmuje telefon, odnajduje SMS‑a, czyta.
Znów zapada milczenie. Wszyscy pytająco spoglądają po sobie.
– Nigdy wcześniej go nie słyszałem – reżyser ze zdziwieniem marszczy brwi. – Niemniej, wiersz pasuje jak ulał do naszego filmu. Nie mam pojęcia, kto mógłby go przysłać. To dziwne. Bardzo dziwne – dorzuca po dłuższej chwili.
Maria zauważa w jego wzroku coś więcej niż zdumienie; wydaje jej się, że jest to trudna do nazwania ekscytacja wymieszana z obawą czy może nawet lękiem. Teraz dopiero uświadamia sobie, że SMS, który na początku wzbudził jedynie jej zdziwienie, teraz zaczyna ją niepokoić.
– Może to ktoś z waszej wytwórni? – drąży Jakub. – Niemożliwe – Jean‑Pierre energicznie zaprzecza. – Ten film jest moim autorskim projektem. Trzymam go w tajemnicy. Szczegóły zna tylko szefostwo wytwórni, a ściślej: dwóch właścicieli. To moi przyjaciele. Mam od nich carte blanche na całą realizację. Ufam im – wypija wino i natychmiast uzupełnia kieliszek.
– Może to profesor, który ma przyjechać? – zgaduje Maria. – Tabard? Wykluczone. To poważny naukowiec. Wysyłanie anonimowych wiadomości jest nie w jego stylu. Poza tym, nie zna twego numeru – bez cienia wahania odpowiada reżyser.
– Przedyktuj ten wiersz, może napisał go ktoś znany? Jeśli tak, z pewnością jest w necie – mówi Patryk.
– To dobry pomysł – dorzuca Miguel.
Maria wolno odczytuje wers za wersem. Gdy kończy, uzmysławia sobie, że umknęło jej, czym na planie zajmuje się Patryk. Pochyla się w kierunku Jeannette, pyta szeptem.
– To nasz dźwiękowiec – również szeptem odpowiada Jeannette. – Zna się na swej robocie jak mało kto. Pracowałam z nim.
– Czy macie znajomych we Francji? – Jean‑Pierre wciąż zdradza oznaki zaniepokojenia, a widząc, że Maria potakuje, dodaje: – Może to oni przysłali tę wiadomość?
– To niemożliwe. Nic im nie mówiliśmy o filmie. Cały wyjazd trzymaliśmy w tajemnicy. Tak było w umowie – zapewnia Jakub.
– Zresztą, nic nie wiemy o tym projekcie. Poza tym, że mam się wcielić w Marię Magdalenę – dorzuca Maria.
– Próbowałaś oddzwonić do nadawcy – w słowach Patryka jest tyleż samo pytania co twierdzenia.
– Parokrotnie, ale nie mogłam się z nim połączyć.
Jean‑Pierre marszczy czoło i popada w zamyślenie. Teraz widać wyraźnie, że jest nie tylko zaskoczony, ale wręcz zdenerwowany treścią SMS‑a i usiłuje znaleźć wyjaśnienie zagadkowej sytuacji.
– Bon Dieu[7], nic z tego nie rozumiem – Jeannette zaczyna wachlować się słomkowym kapeluszem, który dotychczas miała na głowie.
– A jednak ktoś go przysłał – Jakub nie daje za wygraną.
– Znalazłem! – z nutką triumfu obwieszcza Patryk. – Autorem wiersza jest Charles Péguy[8], poeta. Napisał go na krótko przed śmiercią. Zginął, walcząc w czasie Pierwszej Wojny Światowej.
– Rzadka śmierć, jak na poetę. Zwykle umierali na suchoty – zgryźliwie zauważa Jakub, czym wzbudza wesołość.
Jedynie reżyser pozostaje poważny.
– Nie znam tego nazwiska – przyznaje Maria. W jej głosie czuć zakłopotanie, wyraźnie boi się, czy nie zostanie wzięta za ignorantkę.
– Wiem, że był poetą, ale nie mam pojęcia co napisał – odpowiada Miguel.
– Świat jest pełen porządnych ludzi. Poznać ich można po tym, że świństwa robią bardzo nieudolnie. To jedna z jego myśli. Przyznacie, że pyszna – mówi Jean‑Pierre. – Peguy to prawdziwy filozof. Sporo pisał o Bogu. Pamiętam kilka jego wierszy, ale ten, który przeczytałaś, mon nounours, słyszę po raz pierwszy.
Mówi prawdę czy wkręca mnie w jakąś grę, jak to lubią robić reżyserzy? A jeśli tak, w jakim celu to robi? Dlaczego po raz drugi zapewnia, że nie zna tego wiersza? – zastanawia się Maria. Lecz zaraz, uważnie przyglądając się jego twarzy, odnosi wrażenie, że reżyser nie kłamie. Tak mówi intuicja, a ta zwykle jej nie myli. Jednak pytanie, kto wysłał wiadomość pozostaje bez odpowiedzi i to ją niepokoi. Jakieś niejasne przeczucie podpowiada jej, że za dziwnym wierszem kryje się coś więcej niż błahostka. Jednak zaraz jej myśli ulatują, a uwaga koncentruje się wokół stołu, bo w tym właśnie momencie kelnerzy zaczynają wnosić ciepłe potrawy. W jednej chwili powietrze wypełnia się aromatem smażonych mięs, duszonych warzyw, ziół i oliwy.
