Piąta runda - Zygmunt Zeydler-Zborowski - E-Book

Piąta runda E-Book

Zygmunt Zeydler-Zborowski

0,0

Beschreibung

Choć na ringu leje się krew, prawdziwa walka toczy się zupełnie gdzie indziej... Trenerska intuicja Steinwensa podpowiada, by postawić wszystko na Jima. Młody pięściarz zostaje wystawiony przeciwko zawodnikowi Harrisa – wpływowego agenta sportowego, którego interesy sięgają daleko poza sale treningowe. Nikt nie spodziewał się aż tak druzgocącej porażki! Zwłaszcza Steinwens, który traci fortunę. Zapijając smutki w knajpie, trener staje się świadkiem niecodziennej sceny: drobny chłopak bez wysiłku nokautuje osiłków Harrisa. Czy ten cios całkowicie zmieni układ sił w miejscowym półświatku? Powieść jednego z najpopularniejszych pisarzy PRL – w sam raz dla miłośników kryminałów retro. Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 174

Veröffentlichungsjahr: 2026

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Zygmunt Zeydler-Zborowski

Piąta runda

 

Saga

Piąta runda

 

Zdjęcia na okłądce: Shutterstock

Copyright © 2013, 2026 Zygmunt Zeydler-Zborowski i Saga Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788727277752 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

 

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

ROZDZIAŁ I 

Już na początku pierwszej rundy Tom Steiwens zrozumiał, że na zwycięstwo Jima liczyć nie można. Wielomiesięczny trud, tysiące dolarów, cała kariera świetnie zapowiadającego się chłopaka, wszystko musiało pójść na marne. Jim walczył niepewnie i nerwowo zarazem, zadawał chaotyczne, bezładne ciosy, które trafiały w próżnię. Jego przeciwnik, zimny i opanowany Irlandczyk, atakował z rozwagą, planowo i parł naprzód z nieubłaganą siłą maszyny. Jim już w połowie pierwszej rundy wyglądał tak, jakby gonił resztkami sił. Wzrok miał błędny, ciało zlane potem, krok chwiejny i niepewny. Po pierwszych nieudanych próbach ataku przeszedł do pozycji obronnej i kryjąc się za gardą usiłował z trudem uniknąć morderczych ciosów.

Sala ryczała, tupała i gwizdała. Szaleństwo ogarnęło tłumy. Jim był ulubieńcem, prawie wszyscy byli pewni jego zwycięstwa i poczyniono olbrzymie zakłady. Nikt nie mógł przewidzieć, że wschodząca gwiazda świetnie zapowiadającego się boksera tak szybko zgaśnie. Tłum nie chciał wierzyć własnym oczom... Wrzaski i gwizdy wzmagały się z każdą chwilą. Ring poczęła otaczać policja.

Steiwens półprzytomny pocierał dłonią zroszone potem czoło. Wszystkie jego nadzieje w jednej chwili waliły się w gruzy. Nie mógł pojąć, nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało. Skąd ta nagła a niespodziewana klęska. Dlaczego, dlaczego Jim, który jeszcze trzy dni temu wykazywał tak wspaniałą formę, który na ostatnim sparingu znokautował trzech doskonałych sparingpartnerów, dlaczego teraz na meczu mogącym mu utorować drogę do sławy i pieniędzy, porusza się tak, jak gdyby po raz pierwszy miał na rękach bokserskie rękawice. Coś się musiało stać, ale co? Co?

Jim resztkami sił porwał się jeszcze raz do ataku. Zadał kilka serii z obu rąk, ale wszystkie te ciosy nie zrobiły najmniejszego wrażenia na przeciwniku, który zebrawszy uderzenia na gardę przeszedł natychmiast sam do kontrataku. W następnej zaraz sekundzie Jim zainkasował dwa silne ciosy w żołądek i w szczękę. Zachwiał się i jęcząc osunął się na kolana. Steiwens przymknął oczy. „Koniec” zaszumiało mu w głowie. Jim podniósł się z trudem, chwiał się na nogach jak pijany. Gong. Bokserzy na miejsca. Steiwens skoczył do swego pupila.

– Jimmy, co z tobą? – wrzasnął nieprzytomnie.

Bokser mętny wzrok zwrócił na opiekuna i poruszył bezdźwięcznie wargami. Czułe nozdrza starego Toma pochwyciły mdłą woń alkoholu. Zaklął straszliwie i wymierzył chłopakowi siarczysty policzek. Potem przepchnął się z trudem przez natłoczoną, wyjącą salę i wyszedł na ulicę. Miał dość, nie był ciekawy końca meczu.

