Żart Samuela Thortona - Zygmunt Zeydler-Zborowski - E-Book

Żart Samuela Thortona E-Book

Zygmunt Zeydler-Zborowski

0,0

Beschreibung

Małżeństwo z amerykańską pięknością jako remedium na nudę. Zblazowany Anglik – Jack Morley – szuka życiowej podniety. Gdy na horyzoncie pojawia się matrymonialna okazja, nie zastanawia się dwa razy. Szybki ślub z ponętną Amerykanką i wspólna podróż za ocean – brzmi jak marzenie! Sielanka nie trwa jednak długo. Podczas rejsu dochodzi do serii niebezpiecznych zdarzeń, które uświadamiają Jackowi, że propozycja małżeństwa mogła być pułapką. Czy uda mu się wyjść obronną ręką, gdy instynkt przetrwania rywalizuje z gorącym uczuciem? Powieść jednego z najpopularniejszych pisarzy PRL – w sam raz dla miłośników kryminałów retro. Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 159

Veröffentlichungsjahr: 2026

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Zygmunt Zeydler-Zborowski

Żart Samuela Thortona

 

Saga

Żart Samuela Thortona

 

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2013, 2026 Zygmunt Zeydler-Zborowski i Saga Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788727277738 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

 

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

ROZDZIAŁ I 

Jack Morley zgniótł w palcach niewypalonego papierosa i ziewnął szeroko. Miał już tego wszystkiego powyżej uszu. To beznadziejnie monotonne urzędnicze życie doprowadzało go od pewnego czasu do szaleństwa. Ciągle, wiecznie to samo, bez żadnych zmian, bez najmniejszego urozmaicenia. Płyną dnie, tygodnie, miesiące, lata i zawsze każdy poranek jest taki sam jak poprzedni, zawsze prawie z góry, z dokładnością co do minuty można przewidzieć co się będzie dziać jutro, pojutrze, za rok. To straszne. Czyż nigdy nie zdoła się już wyzwolić z szarzyzny nudnego monotonnego życia, płynącego wolno, jak strumień gęstej lepkiej cieczy, w której coraz głębiej grzęzną nogi nieszczęsnego wędrowca?

Rano szklanka gorącego mleka i dwie bułki z masłem, potem jazda przepełnionym autobusem do biura, praca w dusznym zatłoczonym pokoju, lunch, znowu praca wśród zgiełku i hałasu w powietrzu przesyconym dymem tytoniowym, wreszcie upragniona chwila wyzwolenia i powrót do domu. Wieczorem kino, randka z jakąś mniej lub więcej nudną dziewczynką, a od czasu do czasu zebranie koleżeńskie. Na zakończenie dnia skromna kolacja i spać, a nazajutrz z rana szklanka gorącego mleka, dwie bułki z masłem...

Od początku to samo, wiecznie to samo. Można się wściec! Najmilszą porą był dla Morleya wieczór, kiedy zmęczony leżąc w ciemnościach pozwalał igrać fantazji. Wtedy wyobrażał sobie, że jest tak bogaty jak Larisson, u którego pracował, a może nawet jeszcze bogatszy. Myślał, co by to on zrobił z tymi milionami funtów, jakby użył swych bogactw. Widział duże wspaniałe gmachy szkolne, piękne szpitale, domy dla ludności robotniczej. Radował się widokiem tych wszystkich roześmianych szczęśliwych ludzi, których wydobyłyby z nędzy i choroby jego miliony. Tak, być tak bogatym, jak Larisson to byłoby wspaniałe!

Ale czyż na stanowisku urzędnika zdoła do czegoś dojść, czyż nie pogrąży się na zawsze w tym monotonnym beznadziejnym bytowaniu? Od czasu do czasu opanowywał Morleya duch buntu. Wtedy chciał rzucić pracę u Larissona i zacząć żyć inaczej, ale na to nigdy właściwie nie wystarczyło mu odwagi. Widmo nędzy i głodu przykuwało go za każdym razem na nowo do znienawidzonego obmierzłego biurka.

