4,49 €
Akcja powieści Jakuba Przymęckiego "Na kolanach" rozgrywa się w czasach współczesnych w Stanach Zjednoczonych. Na obrzeżach jednej z wielkomiejskich, betonowych dżungli, dochodzi do serii okrutnych morderstw, których ofiarami są przedstawiciele społeczności muzułmańskiej. Głównych bohaterów – doświadczonego i zmęczonego swoją pracą detektywa z wydziału zabójstw, Larry’ego Robbena oraz jego młodszego partnera – Justina Nelsona – poznajemy w chwili, gdy otrzymują sprawę krwawej zbrodni popełnionej w lesie za miastem. Dla rozpoczynającego dopiero służbę Nelsona będzie to pierwsze prawdziwe dochodzenie.. Wszystkie, celowo pozostawione na miejscach zbrodni ślady, wskazują na fanatyka religijnego. Dwójka detektywów prowadzi dochodzenie, w które przypadkiem angażuje się także prezenterka telewizyjna, Lisa Graham. Autor wprowadza nas w mroczny kryminał, odważną tematykę oraz pełne zwrotów akcje i fałszywe, prowadzące donikąd tropy. Fabuła zwieńczona jest zaskakującym zakończeniem.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2014
Jakub Przymęcki "Na kolanach"
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2014 Copyright © by Jakub Przymęcki, 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Paulina Orzechowska, Wydawnictwo Psychoskok Korekta: Paulina Jóźwiak, Magdalena Machała
ISBN: 978-83-7900-242-9
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin
Nie oglądał świata od przynajmniej kilku godzin i prawdopodobnie to, że nie mógł na siebie popatrzeć i zobaczyć w jakim znajduje się stanie, uchroniło go przed całkowitym szaleństwem.
Siedział z zawiązanymi oczami na tylnym siedzeniu jakiegoś starego rzęcha, którego nieświeżym odorem nasiąknął już po cebulki włosów i modlił się. Z oczywistych powodów nie mógł uklęknąć, ale zrobiłby to, padłby na kolana twarzą do ziemi, gdyby tylko był do tego zdolny. I chociaż wiedział, że już wszystko skończone, że już nic go nie uratuje, modlił się dalej, bo przecież nic innego mu nie pozostało.
Na przyklejonej do jego śniadej piersi ciemnozielonej, rozpiętej pod szyją koszuli, brązowiały już plamy krwi, a on sam, w całkowitym milczeniu podskakiwał na wybojach stukając od czasu do czasu głową w sufit samochodu. Ręce, skrępowane za plecami chudym, ostrym sznurem, który wrzynał się w ciało – zdawać by się mogło, aż po kości – płonęły żywym ogniem, podobnie jak jego bose stopy, obwiązane w kostkach tyle razy, że już dawno stracił czucie w palcach. Miał wrażenie, że krew przestała do nich dopływać całe wieki temu.
Dzień, w którym to nastąpiło; początkowo typowy, zupełnie nie różniący się od innych poniedziałek, był upalny i tak samo jak pozostałe – cholernie duszny. Teraz jednak miał wrażenie, że znajduje się w prawdziwej saunie. Oddechy osób siedzących z przodu samochodu, najpewniej dwóch, choć pomiędzy nimi nie odbywała się żadna konwersacja, zupełnie jakby kierowca jechał sam, były ciężkie i chrapliwe. Silnie wydmuchiwane z ich nozdrzy powietrze dawało się usłyszeć nawet na miejscu przeznaczonym dla tylnego pasażera, a spocone, niewątpliwie odwodnione ciała wydzielały nieprzyjemny odór. Mieszankę gorzkiego potu i zbutwiałej tapicerki przerywał jedynie zapach dymu papierosowego, który pojawiał się i znikał w cyklicznych odstępach czasu, zostawiając delikatny osad na jego nozdrzach. Choć on sam nigdy nie palił, wdychanie dymu tytoniowego było z tego wszystkiego zdecydowanie najprzyjemniejsze.
