Rewolucja agrarna - Josef A. Holzer - E-Book

Rewolucja agrarna E-Book

Josef A. Holzer

0,0
10,00 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Permakultura
Życie w zgodzie z naturą
Kształtowanie przyszłości
 
 
Kryzysu ekologicznego wywołanego przez człowieka nie da się przeoczyć. Nie można już dłużej działać tak jak dotychczas. „Istnieje jednak przyszłość bez monokultury, masowej hodowli i rabunkowego gospodarowania zasobami przyrody” – przekonują permakulturowi eksperci Sepp i Josef A. Holzerowie, ojciec i syn. Obaj dzielą się swymi przemyśleniami i bogatym doświadczeniem w zakresie „permanent agriculture” – kształtowania krajobrazu kulturowego na wzór natury. Do wyzwań związanych z kryzysem klimatycznym podchodzą odważnie, kreatywnie i z wiarą we własne siły oraz wiedzę: przyszłość wciąż jeszcze jest sprawą otwartą, a w partnerstwie z naturą kryją się wielkie możliwości.
 
Tłumaczenie: Sergiusz Lipnicki i Urszula Szymanderska

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2025

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Tytuł oryginału: Agrar Rebellion jetzt

Copyright © Copyright by Leopold Stocker Verlag, Graz 2023

Layout und Repro: Werbeagentur Rypka GmbH, 8143 Dobl/Graz, www.rypka.at

Copyright © for the Polish edition by PURANA 2024

Kompleksowe opracowanie książki:

Agencja Wydawnicza Synergy Elżbieta Meissner

www.agencja-wydawnicza-synergy.pl

Zespół w składzie:

Tłumaczenie: Sergiusz Lipnicki i Urszula Szymanderska

Konsultacja: dr Iwona Mróz

Redakcja: Beata Wieseń

Korekta: Aleksandra Kantorowicz

Skład, łamanie i adaptacja okładki: Barbara Kryska

Analiza tekstu: Lingventa

ISBN: 978-83-68200-09-6

Wydawca:

Wydawnictwo PURANA

ul. Agrestowa 11, w 55-330 Lutynia

tel.: 71 35 92 701, 603 402 482

e-mail: [email protected]

www.purana.com.pl

Facebook: FB Wydawnictwo Purana

Instagram: IG Wydawnictwo Purana

YouTube: YT Purana Talk

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej:

www.purana.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana bądź przekazywana w jakiejkolwiek formie, żadnymi środkami elektronicznymi lub mechanicznymi, łącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem lub przez dowolny system przechowywania informacji, bez pisemnej zgody wydawcy.

O książce

Sepp Holzer pochodzi z rodziny gazdów. Otwarte, pozbawione uprzedzeń podejście, oparte na próbach i eksperymentach, pozwala mu cały czas odkrywać w naturze produktywne wzorce i związki. Wpisuje się w ten sposób w tradycję rolnictwa i leśnictwa, łącząc wiedzę wynikającą z doświadczenia z podejściem naukowym: „permanent agriculture”, czyli permakulturę.

Oprócz osobistych doświadczeń Seppa i Josefa Holzerów w książce tej poznamy naukowców – przodków permakultury – i podstawy tej ekologicznej metody, opartej na obserwacji i uczeniu się, wolnej od dogmatów, mitów i stereotypów. W końcowym oświadczeniu autorzy tłumaczą, w jaki sposób można się zajmować rolnictwem i leśnictwem w czasach zmian klimatycznych i klęsk żywiołowych, zachowując przy tym zrównoważone i przyszłościowe podejście do natury.

„Działaj zawsze tak, by możliwości było coraz więcej”.

Heinz von Förster

Autorzy

Sepp Holzer

Sepp Holzer zyskał opinię rolnika-rebelianta jeszcze przed wydaniem swej książki pod takim właśnie tytułem. 80-letni ekspert permakultury cały czas z uporem i pasją broni natury. Jako dziecko gazdów nauczył się „czytać w księdze natury” i skutecznie z nią współpracować, zamiast działać przeciw niej. W niniejszej książce chcemy wraz z synem pokazać, że możemy przyczynić się do lepszej przyszłości – mimo wszystkich negatywnych prognostyków. Oczywiście, jeśli „nauczymy się rozumieć naturę, zamiast ją zwalczać”.

