Tajemnica Willi Róż - A. E. W. Mason - E-Book

Tajemnica Willi Róż E-Book

A. E. W. Mason

0,0

Beschreibung

Detektyw Hanaud zostaje poproszony o zbadanie okoliczności śmierci bogatej wdowy, pani Dauyray. Kobieta została uduszona w swojej Willi Róż, co więcej z tym zabójstwem wiąże się kradzież jej cennej biżuterii. W kręgu podejrzanych jest młoda przyjaciółka madame Dauyray, Celia Harland, która zniknęła zaraz po zgłoszeniu zabójstwa. Inspektor Hanaud odkrywa, że w tajemniczej Willi Róż odbywały się seanse spirytystyczne, zaś piękna Celia występowała w nich jako medium. Okazuje się, że ostatni seans kobieta miała przeprowadzić właśnie w noc morderstwa... ,,Willa Róż" to najbardziej udana powieść detektywistyczna Masona. Na jej motywach powstała sztuka teatralna z 1920 r. oraz cztery adaptacje filmowe z lat 1920-1940. Książka przypadnie do gustu miłośnikom pełnych zawiłych szczegółów zagadek kryminalnych i wczesnych powieści detektywistycznych w stylu Agathy Christie. Śledztwa inspektora Hanauda - seria powieści detektywistycznych A. E. W. Masona, w których występuje fikcyjny francuski inspektor John Hanaud i jego przyjaciel, były finansista Julius Ricardo. Postać Hanauda była wzorowana na dwóch prawdziwych szefach policji Monsieur Macé i Monsieur Goron, których wspomnienia czytywał Mason. Niewysoki i przysadzisty detektyw Hanaud miał być całkowitym przeciwieństwem szczupłego Sherlocka Holmesa, przez wielu uważany jest za inspirację do stworzenia Herkulesa Poirota Agathy Christie.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 227

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



A. E. W. Mason

Tajemnica Willi Róż

Tłumaczenie Jan Stanisław Zaus Z języka angielskiego przełożył

Saga

Tajemnica Willi Róż

 

Tłumaczenie Jan Stanisław Zaus

 

Tytuł oryginału At the Villa Rose

 

Język oryginału angielski

 

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1925, 2022 SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728343067 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

ROZDZIAŁ I 

Błyskawica

Zwykle w połowie sierpnia pan Ricardo wyjeżdżał do Aix-les Bains, w Sabaudii, gdzie spędzał miłe pięć, sześć tygodni. Rano udawał, że wypija przepisowe wody, po południu wyjeżdżał na przejażdżkę samochodem, obiad jadł w kasynie, a później przez kilka godzin w salach Villa des Fleurs grał w bakarata. Ach, bez wątpienia pędził wygodne i godne pozazdroszczenia życie – chociaż, niestety, często wyśmiewano się z niego! A były ku temu powody: był człowiekiem zbyt przesadnym. Chciał we wszystkim być lepszy. Wszystko było w jego życiu nawet w drobiazgach przesadne, od wyszukanego sposobu wiązania krawatów, do urządzanych przez niego finezyjnych i zniewieściałych przyjęć. Pan Ricardo zbliżał się do pięćdziesiątki; był wdowcem zadowolonym ze swego stanu, z jednej strony zwalniał on bowiem od uciążliwych obowiązków małżeńskich, a z drugiej od wymówek często czynionych kawalerom. Wreszcie, był bogaty: posiadał majątek w Mincing Lane i odpowiednio dochodowe papiery wartościowe.