Mżył gęsty, zimny deszcz i światła reflektorów znaczyły długie, jasne smugi na mokrym, czarnym asfalcie. Ulica tętniła życiem. Kłopoty i troski szarego, codziennego dnia utonęły w ciemnościach i w elektrycznym świetle. Noc brała miasto w swe posiadanie budząc miłość i zbrodnię, kojąc smutki i łzy, które ginęły w mrokach, lub tonęły w oparach alkoholu.

Broadway. Steiwens wsunął ręce głęboko w kieszenie płaszcza i szedł miarowym krokiem bez celu przed siebie. Miał chaos w rozgorączkowanej głowie i gorycz w ustach. Czas dłuższy szedł nie widząc i nie słysząc, co się wokół niego dzieje. Powoli, bardzo powoli począł zbierać rozproszone, nieprzytomne myśli. Był w nędzy, to jedno rozumiał doskonale. Wszystkie zapasy gotówki, wszystkie oszczędności poszły na organizację meczu i na reklamę. Liczył na ten mecz, który miał być zakończeniem jego kariery jako menagera. Jako bokser skończył się przed wielu, wielu laty. Ten fatalny mecz miał mu zapewnić spokojną, beztroską starość. Mała ferma gdzieś w Kalifornii, ogródek, skromny domek i dużo kwiatów. Stary Steiwens bardzo lubił kwiaty, specjalnie róże.

– Może pan kupi kwiaty... – Wzdrygnął się. Obdarta dziewczyna podawała mu kilka pogniecionych róż. Dał jej parę centów i szedł dalej. Tak, tak, Jim zawiódł, zawiódł na całej linii. Nic nie wiedział o tym, że ten chłopak pije. Ostatnie pieniądze, zebrane ciężką pracą, postawił na pijanego boksera. Tom splunął i zaklął ordynarnie. Fala wściekłości zalała mu serce. Zacisnął duże, żylaste pięści, które kiedyś budziły na ringu przerażenie. Ach, gdyby chociaż mógł się pomścić za swoją krzywdę. Ale co dalej, co dalej, z czego będzie żył, co będzie robił. Trzeba wszystko zaczynać od początku. Gdybyż był młodszy. Poczuł się nagle bardzo stary i zmęczony życiem. Po raz pierwszy poczęły mu ciążyć lata. 52 lata bujnego, pełnego przygód życia.

– Hallo, Tommy! – Steiwens niechętnie odwrócił głowę. Jack Lind szczerzył zdrowe, białe zęby w powitalnym uśmiechu.

– Jak się masz, Jack, co się z tobą dzieje, dawno cię nie widziałem.

– Pracuję u Harrissa, mam masę roboty, ale co tobie Steiwens? – spytał nagle młodzieniec spojrzawszy badawczo na przyjaciela. – Wyglądasz jakbyś był ciężko chory. – Tom wzruszył niechętnie ramionami.

– Nic mi nie jest – odburknął ponuro.

Czas pewien szli w milczeniu. Nagle Jack przystanął.

– Ależ prawda, przecież to dzisiaj był ten mecz. Słyszałem, że twój Jim znokautowany drugiej rundzie. Teraz rozumiem twój humorek. Musiało cię nieźle uderzyć po kieszeni, co? Ale nie martw się, staruszku, jeszcze się odbijesz. Takie już jest życie, raz się traci, drugi raz się zarabia.

Swobodny ton Jacka drażnił starego Steiwensa.

– Daj spokój, mówmy o czym innym – mruknął niechętnie. Deszcz padał coraz gęstszy.

Jack z trudem zapalił papierosa i spod oka obserwował towarzysza. W pewnej chwili zrobiło mu się żal starego Toma.

– Słuchaj no, Steiwens, może byśmy poszli gdzieś na kieliszek ginu. Straszna wilgoć w powietrzu, nie można pozostawić organizmu bez alkoholu w tych warunkach, to może grozić poważną chorobą. – Tom zgodził się chętnie, nie miał ochoty pozostawać teraz sam ze swymi myślami.

– Gdzie pójdziemy? – spytał krótko.

– Jedźmy do Kuznowa – zaproponował Jack – posłyszysz, jak śpiewa ta cyganka Tatiana. – Zatrzymał przejeżdżające taxi i pojechali.