Wszyscy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożywiają się. Jedzą, chwalą umiejętności kucharza, próbują kolejnych win. Są tak pochłonięci biesiadą, że odnosi się wrażenie, iż na te krótkie dwa kwadranse reszta świata przestaje ich zajmować.
Gdy po ciepłych daniach pozostają jedynie mizerne resztki, kelnerzy wnoszą ciasteczka i owoce. A zaraz potem kolejne dzbanki wina.
– Może porozmawiamy o filmie? – proponuje w pewnej chwili Jakub.
– To dobry pomysł. Chciałabym wiedzieć coś więcej o projekcie – wtóruje Maria.
Jean‑Pierre zgodnie kiwa głową, po czym podnosi kieliszek do góry.
– Za Marię Magdalenę, gdziekolwiek teraz jest – mówi spoglądając na Marię z przewrotnym uśmiechem.
– Pijemy zdrowie świętej! – dorzuca Jeannette, jednocześnie wachlując się kapeluszem.
Maria, z nutką zazdrości spogląda na nową koleżankę, a raczej na jej niebanalny, wysmakowany ubiór: błękitna sukienka, buty w kolorze zgaszonej ultramaryny, seledynowoperłowa torebka i wstążka na kapeluszu idealnie pasująca do reszty wyglądają niezwykle malowniczo.
Będę musiała pomyszkować w tutejszych butikach – obiecuje sobie.
Wypijają toast, po czym spoglądają wyczekująco na reżysera. Ten rozsiada się wygodnie na krześle, zakłada nogę na nogę.
– Jak zapewne wiecie, Maria Magdalena była, według legendy, żoną Jezusa. Po jego ukrzyżowaniu prześladowano ją, podobnie jak innych apostołów. Jedno z podań mówi, że razem z przyjaciółmi uciekła z Jerozolimy, wsiadła na statek i przybyła do Prowansji. Tu znalazła schronienie, tu urodziła syna, którego ojcem był Jezus. Tutaj głosiła nauki czy, jakbyśmy dziś powiedzieli, ewangelizowała. Tu umarła.
Uważaj na mężczyznę, który będzie mówił o Jezusie Chrystusie – Maria przypomina sobie zdanie z karteczki, którą dostała w sklepie. Przez chwilę zastanawia się czy wiadomość nie była jednak do niej skierowana. Głośno zaś mówi: – To żadna rewelacja. Czytałam, że Magdalena była żoną Jezusa, choć nie ma na to dowodów.
– A jednak wielu Prowansalczyków święcie w to wierzy – mówi Jeannette.
– Jakiś czas temu wpadłem na trop zagadkowych informacji o Jezusie, Marii Magdalenie i apostołach. Po części potwierdzają one legendę. Jednak dostały się też w moje ręce zupełnie nieznane fakty, które pokazują ich dzieje w całkowicie nowym świetle. Niektóre są tak sensacyjne, że wydają się wręcz nieprawdopodobne. Nie przeczytacie o nich w żadnej książce. To prawdziwe rewelacje i, o ile mi wiadomo, zna je ledwie kilkunastu dostojników z Watykanu. A ci pilnie strzegą sekretu. To tajemnica tajemnic.
– Aż tak wielka ta tajemnica? – niedowierzająco pyta Maria.
– Większa niż myślisz. Jej ujawnienie wywróci całą chrześcijańską religię do góry nogami.
– Bon Dieu, nie wiem, w którą stronę zmierza scenariusz, ale mam nadzieję, że nie będzie zbyt obrazoburczy – Jeannette nie przestaje się wachlować. – W przeciwnym razie moja matka przeklnie mnie. Jest ultrakatoliczką. W dodatku wykłada teologię, ma tytuł doktora.
– Doktor teologii? A cóż to za choroba? – śmieje się Jakub. – Jako katoliczce powinno jej zależeć na ujawnieniu prawdy – zauważa Miguel.
– Teologom nie zależy na ujawnianiu prawdy, a jedynie na podtrzymaniu istniejącego systemu przekonań – mówi Jean‑Pierre.
– Nie mogę się doczekać tych rewelacji – Jeannette wyczekująco spogląda na reżysera.
– Też jestem ciekaw – wtrąca Patryk, który akurat kończy pisać kolejnego SMS‑a.
– Zaraz, zaraz… Nie chcecie chyba powiedzieć, że nie znacie, choćby w ogólnych zarysach, scenariusza? – Maria pytająco spogląda na Jeannette, Miguela, Patryka.
