Szatan i Judasz: Jasna Skała. Tom 9 - Karol May - E-Book

Szatan i Judasz: Jasna Skała. Tom 9 E-Book

Karol May

0,0
2,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.
Mehr erfahren.
Beschreibung

Szatan i Judasz: Jasna Skała. Tom 9 „Szatan i Judasz” to 11-tomowy cykl przygodowy autorstwa Karola Maya, twórcy słynnego Winnetou. Indiański wódz pojawia się,by wraz z innymi znanymi bohaterami wspólnie odbyć niebezpieczną podróż pełną ekscytujących przygód.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Karol May
Jasna Skała

cykl Szatan i Judasz

Tom IX

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2018

Karol May„Jasna Skała”

Copyright © by Karol May, 1927

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: Zakł. Druk. „Bristol”

Wydawnictwo: Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East

Warszawa, 1927

ISBN: 978-83-8119-378-8

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

I PUEBLO

Po trzech kwadransach dotarliśmy do śladów, wyraźnie wydeptanych przez Yuma. Charakter miejscowości świadczył o pobliżu rzeki. Emery zapytał Winnetou:

 — O co wam właściwie chodzi? Chcieliście się pokazać Yuma, ale jak i gdzie, — o tem nie słyszałem.

 — Mój brat nie słyszał, ponieważ się nie pytał. Poszukamy kryjówki wrogów.

 — Poszukamy otwarcie?

 — Nie, Ukradkiem.

 — Chcemy przecież, aby nas ujrzeli.

 — Tak, powinni nas zobaczyć, ale wówczas dopiero, gdy będziemy przy nich.

 — Ah! A zatem podkraść się do nich. Nie możemy tedy zabierać ze sobą koni?

 — Nie. Umieścimy je wpobliżu. Zostanie przy nich nasz brat Vogel. Tak, czy owak, nie mógłby pójść z nami — nie umie się podkradać i tylko pokpi sprawę.

 — Przedewszystkiem więc musimy poszukać dla niego i dla koni dogodnej kryjówki.

 Wkrótce znaleźliśmy. Była to rozległa grupa krzaków, leżąca od nas na prawo. Pojechaliśmy tam, schronili konie i udzielili Voglowi wszelkich potrzebnych w danym wypadku wskazówek. Niechętnie rozstawał się z nami, ale musiał sam przyznać, że nie ma doświadczenia westmanów i, zamiast pomocy, przyniósłby nam szkodę.

 Wracaliśmy śladami Yuma z najwyższą przezornością, gdyż należało przypuszczać, że chociażby z niecierpliwości Indjanie wyślą naprzeciw wywiadowcę. Kryliśmy się za każdym drzewem i krzakiem, póki nie przekonywaliśmy się, że wrogów przed nami niema.

 Tak manewrując, przybyliśmy wreszcie w pobliże głębokiej doliny, gdzie Flujo blanco wrzyna się w płaskowzgórze. Dolina tworzyła canon, do którego zbliżaliśmy się prostopadle, to znaczy — droga nasza krzyżowała się z linją doliny pod kątem prostym.

 Naraz teren zaczął opadać. Wydrążenie nakształt wąwozu prowadziło nas ku rzece. Winnetou, jak zawsze przezorny i zapobiegliwy, rzekł:

 — Nie zapuścimy się w ten wąwóz. Musimy się dowiedzieć, dokąd prowadzi. Przeto wyminiemy go i dojdziemy do krawędzi canonu.

 Tak się też stało. Niebawem dotarliśmy do wysokiej krawędzi, z której można było spojrzeć wdół, na rzekę. Zobaczyliśmy wylot wąwozu, a nawprost niego, na drugim brzegu, — ujście strumyka, na pewno tego właśnie, o którym opowiadała squaw, a który wypływał z pośród skał. Między strumykiem a skałami było tyle wolnego miejsca, że można było wzdłuż brzegów iść, a nawet jechać. Emery wskazał w tym kierunku i rzekł:

 — Tam jest kryjówka. Jakże się dostaniemy niepostrzeżenie? Jeśli pójdziemy wzdłuż brzegu, to szubrawcy wnet nas zobaczą.

