4,99 €
Wstrząsający kryminał. Zwłoki trzech młodych osób. Samobójstwo czy zbrodnia? W bogatej dzielnicy Kopenhagi Gentofte w garażu ordynatora szpitala znaleziono zwłoki trojga młodych osób. Wszystko wskazuje na zatrucie spalinami samochodowymi. Śledztwo prowadzi starszy, zgorzkniały policjant i jego młoda asystentka, notabene pochodzenia polskiego. W trakcie śledztwa wychodzą jednak na jaw fakty, które w przypadku jednej z osób podważają teorię samobójstwa. Równolegle ze śledztwem rozwija się gorące uczucie pomiędzy prowadzącymi dochodzenie komisarzem i jego młodą asystentką.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2019
Ewa Plambeck „Śmierć w garażu”
Copyright © by Ewa Plambeck, 2019
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska
Projekt okładki: Ewa Plambeck
Autor zrezygnował z korekty tekstu
Skład epub, mobi, pdf: Kamil Skitek
ISBN: 978-83-8119-441-9
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Sara
Sara czekała za rogiem ulicy. Kiedy tylko samochód rodziców wyjechał na ulicę i zniknął za zakrętem, wróciła do domu. Nie miała dzisiaj zamiaru iść do szkoły. Poprzedniego dnia znowu pokłóciła się z Gitte i Dorthe, klasowymi prymuskami, które zawsze trzymały się razem i zadzierały nosa. Gitte tak ją zirytowała, że Sara nie wytrzymała i popchnęła ją i to tak niefortunnie, że ta uderzyła się o kaloryfer i stłukła sobie rękę. Przynajmniej tak twierdziła. Sara od razu wyszła ze szkoły, nie czekając na finał sprawy. Teraz obawiała się, że będzie z tego większa chryja, więc wolała poczekać, aż sytuacja się uspokoi. Weszła do swojego pokoju, który znajdował się w przybudówce willi rodziców. Wcześniej był to pokój Olego, ale odkąd brat wyjechał na studia do Londynu Sara przeniosła jego rzeczy do pokoju na pierwszym piętrze, a sama zajęła przybudówkę. W końcu on przyjeżdżał do domu tylko od czasu do czasu, a ona mieszkała tam na codzień. Z początku protestował kiedy przyjeżdżał, ale Sara urządziła taką scenę, że zarówno rodzice jak i brat zostawili ją w spokoju. I tak wszyscy uważali ją za świra, więc nie miała nic do stracenia. Zdjęła dżinsy i T-shirt, które ubrała do szkoły. Stała chwilę przed lustrem w samych majtkach (stanika nie używała) i z obrzydzeniem wpatrywała się w swoje odbicie. Była niewysoka i miała dużą nadwagę. – Masz nogi jak karp, cycki jak balony, a talię jak opona samochodowa – powiedziała głośno, jakby zwracała się do obcej osoby. Nienawidziła swojego wyglądu. Właściwie nienawidziła wszystkiego i wszystkich. Sama nie rozumiała, dlaczego tak było. Zawsze tak czuła, odkąd sięgała pamięcią. Z dziećmi sąsiadów zawsze prowadziła wojny. Rodzice byli tak zaniepokojeni jej zachowaniem, że zanim poszła do szkoły zaprowadzili ją do psychologa. Pani psycholog stwierdziła, że Sara cierpi na ADHD (zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi) i przepisała tabletki o nazwie ritalin, które Sara brała przez całą szkołę podstawową. Dopiero w szkole średniej zrozumiała, że przez cały ten czas czuła się jak zombie i że te tabletki niszczą jej prawdziwą osobowość. Odstawiła je więc, nie bacząc na konsekwencje. A konsekwencje były takie, że często wpadała w furię, nie mogła się na niczym skoncentrować i popadała w konflikty z otoczeniem. Ale nie przeszkadzało jej to, bo wreszcie była sobą, mimo że zawsze była gdzieś na uboczu i nigdzie nie pasowała, nawet do własnej rodziny. Ojciec lekarz, brat przystojny i zdolny, matka piękna, a ona jakaś taka wybrakowana, ani ładna, ani zdolna, a do tego przez nikogo nielubiana. W końcu doszła do wniosku, że skoro w niczym nie może być najlepsza, to będzie we wszystkim najgorsza. Przynosiło jej to jakiś rodzaj perwersyjnej satysfakcji, bo przynajmniej osiągnęła to że zwracano na nią uwagę.