U Kuznowa tłok i gwar był jak zwykle niebywały. Międzynarodowy, wielojęzyczny tłum jadł, pił, bawił się i ubijał mniej lub więcej podejrzane interesy. Aleksiej Kuznow, były oficer carskiej gwardii, założył swego czasu sportową restaurację, która z biegiem lat stała się modnym lokalem i przynosiła właścicielowi ogromne dochody. Tutaj podpisywano milionowe kontrakty, organizowano wielkie imprezy sportowe, tutaj tworzono nowych championów i tu wykańczano niewygodnych zawodników. Bokserzy, zapaśnicy, szybkobiegacze, menagerowie z różnych stron świata, różnego rodzaju kombinatorzy i aferzyści, cały ten krzyczący, hałaśliwy tłum zbierał się u Kuznowa i ubijał interesy lub przepijał zarobione na ringach i arenach pieniądze. Była to istna ludzka giełda. Jacka Linda, jako agenta potężnego Harrissa znano tu dobrze i ceniono. Sam Kuznow przyjął uprzejmie nowo przybyłych gości i od razu znalazł im dobry stolik. Jack zamówił butelkę ginu, syfon wody i rozglądał się ciekawie po sali.

– Jest Harry Rin ze swoim menagerem – szepnął Tomowi. Steiwens spojrzał we wskazanym kierunku i wolno językiem zwilżył spierzchnięte wargi. Przy sąsiednim stoliku siedział olbrzym o kwadratowych, potężnych ramionach i bawolim karku. Rin był championem ciężkiej wagi, któremu już od paru lat Steiwens starał się przeciwstawić godnego przeciwnika, jednak jak dotąd bez skutku. Bokser siedział w towarzystwie swego menagera, eleganckiego, szpakowatego dżentelmena i spokojnie spożywał potężną porcję rostbefu. Stary Tom zaklął pod nosem i wychylił kieliszek ginu. Właśnie po dzisiejszym meczu miał pertraktować z menagerem Rina w sprawie spotkania z Jimem. Nowa fala gniewu i żalu zalała Steiwensa.

– Co masz zamiar teraz robić? – zapytał nagle Jack przyjaciela. Steiwens popatrzył na niego nieprzytomnie.

– O ile wiem – odparł wreszcie – pewnie pójdę gdzieś na wieś szukać pracy.

– Straciłeś wszystko? – Steiwens skinął w milczeniu.

– Hm – Jack napełnił ponownie kieliszki – masz zamiar szukać znowu jakiegoś chłopaka?

– Za nic na świecie! Skończyłem z boksem i z bokserami raz na zawsze. Mam dość!

Orkiestra poczęła grać jakiegoś fokstrota i natychmiast kilkanaście par, stłoczonych na niewielkim parkiecie, zaczęło deptać sobie wzajemnie po piętach. Jack zapalił papierosa i chcąc trochę rozerwać przyjaciela począł mu opowiadać najnowsze kawały. Stary Steiwens uśmiechał się przez uprzejmość myśląc o czym innym. Orkiestra uparcie grała fokstrota.

– Spójrz, cóż to za gość? – wykrzyknął nagle Jack.

Steiwens spojrzał w kierunku wyjścia. W drzwiach stał wysoki, dość barczysty, ale bardzo wynędzniały mężczyzna. Ubrany był w podartą, poplamioną, roboczą bluzę, za krótkie spodnie zwisały w poszarpanych strzępach, a na bosych nogach miał drewniane chodaki. Dawno niegolona broda rzucała czarny cień na jego ponurą, wynędzniałą twarz. Cała postać dziwnego przybysza robiła wrażenie zawodowego włóczęgi lub zbiega z Sing-Sing.

– Czegóż tu chce ten obdartus – zdziwił się Steiwens.

Już i kelnerzy spostrzegli wejście niepożądanego gościa i wnet dwóch barczystych drabów pośpieszyło zlikwidować przybysza. Nie słuchając żadnych tłumaczeń chciano go bezceremonialnie wyrzucić za drzwi. Wydarzenia tego rodzaju nie były tu rzadkością i kelnerzy pana Kuznowa mieli już w tych sprawach niezłą wprawę. Tym razem jednak nie było to takie proste. Przybyły obszarpaniec począł coś początkowo spokojnie tłumaczyć kelnerom, ale ponieważ ci, mimo wszystko, chcieli go siłą usunąć z lokalu, schwycił obu za klapy marynarek i cisnął nimi jak dwoma szczeniakami na środek sali. Orkiestra przestała grać, goście przestali tańczyć fokstrota. Wtedy podniósł się spod okna przyjaciel Kuznowa, bokser Thomson i dopadł do obdartusa. To trwało ułamek sekundy. Thomson padł nieprzytomny pod bufetem. Wtedy prawie wszyscy poderwali się z miejsc.