Nie lubił swej roboty, a po ostatniej awanturze z dyrektorem zniechęcił się do niej ostatecznie. Machinalnie zatemperował ołówek i znudzonym spojrzeniem powiódł dokoła. Najbliżej niego siedziała miss Bibss, stara chuda panna, uwielbiająca ponad wszystko w świecie swego pudla i pisząca na maszynie z szybkością karabinu maszynowego. Dalej pod oknem mister Smith, zatopiony w księgach buchalteryjnych, nie widzący nic poza poszczególnymi pozycjami i bilansem. Na prawo dwie młode, niezbyt mądre panienki, liczące po całych dniach na arytmometrach, rozmawiające w przerwach o pończochach i kapeluszach. W głębi pod ścianą gruby mister Brown, mający zawsze świetny apetyt i lubiący popisywać się niecenzuralnymi kawałami. Wreszcie mister Kopp, wysoki chudy jegomość, doskonały specjalista od eksportu i wielki amator gry w szachy.

Wszyscy ci ludzie siedzą tu całymi dniami. Pochyleni nad swymi stołami pracują nad pomnożeniem bogactw Larissona, poświęcają całe swe życie na to, żeby on mógł kupować swej żonie i przyjaciółkom futra, brylanty, limuzyny...

Nie, stanowczo, to wszystko nie ma żadnego sensu.

Morley wstał i wyszedł na korytarz. Tego dnia był w wyjątkowym nastroju. Nie mógł się zupełnie zmusić do pracy. Coś go gnało, coś nie dawało spokoju. Chciał już zaraz iść do dyrektora, a choćby nawet do samego Larissona. Powiedzieć, że ma już tego wszystkiego dosyć, że wymawia posadę i że już nie będzie tkwił w tym ciasnym zadymionym pokoju. Do licha, przecież jest młody, zdrów, podobno przystojny i chyba coś mu się jeszcze od świata należy... Nie może do śmierci siedzieć na tej marnej posadzie.

Tak, tak, musi stąd odejść, uciec jak najprędzej. I zaraz, tak jak zawsze, pojawiły się wątpliwości. Rzucić pracę oczywiście można, nikt go specjalnie nie będzie zatrzymywał – ale co dalej? A jeśli nie uda mu się znaleźć nic lepszego, jeśli wszystkie możliwości zawiodą, to co wtedy? Wyda ostatniego funta, nie otrzyma już pensji i co, co dalej? Nędza, głód, egzystencja bez jutra. Co robić?

– How are you, mister Jack?

Morley drgnął gwałtownie.

– A, dzień dobry – powiedział, ujrzawszy wesołą twarz Bartera.

– Cóż to pan taki zamyślony? – pytał Irlandczyk.

– Zmęczony jestem. Głowa mnie boli – mruknął niechętnie.

– Mam do pana prośbę, mister Morley – rzucił Barter.

– Słucham, o co chodzi?

– Czy mógłby mi pan pożyczyć do końca tygodnia pół funta?

Morley bez wahania sięgnął ręką do kieszeni i wyjął pieniądze.

– Proszę pana – powiedział – zapalając papierosa.

– Dziękuję. Oddam panu najpóźniej w piątek.

Barter zniknął pośpiesznie za drzwiami. Morley popatrzył chwilę w ślad za nim wreszcie machnął ręką i wrócił do swego pokoju. Trzeba było jednakże choć trochę popracować. Robota nie szła mu zupełnie. Mylił się raz po raz w obliczeniach, był zły i nie mógł jakoś opanować zdenerwowania. Nic więc dziwnego, że koniec urzędowania powitał z prawdziwą ulgą. Pożegnał się pośpiesznie z kolegami, chwycił kapelusz i wybiegł na ulicę.

Było pogodne wiosenne popołudnie. Słońce złotawym blaskiem ślizgało się wokół po murach domów, a czyste nieskazitelne niebo śmiało się jasnym błękitem do ludzi. Zerwał się lekki zachodni wiatr i dmuchał zalotnie w twarze przechodniów. Było słonecznie, ciepło i radośnie.

Morley nie odczuwał jednak tego świątecznego nastroju miasta. Szedł chmurny przed siebie, pogrążony w niewesołych, dręczących myślach. Minął przystanek autobusowy i postanowił pójść do domu piechotą. Miał nadzieję, że ruch dobrze mu zrobi i że zdoła się uwolnić jakoś od przykrego uczucia przygnębienia.