Dziesięć lat łatwego życia nie zatarły w nim jednak człowieka interesu i chociaż nie zajmował się niczym od grudnia do stycznia, czynił to z manierą wypoczywającego bankiera. Odwiedzał tak często pracownie malarzy, że nie było wiadomo, czy był miłośnikiem sztuki, czy też pragnął dokonać korzystnego zakupu. Posiadał znajomości w wyższych sferach i chociaż obracał się w zróżnicowanych kręgach towarzyskich, zawsze trzymał się na uboczu. Szczególnie szukał towarzystwa artystów, przez których uważany był za ambitnego laika, pragnącego zostać koneserem. Młodzi biznesmeni, z którymi nigdy nie prowadził interesów, podchodzili do niego z rezerwą przeznaczoną dla dyletantów. Jego zmartwieniem było, że nie trafił na tak wielkiego artystę, który potrafiłby uwiecznić go w brązie. Był mecenasem bez Horacego, hrabią Southampton bez Szekspira. Krótko mówiąc, Aix-les-Bains było dla niego w sezonie najlepszym miejscem i nigdy ani przez chwilę nie spodziewał się, że zostanie tu wplątany w wir niezwykłych wypadków. Piękno tego małego miasteczka, tłum doskonale ubranych i uprzejmych ludzi, wspaniałe kolorowe róże, wszystko to niezwykle go pociągało. Ale najbardziej w Aix lubił Villę des Fleurs 1  . Nie z powodu samej gry, grał z umiarem i ostrożnie i chociaż nie był jedynie chłodnym obserwatorem, zawsze miał w kieszeni kilka banknotów, aby wspomóc ofiary gry. Lecz największą jego przyjemnością było obserwowanie odbywającego się co noc spektaklu, przedstawiającego walkę namiętności z dobrymi manierami. Najbardziej zdumiewało go częste zwycięstwo dobrych manier. Były jednak wyjątki.

Na przykład, pierwszego wieczoru jego wizyty w kasynie w salach było zbyt gorąco, wyszedł więc do małego półkolistego ogrodu, leżącego na tyłach budynku. Przez pół godziny siedział pod rozgwieżdżonym niebem, patrząc na ludzi wchodzących i wychodzących z kasyna, i w świetle lamp obserwował okiem znawcy biżuterię i toalety kobiet. Nagle zauważył ożywienie. Młoda dziewczyna, w przylegającej do figury białej atłasowej sukni, wybiegła z sali i nerwowym ruchem opadła na ławkę. Ricardo pomyślał, że nie miała więcej niż dwadzieścia lat. Dowodziła tego jej smukła figura; przelotnie dostrzegł, że miała świeżą i piękną twarz, której teraz już, niestety, nie widział. Na głowie nosiła czarny kapelusz z szerokim rondem, sponad którego zwieszały się białe strusie pióra, opadające na bok i kryjące w cieniu jej twarz. Wszystko, co mógł dostrzec, to para długich diamentowych kolczyków, które drżały wraz z każdym ruchem głowy. A głowa ta drżała teraz nieustannie. Na przemian to zwieszała ją w dół, wpatrując się w ziemię, to podnosiła ją, patrząc przed siebie, to znów obracała nerwowo w prawo lub w lewo, aby później znów patrzeć prosto przed siebie, przy czym w dziecinny sposób wybijała jakiś takt atłasowym pantofelkiem. Wszystkie te ruchy były nagłe i nerwowe; wyraźnie bliska była atakowi histerii. Ricardo czuł, że za chwilę wybuchnie płaczem, jednak dziewczyna nagle zerwała się i równie szybko, jak przybyła, teraz oddaliła się, znikając w salach gry.

– Zupełnie jak błyskawica – pomyślał.

W pobliżu jakaś kobieta zaśmiała się szyderczo i odezwał się męski głos:

– Urocza była ta mała! Smutno, że się tak zgrała.

Kilka minut później Ricardo dokończył swoje cygaro i wrócił do sal gry, kierując kroki do wielkiego stołu na prawo od wejścia, gdzie zwykle grano wysoko. Również i tego wieczoru gra toczyła się o wysokie stawki. Stół otaczał gęsty tłum, tak że musiał stanąć na palcach, aby zobaczyć twarze graczy. Nie dostrzegł jednak twarzy człowieka, który trzymał bank. Ale chociaż tłum gęstniał i wymieniał się, Ricardo w krótkim czasie znalazł się w pierwszym rzędzie widzów, za krzesłami graczy. Miał teraz przed sobą owalny zielony stół, a na nim stosy banknotów. Zwrócił oczy w lewo i zobaczył wreszcie trzymającego bank. Ku swemu zaskoczeniu rozpoznał go. Był to młody Anglik, Harry Wethermill, który po błyskotliwej karierze w Oxfordzie i Monachium sprzedawał obecnie swój geniusz naukowca, dorabiając się milionów w wieku dwudziestu ośmiu lat.