W samochodzie, wyraźnie zaniedbanym i od dawna niewietrzonym, nie grało żadne radio, natomiast wszystkie okna były – jak podejrzewał – pozamykane. W chwilach, gdy kierowca bądź jego towarzysz nie palił, osobie siedzącej z tyłu zdawało się, że umieszczono ją w odizolowanej od świata puszce, ruchomej brudnej celi na kółkach, która stacza się ze wzgórza, a on, sparaliżowany bólem, może tylko siedzieć i czekać na najbliższą przepaść. Wyobraźnia podsuwała jego korze mózgowej coraz to gorsze obrazy: samochód bez kierowcy, zsuwający się po ostrej nieskończenie długiej skarpie prosto w objęcia szybkiej, lecz bolesnej śmierci. Nie mógł nawet wrzeszczeć, prosić, czy płakać. Granica bólu już dawno została przekroczona, przez co (lub może dzięki czemu) jego zmysły uległy otępieniu. Trwało to po prostu zbyt długo, by jeszcze umiał się przejmować.
W momencie gdy to się zaczęło, gdy stracił przytomność wychodząc z własnej kamienicy niedaleko parku i biblioteki, właśnie wschodziło słońce, a teraz, mógłby przysiąc, że – choć niczego nie widział od kilku godzin – było już późno po południu i w normalnych okolicznościach dawno leżałby na kanapie z kubkiem parującej kawy w dłoni. Myślał o tym, ale tylko przez chwilę, bo uderzenie czubkiem głowy w poobdzieraną podsufitkę było tym razem silniejsze niż poprzednio. Zaraz po nim pojawiły się kolejne. Jego ciało podskakiwało arytmicznie na siedzeniu jak dziecko na placu zabaw ujeżdżające mechaniczną świnkę rodeo. W tej jednak sytuacji znaczyło to, że zmienia się nawierzchnia po której jadą i najprawdopodobniej kończy się asfalt. Co prawda, domyślał się dlaczego, jednak odrętwienie w jakim się znajdował nie pozwalało mu na wysnuwanie zbyt daleko idących wniosków. Każda myśl przychodziła do jego obolałej fizycznie i udręczonej psychicznie głowy z ogromnym trudem i opóźnieniem, zupełnie jakby klepała go za plecami w ramię, po czym szybko uciekała w przeciwnym kierunku, zanim zdążył się odwrócić.
Milczenie panujące w samochodzie, po raz pierwszy od momentu zatrzaśnięcia drzwi i odpalenia silnika, zostało przerwane, wyraźnym, lecz zmęczonym głosem:
– W schowku ma pan wszystko co niezbędne, proszę się przygotować, bo za dziesięć, może siedem minut będziemy na miejscu.
Choć przez ułamek sekundy myślał, że zdanie było skierowane do niego i jego otumaniony umysł już zastanawiał się, co mógłby (gdyby nawet był w stanie) odpowiedzieć w tej kuriozalnej sytuacji, z siedzenia przedniego pasażera usłyszał błyskawiczną, wystrzeloną niczym z karabinu snajperskiego odpowiedź:
– Oczywiście.
Głos był czysty i wyraźny, dykcja niemal bezbłędna, zupełnie jakby osobą, która siedziała przed nim był prezenter telewizyjny lub lektor, choć sposób w jaki wymówił słowo przypominał bardziej starego wojskowego generała. Był tak kontrastująco odmienny od tego pierwszego, leniwego, niedbałego, że w innej sytuacji mógłby ten dysonans uznać za zabawny.
Ale niedługo później, w chwili, gdy samochód zakończył swoją czkawkową wycieczkę przez wertepy i jego wyraźnie zmęczony silnik został wyłączony, nie było nic śmiesznego. Ta sekunda, czy dwie absolutnej ciszy tuż po przekręceniu kluczyka w stacyjce była pod pewnymi względami straszniejsza, niż cała dotychczasowa podróż. W samochodzie panowała upiorna temperatura, jednak mimo tego czuł swoim półprzytomnym umysłem, że koniuszki niedokrwionych palców ma zimne i mokre jednocześnie, zupełnie jakby chwilę temu lepił kulki ze śniegu. Przez czarną, zdecydowanie zbyt mocno zawiązaną opaskę na oczach przedostawały się ospałe, coraz ciemniejsze plamy zachodzącego już pomału słońca, a z drugiej, zawiązanej tuż pod potylicą, której przednia część wsadzona była w usta, nieustannie skapywała wątła strużka śliny. Pewnie już nawet o tym nie wiedział.