Gdzieś w odległych tajnikach podświadomości kryło się jednak przekonanie, że i tym razem nie zdecyduje się na to, aby porzucić pracę u Larissona. Nie miał po prostu dość odwagi, ażeby stanąć z własnej woli wobec niepewności jutra.

Przechodząc koło jakiejś restauracji, wciągnął w nozdrza zapach smażonego mięsa. W tej chwili poczuł, że jest bardzo głodny, postanowił więc coś zjeść. Nie namyślając się, wszedł do baru. Usłużny kelner pośpiesznie podał mu kartę.

Morley zamówił porcję mięsa i rozejrzał się po sali. Było tu dość rojno i gwarno. Szczęk noży i widelców mieszał się z pośpiesznymi urywanymi rozmowami. Ciągle napływali nowi goście, którzy, przepychając się między gęsto ustawionymi stolikami, zdobywali z coraz to większym trudem miejsca. Poczynało robić się ciasno.

– Czy można usiąść koło pana?

Morley gwałtownie odwrócił głowę. Młoda elegancka dama stała przy jego stoliku.

– Ależ oczywiście. Bardzo panią proszę – powiedział pośpiesznie, podsuwając krzesło.

– Dziękuję.

Po specyficznie gardłowym akcencie domyślił się, że nieznajoma jest Amerykanką. W tej chwili kelner przyniósł zamówioną porcję. Morley jadł z apetytem, obserwując dyskretnie swą przygodną towarzyszkę. Nie była może wybitnie piękną, ale miała w twarzy coś bardzo interesującego i pociągającego. Z całej postaci tchnął urok prawdziwej kobiecości, połączonej z energią i pewnością osoby samodzielnej, znającej życie.

Zamówiła obiad i czekała cierpliwie, paląc wolno papierosa. Morley miał ochotę zawrzeć z nią znajomość, ale czuł się jakoś nieswojo. Jadł więc w milczeniu, od czasu do czasu spoglądając nieznacznie w kierunku eleganckiej dziewczyny. Na zakończenie obiadu wypił kawę. Rezygnując z ewentualnej przygody postanowił zapłacić i iść do domu.

Z tą myślą skinął na kelnera prosząc o rachunek. Jakież było jednak jego przerażenie, gdy sięgnąwszy do kieszeni zauważył, że nie ma przy sobie pieniędzy. Dopiero teraz przypomniał sobie, że ostatnią forsę oddał przecież Barterowi. Zmieszał się bardzo. Sytuacja była rzeczywiście nieprzyjemna. Kelner stał i czekał, przyglądając się nieufnie poszukiwaniom speszonego gościa.

– Nie wziąłem ze sobą pieniędzy – bąknął wreszcie Morley. – Będę musiał odnieść panu jutro.

Kelner chrząknął groźnie. – Już trzeci gość od rana nie ma czym zapłacić rachunku.

– Mogę panu zostawić w zastaw zegarek – zaproponował Morley.

– Ja zapłacę pański rachunek – wtrąciła się niespodziewanie Amerykanka.

– Ależ proszę pani, z jakiej racji?

– Głupstwo, nie ma o czym mówić. Ile się należy?

Kelner pośpiesznie wymienił kwotę i dziewczyna natychmiast wyjęła pieniądze. Morley był naprawdę speszony.

– Bardzo pani dziękuję za pomoc, ale to przecież było zupełnie niepotrzebne. Mój zegarek jest wart znacznie więcej, niż wynosił ten głupi rachunek, więc doprawdy...

– Niechżeż pan da spokój. Nie ma przecież w tym nic nadzwyczajnego, że zapomniał pan pieniędzy. Każdemu może się zdarzyć. Zwróci mi pan jutro – przerwała mu nieznajoma.

– Właśnie chciałem panią zapytać, gdzie będę mógł odnieść pieniądze? – podjął pośpiesznie Morley.

– Nazywam się Betty Kaent i mieszkam w hotelu „Imperial”. Jeśli pan będzie miał ochotę, to proszę mnie odwiedzić jutro o tej porze. Dobrze?