Ubrała czarną bluzkę z głębokim dekoltem, czarną minispódniczkę, czarną skórzaną kurtkę i buty Martensa. Wyjęła z szuflady resztkę skręta i zapaliła. Dym zaszczypał ją w gardle i zaczęła kaszleć. Ale już po chwili ogarnął ją błogi spokój. Bez marychy nie mogłaby żyć. Postanowiła pojechać na Christianię, żeby kupić parę nowych skrętów. Jazda rowerem zawsze dobrze jej robiła, zresztą tak jak każdy wysiłek fizyczny, pozwalający rozładować negatywną energię która często w niej kipiała. Jechała dobrze znaną trasą, najpierw przez willową dzielnicę Gentofte w której mieszkała, potem przez ulicę Lyngbyvej, centrum, a w końcu po przekroczeniu mostu znalazła się na Christianii. W tym miejscu czuła się jak w domu. Było to jedyne miejsce gdzie nie czuła się inna, bo tu wszyscy byli inni. Mieszkańcy tej ostatniej duńskiej hippisowskiej enklawy mieszkali w dziwnych domach które przystosowali do mieszkania albo które budowali własnym sumptem, dzieci wozili rowerami o nazwie „Christiania bike”, wszędzie wałęsały się psy, można tu było kupić trawkę, albo na straganach, albo po nalotach policji w miejscach które znali wszyscy wtajemniczeni, oprócz policji. Sara kupiła parę skrętów, po czym usiadła w swojej ulubionej knajpce, zamówiła piwo i z przyjemnością zaciągnęła się dymem.
Tine
Na zewnątrz panował upał, ale ona marzła mimo że miała na sobie dwa swetry. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia, więc postanowiła je umyć. Przynajmniej trochę się rozgrzeje. Nalała do zlewu gorącej wody i wlała płyn do mycia naczyń. Ciepła woda przyjemnie grzała jej ręce. Potem spłukała je pod bieżącą wodą, chociaż zawsze miała wyrzuty sumienia że marnuje wodę. Ciągle słyszała zrzędliwy głos matki: „Trzeba oszczędzać na każdym kroku”. Jej matka nigdy nie płukała naczyń, tylko wyciągała je ze zlewu i wycierała ścierką nie zwracając uwagi na resztki mydlin. Tine zawsze patrzyła na to z obrzydzeniem. Kiedyś przeczytała, że wszystkie środki myjące oprócz detergentów zawierają żeńskie hormony płciowe które mogą zaburzać gospodarkę hormonalną organizmu, a u mężczyzn nawet wywoływać bezpłodność. Dlatego odkąd zamieszkała w swojej kawalerce płukała naczynia pod bieżącą wodą, aż nie było na nich śladu mydła. Wprawdzie nie była mężczyzną, ale była pewna, że takie dodatkowe hormony to nic dobrego. Był to jej mały bunt przeciwko tej atmosferze ascetycznego protestantyzmu w jakiej się wychowała. Rodzice byli głęboko religijni, co w Danii było zjawiskiem bardzo rzadkim, a szczególnie w Kopenhadze.
Nagle zadzwonił telefon, co momentalnie wywołało w niej uczucie lęku. Nawet nie musiała sprawdzać na ekranie, bo wiedziała że dzwoni matka. Nikt inny do niej nie dzwonił. – Mamo, zabijasz mnie tą twoją troskliwością – powiedziała głośno. Jednak musiała odebrać telefon, bo inaczej za pół godziny matka byłaby już u niej żeby sprawdzić czy nic jej się nie stało. Odkąd stwierdzono u niej anoreksję, rodzice zadręczali ją swoim niepokojem i ciągłym namawianiem do jedzenia. W końcu wyprowadziła się do kawalerki w budynku przeznaczonym dla młodzieży, gdzie wreszcie w spokoju mogła jeść to na co miała ochotę i w ilościach jakie uważała za stosowne. Dostawała zapomogę socjalną, więc nie musiała pracować. Większość czasu spędzała na czynnościach związanych z jedzeniem. Pieczołowicie przyrządzała swoje posiłki, układając je na talerzu w wymyślne kompozycje i skrupulatnie licząc kalorie. Przy wzroście 1.72 ważyła 43 kilo. Codziennie się ważyła i kiedy tylko waga przekroczyła 43 kg, zmniejszała porcje jedzenia. Wbrew temu co wszyscy twierdzili, wcale nie uważała że jest za chuda. Jeżeli była nieszczęśliwa to tylko z tego powodu, że świat zewnętrzny nie pozwalał jej żyć tak jak chciała. Chciała tylko jednego – żeby wszyscy zostawili ją w spokoju. Westchnęła i odebrała telefon.