Sepp Holzer © Marcus Auer

Josef A. Holzer

Josef Andreas Holzer jest rolnikiem i leśnikiem, a także uznanym w międzynarodowym środowisku ekspertem permakultury. W 2009 roku przejął od swojego ojca, Seppa Holzera, gospodarstwo Krameterhof, które zyskało międzynarodową sławę dzięki książkom i artykułom prasowym, uchodzi również za sztandarowy projekt permakulturowy. Od 2020 roku Josef A. Holzer jest też szefem biura doradztwa i planowania Holzer Permacultur Solutions GmbH.

Josef Andreas Holzer © Marcus Auer

Natura zawsze wskaże ci drogę

Przedmowa Seppa Holzera

Ludzie wciąż muszą się uczyć, jak komunikować się z naturą, jak ją postrzegać i jak rozumieć samych siebie jako jej integralną część. Czasem słyszę pytanie: „Od czego zacząć?”. Może od doniczki? W kuchni, w pokoju albo na balkonie. Zasadniczo niemal każda przestrzeń się do tego nadaje.

Już dzieciom pokazujemy, że w nasionku tkwi życie, że jest to ważne i zarazem cudowne. Przykrywają nasionko warstwą ziemi, patrzą, jak roślina kiełkuje i zadają pytanie, jakie będzie miała kiedyś owoce. Wiśnie? Kasztany? Jabłka?

Dzieci dokładnie zapamiętają odpowiedź. Bo to one same zasiały ziarno, bo to jest teraz ich włas­na roślina. Dziecko, które ma swoje drzewko, będzie je cenić, będzie o nie dbać i chronić je przed różnymi zagrożeniami. Uczy się, że istnieje związek między nim a drzewkiem i przyzwyczaja się, że jest odpowiedzialne za tę żywą istotę.

Te doświadczenia kształtują dzieci i trzeba je im umożliwić. Potrzebują czasu i miejsca na eksperymenty – na sukcesy i porażki, bo dzięki tym ostatnim również się dużo uczą (o ile nawet nie więcej). Dzieci muszą dobrze poznać świat, żeby mogły sobie w nim radzić i by wiedziały, jak czytać w księdze natury. Muszą nauczyć się, jak ta natura funkcjonu­je i jaką rolę pełnią żyjące w niej wraz z nimi organizmy.

Dostrzegą dzięki temu, że wszystko, co żyje, ma swoją wartość. Nic nie istnieje bez przyczyny. Każde stworzenie ma swoje zadanie. Wszystko jest ze sobą powiązane i tworzy sieć: gleba, drzewo, kropla deszczu i robak. Dzieci rozumieją to od razu – w przeciwieństwie do dorosłych, którzy bezmyślnie zabraniają im tylu rzeczy!

Czy istnieją dziś miejsca, gdzie dzieci mogą kopać ziemię, sadzić rośliny, a potem zbierać plony swojej pracy? Prawie ich nie ma. Wielu rodziców uważa, że natura jest brudna, nieestetyczna i groźna. Co za bzdura! Groźne jest to, że nie przekazuje się dzieciom, jak niewiarygodnie różnorodna i cenna jest natura i nie uświadamia się im, że jesteśmy z nią związani na dobre i na złe.

Ludzie mogą się od niej tyle nauczyć. Życia nie wystarczy, żeby dostrzec i zrozumieć wszystkie związki i zależności. Im bliżej się przyglądamy, tym więcej jest do odkrycia. A nowe odkrycia można spożytkować dla siebie w różnoraki sposób – również to każde dziecko pojmuje intuicyjnie.

Ja sam już jako mały chłopiec uprawiałem pierwsze rośliny i założyłem swój własny ogród. Największą radość sprawiało mi obserwowanie, jak wszystko rośnie, rozwija się i rozmnaża. Aż puchłem z dumy, widząc swoje sukcesy! Szczęście, które przy tym odczuwałem, dodawało mi sił i było bodźcem do dalszych działań i kolejnych prób.

Cały czas słyszę, że potrafię cieszyć się „jak dziecko”. To prawda. Codziennie odkrywam coś nowego w moim ogrodzie; coś, co wprawia mnie w prawdziwy zachwyt.