– Doskonale! Będę na pewno. Bardzo pani dziękuję – zawołał Morley. – Pani pozwoli, że się przedstawię – jestem Jack Morley – dodał po chwili, wstając.

– How do you do, mister Morley! Czekam na pana jutro po południu – uśmiechnęła się uprzejmie dziewczyna.

Morley nie chciał się już dłużej narzucać, pożegnał się więc i wyszedł z restauracji. Czuł się dziwnie podekscytowany tą nową znajomością. Ta elegancka dama podobała mu się bardzo. Snując najbardziej fantastyczne plany ruszył w kierunku domu.

Stara służąca powitała go jak zwykle niechętnym mruknięciem. Wytarł starannie buty i wszedł do mieszkania. Na biurku zauważył parę listów. Przejrzał je pobieżnie, a potem wsunął do szuflady. W tej chwili przypomniał sobie, że przecież umówił się na dzisiaj z małą Jane. Spojrzał na zegarek. Było już doprawdy bardzo późno. Nie wypadało przecież, żeby dziewczyna czekała na niego zbyt długo. Przebrał się więc pośpiesznie, ogolił i rzuciwszy jakieś słowo pożegnania wybiegł z domu.

Na schodach przypomniał sobie, że nie ma zupełnie pieniędzy. Co robić? Nie może przecież dopuścić do tego, żeby znowu Jane zapłaciła za niego rachunek w kawiarni. Nagle zjawiła się zbawcza myśl. Pchnął drzwi i wszedł do pobliskiego sklepu.

Miał tutaj znajomego sklepikarza. Gruby, łysy jegomość stojący cierpliwie za ladą spojrzał trochę zdziwiony na młodzieńca domagającego się nerwowo pożyczki, ale skinął głową i bez słowa wyjął z kasy funta. Morley błyskawicznie chwycił pieniądze i wybiegł. Na rogu wskoczył do przejeżdżającego autobusu, by zgrzany i zziajany, znaleźć się wreszcie w umówionej kawiarence.

Mała Jane czekała już na niego. Była zniecierpliwiona, nadąsana. Morley mruknął coś na swoje usprawiedliwienie i zamówił kawę. Był zły na siebie, a także na tę jasnowłosą dziewczynę, choć sam nie wiedział właściwie – dlaczego. Jeszcze wczoraj cieszył się bardzo z umówionego spotkania. Teraz Jane wydawała mu się nudna i zupełnie nieinteresująca. Był zdenerwowany, myślą wracał nieustannie do swej niedawnej przygody w barze. Biedna mała Jane w żaden sposób nie wytrzymywała porównania z tą wspaniała Amerykanką. Randka zupełnie się nie udała. Morley był tak roztargniony, że nie potrafił podtrzymać rozmowy, Jane siedziała milcząca i osowiała. Wreszcie oboje zadecydowali, że trzeba już iść do domu. – Morley poprosił o rachunek.

– Nie jesteś dziś zbyt interesującym towarzyszem – powiedziała Jane przy rozstaniu.

Morley uśmiechnął się nieznacznie.

– Masz rację. Nie jestem jakoś w humorze – mruknął niechętnie.

– Kiedy się znowu zobaczymy?

– Zadzwonię do ciebie. Good bye!

– Good bye, Jack!

Jane wsiadła do autobusu. Morley zaś powlókł się wolno do domu. Był jakoś dziwnie zniechęcony i zdenerwowany. Żal mu było trochę Jane, czuł poza tym coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Po co właściwie zawraca głowę dziewczynie, jeżeli w gruncie rzeczy ten cały stosunek nudzi go niemożliwie? To nie jest w porządku. Jane przywiązuje się do niego coraz bardziej i niewątpliwie odczuwa dotkliwie jego oziębłość. Powinien chyba zdecydowanie zlikwidować to wszystko. Tak będzie najlepiej. Jeszcze nie tak dawno Jane podobała mu się, ale bardzo krótko.