 — Czy musimy iść tamtędy? — zapytałem. — Znajdziemy inną drogę, jeśli nie tu, to gdzie indziej.

 — Ah! Chcesz podejść ich ztyłu?

 — Tak. Ponieważ wypatrują nas z tej strony, więc zjawimy się z przeciwnej.

 — Ale w takim razie musimy się przeprawić przez rzekę, przez canon, przez skały, a fruwać nie umiemy.

 — Skoro nie umiemy fruwać, będziemy musieli iść. Wróćmy do wąwozu! Znamy teraz dobrze teren i nie wątpię, że się nam powiedzie.

 Wróciliśmy do wąwozu i weszli, oczywiście zachowując wszystkie należne środki ostrożności. Nad brzegiem rzeki ujrzeliśmy, że ślady Yuma się rozdzieliły, — połowa biegła naprzód, druga przez rzekę ku strumykowi. Nie uszłoby to naszej uwagi, nawet bez ostrzeżenia squaw. Poprostu nie mogłem pojąć, jak obaj Meltonowie mogli przypisywać nam tak beznadziejną ślepotę. Na ten ślad zwróciłby uwagę każdy, a cóż dopiero taki Winnetou!

 Przeprawiliśmy się wpław przez rzekę, ale, zamiast pójść wzdłuż strumyka, cofnęli się brzegiem Flujo blanco aż do miejsca, gdzie nietrudno było wydźwignąć się na brzeg. Teraz więc staliśmy na płaskowzgórzu drugiego brzegu rzeki. Poszliśmy na lewo, naukos, w kierunku strumyka. Niebawem dotarliśmy do miejsca, gdzie zejść było łatwo.

 Yuma wypatrywali nas z lewej strony, pod górę strumyka, — my skradaliśmy się ze strony przeciwległej. Oczywiście, musieliśmy podwoić czujność zmysłów. Emery jeszcze niezupełnie zdawał sobie sprawę z naszych zamierzeń. Gdyśmy się zatrzymali na dobrze krytem miejscu, zapytał:

 — Czy ta fatyga była konieczna, Charley?

 — Tak — odparłem. — Yuma spodziewają się nas. Jeśli nie przyjdziemy, będą nas szukać. Znajdą ślady, prowadzące do puebla i, jeśli im się nawet nie uda zaskoczyć, to dowiedzą się o naszym planie i schwytają nas na pewno wieczorem, gdy zaczniemy się spuszczać do kotliny.

 — Hm, słusznie. Ale mogliśmy gdzie indziej się schronić do wieczora.

 — Nicby nie pomogło. Musimy ich oszukać; powinni sądzić, że tylko cieśniną zamierzamy się dostać do puebla. A poza tem, pomyśl tylko, jak pięknie ich podejdziemy. Wypatrują nas i nasłuchują, spodziewając się, że przyjdziemy wzdłuż rzeki, lub, jeśliśmy nawet odkryli drugie ślady, — wzdłuż strumyka. W obu wypadkach wpadamy im w ręce. A oto jesteśmy nad nimi i przyjdziemy ze strony nieoczekiwanej.

 — No, i co mamy z tego?

 — Co mamy z tego? — zapytałem zdumiony. — Co za pytanie?

 — Dziwisz się? Wszak nie chcesz czerwonym wyrządzić nic złego. Rozumiem, gdybyśmy mieli ich zastrzelić, — to owszem, istniałaby racja, abyśmy się prażyli w tym upale i podkradali z narażeniem głowy. Ale zabijać nie mamy ochoty, wypłoszymy Yuma tylko i pozwolimy stąd uciec.

 — Tak, pozwolimy, ale nie staremu Meltonowi. Tego schwytamy — postaramy się schwytać. A wieczorem będzie pora na syna. Jesteś już zadowolony?

 — Jeśli tak, to owszem. Nie mówiliście, że tu chodzi o starego Meltona!