– Cześć mamo – powiedziała sztucznie wesołym głosem.
John
Odkąd przerwał studia bardzo rzadko wychodził z mieszkania. Większość czasu spędzał przy komputerze grając w Counter Strike. Był w tym naprawdę dobry. Już od trzech dni nie wychodził z domu. Świat na zewnątrz jawił mu się jako chaotyczne, nieprzyjazne miejsce pełne ludzi którzy chcieliby go skrzywdzić. Jedyne miejsce w którym czuł się w miarę bezpieczny był ten pokój. Miał tu wszystko, czego potrzebował – komputer, mały telewizor, regał z książkami, wygodne łóżko i fotel w którym lubił czytać. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te zakłócenia. Teraz też słyszał pukanie w okno. Pomyślał, że to pewnie ten Turek który mieszka w bloku naprzeciwko i ciągle go szpieguje. Rozsunął rolety, ale za oknem nikogo nie było. Uświadomił sobie, że przecież mieszka na drugim piętrze, więc nikt nie mógł pukać w okno. Mimo to wezbrała w nim nienawiść do tego człowieka. Wyobraził sobie, że masakruje go kijem do golfa, aż jego twarz zamienia się w krwawą miazgę. Będzie musiał kupić kij do golfa. Albo do bejsbola. Tylko pewnie jak co do czego przyjdzie, zabraknie mu odwagi. Najchętniej zamieszkałby w jakimś domu na odludziu. Ogrodziłby go wysokim płotem z zaostrzonymi kolcami na wierzchu, tak żeby nikt nie mógł wejść do ogrodu. Matkę z którą dzielił mieszkanie musiałby wziąć ze sobą, bo ktoś musiałby robić zakupy. Wtedy w ogóle nie musiałby wychodzić z domu. Właśnie usłyszał klucz w zamku, to matka wróciła z zakupów. Od razu zajrzała do jego pokoju.
– Popatrz – powiedziała wręczając mu jakieś pismo.
Było to zawiadomienie o wymówieniu umowy najmu z powodu niepłacenia czynszu. Po upływie trzech miesięcy mieli opuścić mieszkanie.
– Chlej dalej wódkę. Przez ciebie wylądujemy pod mostem – powiedział.
– A ty co? Ile kosztują twoje skręty? Codziennie palisz co najmniej jedną sztukę. Podobno jeden joint kosztuje 50 koron. 1500 koron na miesiąc. Przyganiał kocioł garnkowi. Ale nie kłóćmy się. Trzeba skądś wytrzasnąć te pieniądze.
– Jak długo już nie płacisz czynszu?
– Trzy miesiące.
– To jest 15.000 koron, kobieto. Skąd ty chcesz wziąć tyle pieniędzy?
– Coś trzeba wykombinować.
– To jest twój problem, nie mój. Ja zawsze mogę dostać miejsce w jakimś kolektywie dla czubków. A teraz wynoś się z mojego pokoju.
Ostatnio coraz częściej myślał o śmierci. Samobójstwo wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem wszystkich problemów. Ale postanowił, że gdyby kiedykolwiek chciał pożegnać się z życiem, to będzie to coś spektakularnego, tak żeby przynajmniej po śmierci wszyscy o nim mówili.
Eva i Morten
Obudziło ją słońce. Przeciągnęła się z rozkoszą, usiłując sobie przypomnieć ostatni sen. To było coś z jakimś facetem który próbował zdjąć jej majtki. Żałowała, że już się obudziła, bo teraz już nigdy się nie dowie, jak się to skończyło. Popatrzyła na śpiącego obok niej męża. Spał z otwartymi ustami, jego twarz o bladej cerze i pokryta piegami miała bezmyślny, prawie zwierzęcy wyraz. Poczuła nagłą nienawiść. Nie uprawiali seksu już od pół roku i czuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Kopnęła go w nogę, co spowodowało kilka gwałtownych chrapnięć, po czym jego oczy gwałtownie się otworzyły i spoczęły na jej twarzy.
– Co jest? – zapytał zaspanym głosem.
– Morten, czy ty jesteś gejem? – zapytała bez żadnego wstępu.
– Co ty bredzisz, kobieto. Skąd ci się to wzięło?
– Kiedy ostatni raz się kochaliśmy? Czy ty w ogóle nie masz żadnych potrzeb seksualnych?
– Po prostu jestem zmęczony i zestresowany. Przecież wiesz, jak ciężko pracuję.