Betty to wspaniała kobieta! Cóż, kiedy on nawet marzyć nie może o tego rodzaju flircie. Jakież może mieć szanse u podobnej kobiety biedny, zapracowany urzędnik firmy Larissona? Wzruszył pogardliwie ramionami: żadnych. Takiego szarego człowieka nie zauważa się w tłumie, nie darzy się najmniejszym nawet zainteresowaniem. Dla niego pozostają dziewczęta typu Jane, Mary czy Margerit. Ekspedientki sklepowe, manikiurzystki, szwaczki. Nie trzeba mieć zbyt wygórowanych wymagań, nie trzeba oddawać się marzeniom.

A jednak, mimo tych wszystkich rozumowych argumentów, gdzieś na dnie duszy czaiła się jakaś niejasna nadzieja, że przecież jutro zobaczy ją w „Imperialu”, że będą rozmawiali i że kto wie, jak się wszystko może ułożyć.

Nie, nie, nie, co za brednie, co za brednie, co za niedorzeczności! Pogrążony w takich rozmyślaniach Morley nie zauważył nawet, jak znalazł się przed drzwiami swego mieszkania. Kiedy usiadł w wygodnym fotelu poczuł nagle, że jest bardzo zmęczony. Przejrzał jeszcze wieczorne pisma, kazał sobie podać kolację i położył się. Śniła mu się Betty, która galopowała na wspaniałym białym rumaku i śmiejąc się rzucała mu pod nogi czerwone róże, a mała Jane stała po kolana w brudnej wodzie zalewając się gorzkimi łzami. Potem pojawili się jacyś żołnierze, i rozgorzała bitwa...

Nazajutrz obudził się bardzo późno i, nie zdążywszy nawet wypić szklanki nieprawdopodobnie gorącego mleka, pognał do biura. Pomimo jednak całego pośpiechu spóźnił się o dobre dwadzieścia minut, a na domiar złego spotkał na korytarzu samego Larissona, który spojrzał zezem na niesumiennego urzędnika.

„Źle” – pomyślał Morley, siadając pośpiesznie za swym biurkiem. Ostatnio tak się jakoś układały okoliczności, że począł się poważnie obawiać o swoją posadę. Wiedział, że dyrektor ma już jakiegoś kandydata na jego miejsce i że kopie pod nim dołki. Właściwie należałoby uprzedzić wypadki, wymówić samemu, nie czekając aż go wyleją. Ale co robić dalej, gdzie szukać zajęcia? Musi przecież z czegoś żyć, musi zarabiać. Ostatecznie posada u Larissona nie była taka najgorsza. Zdawał sobie jasno sprawę, że niełatwo znajdzie coś lepszego.

Pod wpływem tych wszystkich myśli zabrał się pilnie do pracy i przez parę godzin niestrudzenie odrabiał zaległą korespondencję. Pomimo jednak najlepszych chęci trudno mu się było skupić nad robotą, toteż mylił się kilkakrotnie. Nieustannie stała mu przed oczami postać nowej znajomej i podświadomie nie mógł doczekać się chwili, kiedy będzie mógł pobiec do „Imperialu”.

Czas wlókł się nieznośnie wolno. Po lunchu Morley wziął z kasy zaliczkę, a potem niecierpliwie oczekiwał końca urzędowania. Wreszcie jednak nadeszła upragniona chwila, kiedy to mister Smith z trzaskiem zamknął książki buchalteryjne, a mistress Bibss z westchnieniem ulgi podniosła się od maszyny.

Morley pośpiesznie zsunął wszystkie papiery z biurka do szuflady i nie żegnając się z nikim wybiegł na ulicę. W ostatnim momencie dogonił odjeżdżający autobus i zawisnął na stopniu. Musiał przecież pojechać do domu przebrać się, odświeżyć. Tak był zdenerwowany, że nie myślał nawet o jedzeniu.

Znalazłszy się u siebie, ogolił się, umył, włożył odświętne ubranie, wylewając na siebie sporą ilość wody kolońskiej. Wszytko to załatwił błyskawicznie, tak że w niespełna pół godziny znalazł się już na ulicy. Tutaj stoczył z sobą krótką walkę, czy ma jechać autobusem czy też taksówką, ale postanowił jednakże z fasonem zajechać przed „Imperial” i zatrzymał jakieś auto.

