3,99 €
„Sześć przeszkód” Patrycji Balcerzak to pełna optymizmu książka, w sposób humorystyczny ukazująca perypetie pewnej zwyczajnej nastolatki, która z dnia na dzień znajduje się w niezwyczajnej sytuacji.Radosny i uporządkowany świat głównej bohaterki wali się, gdy dowiaduje się o nieoczekiwanym zniknięciu swojego chłopaka, mieszkańca domu dziecka. Załamuje się, a po głowie chodzą jej najczarniejsze scenariusze, jednak postanawia nie tracić nadziei. Kiedy pół roku później dostaje list od nieznanego autora, Nila bez wahania podejmuje się wyzwania, jakie rzucił jej tajemniczy adresat, wierząc, że pomoże jej to odnaleźć ukochanego Daniela. Zgodnie z jego instrukcjami rozpoczyna śledztwo oparte na sześciu zagadkach dołączonych do listu. Pomagają jej wierni przyjaciele, z którymi w międzyczasie stawia czoła wyzwaniom dnia codziennego nastolatka. Czy dziewczynie uda się rozwiązać zagadki i dotrzeć do tajemniczego nieznajomego? Czy w końcu dowie się, dlaczego Daniel bez słowa ją zostawił?To opowieść o tym, że za każdą naszą decyzją stoją konsekwencje, nawet jeśli mamy tylko piętnaście lat. I o tym, że nigdy nie jest za późno, żeby naprawić coś, co zostało zepsute. Nawet jeśli to nie my jesteśmy winnymi.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2015
Patrycja Balczerzak "Sześć przeszkód"
Copyright © by Patrycja Balczerzak, 2015
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o., 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Konwersja i skład wersji elektronicznrj: Arkadiusz Woźniak Projekt okładki: Robert Rumak Zdjęcie na okładce: © dp3010; Matthew Cole – Fotolia.com Korekta: Paweł Markowski
ISBN: 978-83-7900-371-6
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131
wydawnictwo.psychoskok.pl
Cześć, jestem Nila. Pewnie nigdy nie słyszeliście o takim imieniu, zresztą i ja bym zapewne nie słyszała, gdyby nie jeden nudny wieczór z życia moich rodziców.
Zakochani państwo Plisz siedzieli wygodnie przed kominkiem, rozkoszując się smakiem gorącej czekolady i ekscytując niedaleką wizją posiadania najcudowniejszego bobasa na świecie (przynajmniej ja tak to sobie wyobrażam), kiedy to zdali sobie sprawę, że ten cudowny bobas nie ma jeszcze imienia. No i się zaczęło: najpierw mama była za Anią, ale tata stwierdził: To zbyt banalne! i upierał się przy Amandzie, kiedy wpadła na imię Małgosia, ojciec obstawał przy Marlenie, potem były jeszcze Daria, Dominika, Adela, Kasia, Zosia, Magda oraz Iza. W końcu, gdy mama zaproponowała, żeby dać mi na imię Stefania, po babci, tata wzdrygnął się i rzekł: Dość! Rozstrzygniemy to w inny sposób!, po czym czmychnął do kuchni. Wrócił z babcinym kalendarzem z szarymi kartkami, wiecie, takim, który zwykle wisi na ścianie w jadalni i z każdą wyrwaną stroną wzbogaca nas o nowe przysłowie czy przepis.
– Losuj – polecił mamuśce, niezwykle dumny ze swego pomysłu. Ta, początkowo sceptyczna wobec idei wybierania dziecku imienia na zasadzie dziecięcej zabawy, w końcu się zgodziła. Ojciec przewracał kartki kalendarza, a mama zamknęła oczy, wzięła głęboki wdech... i położyła rękę na kartce z datą 19 września. Moi rodzice mieli więc do wyboru, aby nazwać mnie January, Teodor, bądź... Nila. I tak właśnie, w wyniku przypadku, w przeciągu mniej niż jednej sekundy, stałam się tym, kim teraz jestem – Nilą Plisz.
Przejdźmy jednak do sedna. Pewnie chcielibyście wiedzieć, dlaczego zanudzam Was jakąś nieistotną historią etymologii mojego imienia. Otóż, kiedy teraz o tym pomyślę, być może nie było to aż tak przypadkowe, jak zawsze sądziłam. Może miało w pewien sposób zapowiadać to, co niedługo potem mi się przydarzyło. Historię, która poniekąd zmieniła moje życie.
Nila pochodzi bowiem od greckiego słowa neilos, co oznacza rzekę. Ta zaś symbolizuje między innymi barierę, coś nie do przejścia. Przeszkodę tak dużą, że wiąże się z wieczną stratą.
Teraz wiem, że wybieramy osoby, jakie napotkamy na swojej drodze, ale nie wybieramy tego, co nas spotka z ich strony – jesteśmy na to skazani.
Dwunasty czerwca, dziesiąta rano. Kiedy budzik zadzwonił setny raz, wkońcu rozchyliłam klejące się oczy (nie bez wielkiego trudu iniechęci) izdałam sobie sprawę, jak bardzo jestem spóźniona na najważniejsze dla mnie spotkanie wroku. Co prawda, itak pobiłam swój rekord jeśli chodzi oporanne wstawanie, zwłaszcza, że była SOBOTA (Tak, moi drodzy, nastawiłam budzik-mordercę wsobotę. Szczyt masochizmu został osiągnięty), jednak nie mogłam sobie pozwolić na tradycyjne weekendowe leniuchowanie włóżku nawet przez sekundę dłużej. Ubrałam się więc czym prędzej izbiegłam na dół.
– Niluniu, przygotowałam ci śniadanie! Zjedz wszystko, dobrze? Choć dzisiaj. Wkońcu musisz coś jeść! Ostatnio bardzo się ociebie martwię... – mama przywitała mnie swoim rytualnym wywodem.
– Nie teraz. Naprawdę, nie mam czasu. Itak już jestem spóźniona – rzuciłam zwdzięcznością, po czym pocałowałam Magdę wpoliczek iwybiegłam zdomu, nawet się nie uczesawszy. Była kochaną mamą. Tym chętniej to mówię, że większość znanych mi osób przyznaje, iż jestem do niej podobna. Choć może nie zwyglądu. Łączy nas tylko kolor włosów – obie jesteśmy szatynkami, ale ja mam troszkę dłuższą czuprynę. Za to zielone oczy ibrak tyłka mam zpewnością po ojcu. Dobrze, że do tego pakietu nie doszły jeszcze wąsy, bo wyglądałabym jak moja ciotka Genowefa.
Mijałam ulice Orłowa tak szybko, jak tylko mogłam. Kopernika, Matejki... ach, wreszcie! Jest! Przede mną ukazał się stosunkowo duży, wybudowany jakieś czterdzieści pięć lat temu, komunistyczny budynek. Ni to blok, ni kamienica. Najpierw służył jako szkoła podstawowa, lecz później przeznaczono go do bardziej szczytnych celów: stał się domem dziecka. Co prawda, przykre jest to, że wogóle nastała taka potrzeba, jednak wprzeciwnym razie nie poznałabym...
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