– Rzeczywiście, masz bardzo stresującą pracę. Przerzucanie towarów z jednego miejsca na drugie. Chciałam ci tylko powiedzieć, że jeżeli tak ma wyglądać nasze małżeństwo, to będę musiała wystąpić o rozwód.
– Przestań się wygłupiać. – Przysunął się do niej i zaczął masować jej piersi. Mimowolnie poczuła dreszcz pożądania. Pozwoliła, żeby położył się na niej i rozsunęła nogi. Przez następne kilka minut Morten na zmianę pieścił ją palcami i próbował pobudzić swój członek do życia. Jednak ten zwisał smętnie, sflaczały jak zdechły robak. Zrzuciła go z siebie nagłym ruchem i wstała.
– Wal się Morten – powiedziała. – Jeżeli ja cię nie podniecam, to będziesz musiał znaleźć sobie kogoś innego. Nie możesz powiedzieć, że nie wykazałam się cierpliwością i zrozumieniem. Ale wszystko ma swoje granice. Nie mówię, że chcę cię wyrzucić na zbity pysk, ale prosiłabym żebyś powoli zaczął szukać sobie jakiegoś mieszkania. Po roku separacji dostaniemy automatycznie rozwód, a ponieważ nie mamy dzieci, nikt na naszym rozstaniu nie ucierpi. A ty chyba najmniej.
Ubrała się pospiesznie i wyszła z domu. Była niedziela, ulice były prawie puste. Szła szybko, żeby rozładować złość która w niej kipiała. W kiosku Seven Eleven kupiła papierosy, hot doga i colę. Siadła na jakimś murku i zjadła hot doga popijając go colą, po czym zapaliła papierosa. Była dziwnie spokojna, odczuwała nawet coś w rodzaju ulgi na myśl, że wreszcie ta parodia małżeństwa dobiega końca.
Telefon zadzwonił akurat w chwili, kiedy zaczęła wcierać szampon we włosy. „Typowe” – pomyślała z irytacją. – „Zawsze dzwoni, kiedy się kąpię, siedzę w kiblu albo jem”.
Spłukała włosy, owinęła się ręcznikiem kąpielowym i wyszła do pokoju. Podniosła telefon i warknęła: „Halo?” najbardziej nieuprzejmym tonem, na jaki mogła się zdobyć.
– Cześć, Monika – Robert musiał zauważyć agresję w jej głosie, bo dodał pojednawczo: –Przykro mi, że ci psuję niedzielę.
– Drobiazg. Właśnie stałam pod prysznicem. ”Psuję niedzielę” – to nie brzmi dobrze. Co się dzieje?
– Brzydka sprawa. Trzy trupy. W samochodzie.
– Wypadek samochodowy? Dlaczego nie poślą kogoś z drogówki?
– Bo wypadki samochodowe raczej się nie zdarzają w garażu.
– W garażu?
− Podjedziemy po ciebie za około 10 minut. Bądź gotowa. Opowiem ci resztę w samochodzie.
Ubrała w pośpiechu białe spodnie i różową bluzkę z krótkimi rękawami. Dzień był upalny i bezwietrzny, termometr wskazywał 29 stopni.
„Ciekawe, jak długo zwłoki znajdowały się w samochodzie” – pomyślała. Wzdrygnęła się na myśl, że może kilka dni. Przypomniała sobie tak dobrze jej znany odór rozkładających się zwłok. Prawie bezwiednie poszła do łazienki, gdzie spryskała się porządnie swoją ulubioną perfumą o zapachu fiołków. Kosztowała ją astronomiczną sumę 1600 koron, ale uważała że było warto. Spojrzała na zegar ścienny – wskazywał godzinę 17.15. „Musimy się trochę pospieszyć, jeżeli mamy zdążyć przed zmrokiem” – pomyślała.
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek.
– Już schodzę – rzuciła krótko do słuchawki domofonu.
Zanim wyszła zatrzymała się przez moment przed dużym ściennym lustrem w przedpokoju. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Wyglądała jak prawdziwa skandynawska dziewczyna: długie blond włosy, wysoka, szczupła, wysportowana sylwetka. Ale prawda była taka, że urodziła się w Polsce, w Krakowie. 30 lat temu.
Na zewnątrz uderzyła w nią gorąca fala powietrza promieniującego z nagrzanych chodników. W samochodzie oprócz Roberta znajdowało się dwóch techników z Wydziału Techniki Kryminalnej, Ole i Jesper. Wszyscy trzej wyglądali jakby dopiero co wyszli z sauny.