– Rin, ratuj! Rin, ratuj! – wrzeszczał przerażony Kuznow. Olbrzymi bokser podniósł się leniwie od spożywanego rostbefu i wolno szedł ku dziwnemu przybyszowi. To, co się stało, przekroczyło oczekiwanie wszystkich. Obdartus ze zwinnością dzikiego zwierza uniknął ciosu, który mógłby zabić wołu, i z kolei sam zadał błyskawiczne uderzenie w szczękę. Rin zatoczył się, zatrzepotał olbrzymimi rękami i padł na wznak. Wtedy nieznajomy cofnął się gwałtownie i znikł za drzwiami. Na sali przez chwilę panowała martwa cisza, aż wreszcie straszliwy wrzask wyrwał się ze ściśniętych gardzieli obecnych.

– Trzymaj! Trzymaj! – zaryczał zupełnie nieprzytomny Steiwens i bez czapki wypadł na ulicę. Deszcz przestał padać. Tom rozejrzał się gorączkowo na wszystkie strony. Nie było nikogo. Tajemniczy nieznajomy znikł, jak gdyby się rozpłynął w ciemnościach. Stary Steiwens ze zwinnością młodzieniaszka począł biec przed siebie nie zdając sobie właściwie sprawy z tego, dlaczego biegnie właśnie w tym kierunku. Okazało się jednak, że wrodzona intuicja nie zawiodła go tym razem. Po paru minutach forsownego biegu przed oczami starego boksera zamajaczyła w oddali rosła postać włóczęgi, który oddalał się śpiesznie długimi, zwinnymi krokami. Jeszcze kilka chwil i Steiwens zaczął doganiać zbiega. Ten widocznie poczuł, że jest ścigany, gdyż przyśpieszył kroku i starał się zniknąć w tłumie ludzi. Stary Steiwens jednak nie dał wywieść się w pole i wreszcie gdzieś w bocznej ulicy dopadł swej ofiary. Obdartus skoczył kocim ruchem pod mur i stanął w obronnej pozycji. Tom zbyt dobrze pamiętał scenę w restauracji Kuznowa, ażeby lekkomyślnie ryzykować spotkanie z nastawionymi pięściami. Stanął więc w przyzwoitej odległości i rozpoczął przyjacielskie pertraktacje. Tłumaczył, że nie jest policjantem, że nie ma zamiaru czynić nikomu żadnej krzywdy, że po prostu potrzebuje ludzi do pracy, więc ewentualnie mógłby zaproponować dobrą posadę i tak dalej, i tak dalej. Nieznajomy słuchał z początku nieufnie, trwając ciągle w pozycji obronnej, aż wreszcie powoli, bardzo powoli zaczął widocznie nabierać zaufania do słów starego Toma, bo mięśnie twarzy rozluźniły mu się nieco i gotowe do walki ręce opadły z wolna wzdłuż tułowia. Steiwens poczuł, że może bezkarnie się zbliżyć. Podszedł więc śmiało do włóczęgi i poklepał go przyjaźnie po ramieniu.

– Głowa do góry, chłopcze – powiedział wesoło – nie bój się, nikt nie chce cię skrzywdzić. – Obdartus spojrzał spode łba na mówiącego. Dopiero teraz Tom zauważył, że ma do czynienia z bardzo młodym człowiekiem. Wziął chłopaka pod rękę i popchnął lekko naprzód.

– Chodź, nie będziemy przecież nocować tu, w tym kącie. – Włóczęga pozwolił się prowadzić bez protestu. Szli czas pewien w milczeniu. Steiwens nieznacznie obserwował towarzysza i skonstatował, że chłopak musi być porządnie zmęczony, a może i głodny.

– Jak się nazywasz? – spytał po chwili.

– Bob Stamp – odparł zapytany miękkim, niskim barytonem. Były to pierwsze słowa, jakie stary Tom z niego wydusił.

– Słuchaj no, Stamp – ciągnął dalej Steiwens – pewnie musisz być porządnie zmęczony i głodny?

– Tak – padła krótka, lakoniczna odpowiedź.