– Nie znają – spieszy z wyjaśnieniem Jean‑Pierre. – Powiedziałem im tylko, że będziemy pisać historię chrześcijaństwa na nowo.
– I to mnie zachęciło do udziału w projekcie – wtrąca Jeannette.
– Dopiero dziś zdradzę zamysł scenariusza. Zaś szczegóły poznacie w trakcie kręcenia kolejnych scen – mówi reżyser, a widząc, że Jeannette wyjmuje paczkę papierosów dodaje: – Poczęstujesz mnie?
– Wracasz do nałogu? – Jeannette śmieje się. – Wytrzymał zaledwie trzy dni – dodaje, kładąc pudełko na stole.
Jean‑Pierre sięga po papierosa, zaciąga się dymem; jego twarz odpręża się, pogodnieje.
Piszą, że nikotyna wywołuje raka, ale nie dodają, że może wywołać prawdziwy błogostan – myśli Maria i zaraz pyta:
– Na czym właściwie będzie polegać moja rola?
– Film będzie kompozycją najważniejszych wydarzeń z życia Marii Magdaleny po jej przybyciu do Prowansji. Pokażemy, jak jej łódź przybija do brzegu… Jak podróżuje… Jak prowadzi ewangelizację… Z drugiej strony widzowie zobaczą miejsca i zwyczaje związane z jej kultem, choćby takie jak dzisiejsza procesja.
– A ja, w zwiewnych szatach, będę się pojawiać jako leitmotiv – domyśla się Maria.
Jean‑Pierre kiwa głową.
– Będą też krótkie wywiady z ludźmi potwierdzające hipotezę, którą chcę udowodnić… I komentarze, które na bieżąco będzie robił profesor Tabard.
– Myślisz, że jestem do niej podobna? – Maria odrzuca włosy i z prowokującą kokieterią spogląda na reżysera.
– Może wkrótce będziemy mogli zobaczyć jak naprawdę wyglądała święta? – Jean‑Pierre robi tajemniczą minę.
– To nie takie trudne. Na podstawie czaszki można odtworzyć twarz w najdrobniejszych szczegółach – mówi Patryk.
– Wystarczy dobry program komputerowy. Mogę się tym zająć. Pod warunkiem, że proboszcz pozwoli obfotografować doczesne szczątki świętej…
– Nie o tym mówię – przerywa Jean‑Pierre.
– Więc o czym? – Miguel nalewa wino do kolejnych kieliszków.
– Marię Magdalenę widziano nie dalej niż pięćdziesiąt lat temu – reżyser łapczywie zaciąga się dymem.
– W to akurat wierzę. Skoro jest święta, to pewnie jest też nieśmiertelna – zauważa Maria. – Rozumiem, że masz na myśli cudowne objawienie? – dodaje, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu.
Jean‑Pierre udaje, że nie słyszy kpiny w jej głosie.
– Słyszeliście o chronowizorze? – pyta.
Wszyscy z zaciekawieniem spoglądają na niego.
– Chodzi o przyrząd do podpatrywania przeszłości? – zgaduje Patryk.
– A więc słyszałeś o nim? – w głosie reżysera daje się wyczuć zaskoczenie.
– Nie słyszałem. Po prostu wydedukowałem z nazwy.
– Chronowizor to trudne do pojęcia urządzenie, coś w rodzaju monitora czy może komputera, którym można podglądać przeszłość. Swego czasu szeroko rozpisywała się o nim prasa. Jego istnienie ujawnił słynny, nieżyjący już zakonnik, ojciec Alfredo Pellegrino Ernetti[9].
– Nie przypuszczałem, że będziesz grać w science fiction, Miśku – półgłosem mówi Jakub i uśmiecha się.
Pozostali nie wydają się rozbawieni, są raczej zaskoczeni i zaciekawieni.
– Więcej w tym science aniżeli fiction – Jean‑Pierre jest poważny i skupiony na tym, co mówi. – Ernetti był profesorem muzykologii i kierował jedyną na świecie, mieszczącą się w Wenecji katedrą prepolifonii, czyli muzyki antycznej. Zakonnik miał kilka osobliwych marzeń. W rozmowach z przyjaciółmi zwierzał się, że chciałby usłyszeć słynną operę „Thyestes”, którą skomponował niejaki Quintus Ennius Calaber[10], a której premiera odbyła się w 169 roku p.n.e. w Rzymie. Do naszych czasów zachowały się jedynie niewielkie fragmenty sztuki. Ernetti wpadł na szalony pomysł, by skonstruować urządzenie, dzięki któremu można by było podejrzeć przeszłość.
– To jakaś bzdura – mruczy Miguel.
– Wariat – kwituje Jeannette. – Ale przynajmniej z fantazją.
– Świat kręci się wyłącznie dzięki wariatom – zauważa Maria.
– W 1950 roku Ernetti zaczął przekonywać do swojego pomysłu słynnych fizyków i w ciągu kolejnych lat pozyskał do współpracy dwunastu naukowców z najwyższej półki.