Siedział przy stole z obojętnością zawodowego gracza, malującą się na twarzy o regularnych, wyraźnych rysach. Widać było, że dzisiejszej nocy szczęście mu sprzyjało. Krupier układał przed nim stosy banknotów według ich wartości. Bank wygrywał wysoko. W momencie, gdy Ricardo spojrzał na Wethermilla, ten właśnie wygrał i krupier przysunął w jego kierunku pokaźną ilość banknotów.

– Faites vos jeux, messieurs. Le jeu est fait? – zawołał krupier, nabrał powietrza i powtórzył te słowa. Wethermill czekał z ręką opartą na drewnianej ramie, w której ułożone były karty. Rozglądał się wokół stołu, w czasie gdy gracze układali stawki. Nagle na jego obojętnej dotąd twarzy odmalował się wyraz żywego zainteresowania. Prawie naprzeciw niego drobna rączka w białej rękawiczce trzymała banknot o wartości pięciu ludwików. Rączka ta wysunęła się spomiędzy ramion siedzących przy stole dwóch mężczyzn. Wethermill pochylił się do przodu i z uśmiechem potrząsnął głową. Ruchem ręki chciał odsunąć stawkę, jednak było już za późno. Palce rączki otworzyły się i banknot spłynął na sukno, pieniądze zostały postawione.

Wethermill opadł na krzesło.

– Il y a une suite – powiedział spokojnie. Raczej wolał zaniechać gry niż grać przeciw temu banknotowi. Stawki zostały wycofane przez graczy.

Krupier zaczął liczyć wygraną Wethermilla. Ricardo pochylił się, chcąc zobaczyć, do kogo należała ta delikatna rączka w rękawiczce, która tak nagle i z taką determinacją przerwała grę. Rozpoznał młodą dziewczynę w białej atłasowej sukni i wielkim czarnym kapeluszu, która przed paroma minutami dała się ponieść nerwom w ogrodzie. Zobaczył ją teraz z bliska i mógł podziwiać jej zachwycającą urodę. Była średniego wzrostu, miała jasną cerę, a świeże rumieńce na policzkach wskazywały na czar młodości. Włosy jej były jasno-brązowe z połyskiem, jasne wysokie czoło i ciemne, cudownie błyszczące oczy. Jednak uderzyła go nie tylko jej piękność. Miał wrażenie, że dawno temu gdzieś ją spotkał. To wrażenie potęgowało się i niepokoiło. Zastanawiając się nad tą zagadką, usłyszał słowa krupiera:

– W banku jest dwa tysiące ludwików – wykrzyknął. – Kto kupi bank za dwa tysiące ludwików?

Jednak nie było chętnego. Zaoferowano nowy bank i Wethermill kupił go, siedząc stale na swoim miejscu. Powiedział kilka słów do służącego i ten, przecisnąwszy się przez tłum, okrążył stół, podszedł do dziewczyny w czarnym kapeluszu i chwilę z nią rozmawiał. Spojrzała w kierunku Wethermilla i uśmiechnęła się – uśmiechem pełnym czułości. Potem zniknęła i w chwilę później Ricardo ujrzał ją przy krześle Wethermilla. Ten obrócił się do niej i pieszczotliwie ujął za rękę.

– Nie mogłem dopuścić, żeby pani grała przeciwko mnie, Celio – rzekł po angielsku. – Mam dziś wieczór zbyt wielkie szczęście, grajmy zatem razem. Ja daję kapitał, wygraną podzielimy się.

Twarz młodej kobiety spłonęła rumieńcem. Jej rączka stale spoczywała w jego dłoni i nie próbowała się uwolnić.

– Nie mogę tego zrobić! – wykrzyknęła.