– Wiesz co, przyjacielu, będę z tobą szczery. Do żadnej knajpy zaprowadzić cię nie mogę, bo budziłbyś swym strojem zbyt dużą sensację. Zabiorę cię do siebie. Zgoda? – Nie czekając odpowiedzi Steiwens zatrzymał przejeżdżające taxi i wepchnął do niego Boba. Szofer spojrzał podejrzliwie na dziwnego pasażera, ale widocznie uznał za wskazane nie stawiać żadnego oporu, bo bez słowa ruszył pod wskazany przez Steiwensa adres.

Drzwi otworzyła im stara Maruba. Zobaczywszy Toma wyszczerzyła zdrowe, jeszcze białe zęby w powitalnym uśmiechu, ale na widok olbrzymiego, obdartego włóczęgi cofnęła się z przerażeniem. Steiwens poklepał Murzynkę dobrotliwie po ramieniu.

– Cóż tam nowego, Maruba, wszystko w porządku? Masz coś do jedzenia?

– Jest jeść, jest jeść – zawołała Maruba i uciekła do kuchni. Steiwens zaśmiał się wesoło i zdjął palto.

– Maruba! Maruba! – zawołał nagle. Czarna twarz wychyliła się zza drzwi.

– Maruba, przygotuj zaraz kąpiel i szykuj kolację. Tylko prędko. Chodź, Bob – zwrócił się do towarzysza. Przeszli do dużego, porządnie, choć skromnie urządzonego pokoju. Stół, tapczan, klubowe fotele, ładny, duży dywan na podłodze, kilka krzeseł i stojąca lampa w rogu. Na oknie kwiaty.

– Siadaj i zaczekaj chwilę – powiedział Tom i znikł w sąsiednim pokoju. Po chwili wrócił niosąc komplet bielizny i sportowy garnitur.

– Przymierz tę marynarkę, może jakoś wlezie na ciebie. To najobszerniejsze ubranie, jakie posiadam. No, dalej, nakładaj, zobaczymy. Nie możesz przecież paradować w tych łachach. – Olbrzym nie ruszył się z miejsca stojąc przy drzwiach z ponurym wyrazem twarzy. Steiwens zniecierpliwił się wreszcie.

– Słuchaj no, przyjacielu, nie róbże takiej miny, jakbyś się dostał do kryminału – rzucił popychając chłopca w kierunku ubrania. – No, dalej, rusz się i przymierz marynarkę.

– Czego pan chce ode mnie – burknął niemal wrogo Bob.

– Jak to, czego? – zdziwił się Steiwens.

– No, tak, dlaczego pan mnie zabrał z ulicy do siebie, do mieszkania, a teraz chce mi pan podarować zupełnie nowe ubranie. Ostrzegam, że ja na żadną brudną robotę nie pójdę.

Stary bokser zaśmiał się wesoło i poklepał przyjacielsko chłopaka po plecach.

– Nie bój się, Bob, na żadną brudną robotę nie mam zamiaru cię namawiać, po prostu chcę ci pomóc, nic więcej. Nie uważaj mnie za gangstera.

– Za darmo nic się nie daje – powiedział wolno olbrzym.

– Dobrze, dobrze. Pogadamy sobie jutro. Na razie jesteś piekielnie zmęczony. Musisz się przede wszystkim najeść i wyspać porządnie. Maruba! Maruba! – wystraszona Murzynka ukazała się w drzwiach.

– Co się dziać. Czego pan krzyczeć? – pytała drżącym głosem.

– Maruba, czy kąpiel gotowa?

– Gotowa, gotowa. Zaraz być jeść też, zaraz.

– Chodź, Bob – powiedział serdecznie Steiwens i zaprowadził olbrzyma do łazienki. Po kąpieli wynikła pewna trudność, ponieważ Tom kazał Murzynce zlikwidować łachmany Boba, a okazało się, że żadna marynarka Steiwensa nie wchodzi na potężne bary świeżo wykąpanego młodzieńca. Steiwens dał mu swój obszerny szlafrok i zaprowadził do stołu. Bob jadł chciwie, ale przyzwoicie i Steiwens miał możność zaobserwować, że jego nowy przyjaciel potrafi się dość poprawnie posługiwać nożem i widelcem. W stosunkowo krótkim czasie zniknęła spora pieczeń wołowa, salaterka kartofli, duży bochenek chleba, faska masła i talerz wędliny. Bob pił kawę, Steiwens zaś kazał sobie podać butelkę piwa. Stary bokser przez cały czas kolacji nie przeszkadzał towarzyszowi w jedzeniu, tylko spoglądał z całą satysfakcją na wspaniały apetyt swego gościa.

