4,99 €
Zdaniem socjologów, rodzina to najważniejsza grupa społeczna, która jest podstawowym budulcem wszelkich społeczeństw. Temat rodziny pojawia się wszędzie, zarówno w social mediach, jak i w książkach. Któż nie zna arystokratycznej rodziny Łęckich z ,,Lalki” Bolesława Prusa, dworku Korczyńskich z ,,Nad Niemnem” czy Sopliców z ,,Pana Tadeusza”.Współczesna literatura również proponuje nam ciekawe ujęcia tematu rodziny. Do takich książek należy ,,Mój mąż drwal” Anny Radziejewskiej – niezwykły zbiorek obrazków z życia rodziny modeli 2+1, którą tworzą żona Kasia, tytułowy ,,mąż drwal” Darek oraz ich synek Leon. Autorka w sposób zabawny i unikatowy przedstawiła życie codzienne, oddała klimat kochającej rodziny, która doświadcza różnych sytuacji każdego dnia. Jest to jednak lektura skupiająca się na dobrych aspektach, przedstawiająca przede wszystkim niezwykłą więź, jaka łączy opisywaną rodzinę.Historyjki są autentyczne, napisane na podstawie własnych doświadczeń. Przeplatają je ciekawe suplementy, które stanowią głównie przepisy na domowe specjały. Jest to pozycja, którą można śmiało polecić każdemu, bowiem, jak mówi Anna Radziejewska: ,,Rodzina to jest siła, naprawdę”. Po przeczytaniu tej zabawnej książki nie sposób się z tym nie zgodzić.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2018
Anna Radziejewska „Mój mąż drwal”
Copyright © by Anna Radziejewska, 2018
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska
Korekta: Marianna Umerle
Korekta i redakcja: Dominika Urbanik
Projekt okładki: Robert Rumak
Skład: Wydawnictwo Psychoskok
Ilustracje na okładce: Malchev – Fotolia.com
ISBN: 978-83-8119-123-4
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Rodzina to jest siła. Naprawdę. To moc 1000 KM na osobę, fala tsunami, potęga nie do zatrzymania. I nie ma znaczenia, czy to model 2 + 1, 2 + 2, 2 + n, czy nawet 1 + 1. Rodzina to jest siła.
Tak jak „Trzech Muszkieterów”, „Trzy Świnki”, „Flip i Flap”, czy nawet „Pinky i Mózg”. Jeśli do jedynki dodasz cokolwiek, zaczynasz tworzyć podstawową komórkę społeczną. Stajesz się Rodziną. Zgadza się – Ty i Twój kot/kanarek/szczur to również Rodzina. Siła. Moc.
Jakieś dwadzieścia lat temu nie miałam tak odkrywczego spojrzenia na świat. Wygląda na to, że przychodzi ono z wiekiem albo przynosi je wiatr (orkan, czy inny halny). Najważniejsze, że w końcu przyszło, a cel – jak mówią – uświęca środki.
Kiedyś wydawało mi się, że Rodzina to prosta sprawa: mama, tata, jakiś dywan na ścianie, brat, siostra, kot, kawałek mieszkania. Dziadkowie. Ciocia Bogusia z wujkiem Felkiem (i ich pies). Tylko szwagier nie. Szwagier to nie Rodzina.
Najpierw wykruszył się tata – zmarł był, chociaż zawsze chciał udowodnić, że takie przyziemne rzeczy jak umieranie jego personalnie nie dotyczą. Że to dla słabych. Okazało się, że nawet wtedy Rodzina wciąż pozostała Rodziną. Że mama, dziecko (ja znaczy), ten dywan (już na podłodze, bo moda na naścienne przeminęła) oraz Ciocia Bogusia wciąż jakoś się trzymamy i wpisujemy się w moją dziecięcą definicję.
Z upływem lat zaczęli wykruszać się kolejni, na ich miejsce rodzili się nowi: kuzynowie i kuzynki, wujki, stryjki, stryjenki. Ze schronisk lub z ogródków działkowych przychodziły porzucone psy, potem one również odchodziły, w międzyczasie okazało się, że dobry sąsiad to też Rodzina, że pani w sklepie, która sprzedawała chleb na kromki też może być niezłą ciocią, a że jej córka częściej niż w swoim domu, bywała w moim – mogła z powodzeniem kandydować na przybraną siostrę.
Tym sposobem pierwotna wersja zagadnienia uległa sporym modyfikacjom. W latach, kiedy najbardziej otwierałam się na nowe poglądy i nurty, byłam skłonna bronić tezy, że „wszyscy Polacy – nie tylko mama i tata – to jedna Rodzina”[1], gdyby ktoś już nie ogłosił tego odkrycia przede mną. Na szczęście nie wyskoczyłam z niczym takim, bo nagle Polacy stali się Rodziną bardzo typową. Zaczęli kłócić się o politykę, o to, czyja mojszość jest najmojsiejsza i powaśnili się tak strasznie, jak wujek z ciocią przy Wigilii, odnośnie tego, kto ile dał w prezencie na Komunię, a kto od kogo nigdy niczego nie dostał. I dlaczego.
Na szczęście, mimo tych niuansów, otwarty umysł pozostał w mojej głowie.
I wtedy na horyzoncie pojawił się ktoś, kto zaważył na dalszych losach tej historii.
Mój mąż nazywa się Darek i z zawodu jest drwalem. Zetknięcie naszych czarnych humorów oraz intelektów (ha ha) nastąpiło oczywiście w lesie, kiedy to – zmęczeni wędrówką – usiedliśmy na popas na zwalonym pniu. Darek wyjął bułkę (miał ich cały plecak) i piwo (wypełniało luźne, niezajęte przez bułki, przestrzenie).
– Chcesz coś zjeść? – spytał, nie odrywając wzroku od pieczywa, próbując je przekroić małym scyzorykiem.
Już miałam odpowiedzieć, kiedy pokręcił głową, złożył scyzoryk, sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej kosę wielkości małej maczety. Przyjrzał się jej z aprobatą i w parę sekund pokroił nie jedną, a pięć bułek.
– Chcesz?
Szczerze? Nie chciałam. W momencie, kiedy maczeta opuściła jego kieszeń, zdałam sobie sprawę, że jestem sama w lesie (reszta grupy, z którą przyjechaliśmy, gdzieś się rozpełzła) z obcym, wielkim, łysym facetem, który ma przy sobie więcej ostrych narzędzi, niż włosów na głowie (to na pewno). Z odrętwienia wyrwała mnie bułka lądująca w mojej dłoni, kusząco pachnąca wypiekiem najwyższej klasy.
Możesz wierzyć albo nie, ale był to najlepszy posiłek, jaki kiedykolwiek jadłam. Chociaż możliwe, że to nie dzięki bułkom, a uldze, jaką odczułam, kiedy okazało się, że Darek nie jest (prawdopodobnie) psychopatą i że moje życie nie zakończy się po cichutku miedzy drzewami, krzewami i kamieniami, wśród ptasich chórów, gdzieś na zapomnianej przez Boga i ludzi polanie w Górach Stołowych.
Jeśli wydaje Ci się, że historia tej jednej znajomości jest w tym miejscu zbędna, tym bardziej, że nie należy do szczególnie romantycznych, a przecież powinna – nic bardziej mylnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jakie Darek na priorytety. Chociaż mogłam się domyślić. Teraz już wiem.
Dla Darka ważne jest jedzenie. I dobry nóż, żeby je przyrządzić. No dobra: i piwo. W górach i na polanie ważne jest też piwo.
*
Każdą wolną chwilę pożytkowaliśmy w sposób, który oboje – jak się okazało – lubimy najbardziej. Nie, nie jest to nic zdrożnego. Po prostu chodziliśmy ze sobą. Do lasu. Do sadu. Na ognisko. Jedliśmy kiełbasę i piliśmy wódkę. Przerzucaliśmy się dowcipami określonymi później jako „czarny humor półsierot”, poglądami, wizjami naprawy świata oraz cytatami z piosenek Starego Dobrego Małżeństwa. Nie była nam straszna żadna pogoda ani pora roku. Każdy dzień był piękny i słoneczny, nawet jeśli lało i wiało. Uwierz mi, że jeśli masz w sercu maj, a w plecaku folię NRC, nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych.
Na jednej z wcześniej wspomnianych folii znaleźliśmy ciekawą adnotację. Pisownia oryginalna:
„Pratical, nie nieporęczny, dźwięk pochłaniający materiał, miękki i resistant. Konieczny w górach, życie obozowe, chodzący na wycieczki i w wypadku nieszczęśliwego wypadku. Reużywalny, to łatwo może być owczarnia plecy.
UŻYCIA: Jaskrawy strona wewnątrz: Utrzymuje suchy i izoluje od chłodu. W wypadku nieszczęśliwego wypadku to może nakrywać obrażonego człowieka i utrzymuje jego ciało temperatura. Jaskrawy strona zewnątrz: izoluje od upału, reverberates upał radiacja i utrzymuje powietrze nowy w namiotach, caravans albo samochody…
INGENIOUS: Jaskrawy strona wewnątrz: utrzymuje płyny i żywność gorący. Jaskrawy strona poza: utrzymuje napoje chłód.
UTRZYMANIE: To może być zmywane z soapy woda. Rinze to poza. Suszą to płaskie.
NIE UŻYWAJĄ NA BURZLIWY POGODA”.
Na burzliwy nie używaliśmy. Ale na wszystkie inne tak. Polecam.
Podczas naszych licznych wędrówek, a także wtedy, gdy spędzaliśmy z Darkiem czas w miejscach ograniczonych ścianami i dachem, czułam, że już jesteśmy Rodziną. Wówczas nie zastanawiałam się, czy ten stan będzie trwał parę lat, czy może do „grobowej deski”, ale miałam pewność, że oto stworzyliśmy podstawową komórkę społeczną. Że właśnie staliśmy się czymś o mocy 1000 KM i o sile fali tsunami.
I tak było w rzeczywistości. Zwłaszcza, kiedy okazało się, że dołączy do nas ktoś jeszcze.
*
– Darek, ja chyba jestem w ciąży – oznajmiłam nagle podczas jednego ze spacerów po naszym mieście.
Darek nie zareagował w żaden znaczący sposób, a przynajmniej ja niczego takiego nie zauważyłam. Szliśmy więc powoli dalej, trzymając się za ręce. Wierzyłam, że trawi tę wiadomość. Trwało to jednak zdecydowanie zbyt długo, dłużej nawet niż zjedzenie półkrwistego steku, który spałaszował w kilka minut na śniadanie, w zestawie z trzema sadzonymi jajkami.
– Darek, słyszysz co do ciebie mówię? – zapytałam teatralnym szeptem, czując jak rośnie mi ciśnienie i poziom irytacji.
On jednak wciąż milczał jak zaklęty. Wiedziona pierwotnym instynktem dźgnęłam go dotkliwie między żebra (a konkretnie w miejsce, gdzie wydawało mi się, że facet powinien mieć żebra), co poskutkowało wydaniem przez Darka dźwięku.
Odgłos ten nie przypominał żadnego, jaki znałam do tej pory – łączył ze sobą westchnięcie, kwiknięcie i czknięcie, wszystko jakby wyrzucone z płuc po uprzednim porządnym zachłyśnięciu się helem.
Dopiero wtedy Darek zaczął wyglądać jak człowiek, do którego coś zaczyna docierać. I wreszcie zrobił to, na co tak bardzo czekałam. Odezwał się.
– Kasia, patrz, jakie piękne dzwonki tybetańskie!
* *
Moja ciąża była okresem wspaniale wspominanym przez Darka. Chociaż to teoretycznie ja powinnam mieć ochotę na dziwne potrawy, tendencję tę bardziej przejawiał mój mąż. Najbardziej kusiła go tortilla (im pikantniejsza, tym smaczniejsza). Chociaż z tym walczył – zawsze przegrywał. A może tak naprawdę nigdy nie walczył zbyt mocno.
Jedliśmy dużo. Ku radości Darka zaczęłam przyswajać śniadania. W końcu ciąża to dobry czas, aby zacząć o siebie dbać, a przecież śniadanie to podstawa, najważniejszy posiłek w ciągu dnia (według mojego męża to twierdzenie ma zastosowanie w przypadku wszystkich posiłków).
Darek, jeśli akurat był w domu, a nie w lesie, za każdym razem zaskakiwał mnie pomysłowością w kwestii kulinarnego rozpoczęcia dnia.
Jadałam na ciepło i na zimno. W wersjach ze „schodzeniem do jadalni” oraz „podano do łóżka”. Na słodko, na słono i (o zgrozo!) pikantnie. Porcje były potrójne (Darek uparł się, że jeśli będą bliźniaki, jedno i drugie musi być odpowiednio odżywione), chociaż zazwyczaj śniadania kończyły się tak, że większość tego, co było na talerzu zjadał mój mąż.
Po latach wydaje mi się, że taki zamysł przyświecał mu od początku – zjeść to, czego nie zjadła Kaśka. A potem dokładkę. A potem jeszcze jedną.
* * *
Pewnego dnia odwiedzili nas znajomi Darka. Impreza trochę się przeciągnęła, panowie (bo tylko ta płeć występowała u imprezowiczów) witali w swoim towarzystwie zarówno zachód, jak i wschód słońca. Ja poszłam spać wcześniej, jako że nasz przyszły potomek sprawiał, że każda pora wydawała mi się ku temu idealna.
Nie wiem, czy wschód słońca wywarł na naszych gościach wrażenie, czy też nie, wiem natomiast, że na mnie ogromne wrażenie zrobił stan salonu, w którym panowie rezydowali zeszłego wieczoru.
Wszędzie, dosłownie WSZĘDZIE leżały opakowania po chipsach. Na podłodze, wśród włosia dywanu shaggy mieszkały pojedyncze chmurki popcornu wyglądające, na brązowym tle, jak perełki. Albo jak treść żołądkowa wydalona (przez kota) otworem gębowym. Pod oknem musztrował się batalion pustych butelek po piwie. Stały równo jak na apelu. Na fotelach natomiast zalegały ciała.
Przy bliższym rozpoznaniu nie znalazłam wśród ludzkich zwłok żadnych elementów należących do Darka. Kiedy przeczesywałam przestrzenie za fotelami i kanapą w poszukiwaniu zaginionego ukochanego, zguba pojawiła się w salonie. Całkiem żywa.
– Kasia! Wstałaś!
Gdybyś zobaczył tę radość na jego twarzy! Właśnie w takich momentach w brzuchu delikatnie fruwały mi motyle[2], które – gdyby miały usta i struny głosowe – śpiewałyby zapewne jakiś szlagier, zawierający same zwroty typu „I love you, baby, na, na, na” i „my sweet darling, my love, close your eyes, touch your fingers”.
– Dzień dobry, mężu – odpowiedziałam.
Darek objął mnie w pasie, całując jednocześnie w czubek nosa. Odsunęłam się gwałtownie.
– Śmierdzisz wódką.
– Wódką? – oburzył się. – Niemożliwe, skoro piłem tylko piwo. – Darek bronił się z uporem godnym dużo większej sprawy. – Piłem piwo i jadłem.
– W to akurat nie wątpię – powiedziałam z uśmiechem, wskazując szerokim gestem pokój, okno i dywan shaggy.
Darek posmutniał.
– Nie chciałem, żebyś to zastała. Właśnie przyszedłem posprzątać.
– Kochanie, takie rzeczy mnie nie ruszają. Wkrótce nasz dom zamieni się w ocean grzechotek, mat edukacyjnych i piszcząco-szeleszczących książeczek. Czas się przyzwyczaić.
– Masz rację. To ja trochę potrenuję sprzątanie. I obudzę chłopaków.
Skierował się w stronę (ciała) kolegi, który właśnie przesączał kącikiem ust nadmiar śliny. Po dokładnym obejrzeniu nieboszczyka, złapał go za rękę i pociągnął. Ten jednak był niezmiennie martwy.
– Wstawać, darmozjady, jedzenie będzie! – krzyknął, sprowadzając na moment, prosto z objęć pijanego Morfeusza, półżywe stworzenia zalegające w salonie. Chwilę później podszedł do mnie, delikatnie przytrzymując moją dłoń:
– Śniadanie podane, madame.
Rzecz miała miejsce w niedzielę, a tak jakoś się utarło, że w niedzielę na (pierwszy) posiłek Darek zawsze jada jajecznicę. Tak naprawdę jest ona tylko bazą, a do jajek i masła dołącza cały sztab innych składników. Efektem tego kolorowego korowodu zazwyczaj jest pusta lodówka.
Nie wyobrażasz sobie nawet, z czego można zrobić jajecznicę. Nie wyobrażasz też sobie, ile jaj może się w niej znaleźć, zwłaszcza, jeśli ma się do niej przysiąść, poza Darkiem, jeszcze dwóch facetów, również ze Służby Leśnej.
Jajecznica pachniała wybornie. Na potrzeby (ilościowe) gości została wykonana w woku, a nie na żeliwnej patelni, jak zwykle. Jednak w żaden sposób nie straciła na jakości. Smakowała jeszcze lepiej niż pachniała.
Panowie jedząc, milczeli, uznałam więc, że wszystkie interesujące tematy podjęli dzień (noc) wcześniej. Druga opcja była taka, że to, co ewentualnie mogliby powiedzieć, nie nadawało się dla moich uszu, albo – jak zapewne słusznie stwierdzili – w ogóle nie chciałabym tego usłyszeć. Ani dzisiaj, ani nigdy. A już na pewno nie przy śniadaniu. Raz na jakiś czas ciszę przerywały tylko czknięcia i ziewnięcia moich współtowarzyszy.
Wtedy zobaczyłam twarz Darka. Siedział z uniesionym widelcem i gapił się na mnie wzrokiem nieskalanym myśleniem, z bezbrzeżnym zachwytem na twarzy.
– Daruś, skarbie, jedz – próbowałam wyrwać go z letargu.
On jednak uśmiechnął się szerzej. Między górną jedynką i dwójką miał kawałek szczypiorku.
– Kochanie, czy mam coś na twarzy? – przebiegło mi przez głowę, bo skoro on ma szczypiorek, może ja…
– Nie, Kasiu – odpowiedział. – Po prostu pięknie wyglądasz przy tym talerzu.
Jajecznica drwala (porcja dla trzech leśników i jednej kobiety ciężarnej, rekomendowana na kaca oraz dla osób bez problemów z cholesterolem).
Aby przygotować „jajecznicę drwala”, a dokładniej: aby sporządzić listę zakupów potrzebnych do przyrządzenia tego posiłku, polecam mieć na podorędziu nie tyle kartkę i długopis, co rolkę papieru toaletowego. I długopis. I zapasowy wkład.
Poniżej składniki:
• 6 piw (dla każdego śniadającego po trzy, ciężarna pije kawę rozpuszczalną lub inkę),
• 17 jaj (dla panów po pięć, dla ciężarnej dwa),
• (opcjonalnie) jeszcze po jednym piwie dla każdego, poza ciężarną. Dobry klin nie jest zły,
• 30 dag boczku,
• 0,5 kg cebuli (ma dużo witamin, poza tym działa odkażająco i przeciwbólowo. Darek jak mówi to wie. Kiedyś, gdy pod pachą użądliła go pszczoła, przez parę godzin trzymał tam plasterki cebuli. Przeszło. O wrażenia zapachowe nie pytaj),
• 4 pomidory,
• 3 papryki,
• pół główki czosnku (tylko nie chińskiego, Darek mówi, że to nie przystoi białym ludziom),
• 0,5 kg kiełbasy (najlepiej tej od teściowej),
• masło (na wypadek, gdyby boczek był za mało tłusty),
• szczypiorek (im więcej tym lepiej),
• przyprawy – sól, pieprz, majeranek, suszona papryka (najlepiej wędzona – teściowa wie, gdzie kupić),
• chleb (cały, bo można ukroić grubsze kromki).
Mój mąż wraca zazwyczaj obciążony dodatkowo woreczkiem serc drobiowych dla naszych kotów, ale uznałam, że serca nie mają wpływu na smak jajecznicy drwala. Chociaż… może mają? Na wszelki wypadek kup, jeśli nie masz zwierząt, nakarm te, które błąkają się po Twojej okolicy. Karma[3] wraca!
Wykonanie takiej królewskiej potrawy to, jak mówi Darek, chwila–moment. Wymaga ona jednak pewnej zręczności oraz zastosowania Supply Chain. Mimo że Darek nie ma wykształcenia logistycznego, radzi sobie śpiewająco. Pewnie nauczył się tego w lesie. Jak wszystkiego, co przydatne.
Przygotowanie zacznij od wyjęcia dużej ilości miseczek i pojemników. Będziemy dbać o porządek w kuchni i na stole – wszystko musi mieć swoje miejsce.
Wstaw wodę. Podczas gdy się gotuje, za pomocą noża naznacz krzyżem pomidory, od góry i od dołu. Następnie umieść je w jednym z pojemników i zalej wrzątkiem. Po paru minutach skórka powinna zacząć łatwo odchodzić (life hack).
Wszystkie składniki pokrój w kostkę, zacznij od boczku, gdyż ten musi się wytapiać i podsmażać. Rzuć go na rozgrzaną patelnie, niech się dzieje. Uważaj, żeby się nie sfajczył, może trochę przykręć „ogień”, bo przed Tobą sporo krojenia. W tym czasie szybko zamieniaj w sześcianiki pozostałe elementy w kolejności: czosnek, cebula, oskórowane pomidory, papryka, kiełbasa. Bądź jak Darek – wszystko wrzucaj do osobnych miseczek!
Posiekaj szczypiorek.
Przygotuj jajka. To dość ważne, gdyż wbijanie 17 jaj po kolei na pewno skończyłoby się przyrządzeniem piętrowego jaja sadzonego. Wbij je wszystkie do wysokiego naczynia, uważaj, żeby nie przemycić skorupek. Chyba że nie lubisz swoich kumpli. Albo swojej ciężarnej. Albo nie uważaj, w końcu to Twoja jajecznica.
Jeśli skończyłeś z powyższym, boczek się nie spalił, a Ty masz te (opcjonalne) dodatkowe piwa – możesz się napić. Good job!
W zależności od ilości tłuszczu na patelni, możesz dodać trochę masła.
Wysyp zawartość poszczególnych miseczek na rozgrzany tłuszcz, zaczynając od cebuli i pomidorów, następnie dodaj czosnek, cebulę, paprykę i przyprawy. Soli „na smak”, jakieś dwie płaskie łyżeczki, reszta według uznania. Ciężarnym nie poleca się podawania zbyt pikantnych potraw. Ale co człowiek to opinia. Na koniec dodaj jajka.
Delikatnie mieszaj, im większą masz patelnię, tym bardziej brawo Ty. Proces mieszania trwa dopóty, dopóki wszystkie składniki nie zaczną ze sobą wchodzić w komitywę i przypominać różnokolorowej brei. Jeśli lubisz jajecznicę w wersji „luźnej” – skończ z mieszaniem szybciej. Jeśli wolisz „zbitą”, mieszaj, mieszaj, podkręć (w sobie) „ogień”, mieszaj. Niech się ścina!
Gdy jesteś zadowolony z konsystencji, zdejmij patelnię z kuchenki (jeśli jesteś drwalem – nie masz z tym problemów, w końcu masz biceps i triceps. Jeśli wykonujesz inny zawód, dobrze jest poprosić o pomoc).
Rozdziel zawartość woka na cztery części, trzy wyłóż na talerz, a ciężarnej podaj potrawę wraz z patelnią (bo taką lubi najbardziej).