 — To się samo przez się rozumiało. Ale teraz dalej, bo draby mogą się zniecierpliwić i opuścić kryjówkę.

 Podkradaliśmy, się dalej, nie chodząc już, lecz pełzając po ziemi. Każdej chwili mogliśmy się natknąć na wroga.

 — Uff! — usłyszałem nagle zdziwiony okrzyk Apacza.

 Wyprzedził nas o kilka kroków. Podniósł się, stanął za gęstym krzewem i wskazał naprzód, na przerzedzone miejsce. Podpełzliśmy. Ogarnęło nas zdumienie, a raczej rozczarowanie. Trawa na tem miejscu była udeptana — tu się ukrywali Yuma, ale teraz nie widać było nikogo.

 — Poszli sobie — mruknął Emery.

 — Tak, o ile to nie jest podstęp, — ostrzegłem. — Być może, zobaczyli nas i cofnęli się, aby przywitać kulami.

 — Zobaczymy! — rzekł Apacz. — Moi bracia niechaj tu poczekają.

 Oddalił się, przeskoczył przez strumyk i znowu pełzał. Gdyby nawet tam się Yuma pochowali, nie byliby go dostrzegli w gęstwinie krzewów i chróstu. Skradał się jak wąż. Zniknął na dziesięć minut i znowu się pojawił, nie pełzając już, lecz chodząc. Był to znak, że nie znalazł wrogów.

 — Uciekli! — krzyknął zdaleka kwaśno Emery. — Wrócili do puebla, bo wyczerpała się ich cierpliwość. A zatem nie schwytamy starego Meltona.

 — Gdybyż się tylko na tem skończyło! — dorzuciłem.

 — Tylko na tem? — Co jeszcze mogło się zdarzyć?

 — Przeprawili się przez rzekę. Jeśli zobaczyli nasz ślad, to...

 — Do piorunów, tak! W takim razie pójdą brzegiem i wrócą do strumyka. Musimy tu zostać i przyjąć ich godnie. Lepszego obrotu nasza sprawa nie mogła przybrać.

 — Nie jestem tak uradowany, jak ty. Tak, skoro zobaczą ślady, pójdą za nami. Ale pytanie, w którą stronę? Jeśli pójdą wstecz, to znajdą Vogla i nasze konie.

 — Byłby to największy pech, jaki można sobie wyobrazić!

 — Więcej, niż pech. Musimy szybko podążyć za nimi i przekonać się, dokąd poszli.

 Pośpieszyliśmy do rzeki i szybko przeprawili się przez płytką wodę. Na gruncie u wylotu wąwozu ujrzeliśmy o wiele więcej śladów, niż poprzednio. Oglądałem je, ale nie mogłem nic wywnioskować. Tak samo Emery, a nawet Winnetou potrząsnął głową wreszcie rzekł:

 — Być może. Yuma znowu wrócili. Moi bracia niech szybko pomkną za mną ku wierzchowcom.

 Przebiegliśmy wąwóz. Tu na trawie, ku najwyższemu przerażeniu, zobaczyliśmy ślady Yuma. A zatem odkryli nasz trop i poszli za nim, ale, niestety, nie naprzód, lecz wstecz, tam, skąd przybyliśmy. Teraz biegliśmy co tchu do krzaków, gdzie zostawiliśmy Vogla z końmi. Nie myśleliśmy ośrodkach ostrożności — wszak chodziło o naszego towarzysza i o nasze konie. Jak ścigane zwierzęta, pędziliśmy przez zagajnik, z bronią w ręku, aby każdej chwili mogła przemówić.

 Dobiegliśmy — — lecz nie było koni, ani Vogla. Darnina nie była udeptana — ani śladu walki. Nasz słynny wirtuoz został poprostu zaskoczony. Ślady łukiem wracały stąd do wąwozu. My, tak doświadczeni, tak mądrzy, tak przemądrzy ludzie ponieśliśmy haniebną porażkę.

 Emery omal-że nie pękł z wściekłości.

