6,99 €
Sławomir Zygmunt, jestem muzykiem i dziennikarzem. Napisał około 1,5 tysiąca artykułów, recenzji i reportaży. Przeprowadził też wiele wywiadów z niezwykle interesującymi ludźmi: aktorami, reżyserami, kompozytorami, muzykami, malarzami.Oto kilka nazwisk z tej listy: Zdzisław Beksiński, Gustaw Holoubek, Roman Wilhelmi, Jacek Kaczmarski, Grażyna Szapołowska. Jego najnowszy utwór, czyli „Spotkania z...” ukazuje nam świat rozmów i spotkań.Chcecie wiedzieć, jak wyglądają rozmowy z twórcą? Osobą, która jest artystą? Tu trzeba najpierw sporo dowiedzieć się o osobie, z którą rozmawiamy, przemyśleć każde pytanie, wiedzieć po co je zadajemy. Używać wiedzy, wrażliwości, intuicji, bo rozmówca w każdej chwili może nas zaskoczyć, odkryć twarz jakiej nie znamy. A potem to wszystko napisać tak, by czytelnik miał szansę przeżyć spotkanie z rozmówcą tak jak my. Tutaj właśnie mamy szansę poczuć, jak wyglądały spotkania Sławomira Zygmunta i przeżyć je razem z nim.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2017
Sławomir Zygmunt „Spotkania z...”
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016 Copyright © by Sławomir Zygmunt, 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Agnieszka Marzol
Projekt okładki: Marek Sobczak
Zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Sławomira Zygmunta
Zdjęcia obrazów i plakatów Zdzisława Beksińskiego,
Jerzego Dudy-Gracza, Tymoteusza Muśki, Andrzeja Pągowskiego,
Marka Sobczaka – Sławomir Zygmunt
Autor zrezygnował z korekty profesjonalnej wydawnictwa
ISBN: 978-83-7900-694-6
Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:[email protected]
Spotkania. Rozmowy. Zaplanowane i spontaniczne. Czasami krótkie, ulotne, niedopowiedziane, innym razem długie, podczas których wszystko jest domówione. W kawiarniach, knajpach, mieszkaniach, garderobach teatralnych, na planach filmowych, konferencjach prasowych.
Przeprowadzenie ciekawej rozmowy jest sztuką. Bardzo mnie irytowało czasem nierozumienie tego przez debilowatych naczelnych, sekretarzy redakcji, szefów działów, którym się wydawało, że nie ma nic prostszego, niż wywiad. Jeśli myślimy o odpytywaniu pseudo gwiazdek, które bredzą na każdy temat, bo z racji popularności robimy znich ekspertów od wszystkiego – zgoda. Ale spotkanie z twórcą, osobowością, kimś idącym własną drogą – to już inna rozmowa! Tu trzeba najpierw sporo dowiedzieć się o osobie, z którą rozmawiamy, przemyśleć każde pytanie, wiedzieć po co je zadajemy. Używać wiedzy, wrażliwości, intuicji, bo rozmówca w każdej chwili może nas zaskoczyć, odkryć twarz jakiej nie znamy. A potem to wszystko napisać tak, by czytelnik miał szansę przeżyć spotkanie z rozmówcą tak jak my.
Rozmowy, które dotykają, potrząsają nami, wytrącają ze „strefy komfortu”, zaskakują, porządkują, objaśniają, odzierają ze złudzeń albo stają się natchnieniem – tylko wtedy warto rozmawiać!
Dla mnie mistrzynią wywiadów z ludźmi kina była Bożena Janicka, wieloletnia szefowa działu filmu polskiego wtygodniku FILM. Dla tych, którzy nie pamiętają PRL, wyjaśniam, że wtedy tygodnik FILM był, używając dzisiejszego słownictwa, kultowy. Tak samo zresztą jak miesięcznik KINO. Ja zacząłem czytać oba czasopisma już w podstawówce. FILM było bardzo ciężko kupić, więc urządzałem na niego cotygodniowe polowania, biegając od kiosku do kiosku. Kiedy już udało mi się zdobyć ukochaną gazetę, czytałem ją od deski do deski, łącznie zlistami czytelników i z odpowiedziami redakcji. Swoje pierwsze wywiady robiłem pod czujnym oczkiem Bożeny Janickiej właśnie dla FILMU. Do dziś pamiętam jej główne przykazania dotyczące tych rozmów: „pytasz tylko pracę, sztukę, fascynacje artystyczne. Nie interesuje nas życie prywatne, z kim ten pan czy pani sypia oraz z kim pije wódkę. Pamiętaj, pytaj tylko o sztukę”. Zupełnie odwrotnie niż dziś.