– Najadłeś się? – spytał, gdy już wszystko zniknęło ze stołu.

– Tak – odparł krótko Bob.

– I teraz pewnie jesteś senny?

– Tak – brzmiała odpowiedź.

– Nie jesteś zbyt rozmowny – zauważył Steiwens – nie lubisz mówić, co?

– Nie lubię. Szkoda czasu na słowa.

– A cóż ty, przyjacielu, lubisz robić, hę?

– Lubię polować – odparł bez wahania Bob – i lubię czytać – dodał po chwili. Steiwens popatrzył na mówiącego badawczo i pokręcił w zamyśleniu głową.

– No, ale dość rozmów na dzisiaj. Jutro sobie pogadamy, a teraz spać. Maruba! Maruba! – Murzynka weszła jakoś śmielej. Postać Boba już ją tak nie przerażała. – Słuchaj, Maruba – powiedział Steiwens – pościelisz tutaj na tapczanie. – Murzynka zakrzątnęła się pośpiesznie i po chwili Tom ułożył swego nowego pupila do snu. Bob musiał być rzeczywiście potwornie zmęczony, ponieważ usnął niemal natychmiast kamiennym snem. Steiwens wydał Murzynce polecenia na następny dzień, zgasił światło i cicho przeszedł do swego sypialnego pokoju. Tutaj rzucił się w ubraniu na łóżko i zapaliwszy papierosa pogrążył się w zadumie. Myślał, jak wybrnąć z trudnej, z beznadziejnej właściwie sytuacji. Był zrujnowany, wszystkie rezerwy finansowe poszły na ten przeklęty mecz. I Steiwens zdawał sobie dokładnie sprawę z tego, że dosłownie nie ma z czego żyć, że te parę dolarów, które ma w kieszeni, wystarczy mu zaledwie na kilka dni – i co dalej?... Co dalej? Pierwotnie miał zamiar wyjechać gdzieś na prowincję i poszukać sobie jakiegoś spokojnego zajęcia, ale teraz? Teraz, kiedy sam los chce mu najwidoczniej powetować poniesione straty i stawia na jego drodze takiego chłopaka, takiego fenomenalnego chłopaka. Bo ostatecznie to się co dzień nie zdarza, to nie jest zwykły materiał na przyszłego dobrego boksera, to coś więcej. Bo i jakże, Thomson i Rin w jednej minucie znokautowani. Thomson może był trochę pod gazem, bo ostatnio lubił popić, ale Rin, potężny Rin, który dotychczas nie był jeszcze nigdy na deskach, który w najbliższej przyszłości miał mieć spotkanie z Joe Louisem. Steiwens wstał podniecony i przeszedł się nerwowo po pokoju. Z takim chłopakiem można rzeczywiście zawojować świat. Z takimi ciosami można właściwie bez żadnego prawie treningu iść na ring. Jakże tu odpuścić taką okazję, takie możliwości. Tom Steiwens począł snuć wspaniałe plany na przyszłość. Odezwał się w nim na nowo stary bokser i menager, człowiek ringu. Sam nigdy nie zdobył takiej sławy bokserskiej, o jakiej kiedyś marzył. Po prostu nie miał jakoś szczęścia w życiu, nie wiodło mu się. Był dobrym, nawet bardzo dobrym bokserem, świetnym technikiem i wytrawnym strategiem na ringu. Nazywano go w swoim czasie „chytry Tom”, ponieważ zawsze umiał wywieść w pole przeciwnika. Kariery jednak nie potrafił zrobić. Mimo przezwiska „chytry”, był właściwie raczej dobrodusznego usposobienia i nie potrafił się należycie poruszać w morzu intryg i kombinacji świata bokserskiego. Miał wrogów, którzy nie dopuszczali go do poważniejszych imprez snując wokół niego sieć najróżnorodniejszych machinacji. Wreszcie w czasie meczu z jakimś Australijczykiem złamał rękę i od tego czasu począł powoli wycofywać się z ringu. Zaczął opiekować się młodymi siłami bokserskimi, uczył, trenował, aż wreszcie został zawodowym menagerem. W głębi duszy marzył zawsze o tym, żeby spotkać kiedyś chłopca, któremu mógłby przekazać całą swoją wiedzę i całe doświadczenie, który by jako jego uczeń zabłysnął na ringach i zdobył sławę, która jego, Toma ominęła. Kiedyś, bardzo dawno, Steiwens myślał o synu, ale krótkie i nieudane pożycie małżeńskie ze śpiewaczką operową rozwiało bardzo szybko te marzenia. Rozszedł się z żoną i po raz drugi nie chciał ryzykować. Ostatnio pokładał duże nadzieje w Jimie, który skończył się w tak głupi sposób, który zawiódł całkowicie zaufanie starego przyjaciela i opiekuna. I teraz znowu Bob, tajemniczy, milczący Bob, który zjawił się jak jakieś objawienie w życiu Steiwensa. Jakieś przedziwne fatum trzymało Toma ciągle w pobliżu ringu i nie chciało go puścić, nie pozwalało mu odejść na emeryturę.