 — Stoicie tylko i wyłupiacie na siebie gały! — zawołał. — Gdzie jest stary Melton, któregoście mieli schwytać? Gdybyście mnie usłuchali, nie stalibyśmy tu jak wychłostane żaki!

 — Czy mój brat Emery nigdy nie popełnił błędu? — zapytał spokojnie Winnetou.

 — Dosyć wiele, dosyć! — odpowiedział Englishman ze swą śmieszną szczerością. — Ale nie powinniśmy się tutaj zatrzymać. Musimy mknąć czem prędzej, musimy go uwolnić. Ruszajmy szybko, ruszajmy!

 Pomknął naprzód. Widząc, że wleczemy się zanim powoli, przystanął w biegu i zawołał!

 — Chodźcie, no chodźcież! Nie można tracić czasu.

 — Dokąd to? — zapytałem. — Do puebla?

 — Do... Ah, więc myślisz, że go tam zawlekli? W takim razie nie pójdzie nam tak gładko, jak sądziłem.

 — Rozumie się, że nie możemy teraz, w jasny dzień, szturmować fortecy.

 — Ale co zrobimy do nocy?

 — Poczekamy — nic więcej.

 — A więc chodźmy! Pójdźmy na krawędź skały, z której mamy się opuścić nadół, i zobaczmy, co zrobią z Voglem i końmi.

 — A jeśli Yuma zaczną nas szukać? Jeśli znajdą nas i unieszkodliwią? Wówczas nietylko nie schwytamy obu Meltonów, ale nadomiar stracimy Vogla.

 — Ale gdzie spędzimy czas tak długi?

 — Pokażę wam — rzekł Winnetou. — Moi bracia niech idą za mną!

 Przeprowadził nas aż pod wąwóz i usiadł pod krzakiem.

 — Czy zechcą moi bracia tu siedzieć? — zapytał.

 — Ja nie — mruknął Emery. — Siedzimy przed samym nosem wroga.

 — To jest jedyna rzecz właściwa — oświadczyłem. — Yuma po odprowadzeniu Vogla do puebla, na pewno tutaj powrócą.

 — Nie odważą się.

 — W każdym razie Meltonowie wyślą jednego lub kilku wywiadowców, aby się dowiedzieć, gdzie jesteśmy i co robimy.

 — A jeśli nadejdą. Cóż my?

 — Odeślemy ich zpowrotem do puebla i każemy się kłaniać Meltonom. W ten sposób uzyskamy pewność, że naszemu towarzyszowi nie wyrządzą nic złego.

 — Hm, tak, chciałbym wiedzieć. Biednemu chłopcu grozi niebezpieczeństwo, nad które niema większego.

 — Nie tak groźne znowu! Dopóki tu jesteśmy nie powinien tracić otuchy.

 — Oho! Pomyśl o spadku.

 — No? Dalej.

 — Jeśli im wyzna prawdę, natychmiast go zakatrupią.

 — Nie będzie chyba tak głupi, aby ją wyznać.

 — Czemu nie? Myślę, że na pewno wygada się ze strachu, czy złości.

 — Powie — potwierdził Winnetou spokojnie. — Wyzna prawdę i dlatego właśnie Winnetou usiadł na tem miejscu.

 Teraz przytrafiło mi się coś niezwykłego — nie zrozumiałem intencyj Winnetou. Widząc, że obrzucam pytającem spojrzeniem, rzekł:

 — Czy mój brat Szarlieh wierzy, że się Meltonowie nas lękają?

 — Tak.

 — Czy myślą, że będą nas mogli tutaj złapać i zgładzić.

 — Nie. Wręcz przeciwnie, wiedzą, iż rola ich dobiega końca.

 — Tak, nie pozwolimy się zaskoczyć i zabić. Mogli schwytać Vogla, ale nie nas. Odkryliśmy ich gniazdo. Jeśli stąd uciekną, to pomkniemy za nimi i nie spoczniemy, dopóki nie wpadną nam w ręce. Zdają sobie z tego sprawę. Naraz chwytają Vogla, który wyrzuca im zbrodnie i powiada, że jest jedynym prawdziwym spadkobiercą. Co w takim razie mają uczynić?