Do dziś odczuwam taką samą ciekawość i chęć eksperymentowania. I wcale nie mam ochoty – mimo że przekroczyłem już osiemdziesiątkę – siadać na ławeczce przed domem i czekać na śmierć. Nie! Wciąż sadzę drzewa i zakładam nowe ogrody, żeby ci, którzy przyjdą po mnie, mogli zbierać owoce tej pracy.

Natura nauczyła mnie, jak zbierać obfite plony. To prawda: ona jest moją nauczycielką. Chcę się podzielić tym, co u niej podpatrzyłem.

Książka ta powstawała w czasie, gdy informacje o kolejnych katastrofach mnożyły się jak grzyby po deszczu: pandemia, wojna, kryzys klimatyczny, głód, wymieranie gatunków.

Pojawiło się równocześnie tak wiele problemów, których przyczyną jesteśmy my sami. Przygniata nas strach. Ale on jest najgorszym towarzyszem i doradcą. Kiedy się boję, czuję się, jakby ktoś mnie ścigał.

Zwłaszcza teraz, kiedy musimy wytyczyć sobie nowe cele i znaleźć nowe drogi, trzeba natychmiast pozbyć się lęku. Sprawia on, że zaczynamy działać pochopnie – nie pozwala rozwiązać problemów, za to wciąż stwarza nowe. Doś­wiadczenie życiowe podpowiada mi, że nie wolno się bać, jeśli chce się stworzyć lepszą przyszłość. Ten, kto panicznie, bez głowy i planu, ucieka, jest zgubiony. Ale natura zawsze wskaże ci właściwą drogę. Pomoże ci, bo jesteś jej częścią.

Jaki świat chcemy zostawić tym, którzy przyjdą po nas? Czy nie mają oni prawa do dobrego życia, czystej wody i zdrowej żywności?

Coraz bardziej jestem przekonany, że potrzebujemy rewolucji agrarnej właśnie teraz! Wymagajmy i budźmy ogólną świadomość tego, że nie możemy sobie pozwolić na to, by bezwzględnie eksploatować naturę i ją zwalczać. Ten, kto gospodaruje na roli, musi się sprzymierzyć z naturą i być gotowym, by się od niej uczyć.

Jestem przekonany, że można korzystać z natury, nie wykorzystując jej. O tym właśnie jest mowa w tej książce. Napisałem ją wraz z synem oraz z naszym przyjacielem i jednocześnie współautorem, Andreasem Schindlerem.

Ma ona przede wszystkim dodać odwagi i pokazać, jakie możliwości otworzą się przed nami, gdy nauczymy się czytać w księdze natury i współpracować z nią, zamiast działać przeciw niej.

Od tego zacznijmy. Teraz.

Sepp Holzer

Sepp Holzer: „Możemy się tyle nauczyć od natury. Życia nie wystarczy, żeby dostrzec i zrozumieć wszystkie związki i zależności”. © Marcus Auer

Dość wymówek!

Przedmowa Josefa A. Holzera

Kiedy studiowałem leśnictwo, pewien stary leśnik powiedział mi coś, co utkwiło mi w duszy na zawsze: „Natura daje nam wszystko, ale nie za darmo”.

Dziś uważam, że jest to jedna z najważniejszych maksym, które powinien przyswoić sobie każdy, kto chce się zajmować rolnictwem i leśnictwem w sposób odpowiedzialny i jednocześnie skuteczny. Jeśli chcemy od natury czegoś wymagać, musimy z nią współpracować, uczyć się od niej i próbować ją zrozumieć.

Obserwować i uczyć się od natury – na tym polega permakultura i właśnie tym zajmuję się od lat w domu, we własnym gospodarstwie i w ramach mojej pracy w roli doradcy, instruktora i planisty.

Jeśli ktoś zajmuje się środowiskiem naturalnym, dostrzega szybko, że wszystko jest w nim w ciągłym ruchu. To, co widzimy, to nie końcowy wynik jakiegoś procesu, ale jego krótki odcinek na długiej osi czasu. Winą naszego ograniczonego postrzegania jest, że to, co pozostaje w ciągłym ruchu, wydaje nam się czymś statycznym.

Jeśli chcemy zrozumieć naturę i z niej korzystać, musimy zawsze brać pod uwagę tę oś czasową. „Co było? Co jest? Co będzie? I dlaczego?”.