– Przecież nie można pominąć takiej okazji. Przecież nie można. – Powtarzał sobie nieustannie stary Steiwens. – Nie wolno odrzucać fortuny, która sama wchodzi w ręce. Nie wolno, nie, nie. Ale jak to wszystko zorganizować? Skąd wziąć pieniądze? – Steiwens wiedział najlepiej, ile kosztuje utrzymanie i trenowanie boksera. W taką imprezę trzeba włożyć ładny kapitalik, nie można też żałować pieniędzy na reklamę, która jest potęgą w świecie sportowym.

Skąd wziąć pieniądze? Skąd wziąć pieniądze? – Stary Tom zapalił papierosa i wyjrzał przez okno, jakby od śpiącego miasta mogła przyjść jakaś pomoc. Pożyczyć, ale skąd? Od kogo? Boba trzeba trzymać w ścisłej tajemnicy, bo inaczej konkurencja, potężna konkurencja wydrze mu go bezapelacyjnie. Przecież na oczach wszystkich powalił jednym uderzeniem Rina. Ta sensacja nie może przejść bez echa w świecie sportowym. Niejeden menager, niejeden agent pewnie już szuka Boba. Trzeba mieć się bardzo na baczności. Ale z drugiej strony trzeba w jakiś sposób zdobyć pieniądze. Steiwens podniósł słuchawkę i nakręcił numer.

– Hallo, to ty Jack? Cieszę się, że jesteś w domu. Nie, nic o nim nie wiem. Nie zdołałem go odszukać a szkoda, niezły materiał na boksera, jak się zdaje. Chociaż wiesz, że po jednym ciosie nie można sądzić, bywają takie fuksy czasami. Tak, tak. Słuchaj no, Jack, potrzebuję na gwałt trochę gotówki, no powiedzmy z pięć tysięcy. Może mógłbyś mi pożyczyć? Oddam z procentem. Co, jesteś bez grosza, a to pech. No trudno, będę musiał jakoś inaczej kombinować. No, to przyjemnych marzeń. Dobranoc.

– Świnia, nie przyjaciel – mruknął do siebie Steiwens odkładając słuchawkę. Wiedział dobrze, że Jack ma na kontach bankowych ciężką forsę. Sytuacja była rzeczywiście trudna. Co robić? Co robić? Trzeba za wszelką cenę zdobyć potrzebny kapitał, bo inaczej wszystko w łeb weźmie. Steiwens załatwił jeszcze kilka telefonów do znajomych i przyjaciół, jednak z nie lepszym skutkiem. Był przygnębiony. Jedyna rada: trzeba sprzedać biżuterię. Miał parę pierścionków i dwa złote zegarki. Te drobiazgi stanowiły jego ostatnią rezerwę, przeznaczoną na najczarniejszą godzinę. Na wypadek choroby lub kalectwa. Stary Tom postanowił sobie nie ruszać tych kosztowności i nigdy ich nie brał w swych kalkulacjach pod uwagę. Teraz jednak przyszła chwila, w której trzeba było zaryzykować wszystko. Po prostu nie było innego wyjścia. Na takiego boksera jak Bob można było co prawda uzyskać bez trudu pieniądze, ale trzeba by się było zdekonspirować, a to mogło bardzo łatwo grozić utratą chłopaka. Steiwens nie mógł się przecież mierzyć z takim Harrissem. Po krótkim więc namyśle Tom zdecydował się jednak poświęcić biżuterię. Powzięcie tej decyzji ulżyło mu bardzo. Wiedział już czego się ma trzymać. Poczuł się nagle bardzo zmęczony. Dzień był rzeczywiście pełen wrażeń. Steiwens przeciągnął się, ziewnął i począł się wolno rozbierać. Nie miał już siły na to, żeby przeczytać w łóżku wieczorną gazetę. Zgasił światło i natychmiast mocno zasnął.