– Dlaczego? – spytał. – Zobacz! – puścił jej rękę, wyjął z kieszeni pięcioludwikowy banknot i oznajmił krupierowi, że dołącza go do banku. – Teraz już nic nie pomoże, jesteśmy partnerami.

Dziewczyna zaśmiała się, a towarzystwo wokół stołu uśmiechało się na pół z sympatią, na pół z rozbawieniem. Podsunięto jej krzesło i usiadła za Wethermillem. Rozchyliła wargi, twarz wyrażała podniecenie. Teraz jednak szczęście opuściło Wethermilla. Trzy razy odnawiał bank, aby wreszcie przegrać większą część poprzedniej wygranej. Wziął jeszcze czwarty bank i ponownie przegrawszy, wstał od stołu.

– Dość, Celio – rzekł. – Wyjdźmy do ogrodu, tam będzie chłodniej.

– Zabrałam panu szczęście – powiedziała dziewczyna z żalem. Wethermill wziął ją pod ramię.

– Wystarczy, że nie zabrała mi pani siebie – odrzekł i oboje odeszli tak, że Ricardo nie mógł już więcej usłyszeć.

Ricardo pozostał sam, rozmyślając o Celii. Była jedną z tych zagadek, która mogła go zainteresować w takiej miejscowości jak Aix-les-Bains. Z pewnością łączyło ją coś z wielkomiejską cyganerią. Było to więcej niż pewne. Dowodziła tego jej szczerość, impulsywność i bezpośredniość, z jaką oddawała się przyjemnościom i przeżywała przykrości. Przechodziła z łatwością z jednego stanu w drugi i nie starała się ukrywać swych uczuć. Ponadto ta dziewiętnastoletnia dziewczyna przebywała w salach gry sama, bez skrępowania, zupełnie tak jakby była u siebie w domu. Była swobodna i miała katolickie imię... Tak, z pewnością należała do cyganerii. Mimo to Ricardo miał wrażenie, że czułaby się dobrze w każdym towarzystwie i nie pozostałaby niezauważona. Wyglądałaby zawsze bardziej malowniczo niż większość dziewcząt w jej wieku, na pewno bardziej „soignée” niż inne, a poza tym ubrana była z prawdziwie francuską elegancją. Jakie jednak były różnice, poza tą szczerością. Zastanawiał się, co mogło wiązać ją z cyganerią, zastanawiał się jeszcze nad tym, gdy znów ujrzał ją po upływie pół godziny przy wyjściu z Villa des Fleurs. Szła przez długi hol w towarzystwie Harryֹ’ego Wethermilla. Szli wolno, tak zatopieni w rozmowie, że nie zwracali uwagi na otoczenie. Przy schodach stała starsza, może pięćdziesięciopięcioletnia kobieta, obwieszona klejnotami, ubrana pretensjonalnie i krzykliwie umalowana. Powitała ich z uśmiechem dobrodusznego zaskoczenia. Kiedy podeszli bliżej, odezwała się do nich po francusku:

– I cóż, Célie, możemy już iść do domu?

Dziewczyna drgnęła i spojrzała na nią.

– Oczywiście, madame – powiedziała z cieniem uległości w głosie, co zdziwiło Ricarda. – Sądziłam, że pani na mnie nie czeka.

Podbiegła do garderoby i wróciła w płaszczu.

– Do widzenia, Harry – powiedziała, pieszczotliwie wymawiając jego imię i obdarzając go czułym spojrzeniem uśmiechniętych oczu.

– Chciałbym zobaczyć cię jutro wieczorem – rzekł, ujmując jej dłoń. I znów pozostawiła ją w jego ręce, lecz teraz zmarszczyła brwi i twarz jej pokrył cień niepokoju. Zwróciła się do starszej kobiety, jakby szukając pomocy.

– Nie, nie sądzę, abyśmy mogły tu przyjść jutro, prawda madame? – powiedziała niechętnie.

– Z pewnością nie – odparła madame żywo. – Chyba nie zapomniałaś, co zaplanowałyśmy? Nie, nie możemy tu jutro przyjść, ale pojutrze – tak.