Na kolejnych stronach chcemy pokazać, że opłaca się uważniej spojrzeć w przeszłość. Dzięki temu można rozpoznać szanse i ryzyka, co jest bardzo istotne w kontekście podejmowania decyzji dotyczących teraźniejszości.

Właśnie teraz, gdy kryzys klimatyczny, wymieranie gatunków, susze i powodzie budzą tyle obaw, takie spojrzenie w przeszłość ma naprawdę duże znaczenie. Jakie są tego rzeczywiste przyczyny? Co jest źródłem problemów?

Na początek wyjaśnijmy sobie jedną kwestię. Niezależnie od tego, jak pilne jest ograniczenie emisji szkodliwych dla klimatu gazów, to samo ograniczenie nie wystarczy.

Klimat przyczynia się do ekstremalnych zjawisk pogodowych, ale to nie on jest przyczyną tego, że nasze krajobrazy kulturowe tak kiepsko sobie radzą ze zmianami.

Utrata bioróżnorodności, wyschnięte pola, pożary lasów, powodzie czy jałowienie gleby, podobnie jak zmiany klimatyczne – wszystko to są problemy stworzone przez nas samych. Poradzimy sobie z nimi tylko wtedy, kiedy wypowiemy wojnę przestarzałym poglądom i niszczycielskim zwyczajom.

Istnieją wypróbowane i sprawdzone w praktyce, dobrze wróżące na przyszłość alternatywne rozwiązania dla monokultur, masowej hodowli zwierząt i rabunkowej gospodarki wobec natury. W bilansie ekonomicznym wypadają one znacznie korzystniej niż te, które proponowano nam i wciąż się proponuje pod szyldem postępu.

Rozejrzyjmy się, spójrzmy na spustoszony i wyeksploatowany świat. Nie da się zrzucić z siebie odpowiedzialności za to, że zostawimy go następnemu pokoleniu w dużo gorszym stanie niż ten, w jakim odziedziczyliśmy go po naszych rodzicach.

W tej książce chcemy pokazać, że można działać inaczej – o wiele lepiej! Postawmy na rozwiązania, które oferuje nam natura i żądajmy od polityków, żeby środków z naszych podatków nie przeznaczać na leczenie objawowe, ale na przebudowę systemu, którego słabości są zbyt oczywiste, by w dalszym ciągu je ignorować.

Rewolucja agrarna zaczyna się od uznania jej konieczności – teraz i z tymi wszystkimi, którzy są gotowi zacząć naprawiać rzeczywistość. Żadnych wymówek – to tylko strata czasu.

Josef A. Holzer

KRAMETERHOF – OD ROLNICTWA SAMOZAOPATRZENIOWEGO DO PERMAKULTURY

Różnorodność samowystarczalności Josef A. Holzer

Nasz dom, Krameterhof, położony jest na południowym zboczu płaskowyżu Schwarzenberg w salzburskim Lungau, w samym środku aus­triackich Alp.

Dzisiaj nasze gospodarstwo zajmuje powierzchnię 45 hektarów i rozciąga się na wysokości od 1100 do 1500 m n.p.m. Zimy w tym słonecznym i ubogim w opady regionie są długie i ostre. Przez około 170 dni w roku słupek rtęci w ciągu doby spada poniżej zera, a przez około 50 dni w ogóle nie podnosi się powyżej zera. Suma opadów nie przekracza 800 mm.

Ogólne warunki wydają się więc wymagające, a jednak rolnicy z pokolenia na pokolenie uprawiają te strome i na pierwszy rzut oka pozornie niegościnne spłachetki ziemi. Moja rodzina zajmuje się tym już od 1890 roku.

Tak jak większość gazdówek była ona gospodarstwem samozaopatrzeniowym, które wprawdzie nie produkowało nadwyżek, ale mog­ło wytwarzać wszystko to, co jest niezbędne do życia.

Inaczej niż dziś, poziom samozaopatrzenia w górach był niegdyś bardzo wysoki. Nie ­trzeba (lub nie można) było prawie nic dokupować. Nie można jednak myśleć o gazdach z takich gospodarstw jako o ludziach biednych. Zasadniczo w ubogiej gospodarce powojennej jako jedni z nielicznych zawsze mieli coś do jedzenia i żyli w swego rodzaju dobrobycie. W gospodarstwie samozaopatrzeniowym ludzie nie żyli wprawdzie na wysokiej stopie, ale z pewnością nie cierpieli biedy.