Usłyszał silne zaciągnięcie ręcznego i otwarcie przednich drzwi od strony kierowcy, a chwilę później, niespieszny trucht dookoła samochodu i szczęk zawiasów po lewej stronie. Kolejna odezwała się sucho brzdękająca pokrywka otwieranej zapalniczki i wreszcie pociągnięcie za klamkę drzwi, obok których siedział. Wtedy właśnie upewnił się, że przez całą podróż wszystkie okna w wozie były szczelnie pozamykane, bo sekundę później usłyszał kaskadę dźwięków: śpiew ptaków, powolny niemal niedostrzegalny szum samochodów, jadących zapewne bardzo daleko od miejsca w którym był i szelest liści pod stopami obu osób znajdujących się na zewnątrz. Był w lesie.
– Niech się pan odsunie, może się rzucać.
Znów przez ułamek sekundy pomyślał, że to do niego, ale ten sam szybki, strzelisty wokal drugiego towarzysza podróży natychmiast odbił piłeczkę:
– Bez obaw!
Poczuł na ramieniu czyjąś silną, spracowaną rękę. Palce, które zacisnęły się mocno na jego szyi były lodowato zimne i lepkie zarazem, jak gdyby należały do samej kostuchy. Były przy tym grube i szorstkie. W chwilę potem poczuł uścisk kolejnej dłoni, która najpierw złapała go za lewe ramię, lecz najprawdopodobniej uznając, że tak jest niewygodnie puściła je i chwyciła go za kołnierz koszuli.
Gdy jeden z mężczyzn zaczął wyciągać go z samochodu, poczuł pod bolesnym pieczeniem skrępowanych od dawna nadgarstków i kostek, także zapach taniej wody po goleniu i przegryzający się przez nią smród potu. Nic dziwnego, spędzić kilka godzin w niewietrzonym samochodzie na początku lipca, to niemal masochizm.
Przepocona, a przy tym przerażająco zimna dłoń poluzowała nieco uścisk na jego szyi i dała mu chwilę na złapanie charczącego oddechu. Haust powietrza świstem wdarł się w jego płuca wzniecając kaszel i duszności.
Wtedy dopiero poczuł, że, pomimo suchości w gardle, jego spękane usta ociekają śliną. Musiał przez całą drogę oddychać wyłącznie nimi. To dość logiczne, zważywszy na fakt, przecież cały nos miał zalepiony własną, zakrzepniętą krwią, której metaliczny, cierpki posmak odczuwał z każdym coraz trudniejszym oddechem.
Silna ręka chwyciła go za potylicę, tak samo jak ręka rugbisty obejmuje piłkę i zmusiła go do pochylenia głowy.
W następnej chwili upadł na ziemię.
Podstarzały, zakupiony jeszcze w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wentylator podłogowy trzepotał silnie swymi pożółkniętymi łopatami w rogu pokoju. Nieopodal, przy prawej ścianie od wejścia, stało potężne, pomalowane na czarno biurko z grubego mahoniu, a na nim umieszczony w rogu siedemnastocalowy monitor CRT, którego światło zupełnie niknęło w blasku wciąż żarzystych promieni rzucanych przez popołudniowe słońce. Wpadały one jasnymi paskami przez na wpół zasłonięte w oknach żaluzje, tworząc na przeciwległej ścianie rząd prążkowanych, ciemnopomarańczowych cieni.