Stary poważny portier o czerstwej rumianej twarzy i siwych wspaniałych wąsach przyjrzał mu się uważnie spoza dużych okularów, robiąc zgorszoną minę na widok zadyszanego zdenerwowanego młodzieńca.

– Przepraszam pana, chciałbym się widzieć z panną Kaent, z panną Betty Kaent! – zawołał pośpiesznie Morley.

Portier flegmatycznie podniósł słuchawkę do ucha i bardzo wolno połączył się z pokojem Amerykanki.

– Miss Kaent prosi pana do siebie – powiedział po chwili. – Pokój numer 223 – dodał, podkręcając wąsa.

Morley wsiadł do windy i pojechał na drugie piętro. Z bijącym sercem zapukał do drzwi.

– Come in – posłyszał z wewnątrz.

Wszedł i ukłonił się uprzejmie. Od razu zauważył, że Betty jest bardzo zdenerwowana. Przywitała się z nim z roztargnieniem a potem paląc papierosa zaczęła chodzić od ściany do ściany, nie zwracając najmniejszej uwagi na gościa. Trwało to dłuższą chwilę i Morley poczuł się w końcu nieswojo.

– Niechżeż pan siada! – zawołała nagle dziewczyna. – Bardzo pana przepraszam, ale mam wielkie kłopoty.

Morley wyjął pieniądze.

– Dziękuję pani za pożyczkę – powiedział niewyraźnie.

Nie wiedział właściwie, jak się ma zachować. Dziwny sposób bycia Betty speszył go całkowicie.

– Jak się pan miewa? – spytała niespodziewanie Amerykanka.

Morley spojrzał zdumiony.

– Dziękuję, dobrze – odparł pośpiesznie, nie rozumiejąc o co chodzi. – Czy mógłbym być może pani w czym pomocny? – dodał po chwili, obserwując zdenerwowanie dziewczyny.

– Czy pan jest żonaty? – spytała nagle Betty.

– Nie, broń Boże. Jestem kawalerem.

– Ależ panie, to wspaniale! Sama Opatrzność chyba zsyła mi pana! – zawołała radośnie dziewczyna. – Błagam pana niech mi pan nie odmawia, niech pan to dla mnie zrobi.

– Ale co? O co chodzi? – pytał zdetonowany.

– Musi się pan ze mną ożenić.

Morley osłupiał do reszty.

– Ożenić?

– No, tak. Jutro weźmiemy ślub.

– Pani oczywiście żartuje – uśmiechnął się niewyraźnie.

– Wcale nie żartuję. Proszę pana po prostu o przysługę.

– Nic nie rozumiem.

– Nie potrzebuje pan nic rozumieć, wystarczy jeśli się pan ze mną ożeni.

– Ależ proszę pani...

Betty zrobiła niecierpliwy ruch ręką.

– Gwarantuję panu, że się to panu dobrze opłaci.

Morley wstał.

– Nie sądzi pani chyba, że...? – powiedział urażony.

– Ale nie, nie, nic nie sądzę.

– Więc...?

– Niechże pan zrozumie, że ja jutro muszę wyjść za mąż, że nie mam ani chwili do stracenia i błagam pana niech mi pan nie odmawia. Niechże pan zrozumie!

– No, kiedy właśnie o to chodzi, że kompletnie nic nie rozumiem – zawołał zniecierpliwiony już trochę Morley. – Nie mam pojęcia, czego pani chce ode mnie.

– No więc dobrze – powiedziała Betty – Wszystko wyjaśnię w paru słowach. Jestem Amerykanką. Mam bogatą rodzinę, która koniecznie chciała mnie wydać za mąż, ponieważ podobno realizowałam nazbyt ekscentryczne pomysły. Wynajdowano mi najróżnorodniejszych konkurentów, żaden jednak nie zdołał mnie zainteresować. Wysłali mnie do Europy, żebym tutaj szukała męża. Obecnie umarł w Meksyku mój wuj, który był miliarderem. Kopalnie, fermy, nieprzeliczone stada bydła, fabryki w Stanach, słowem bogacz. Otóż ten wuj zapisał mi cały majątek, pod warunkiem, że wyjdę za mąż przed ukończeniem 21 lat. Pojutrze są moje urodziny, jeśli nie poślubię kogoś jutro, to cały krociowy majątek mego wuja przechodzi na skarb państwa. Teraz chyba zaczyna pan już rozumieć.