Wiele osób odwiedzających moje gospodarstwo sądzi, że spotkają się tu z zupełnie nowymi sprawami. Często pytają mnie, jak to jest możliwe, żeby w gospodarstwie tak położonym i znajdującym się na takiej wysokości istniała możliwość uprawy warzyw, owoców i zbóż. Widzą, że gromadzę w stawach deszczówkę, chodzę z gęsiami po górach, trzymam świnie na pastwisku i pytają, jak wpadłem na taki pomysł. Uśmiecham się wtedy pod nosem i wyjaśniam, że nie są to żadne innowacje. Przecież tereny te wykorzystywano rolniczo już od tysiącleci. Każde gospodarstwo, w którym pracowało się przez cały rok, było zasadniczo gospodarstwem samozaopatrzeniowym.

To, że tego typu gospodarstw dziś się już nigdzie nie widuje, nie oznacza, że nigdy ich nie było. Już moi pradziadkowie i dziadkowie uprawiali owoce i warzywa, często w ilościach, które trudno sobie dzisiaj wyobrazić. W końcu w naszym gospodarstwie trzeba było wykarmić dobre dziesięć osób.

Oprócz tego na polach rosły zboża, ziemniaki, kapusta, fasola i buraki. Uprawiano też rośliny włókniste i oleiste – w naszym wypadku był to len. Poza tym mieliśmy sporo różnych zwierząt.

Zwierzęta umożliwiają pozyskanie z danej powierzchni „kalorii”, których w inny sposób nie dałoby się zorganizować. Każdy gatunek nadaje się do innej powierzchni i wymaga innej paszy. Zwierzęta były również niezbędne do tego, żeby wykorzystać optymalnie zasoby gospodarstwa – były cennym produktem żywnościowym, ale również „narzędziem pracy”. Sposób, w jaki wykorzystywano zwierzęta, miał też niebagatelne znaczenie z ekologicznego punktu widzenia – pomagały one stworzyć i utrzymać środowiska życiowe dla bardzo licznych gatunków roślin i zwierząt.

Gazdówki moich pradziadków i dziadków były więc bardzo różnorodne, bo ta różnorodność była niezbędna do przeżycia.

Jeśli człowiek jest całkowicie zdany na to, co sam produkuje, nie może sobie pozwolić na ryzyko specjalizacji. Co się stanie, jeśli coś nie wyjdzie? Nie można postawić wszystkiego na jedną kartę. Dlaczego Krameterhof tak bardzo różni się od otaczających go gazdówek?

Krameterhof w 1954 roku. © SAGIS

Kiedy wyjaśniam gościom, że zasadniczo robię dużo takich samych rzeczy, jakie robiono tu od stuleci, spotykam się często z niedowierzającymi spojrzeniami.

Oczywiście nasze gospodarstwo zmieniło się bardzo strukturalnie i wizualnie od czasu, gdy ojciec przejął je w latach 60. ubiegłego wieku. Ale tak jak dawniej wciąż jeszcze produkujemy zboże, warzywa, fasolę, kapustę i owoce, hodujemy woły, świnie, owce, kury i gęsi. Pojawiło się sporo nowości, zmieniły się technologie i wymagania, ale wszystko to zintegrowaliśmy z dawnymi tradycjami.

Gdy mój ojciec przejął w 1962 roku gospodarstwo od swoich rodziców, musiał, tak jak wielu gospodarzy i gospodyń tego pokolenia, podjąć decyzję: wyspecjalizować się w kierunku gospodarki mlecznej – tak jak uczyniła wtedy większość rolników – czy spróbować pójść nową, własną drogą.

Od lat 50. pełna samowystarczalność była już nie na czasie. Tereny gospodarstw zostały uzbrojone. Wiejskie drogi, a później szosy umożliwiły połączenie ze światem nawet najodleglejszych gospodarstw.

Potem doszły do tego linie energetyczne, a nawet łącza telefoniczne.