 — Natychmiast go usunąć — odpowiedział tonem pełnym przekonania Emery.

 — Czy mój brat Szarlieh podziela to zdanie?

 — Nie — zaoponowałem, domyślając się już zamiarów Winnetou. — Morderstwo nie polepszy ich sytuacji, lecz o wiele pogorszy. Mordercy nie będą mogli liczyć na nasze pobłażanie.

 — Mój brat ma słuszność, gdyż trzymając go jako zakładnika, zyskują możność ratunku.

 — A więc mój brat Winnetou myśli, że jeśli zostaniemy tutaj, to wkrótce nadejdzie wywiadowca, a później poseł?

 — Tak.

 — Mój brat najlepiej z nas przewiduje. Nigdy się nie myli. Jestem przekonany, że i dziś spełni się jego przypuszczenie.

 — Bardzo wątpię — mruknął niechętnie Emery. — A nawet jeśli się to sprawdzi, czy wejdziecie w układy z tymi ludźmi?

 — Tak. Należy czynić, co rozum dyktuje. Przedewszystkiem powinniśmy dbać, aby się nic złego nie stało naszemu towarzyszowi, a przeto napozór przystać na poczynione propozycje, albo, co najmniej, wziąć je pod rozwagę. Działaliśmy dziś nieprzezornie i bez szczęścia, ale jedna okoliczność godzi mnie z naszem fatalnem położeniem.

 — Jaka?

 — Że mamy lassa przy sobie. Gdybyśmy je zostawili przy koniach, wszystko byłoby dla nas stracone i nie wiedziałbym, jak uwolnić Vogla.

 — Pshaw! Uwolnilibyśmy go w każdym razie. Nie spocząłbym przedtem.

 — Ale z jakiemi przeciwnościami musielibyśmy walczyć! Teraz zaś jestem przekonany, że Vogel będzie wolny już jutro rano. Mam nadzieję, że — —

 Winnetou przerwał mi lekkiem skinieniem. Leżał tak, że mógł spoglądać w wąwóz. Dojrzałem błysk w jego oczach. Naraz usłyszałem szmer kroków — ktoś się skradał powoli i milczkiem. Zaszyliśmy się głębiej w zagajnik. Nabawem wywiadowca nadszedł. Był to Indjanin. Obejrzał się na prawo i lewo, nie widząc nikogo. Wyszedł z wąwozu i zaczął badać ślady, odciśnięte przez nas i przez jego towarzyszów na trawie.

 Teraz odwrócił się do nas plecami. Winnetou podniósł się cichaczem za nim, ja i Emery nie daliśmy na siebie czekać. Apacz spytał głośno:

 — Czego tu szuka mój czerwony brat w trawie?

 Yuma odwrócił się, zobaczył nas i ze strachu wypuścił z rąk flintę. Winnetou odtrącił ją szybko nogą i dodał:

 — Czy mój brat co zgubił?

 Widziałem, jak po bronzowej twarzy Yuma przebiegł błyskawicznie wyraz zdecydowania — stanąłem w odległości trzech kroków od wąwozu. W tejże chwili Yuma wykonał szybki obrót i upadł — wprost w moje objęcia. Wyrywał się, szamotał, ale po paru straconych próbach spotulniał i pozwolił się rozbroić. Odwiodłem go od wąwozu i kazałem usiąść na miejscu, gdzieśmy poprzednio czekali. Winnetou znowu się tak umieścił, aby mieć wąwóz na oku, i rzekł do schwytanego Yuma:

 — Czy mój brat wie, kim jesteśmy?

 Zapytany skinął potakująco.

 — Niech wymieni nasze nazwisko!

 — Winnetou i Old Shatterhand. Drugiego białego nie znam.

 — Ten biały jest słynnym myśliwym, który się jeszcze nigdy nie uląkł wroga. Mój brat dobrze wymienił nasze nazwiska. Gdzież je słyszał? A może nawet poznał nas kiedyś?

 — Widziałem was w Sonorze, w hacjendzie del Arroyo i w Almaden alto.