Było już dobrze po północy, gdy Steiwens obudził się nagle z dziwnym uczuciem, że ktoś jest w pokoju. Podniósł się ostrożnie na łokciu i wsłuchał się w ciemność. Nic, żadnego szmeru. Żaden dźwięk nie przerywał ciszy ciemnego pokoju, a jednak Steiwens jakimś szóstym zmysłem wyczuwał zupełnie wyraźnie obecność kogoś obcego. Ostrożnie, bardzo ostrożnie wyciągnął rękę i bezszelestnie wyjął z nocnego stolika rewolwer. Zetknięcie zimnej stali z rozgrzaną ręką dało mu momentalnie zdecydowane poczucie pewności siebie. Błyskawicznym ruchem wyskoczył z łóżka i zapalił światło. Pod oknem otulona płaszczem stała jakaś postać.

– Ręce do góry! – warknął ostrzegawczo stary bokser. Podniosła ręce. Dopiero teraz Steiwens spostrzegł, że ma przed sobą kobietę. Zdziwiony podszedł do niej blisko i wyprowadził na środek pokoju.

– Co pani tu robi? – spytał szorstko. Nie odpowiedziała. Stary Tom zauważył, że nieznajoma drży z zimna czy z przerażenia.

– Niech pani usiądzie – powiedział już łagodniej podsuwając krzesło. Usiadła bez słowa. Steiwens włożył na pidżamę garnitur i wsunął rewolwer do kieszeni, po czym popatrzył pytająco na swego nieoczekiwanego gościa.

– Czym pani mogę służyć? – spytał wreszcie prawie wesoło.

– Niech mi pan pozwoli chwilę tu pozostać – poprosiła cicho. Głos miała miły o delikatnej, kulturalnej barwie. Bez przerwy, wzrokiem pełnym przerażenia, patrzyła w otwarte okno. Tom wolno podszedł do okna, zamknął je i zasunął starannie storę. Wydało mu się, że to uspokajająco podziałało na nieznajomą. Poczęstował ją papierosem, a gdy odmówiła ruchem ręki, zapalił sam i usiadł w milczeniu w fotelu.

– Błagam pana, niech mnie pan o nic nie pyta – powiedziała nagle.

Steiwens zrobił nieokreślony ruch ręką i trwali w milczeniu. Wreszcie Tom zaproponował:

– Może by się pani trochę położyła. Widzę, że jest pani bardzo zmęczona.

– Nie, nie. Muszę już iść – odparła gwałtownie wstając z miejsca.

– Jak pani sobie życzy. – Toma zaczynała już nudzić ta cała historia, pomimo iż tajemnicza nieznajoma była bardzo interesująca. Był już stanowczo za stary na romantyczne przygody, a przy tym był bardzo senny.

– Może pan będzie tak uprzejmy i wskaże mi wyjście – poprosiła. Steiwens wstał.

– Chciałbym zadać pani tylko jedno pytanie – powiedział wolno. Spojrzała na niego niespokojnie.

– Słucham.

– Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób dostała się pani do mego pokoju, przecież drzwi są zamknięte na klucz, a zamek nienaruszony.

– Weszłam przez okno – odparła zupełnie spokojnie.

– Przez okno? Ósme piętro? – zdumiał się Tom – w jaki sposób?

– Miało być tylko jedno pytanie – powiedziała nieznajoma. Tom uśmiechnął się.

– Niech i tak będzie. Nie będę pani więcej dręczył. Proszę – dodał otwierając drzwi.

Po chwili wypuścił swego nocnego gościa z mieszkania i wrócił do swego pokoju. Nic nie rozumiał z tej całej historii i czuł się zdenerwowany. Podszedł do szafy, wyjął z niej butelkę koniaku i wychylił dwa kieliszki. To mu dobrze zrobiło. Zdjął ubranie i wsunął się pod kołdrę. Dzień już zaczął szarzeć za oknem, gdy stary Steiwens zasnął niespokojnym, gorączkowym snem.

Rano zbudził się dość wcześnie. Umył się i ubrał pośpiesznie, wydobył z ukrycia biżuterię i zawołał służącą:

– Maruba – spytał, gdy ukazała się stara murzynka – czy nasz gość jeszcze śpi?

– Wielki pan już dawno nie spać – odparła Maruba.

– Szykuj prędko śniadanie – rozkazał Steiwens i poszedł do Boba. Olbrzym siedział w fotelu okryty szlafrokiem i czytał jakąś książkę.

– Jak ci się spało? – spytał Steiwens po przywitaniu.