Szosa prowadząca do naszego gospodarstwa powstała dopiero w 1964 roku. Coraz bardziej potrzebne były inwestycje w maszyny, co oznaczało, że trzeba było więcej zarabiać. Jednocześ­nie spadała liczba pracowników i wszystkich, których trzeba było wyżywić, co z kolei doprowadziło do głębokich zmian w gospodarowaniu. Wkrótce zagwarantowanie całkowitej samowystarczalności przestało być sensowne i konieczne.

Po II wojnie światowej w polityce rolnej szukano sposobów na znaczne zwiększenie produkcji. Przestano brać w ogóle pod ­uwagę rolnictwo samozaopatrzeniowe. Wedle nowych wytycznych gospodarstwa i całe regiony miały podążać drogą specjalizacji.

Odtąd obszary górskie miały się specjalizować w produkcji mleka i – w mniejszym stopniu – mięsa. Uprawy rolne zniknęły z gór. Wybierano dla nich korzystne lokalizacje, ale tam z kolei brakowało zwierząt.

Nie wszystkie gospodarstwa nadawały się do takich zmian. W rezultacie małe gospodarstwa szybko stały się relatywnie nierentowne i zos­tały zmuszone do prowadzenia dodatkowej działalności.

Nadwyżka produkcji doprowadziła wkrótce do presji cenowej, a zmiana w rolnictwie w kierunku produkcji pierwotnej sprawiła, że rolnicy byli coraz bardziej uzależnieni od nabywców i dostawców.

Podczas gdy dochody spadały, drożały środki produkcji. Wiele przede wszystkim małych gospo­­­darstw nie przetrwało tych zmian. Od lat 60. zniknęło w Austrii około 250 tys. gospodarstw rolnych i leśnych.

Wobec tych zmian mój ojciec zdecydował się na różnorodność. Skutecznie eksperymentował z różnymi rolniczymi metodami i branżami. Krok po kroku wraz z moją matką Veroniką zdywersyfikował Krameterhof.

Jednym z pierwszych nowych projektów było założenie stawów. Ojciec, który od najwcześ­niejszego dzieciństwa był zafascynowany rybami, pozostał przy swoim, chociaż większość jego znajomych uznała, że pomysł jest zupełnie bezsensowny. Rolnik w górach, w gospodarstwie nadającym się do stworzenia narciarskich tras zjazdowych, kamienistym, z płytką i ubogą glebą i bez większych zasobów wody, chce zakładać stawy? Odpowiedź ojca brzmiała: „Właśnie dlatego, że jest tu tak mało wody, urządzę stawy”.

I choć na pierwszy rzut oka wydawało się to szalonym pomysłem, ojciec dokładnie wiedział, jak i gdzie będzie mógł urzeczywistnić swoją wizję. Źródłem inspiracji na pewno były dla niego okoliczne stawy młyńskie. Kiedyś wodę ze źródeł i małych potoków górskich trzeba było spiętrzać w stawach, żeby wystarczało jej do obsługi znajdujących się w gospodarstwie kół młyńskich.

Wiadomość, że pewien szalony gospodarz buduje stawy na Schwarzenbergu, rozprzestrzeniła się lotem błyskawicy i wkrótce już wszyscy w Lungau wiedzieli, kim jest ten szaleniec i gdzie jest jego gospodarstwo.

Trudno było sobie wyobrazić lepszą reklamę dla nowej hodowli ryb w Krameterhof. Wszystko poszło tak znakomicie, że inni gospodarze zaczęli prosić ojca o radę. Pokazywał im, gdzie i jak mogą zakładać swoje stawy do hodowli ryb na własny użytek. Dzięki temu mógł wkrótce sprzedawać nie tylko ryby, ale również własną wiedzę.

W rodzicach, zdopingowanych sukcesem, rosła chęć eksperymentowania. Mimo to pozostali wierni wypróbowanej strategii, żeby zajmować się tylko tym, co ich pasjonowało, na przykład stawami, różnorodnością w hodowli, uprawą grzybów, łąkami z rosnącymi na nich pojedynczo drzewami owocowymi. Na tej drodze prawie zawsze czekały ich sukcesy, być może nawet zbyt wielkie, bo doprowadziły ich niemal do wypalenia zawodowego.