– Tak teraz zaczynam już rozumieć – powiedział wolno Morley. – Ale niestety muszę panią rozczarować. Ja się do tej roli nie nadaję.

– Ależ dlaczego, dlaczego? Właśnie doskonale się pan nadaje. Przecież ja tu nie znam nikogo. Proszę mi nie odmawiać? To moja ostatnia nadzieja. Oczywiście, że to będzie małżeństwo czysto formalne. Będzie pan moim mężem dopóty, dopóki się nie pozałatwia tych wszystkich głupich formalności. Później weźmiemy rozwód, o który w Ameryce nie jest tak trudno, i wszystko będzie w porządku. No, błagam pana, proszę mi pomóc! Nie jest pan przecież żonaty, więc nic nie stoi na przeszkodzie. Pojedziemy do Ameryki, zwiedzi pan kawał świata, pozna pan nasz kraj, ostatecznie nic nie ryzykując. Będąc moim mężem będzie pan miał zupełną swobodę działania, zachowując oczywiście pewne pozory. Niechżeż pan się zdecyduje.

Morley zamyślił się. Był tym wszystkim zaskoczony i oszołomiony. Marzył przecież od dawna o jakiejś zasadniczej zmianie w swym szarym życiu, śnił o wielkiej przygodzie, ale teraz, kiedy ta przygoda zaczynała nabierać realnych kształtów, nie mógł się zdobyć na decyzję.

Propozycja Amerykanki wydawała mu się niesłychana i jakoś nie zgadzała się z poczuciem jego dumy osobistej. Ta dziewczyna chce po prostu kupić sobie męża, który by jej dopomógł w zdobyciu milionów. Czyż może przystać na podobną koncepcję?

Z drugiej strony perspektywa niezwykle sensacyjnej przygody była ogromnie pociągają. Co robić? Jeśli się zgodzi, musi zerwać z całym swym dotychczasowym uregulowanym życiem, musi rzucić posadę, zlikwidować mieszkanie, rozstać się z całym światem, do którego przywykł. A co go czeka tam, z tamtej strony oceanu? Czyż to nie jest zbyt ryzykowne wdawać się w taką awanturę?

Betty, jakby zgadując jego myśli, podeszła blisko i zajrzała mu w oczy.

– Proszę się nic nie obawiać, mister Morley – powiedziała przekonywująco. – Nie spotka pana nic złego w Ameryce, zapewniam.

– Ależ ja się nie obawiam – zapewnił żywo Morley.

Dziewczyna wyczuła, że opór ofiary słabnie.

– Więc mogę na pana liczyć? – spytała wyciągając rękę.

– Doprawdy nie wiem co mam pani odpowiedzieć – bąknął niewyraźnie. – Muszę się w każdym razie namyślić.

– Nie mamy ani chwili czasu do stracenia – zawołała żywo Betty. – Musimy przygotować wszystkie formalności, a jutro z samego rana ślub. W południe powinniśmy wysłać depeszę do Ameryki. Więc zgadza się pan, prawda? Ręczę, że nie będę zbyt groźną żoną – dodała z uśmiechem. – Niechże się pan odważy. Niech pan raz w życiu zdecyduje się na jakieś niezwykłe posunięcie!

Morley w tej chwili powziął decyzję.

– Dobrze, zgadzam się – wykrztusił z trudem i w tej chwili poczuł zimny dreszcz przebiegający wzdłuż całego ciała. Zaraz potem zrobiło mu się gorąco i usiadł ciężko w fotelu, jak człowiek, na którego zapadł wyrok.

Betty była zachwycona.

– Wiedziałam, że pan mi dopomoże – zawołała z entuzjazmem, ściskając go za rękę. – Bardzo, bardzo dziękuję. Potrafię się odwdzięczyć. Jest pan prawdziwym gentlemanem. Musimy zaraz oblać nasze zaręczyny – dodała ze śmiechem, wyjmując butelkę koniaku.

Morley wstał posłusznie i ujął pełny kieliszek. Był ogłuszony.