Sławomir Zygmunt
Nakręciłem ten film dla Polaków, tak jednak, żeby był zrozumiany przez innych – mówi Filip Bajon.
28 czerwca 1956 roku był pogodnym, słonecznym dniem. Tego dnia prawie wszyscy mieszkańcy Poznania wyszli na ulice, by wziąć udział w protestacyjnym pochodzie. Byli oszukiwani, dość mieli niesprawiedliwości. Hasła na niesionych transparentach żądały „chleba i wolności”. Dotarli do centralnego punktu miasta, którym był Plac Mickiewicza (wtedy Plac Stalina). Potem rozegrał się dramat. Padły strzały, polała się krew, zginęli ludzie. Teraz, po 40 latach, reżyser Filip Bajon wraca do tamtych tragicznych wydarzeń w swoim filmie „Poznań 56”.
Filip Bajon: Nakręciłem ten film dlatego, że byłem świadkiem tamtych wydarzeń. Gdybym nie widział tego na własne oczy, to pewnie bym się nie podjął. Poznań ma swój koloryt lokalny, który wcale nie jest łatwo uchwycić. Wydaje mi się, że ja potrafię. Byłem wtedy dzieckiem, miałem 9 lat. Mieszkałem w Poznaniu, w dzielnicy Jeżyce. Teraz to prawie centrum miasta. To wszystko się działo niedaleko mojego domu. Widziałem demonstrację i zdobycie więzienia. Wybiegliśmy z kolegami z podwórka, bo nagle coś zaczęło się dziać.
Tak samo wybiegają z podwórka gnani ciekawością dwaj bohaterowie filmu „Poznań 56”. Obydwaj mają po 14 lat. Przyłączają się do demonstracji i... dają się porwać biegowi wydarzeń.
Filip Bajon: Proszę nie zapominać, że wtedy – wroku 1956 – jeszcze nie było telewizji i dla młodego chłopaka nie było zbyt wiele atrakcji. Bawiliśmy się wchowanego, w wojnę, graliśmy w piłkę. Nagle na ulicy zaczęła się prawdziwa wojna. A jak coś takiego się dzieje, dzieci nie upilnujesz. Polecą z ciekawości. Dlatego w Poznaniu zginęło 17 dzieci, wśród nich był Romek Strzałkowski. Jeden z moich bohaterów ginie dokładnie tak samo jak zginął Romek.
Film otwiera scena z filmu braci Lumiere „Wyjście robotników z fabryki w Lyonie”, po której następuje wyjście robotników z poznańskich zakładów „Cegielskiego”. Akcja rozgrywa się podczas tego jednego dnia – 28 czerwca 1956 roku, od rana do późnej nocy. W filmie pokazane są wydarzenia autentyczne, a więc demonstracja ludności, wiec pod komitetem KW PZPR, rozbijanie więzienia, starcie pod gmachem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, pacyfikacja miasta.
Filip Bajon: Pokazuję właściwie wszystkie te wydarzenia, które wtedy się rozegrały, ale oszczędnie. Nie chodziło mi o to, żeby nakręcić film batalistyczny. Zresztą do dyspozycji miałem tylko trzy stare czołgi T-34, a i tak jeden z nich o mało nie przejechał operatora i kamery.
Film kończy fala represji, które zaczynają się późną nocą. Władza ludowa „odcina rękę podniesioną na socjalizm”. Jest jeszcze kilkuminutowy epilog, który rozgrywa się parę miesięcy później. To wtedy miały miejsce procesy zatrzymanych podczas Wypadków Czerwcowych. Tym scenom towarzyszy puszczone przez miejskie megafony słynne przemówienie mecenasa Stanisława Hejnowskiego, który bronił skazanych.
Do wszystkich swoich filmów Filip Bajon scenariusze pisał sam. Tym razem pomagał mu Andrzej Górny.
Filip Bajon: Andrzej Górny był wtedy moim kolegą, trochę starszym ode mnie. W Wypadkach Czerwcowych w Poznaniu w 1956 stracił oko. To on napisał nowelę literacką, na której podstawie później napisaliśmy scenariusz. Główny bohater zmienia się w trakcie akcji, na początku i na końcu filmu to są dwie różne osoby. Czternastoletni chłopak w ciągu tego jednego czerwcowego dnia przedwcześnie dojrzewa.