Działalność moich rodziców była znana w coraz szerszych kręgach. We wczesnych latach 90. gospodarstwo zaczęli regularnie odwiedzać studenci i wykładowcy z różnych uniwersytetów. Panowała wśród nich jednomyślna opinia, że w Krameterhof chodzi o permakulturę. Stawy, tarasy i ogrody w naszym gospodarstwie przywodziły zwiedzającym na myśl tę „nową metodę” gospodarki rolnej, o której wcześniej czytali w książkach.

A przecież sposób pracy moich rodziców bardzo trudno byłoby nazwać czymś nowatorskim. Nawet dziś poszczególne działy naszego gospodarstwa są zorientowane przede wszystkim na tradycyjne metody gospodarowania.

Można powiedzieć, że zachwyt naturą jest zakorzeniony w genach naszej rodziny. Nigdy nie kwestionowaliśmy tego, że przyroda z całą swą różnorodnością stanowi wartość samą w sobie i nie powinniśmy jej postrzegać jedynie jako zasobu. Zachowanie przyrody i jej ochrona są równoznaczne z zachowaniem i ochroną naszego własnego środowiska. Zawsze było dla nas jasne, że z natury można korzystać, ale nigdy nie można jej wykorzystywać.

Zawsze uważaliśmy, że nie możemy się ograniczać do jednego źródła dochodów. Chcemy pozostać wszechstronni, by móc reagować na zmieniające się warunki i chcemy osiągać dobre plony przy jak najmniejszych nakładach. Termin permakultura jest rzeczywiście właś­ciwy dla tego podejścia do rolnictwa – nawet jeśli trafił do naszego gospodarstwa dopiero później i raczej przypadkowo.

Krameterhof dzisiaj © SAGIS

Rys. 1: Plan dzisiejszego Krameterhof © Josef Holzer

Dzieciństwo w gazdówce Sepp Holzer

Gazdówka mojego dzieciństwa była niewielka, zróżnicowana i miała 24 hektary powierzchni. Teren był częściowo porośnięty lasem. Mieliśmy kilka wołów, które w razie potrzeby zaprzęgaliśmy do wozów; ponad 30 owiec i kilka świń, kur oraz gęsi. Wszystkie potrzeby zaspokajaliśmy, o ile to było możliwe, we własnym zakresie – tym, co sami produkowaliśmy.

Nic się nie marnowało – wszystko wykorzystywaliśmy. Rodzaj i wielkość upraw planowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach, przede wszystkim w zależności od tego, ile osób trzeba było w gospodarstwie wyżywić. Dzień roboczy zaczynał się wczesnym rankiem i kończył dopiero wtedy, gdy zapadał zmierzch. Bardzo dokładnie planowano kwestię wyżywienia. Musieliśmy gromadzić zapasy na ciężką zimę. Jeśli popełniono błędy, odczuwaliśmy ich konsekwencje aż do wiosny.

Sepp Holzer w wieku 10 lat. © Josef Holzer

W gospodarstwie produkowaliśmy nie tylko żywność, ale również materiały budowlane, ubrania, mydło czy lekarstwa. Pieniądze na tę niewielką ilość rzeczy, których nie mogliśmy wyprodukować sami, zapewniał nam las, w którym co roku ścinaliśmy drzewa na sprzedaż.

Dodatkowo sprzedawaliśmy wysokojakościowe produkty, takie jak mięso, słonina czy masło, dlatego ta cenna żywność rzadko lądowała na naszych talerzach.

Wszystkiego ledwie wystarczało, a praca – w tym czasie wszystko robiono ręcznie – była wyjątkowo wyczerpująca. Jako że wraz z bratem mieliśmy kiedyś przejąć gospodarstwo, uczono nas wszystkiego, co trzeba wiedzieć w gazdówce.

Tak, nauczyliśmy się wszystkiego i musieliśmy robić rzeczy, do których właściwie byliśmy za mali, a także wykonywać prace, których wcale nie lubiliśmy. Sprzeciw był bezcelowy.

Patrząc wstecz, muszę powiedzieć, że to była prawdziwa harówka i wielokrotnie zdecydowanie przeciągano strunę. Często pracowaliśmy do upadłego. Dziś słusznie nazwano by to przestępstwem albo wykorzystywaniem dzieci. Musieliśmy wykonywać prace wszelkiego rodzaju, nawet te niebezpieczne, na przykład w stajni. „Uważaj, żebyś się nie dał stratować!” – takie rady słyszeliśmy. A to naprawdę mogło się zdarzyć pośród takich dużych zwierząt.