– Nie bardzo właściwie rozumiem – powiedział po chwili – dlaczego...?

– Na razie nic pan nie potrzebuje rozumieć ponad to, co panu powiedziałam – przerwała mu pośpiesznie Betty. – Jutro rano bierzemy ślub i odjeżdżamy najbliższym statkiem do Ameryki, do Meksyku.

– Do Meksyku? – zdziwił się Morley.

– No, tak. Formalności spadkowe będziemy musieli załatwić w Meksyku.

– I pani chce, żebym jutro wyjeżdżał?

– Oczywiście, jeżeli to tylko będzie możliwe, bo nie wiem, czy uda nam się złapać jakiś statek.

– Ależ proszę pani ja nie mogę.

– Co pan nie może?

– No, nie mogę przecież tak od razu wyjeżdżać.

– A to dlaczego?

– Mam tutaj posadę, pracuję, poza tym mam mieszkanie. Przecież muszę jakoś to wszystko zlikwidować. Nie mogę tak momentalnie.

– Ale może pan doskonale – zawołała żywo Betty. – Niech się pan tym nie kłopocze. Podejmuję się załatwić wszystko w przeciągu godziny.

– Ale zapewniam panią, że...

– Nie ma żadnego „ale”. Obecnie ja obejmuję komendę – uśmiechnęła się dziewczyna. – Zaczynamy od zlikwidowania pańskiego mieszkania. Przeniesie się pan do „Imperialu”.

– Ależ!

– Nie ma o czym mówić. Jedziemy. Proszę podać mi płaszcz.

Morley spełnił posłusznie rozkaz. Trudno, słowo się rzekło. Musiał być konsekwentny. Zeszli na dół i wsiedli do samochodu. Morley trochę niepewnym głosem podał swój adres.

Stara służąca, dowiedziawszy się, że mister Morley wyjeżdża do Meksyku patrzała na swego chlebodawcę jak na wariata.

Betty zapłaciła zaległe komorne, dała służącej paromiesięczne odszkodowanie i poczęła energicznie pomagać „narzeczonemu” w pakowaniu rzeczy.

Morley był na wpół przytomny. Czuł, że robi jakieś nieprawdopodobne głupstwo, że popełnia szaleństwo, ale zabrnął już tak daleko, że nie było właściwie sposobu cofnąć się. Powyciągał z różnych zakamarków walizy i wrzucał do nich gorączkowo wszystko co miał. Nie było tego zbyt wiele. Śpieszył się. Chciał jak najprędzej zejść z oczu swej gospodyni, która stała w rogu pokoju i z politowaniem kiwała głową. Wreszcie wszystko było gotowe.

Morley przy pomocy szofera i dozorcy zniósł bagaże do auta. Gdy zawarczał motor, poczuł, że całe jego dotychczasowe spokojne życie zapada się w przepaść. Jakżeż często marzył o takiej chwili, a jednak w tym właśnie momencie doznał jak gdyby uczucia strachu przed nieznanym.

– Don`t be so sad, darling – powiedziała wesoło Betty, spoglądając na posępną twarz swego towarzysza.

Morley uśmiechnął się z przymusem.

– Jestem w świetnym humorze – powiedział niewyraźnie.

Betty roześmiała się szczerze.

– Wygląda pan jak skazaniec, wędrujący na krzesło elektryczne. Proszę się rozpogodzić. Taka żałobna mina nie przystoi narzeczonemu w przeddzień ślubu. Nie ma pan przecież powodu do zmartwienia.

– Ja też się wcale nie martwię – wtrącił Morley. – Zastanawiam się po prostu nad swoim szalonym krokiem.

– To zupełnie niepotrzebne. Po cóż sobie zatruwać życie wiecznym zastanawianiem się nad wszystkim? Ostatecznie co pan ryzykuje? Jest pan człowiekiem samotnym, bez rodziny czy obowiązków, a mieszkanie i posadę przecież zawsze pan znajdzie. Więc o co chodzi? Zwiedzi pan kawał świata, pozna nowych ludzi, inne zwyczaje, a tak, cóż siedziałby pan wiecznie na tej swojej posadzie i patrzałby pan przez całe życie na te same ulice.