Mężczyzna siedzący przed komputerem był postawny, ubrany w szaroniebieską koszulę wypuszczoną na sztruksowe spodnie, by ukrywać zaczątki piwnego brzucha. Jego zaczesane do tyłu rudawe włosy utkane pojedynczymi srebrzystymi nitkami, w połączeniu z niedogolonym zarostem zdradzały wiek – pod czterdziestkę. Brwi natomiast, zupełnie w opozycji do rzedniejących włosów, były kruczo czarne i grube, jakby machnięte pędzlem. Pomiędzy nimi zaś wyrastało wąskie pasmo włosów, co było przyczynkiem do żartów z jego „jednej” brwi, których nie oszczędzali mu niektórzy koledzy z pracy. Staromodny zegarek, podróbka rolexa, leżał bezwiednie obok, by nie ściskać niepotrzebnie ręki, w której pomału dogasał już papieros. Gdy małe radyjko stojące na samym brzegu biurka, nastawione od wieków na stację ze złotymi przebojami, grało właśnie Time To Cry Paula Anki, rozległo się pukanie w oszklone drzwi.
– Zajęty? – zapytał głos wysokiego, szczupłego mężczyzny przed pięćdziesiątką, zaczesanego na tzw. „pożyczkę”. Nie czekając na odpowiedź wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.
– Nie bardziej niż zwykle – odpowiedział co najmniej o dekadę młodszy rozmówca, nawet na chwilę nie oderwawszy wzroku od monitora. – Siadaj, praktycznie skończyłem robotę.
– Mam dla ciebie dwie sprawy, jedna do dupy, druga jeszcze gorsza… – przerwał, gdy spostrzegł, że towarzysz wstaje z krzesła i idzie w kierunku kredensu znajdującego się wprawym rogu pomieszczenia.
– Kawy? Chłodna jest całkiem dobra – wziął z blatu przezroczysty dzbanek z osadzoną na dnie resztką napoju i rozlał ją do dwóch niewielkich plastikowych kubków jednorazowych, których ułożona jeden na drugim sterta stała tuż obok.
– Tylko bez cukru, Larry, wiesz, że ograniczam.
– Gliniarz cukrzyk – zaśmiał się pod nosem rudowłosy mężczyzna w sztruksowych spodniach, odstawiając całkowicie już puste naczynie po kawie na swoje miejsce. – Jak ty wytrzymujesz bez pączków?
Postawił oba kubki na biurku, przysunął jeden z niesłodzoną kawą bliżej w kierunku swojego rozmówcy, a ten nie odpowiadając, jedynie uśmiechnął się w specyficzny sposób.
– No dobra, co jest, Ron? – skinął głową w kierunku kolegi. Jego mina natychmiast spoważniała.
– Pamiętasz sztywniaka sprzed dwóch tygodni? Tego znalezionego w kanale ze śrutem wczaszce?
– No, pamiętam, imigrant. Zdaje się Egipcjanin. Amir jakiś tam, i co? – Larry nie patrzył już w monitor. Obserwował teraz towarzysza rozmowy nie rozstając się z kubkiem zimnej kawy. Przez moment zastanowił się która to dzisiaj, czwarta? Szósta? Zresztą, jakie to mogło mieć znaczenie?
– Właśnie ten. Wyobraź sobie, że dzisiaj we wczesnych godzinach porannych znaleźli kolejnego. Powinien już być na wizycie u patologa – Larry podniósł brwi z zaciekawieniem czekając na ciąg dalszy. – Facet nie wygląda najlepiej. Leżał w lesie, kawał drogi na południe od miasta, przez co najmniej trzy tygodnie. W tym lipcowym skwarze ciężko określić na oko, ale mniej więcej tyle. Rozkład ciała dawno już się rozpoczął, ale to nie dlatego trudno go będzie zidentyfikować. Ten też został zastrzelony z przyłożenia. Ponadto nikt nie zgłaszał zaginięcia, ani porwania. Nie znaleziono też przy nim żadnych dokumentów, telefonu ani kart kredytowych. Na wyniki sekcji musimy trochę poczekać, ale przyczyna zgonu jest oczywista – ładunek śrutu wystrzelony z najbliższej możliwej odległości w twarz. Człowiek prawie nie ma głowy. Znalazł go jakiś podstarzały grzybiarz z żoną, dasz wiarę? Parka jest w lekkim szoku.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