Wypadki, szczególnie przy ścinaniu drzew, zdarzały się cały czas.

W sąsiedztwie widywało się różnie okaleczone osoby. Nawet najcięższe rany rąk i nóg leczyło się samodzielnie, albo robili to znachorzy, a nie prawdziwi lekarze, którym trzeba by było słono zapłacić. Dlatego goiły się kiepsko.

W każdym razie – i nie powinno się tego owijać w bawełnę – było wtedy sporo różnych wyjąt­kowo wyczerpujących i ryzykownych prac, których nie powinno się zlecać dzieciom.

Wiele spośród nich kazano nam wykonywać bez żadnego uzasadnienia albo wyjaś­nienia. Kiedy zadawałem pytania, często w odpowiedzi słyszałem: „Po prostu tak się to robi!”. Albo: „Tak trzeba to zrobić i kropka!”.

Wtedy, tak jak i dzisiaj, liczyło się to, co powiedzą sąsiedzi. Nieważne, czy miało to jaki­kolwiek sens.

W gospodarstwie panowała atmosfera przymusu i surowości. Nigdy nie zrozumiałem, dlaczego tak rzadko pozwalano nam śmiać się czy śpiewać podczas pracy.

Jako mały chłopak często sobie myślałem: jeśli kiedykolwiek dostanę to gospodarstwo, urządzę mnóstwo spraw zupełnie inaczej, ­lepiej!

Uważałem na przykład, że kompletnie nie ma sensu, aby ziemię i nawóz wieźć pod górę na zbocze zaprzęgiem. Ładowanie i rozładowywanie było prawdziwym szaleństwem – na jedną furę nawozu traciło się co najmniej pół dnia. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, że wkładano tyle pracy w coś, co przynosiło tak niewiele pożytku.

Jako chłopiec nie znosiłem też ciągłego zbierania kamieni. Godzinami pracowaliśmy w peł­­nym słońcu, zmagając się z ciężkimi kamieniami, które trzeba było usuwać z pola i układać w sterty.

Co to była za katorga! Dziś trudno to sobie wyobrazić.

Nie znosiłem takich prac. Ale trzymałem gębę na kłódkę, bo gdybym się użalał, ojciec wyciąłby mi siarczysty policzek: „Rób, co ci każę, i koniec!”.

Ale ciężka praca prowokowała mnie do myślenia. Jeśli kiedyś miałbym przejąć gospodarstwo, to jak bym się do tego zabrał? Co bym zmienił? I przede wszystkim – w jaki sposób?

Moim pierwszym samodzielnym krokiem w gospodarstwie było założenie małych ogrodów leśnych, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że są również inne, o wiele mniej wyczerpujące metody gospodarowania.

„Te lub tamte powierzchnie, szczególnie te trudne, niewdzięczne, można przecież wykorzystać w inny sposób”, myślałem. I te pierwsze eksperymenty z małymi, ale zdumiewająco produktywnymi kawałkami gruntu, zmotywowały mnie, aby dalej podążać w tym kierunku i próbować najróżniejszych rozwiązań.

W tym czasie, a więc na początku lat 50., panowała w Lungau straszna bieda. Nazwałbym ją nawet klęską głodu. Wielu moich kolegów ze szkoły chodziło jeszcze w 1954 roku od gospodarstwa do gospodarstwa, żeb­rząc. „Nie masz na zbyciu jajka albo dwóch?”, pytali.

To były dzieci, które miały nawet dziesięcioro rodzeństwa. Razem z rodzicami spały w jednej izbie, podzielonej na mniejsze przestrzenie rozwieszonymi w niej chustami.

Głód dawał się szczególnie we znaki tym, których rodzice nie mieli własnego gospodarstwa i pracowali w fabryce, w dolinie. Na przerwach podchodziły do nas po prośbie głodne dzieci, bo my, dzieci gazdów, mieliśmy zawsze chleb z masłem, a czasem nawet kawałek słoniny. Inni mieli tylko suchy chleb, a często nawet tego im brakowało.