– Cześć – powiedziała z uśmiechem. – Czemu nie włączycie klimatyzacji?
– Wysiadła.
Samochód ruszył jak tylko zatrzasnęła drzwi. Temperatura w samochodzie trochę się poprawiła dzięki powietrzu wiejącemu przez otwarte okna.
– Gdzie jedziemy? – zapytała.
– Do Gentofte.
Ta odpowiedź trochę ją zdziwiła. Trzy trupy w samochodzie w garażu jakoś jej nie pasowały do tej kopenhaskiej dzielnicy, która w tym stopniu śmierdziała, a może pachniała, pieniędzmi.
– Opowiadaj. Zamieniam się w słuch – powiedziała do Roberta.
– A więc gdzieś godzinę temu zadzwonił mężczyzna. Byli z żoną w domku letnim. Wyjechali po pracy w piątek i wrócili do domu dzisiaj około czwartej. Wjechali do garażu. Muszę tu wyjaśnić, że mają dwa samochody, mercedesa i audi, a w garażu jest miejsce na oba. Wjechali więc do garażu mercedesem męża, zatrzymali się obok samochodu żony i zobaczyli wewnątrz troje młodych ludzi, w tym własną córkę. Początkowo myśleli, że młodzi spali. Otworzyli drzwi samochodu i stwierdzili, że wszyscy troje byli martwi.
– Skąd mogli być pewni?
– Właściciel mercedesa jest lekarzem, ordynatorem w Rigshospitalet. Holger Harder, jeżeli to nazwisko coś ci mówi. Jest przekonany, że to samobójstwo.
– Z czymś mi się to kojarzy. Pamiętasz, kilka lat temu gazety donosiły o modzie na zbiorowe samobójstwa wśród młodych ludzi którzy odnajdywali się w internecie. Ale o ile sobie przypominam, miało to miejsce w Japonii, kraju kamikaze i harakiri. Do tej pory takich wypadków nigdy nie było w Danii.
– Faktycznie o czymś takim słyszałem – odpowiedział Robert, by po chwili dodać pozornie bez sensu: – Tak, tak, internet to kraina wspaniałych możliwości.
Przez resztę drogi jechali w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. Po jakimś czasie wjechali w dzielnicę willową, gdzie domy stały w dobrym oddaleniu od drogi, w ogrodach okolonych zielonymi żywopłotami. Zatrzymali się przed białą jednopiętrową willą. Weszli do ogrodu przez bramkę, która stała otwarta na oścież. Garaż znajdował się również w pewnym oddaleniu od drogi, w odległości około pięciu metrów od domu. W pobliżu garażu kręciło się dwóch funkcjonariuszy w mundurach policyjnych. Na ławce przed domem siedziała para w średnim wieku. Mężczyzna siedział sztywno wyprostowany, z jakby zażenowanym wyrazem twarzy. Prawą ręką obejmował siedzącą obok niego kobietę. Twarz kobiety, mimo że nie pierwszej młodości, była wciąż piękna. „Chciałabym tak wyglądać, kiedy będę w tym wieku” – pomyślała Monika.
– Myślę, że najpierw powinniśmy porozmawiać z rodzicami – powiedziała do Roberta.
Ole i Jesper skierowali się w kierunku garażu.
– Nic nie ruszajcie, zanim nie przyjdziemy – rzucił Robert w ich kierunku.
Mężczyzna i kobieta siedzący na ławce podnieśli się i wyszli im naprzeciw. Kobieta uśmiechnęła się blado i wyciągnęła rękę na powitanie. Monika przytrzymała jej rękę trochę dłużej.
– Najserdeczniejsze wyrazy współczucia – powiedziała. – Monika Prokop. Jestem asystentem policyjnym, a to mój kolega, komisarz Robert Larsen. Oboje pracujemy w Wydziale Zabójstw. Nie wiem, czy w obecnej sytuacji czują się państwo na siłach odpowiedzieć na parę pytań… – zawiesiła głos z wahaniem.
– Jesteśmy do dyspozycji – powiedział pan Harder. – Może wejdziemy do środka.
Usiedli na wygodnych sofach stojących pośrodku salonu. Pokój był ogromny, urządzony z przepychem, z miękkimi dywanami, mahoniowymi meblami, wygodnymi sofami i fotelami oraz mnóstwem obrazów na ścianach. Mimo że nie był to styl w którym Monika gustowała, nawet na niej wystrój salonu zrobił wrażenie.
Przez chwilę panowała krępująca cisza, którą przerwała kobieta, pytając słabym głosem:
