6,49 €
„Morderstwo w pensjonacie” Poli Andrus to doskonały kryminał na poprawę humoru. Zaginione miliony, niespodziewane zbiegi okoliczności, tajemnice przeszłości i jak to w tych gatunkach literackich bywa – morderstwo.Pogodna jesień na Pomorzu. Do pensjonatu prowadzonego przez energiczną Alicję Figiel przybywają goście. Zaprasza ich tam Oskar Miler, wybraniec Fortuny. Niedawno wygrał miliony na loterii i teraz zamierza zmienić swoje życie. Ale po burzliwej nocy Oskara nie ma już wśród żywych. Była żona Lidia, obecna kochanka Lola, przyjaciel Janusz, podwładni Adrian i Łucja tworzą zamknięty krąg podejrzanych. Niespodziewanie, niczym nieproszony gość do pensjonatu przybywa atrakcyjny mężczyzna, Feliks. Czy to on jest mordercą? Inspektor Biegun, rozgadany i nadpobudliwy, nie wie jeszcze, że nie skończy się na jednej zbrodni… Alicja podejmuje trud samodzielnego śledztwa, lecz i jej życie zaczyna być w niebezpieczeństwie…
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2017
Pola Andrus „Morderstwo w pensjonacie”
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016 Copyright © by Pola Andrus, 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Wydawnictwo Psychoskok
Projekt okładki: Pola Andrus, Wydawnictwo Psychoskok
Autor zrezygnował z korekty profesjonalnej wydawnictwa
ISBN: 978-83-7900-543-7
Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:[email protected]
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Oskara Milera, od razu wiedziałam, że będą znim kłopoty.
Po pierwsze inajważniejsze, był facetem.
Po drugie, był niesympatyczny.
Po trzecie, wepchnął się przede mną do kolejki do kasy, zupełnie jakbym była niewidzialna. Atrudno nie zauważyć osoby mojej postury. Mierzę prawie metr osiemdziesiąt centymetrów inoszę oryginalne, artystyczne stroje. Tego akurat dnia miałam na sobie moje najnowsze wdzianko wkolorowe kwiaty. Takich barw zpewnością nie stworzyłaby natura. Ba, gdyby natura zobaczyła te odcienie oranżu ifioletu, schowałaby się ze wstydu do ciemnego obrazu jednego ztych malarzy, co nigdy nie używali niczego poza czernią iszarością. Czasem całkiem poważnie sądziłam, że nie stać ich było na paletę farb istąd ograniczenia wkolorach.
W każdym razie ludzie na mój widok mrużyli oczy, jakbyporaził ich tajemny blask. Nic dziwnego. Wygrzebane wciucholandzie wdzianko uzupełniłam żółtymi spodniami, ana głowie miałam nową fryzurę. Zdaleka przypominała stożek zakończony ostrym czubkiem, co jeszcze dodawało mi wzrostu. Miałam samopoczucie dobrze ubranej kobiety, kobiety, która dopiero co wyszła od fryzjera.
Ten facet nie miał żadnego prawa do psucia mi nastroju.
Niewysoki, niższy ode mnie, ubrany był wciemny garnitur, jaki zwykle noszą przedsiębiorcy pogrzebowi. Najpierw potrącił mnie podczas przymierzania butów. Usiadłam ciężko posapując na zwolnionym właśnie taborecie, gdy ten znienacka nadepnął mi na haluks. Spojrzałam na niego znaganą, ale nie zareagował.
Trudno.
Wróciłam do rozważania, dlaczego wkażdym obuwniczym sklepie zawsze jest pełno butów wniestosownych rozmiarach. Półki wręcz uginają się pod ciężarem par oznaczonych cyframi trzydzieści siedem, trzydzieści osiem, natomiast dla normalnie zbudowanych kobiet obuwia brak. Moja prawa stopa prócz haluksa ma rozmiar czterdzieści trzy. Lewa zwykle miała czterdzieści dwa, ale ostatnio coś się zmieniło. Jakby urosła. Dziwne, bo niemal dorównała tej zhaluksem. Zaniepokoiło mnie to. Jeśli przez pięćdziesiąt lat stopy różnią się rozmiarem, to powinno tak być aż do samej śmierci. Niestety, mój rodzinny doktor zupełnie zlekceważył ten problem.
Zbadał mnie, nie powiem. Sprawdził ciśnienie, zrobił ekg, nawet zlecił badania krwi. Nie, żebym zbytnio przejmowała się swoim zdrowiem. Jednak lubię wiedzieć, co się dzieje. Samotna kobieta musi sama osiebie dbać. Zresztą pozostałe też muszą same dbać osiebie.
Malik pracuje unas dopiero kilka lat, ima sporo zalet, prócz oczywistej wady, że jest mężczyzną. Ale na to pewnie nie mógł nic poradzić.
Pokazałam mu stopy aon je uważnie obejrzał, zerknął na moje dłonie, apotem na uszy.
- Nic nie wskazuje na akromegalię – stwierdził gryząc wargę, zupełnie jakby coś go bawiło. Dziwny człowiek. – Ale zrobimy badania. Dawno pani nie widziałem. Dalej pani wiosłuje?
Zignorowałam pytanie.
- Co to ta akromegalo…? – zaniepokoiłam się.
- Odpowiednik nadmiaru hormonu wzrostu udorosłych. Udzieci zaburzenie to powoduje gigantyzm, aw średnim… to jest późniejszym wieku, po okresie dojrzewania, powiększenie dłoni, stóp, obwodu głowy. Głównie twarzoczaszki – czoło, nos, żuchwa. Takie rzeczy. Pacjenci dawniej skarżyli się, że ich kapelusze robią się za ciasne.
- Uszu też? - spytałam zprzerażeniem, wyobrażając sobie siebie wcharakterze potwora oguzowatym czole ze słoniowatymi małżowinami, sterczącymi po obu stronach przerośniętej głowy.
- Uszy rosną powoli, ale przez całe życie. Proszę kiedyś porównać fotografie kogoś zmłodości istarości. To normalny objaw, że są większe. Stopy też się powiększają. Zapewne tuż po studiach nosiła pani mniejszy rozmiar buta. Ale ja nie podejrzewam upani zaburzeń hormonalnych. Zmiany zawsze dotyczą obu kończyn, apani ma problem tylko zjedną stopą.
„Gadaj zdrów” – pomyślałam sobie. Wkońcu to nie on będzie wyglądał jak uszatek. Wdomu powyciągałam stare albumy ze zdjęciami rodziców. Malik miał rację. Ojciec pod koniec życia, świeć, Panie nad jego duszą, miał dwukrotnie większe uszy niż wdniu ślubu. Dziwne, bo na starość musiał używać aparatu słuchowego. Widać rozmiar nie miał nic wspólnego zjakością. Nagle przyszła mi do głowy straszna myśl – amoże ion cierpiał na ten gigantyzm uszny? Ija to odziedziczyłam? Zwrażenia zadzwoniłam do przychodni, ale rejestratorka odmówiła podania mi domowego telefonu Malika. Musiałam się sama uspokoić iwszystkie koty zokolicy przyszły pod moje drzwi, gdy wylałam resztki waleriany na trawę.
Tydzień później znów stałam pod gabinetem Malika, spocona zwrażenia. Doktor zlecił mi badanie dna oka, co według mnie nie miało żadnego sensu. Może myślał, że źle oceniam rozmiar swojej stopy. Okulista nie był rozmowny. Krzyknął tylko „norma, norma” ijuż byłam poza drzwiami, otoczona przez rozwścieczony tłum pacjentów. Wręku ściskałam papierowy wydruk – moje osobiste wyniki. Krwi ioka. WPoradni Rodzinnej pokazałam je Malikowi.
- Wszystko wporządku, jak zresztą przypuszczałem – stwierdził, pobieżnie zerkając wcyfry ilitery. Nie wiem, jakim cudem mógł to ocenić, patrząc przez milisekundę. Niektórzy to mają tupet. Siedziałam cicho, zastanawiając się, co dalej. Wreszcie doktor przerwał ciszę.
- Ma pani mnóstwo energii, pani Figiel. Starczyłoby dla kilku osób. Nie zastanawiała się pani nad - zawiesił głos – jakąś działalnością społeczną?
Akurat. Tu cię mam. Nie mam najmniejszej ochoty na nieustanne poganianie mnie przez Bogdankową, która wodzi rej wRadzie Parafialnej wpobliskim Pustkowiu. Unas, wNowym Lasku, też istnieje coś takiego, ale Bogdankowa itu nieraz przyjeżdża. Straszna baba. Okropnie się szarogęsi, jakby pozjadała wszystkie rozumy. Nikt nie będzie mnie namawiał do żadnej działalności. Ibez tego mam dość zajęć. Muszę utrzymać swój mały domek, nakarmić koty, odwiedzać mamę, chodzić zkijkami, wiosłować po jeziorze, no igotować, sprzątać, robić zakupy. Itak dalej.
To co wymieniłam, to codzienne „przyjemności”. Dochodzą jeszcze do tego obowiązki związane ztym, że jestem na zasiłku przedemerytalnym. Po dwudziestu pięciu latach nauczania rosyjskiego uczelnia pożegnała się ze mną, wręczając mi wypowiedzenie ikwiatek wdoniczce. Kwiatek omało nie wylądował na głowie rektora, myszowatego faceta wwymiętej marynarce. Uratowała go sekretarka, typ wyzywającej blondyny.
Ale to było rok temu; od tamtej pory mam nieustanne problemy finansowe. Domek jest na szczęście mój, ale wciąż brakuje mi na codzienne potrzeby.
Od czerwca mam dodatkową pracę. Jest to typowa praca na czarno, dobra dla niewolników - wyrobników, ale nie zwykłam wybrzydzać. Wkońcu nie miałam innych propozycji.