Celia zwróciła się do Wethermilla:

– Tak, istotnie, mamy na jutro pewne plany – powiedziała z widocznym żalem w głosie i widząc, że madame jest już przy drzwiach, cofnęła się i dodała nieśmiało: – Ale pojutrze wieczorem będę ciebie potrzebowała.

– Dziękuję za to! – ucieszył się Wethermill i dziewczyna uwolniwszy rękę, zbiegła ze schodów.

Harry Wethermill powrócił do sal gry. Ricardo nie poszedł za nim, był zbyt zajęty problemem, który wyłonił się przed nim dzisiejszej nocy. Zapytywał siebie, co mogło łączyć tę młodą dziewczynę z kobietą, do której zwracała się z takim szacunkiem? W istocie w jej głosie brzmiało więcej niż szacunek, było w nim coś z czułości. I znów uporczywie zastanawiał się, co może ją łączyć z cyganerią. Po drodze do hotelu nasunęły mu się jeszcze inne pytania.

– Dlaczego – pytał siebie – nie mogła Celia i madame przyjść jutro wieczorem do Villa des Fleurs? Jakie mają na jutro plany? I dlaczego na wzmiankę o tych planach twarz Celii pokryła chmura niepokoju?

W czasie następnych kilku dni Ricardo miał powody do wspominania tych pytań, teraz jednak nie przeczuwał, że wkrótce będzie musiał się nimi poważnie zająć.

__________

ROZDZIAŁ II 

Wołanie o pomoc

Wponiedziałek wieczór Ricardo znów zobaczył Harry’ego Wethermilla i Celię razem. We wtorek spotkał go w salach gry samego i nawiązała się rozmowa.

Wethermill nie grał tej nocy i około dziesiątej we dwójkę opuścili Villa des Fleurs.

– W jakim kierunku pan idzie? – spytał Wethermill.

– W górę, do hotelu „Majestic” – odparł Ricardo.

– A zatem idziemy razem. Też tam mieszkam – rzekł młody mężczyzna i obaj poszli stromo wznoszącą się ulicą. Ricardo, umierając z ciekawości, chciał zadać parę pytań dotyczących młodej znajomej Wethermilla, ale dyskrecja kazała mu milczeć. Przez kilka sekund rozmawiali o obojętnych rzeczach w holu hotelu, po czym rozeszli się. Dopiero rano dowiedział się więcej o Celii. W czasie, gdy wiązał przed lustrem krawat, wpadł do pokoju Wethermill. Ricardo był tak oburzony, że zapomniał o dręczącym go problemie. Tego rodzaju wtargnięcie było czymś niezwykłym w jego uregulowanym trybie życia. Sprawę porannej toalety traktował jak pewnego rodzaju misterium i przerywanie jej było anarchią. Gdzie był jego lokaj? Gdzie podziewał się ten przeklęty Charles, który powinien stać na posterunku przy drzwiach jak strażnik przed kaplicą?

– Nie mogę pana przyjąć przynajmniej jeszcze w ciągu pół godziny – rzekł Ricardo surowo.

Jednak Harry Wetherwill stał bez tchu i drżał z podniecenia.

– Nie mogę czekać! – wykrzyknął z wściekłością. – Musiałem się z panem widzieć natychmiast. Pan mi musi pomóc, panie Ricardo, pan musi, rozumie pan?

Ricardo odwrócił się natychmiast. W pierwszej chwili pomyślał, że chodzi tu o zwykłą pomoc, jakiej potrzebują gracze w Aix-les-Bains, jednak patrząc w twarz Wethermilla i słysząc rozpacz w jego głosie, zrozumiał, że się myli. Porzucił zwykłą oziębłość i spytał spokojnie:

– Co się stało?

– Coś strasznego – Wethermill podał mu drżącą ręką gazetę. – Proszę przeczytać – powiedział.

Było to specjalne wydanie lokalnej gazety „Le Journal de Savoie”, noszące datę tego ranka.

– Wykrzykują to na wszystkich ulicach – rzekł Wethermill. – Czytaj pan!

Na pierwszej stronie rzucały się w oczy duże czarne litery:

Wczorajszej nocy dokonano morderstwa w Willi Róż, położonej przy drodze do jeziora Bourget. Madame Camillę Dauvray, starszą, bogatą kobietę, dobrze znaną w Aix, która rokrocznie w lecie zajmuje willę, znaleziono na podłodze salonu nieżywą. Była całkowicie ubrana i została w brutalny sposób uduszona. Jej służącą, Hélène Vauquier, znaleziono leżącą na piętrze w łóżku, odurzoną chloroformem, z rękoma związanymi na plecach. Do chwili wydania tego numeru nie odzyskała jeszcze przytomności, ale lekarz, doktor Emile Peytin, czuwa nad nią i spodziewa się, że jak tylko będzie jej lepiej, rzuci więcej światła na tę ponurą sprawę.

Policja trzyma szczegóły śledztwa w tajemnicy, lecz teraz możemy podać fakty, które już ustalono.

Morderstwo wykryto o dwunastej w nocy. Wykrył je sergent-de-ville 2  Perrichet, któremu należą się słowa uznania za przeprowadżenie wstępnego śledztwa. Brak śladów na drzwiach i oknach świadczy o tym, że mordercę ktoś wpuścił z zewnątrz willi. Znikł też samochód madame Dauvray wraz z młodą Angielką, która przybyła do Aix w charakterze jej towarzyszki. Motyw zbrodni sam rzuca się w oczy. W Aix wiedziano, że madame Dauvray posiadała wspaniałe klejnoty, obnosiła się z nimi zbyt ostentacyjnie. Stan domu wskazuje na to, iż przeszukano go dokładnie i biżuteria zniknęła. Spodziewamy się, że rozesłane zostaną listy gończe z dokładnym opisem młodej Angielki i jest nadzieja, że mieszkańcy Aix, oraz oczywiście Francja, zostaną wyłączeni z jakiegokolwiek udziału w tej wstrząsającej zbrodni.

Ricardo czytał ten artykuł z rosnącym przerażeniem, a kiedy skończył, odłożył gazetę na stolik.

– To podłość! – wykrzyknął Wethermill z wściekłością.

– Ta młoda Angielka jest, jak sądzę, pańską przyjaciółką Celią? – spytał wolno Ricardo.

Wethermill podskoczył.

– Więc pan ją zna? – wykrzyknął zaskoczony.

– Nie, ale widziałem ją z panem w salach gry. Słyszałem, jak zwracał się pan do niej tym imieniem.

– Widział nas pan razem?! – wykrzyknął Wethermill. – Zatem rozumie pan, jak podłe jest to oskarżenie.

Lecz Ricardo jeszcze przedtem widział dziewczynę samą. Nie mógł zapomnieć, jak rzuciła się na ławkę w ogrodzie w odruchu histerii i jak nerwowo uderzała atłasowym pantofelkiem, rozpryskując wokół kamyki żwirowej alejki. Była młoda, piękna i czarująca, jednak... jednak Ricardo nie mógł wyzbyć się wrażenia, które coraz bardziej przybierało obraz przerażającego widma. Przypomniał sobie słowa wypowiedziane tuż obok przez jednego z gości:

– Urocza była ta mała. Smutne, że się tak zgrała.

Zawiązał krawat z większą niż zwykle starannością.

– A ta madame Dauvray? – spytał. – Czy to była ta tęga kobieta, z którą pańska młoda przyjacióka wychodziła z kasyna?

– Tak – odparł Wethermill.

Ricardo odwrócił się od lustra.

– Czego właściwie chce pan ode mnie?

– Hanaud jest w Aix. To najzdolniejszy z francuskich detektywów. Pan go zna, kiedyś jadł pan z nim obiad.

Ricardo miał zwyczaj gromadzić przy swoim stole wybitnych ludzi i w czasie jednego z tych przyjęć razem zasiedli przy nim Hanaud i Wethermill.

– A więc chce pan, abym z nim pomówił?

– Jak najszybciej.

– To delikatna sprawa – rzekł Ricardo. – Jest już zaangażowany w tej sprawie i my mielibyśmy tak pójść do niego, aby...

Wethermill szybko mu przerwał:

– Nie, nie – wykrzyknął – on nie jest zaangażowany do tej sprawy! Czytałem, że przyjechał tu przed dwoma dniami na urlop. W gazecie była wzmianka, że przyjechał tu wypocząć. I teraz ja właśnie chciałbym nakłonić go, aby podjął się tej sprawy.

Ta szczera ufność Wethermilla przez moment wstrząsnęła Ricardem, lecz wspomnienia ubiegłych wypadków były zbyt silne.

– Zamierza więc pan zaangażować najlepszego francuskiego detektywa do poszukiwania tej dziewczyny. Czy to rozsądne, panie Wethermill?

Wethermill zerwał się z krzesła z rozpaczą.

– Więc i pan myśli, że jest winna? Pan, który ją widział. Wierzy pan w jej winę – jak ta ohydna gazeta, jak policja?

– Jak policja? – spytał ostro Ricardo.

– Tak – stwierdził ponuro Harry Wethermill. – Kiedy tylko przeczytałem artykuł w tym brukowcu, zaraz pobiegłem do willi. Jest teraz zajęta przez policję. Nie wpuszczono mnie nawet do ogrodu. Rozmawiałem jednak z policjantem i oni sądzą, że to ona wpuściła morderców.

Ricardo zaczął przechadzać się po pokoju. Nagle zatrzymał się przed Wethermillem.

– Proszę posłuchać – powiedział poważnie. – Widziałem tę dziewczynę pół godziny przedtem, zanim ujrzałem ją razem z panem. Wybiegła do ogrodu i rzuciła się na ławkę, nie mogła jednak spokojnie usiedzieć. Była w stanie histerii. Pewnie wie pan, co to znaczy. Była przegrana, zgrała się. To był punkt numer jeden.

Pan Ricardo zgiął jeden palec.

– Potem wróciła do sal gry. Zaproponował jej pan udział w banku. Zgodziła się z zapałem. I pan przegrał. To punkt numer dwa. Krótko potem, gdy wychodziła z kasyna, spytał ją pan, czy będzie mogła przyjść do kasyna następnego wieczoru – nazajutrz wieczorem, w noc popełnienia zbrodni. Wtedy jej twarz spochmurniała. Zawahała się i spoważniała. Zdawało się, jakby przeraziła ją myśl, co ją czeka następnej nocy. A potem odpowiedziała panu: „Mamy na jutro pewne plany”. To jest punkt numer trzy – i Ricardo zgiął trzeci palec. – A teraz – spytał – czy jeszcze zamierza pan włączyć Hanauda do sprawy?

– Tak, i to natychmiast – zawołał Wethermill.

Ricardo polecił podać sobie laskę i kapelusz.

– Wie pan, gdzie zatrzymał się Hanaud? – spytał.

– Tak – odparł Wethermill i zaprowadził go do skromnego hoteliku w centrum miasta. Ricardo podał nazwisko i obaj goście zostali natychmiast wprowadzeni do małego salonu, gdzie monsieur Hanaud raczył się poranną czekoladą. Był to tęgi mężczyzna o szerokich ramionach, z pełną, niemal ociężałą twarzą. Siedział przy stoliku ubrany w ranny strój, w którym przypominał wziętego aktora.

Wstał i powitał ich z uśmiechem, potrząsając serdecznie obie ręce pana Ricarda.

– Ach, drogi przyjacielu – rzekł – jak miło jest widzieć pana! Również i pana, panie Wethermill – dodał, wyciągając rękę do młodego wynalazcy.

– Pan mnie pamięta? – spytał zdziwiony Wethermill.

– Mój zawód wymaga, abym pamiętał ludzi – odparł Hanaud z uśmiechem. – Był pan razem ze mną na jednym z przyjęć u pana Ricardo, przy Grosvenor Square.

– Monsieur – rzekł Wethermill – przyszedłem prosić pana o pomoc.

W jego głosie brzmiała błagalna nuta. Hanaud przysunął krzesło do okna i wskazał miejsce Wethermillowi, następnie z ukłonem poprosił Ricarda, aby zajął drugie.

– Zamieniam się w słuch – rzekł poważnie.

– Chodzi o morderstwo madame Dauvray – powiedział Wethermill.

Hanaud poruszył się zaskoczony.

– Jest pan, monsieur, zainteresowany morderstwem madame Dauvray? – spytał.

– Jej towarzyszka – oznajmił Wethermill – młoda Angielka... jest moją przyjaciółką.

Twarz Hanauda spoważniała, w jego oczach pojawił się wyraz gniewu.

– Co chciałby pan, abym zrobił, monsieur? – spytał zimno.

– Wiem, że jest pan tu na urlopie, monsieur Hanaud, mimo tego chciałbym, nie, błagam pana – Wethermill prawie krzyczał, a w jego głosie brzmiała namiętność – niech pan zajmie się tą sprawą, odkryje prawdę i odnajdzie Celię.

Hanaud oparł się w krześle z założonymi rękoma. Nie spuszczał oczu z Wethermilla, lecz teraz nie było już w nich gniewu.

– Monsieur – powiedział – nie wiem, jaki jest sposób postępowania w takich sprawach w Anglii, ale we Francji detektyw nie może zajmować się sprawą tylko dlatego, że ma na to ochotę. Z tego samego powodu nie może też jej porzucić. My jesteśmy tylko urzędnikami. Ta sprawa powierzona została monsieur Fleuriotowi, prokuratorowi z Aix.

– Ale gdyby ofiarował mu pan pomoc, mógłby przyjąć ją z wdzięcznością! – zawołał Wethermill. – Dla mnie to wiele znaczy. Nie będzie partaniny, nie będzie marnowania czasu. Tego przynajmniej będę pewny.

Hanaud kiwnął uprzejmie głową. Patrzył na niego ze współczuciem. Nagle wymierzył w niego palec wskazujący.

– Ma pan przypadkiem fotografię tej młodej damy?

Wethermill spłonął rumieńcem, wyciągnął fotografię i podał ją Hanaudowi, ten zaś przez chwilę przyglądał się jej z uwagą.

– Czy to zdjęcie zrobione było niedawno? – spytał.

– Tak, dla mnie – odparł spokojnie Wethermill.

– Czy oddaje ono wiernie podobieństwo?

– Bardzo.

– Od jak dawna zna pan mademoiselle Célie? – spytał.

Wethermill spojrzał na Hanauda z pewną nieufnością.

– Od dwóch tygodni.

Hanaud uniósł brwi.

– Tu ją pan poznał?

– Tak.

– W salach gry, jak sądzę? A może w domu któregoś z pańskich przyjaciół?

– Tak – odparł spokojnie Wethermill. – Pewien mój przyjaciel, którego spotkałem w Paryżu, przedstawił mi ją na moją prośbę.

Hanaud zwrócił fotografię i przybliżył krzesło do Wethermilla. Na jego twarzy pojawił się wyraz sympatii, w głosie zabrzmiał szacunek.

– Monsieur, znam pana. Pański przyjaciel, pan Ricardo, opowiedział mi o panu. Spytałem go o pana, gdy spotkaliśmy się u niego na obiedzie. Należy pan do tych ludzi, którzy wzbudzają zainteresowanie; wiem, że jest pan romantykiem, jednak któż z nas nie ulega wpływom piękności? Ja również spotykałem kobiety, monsieur, za których czystość duszy dałbym się pokrajać, lecz którym bez żadnych wątpliwości udowodniony został udział w brutalnych zbrodniach, i widziałem, jak po ogłoszeniu wyroku zmieniają się w wulgarne, ohydne stworzenia.

– Bez wątpienia, monsieur – rzekł Wethermill z całkowitym spokojem – jednak Celia Harland nie należy do tego typu kobiet.

– Przecież tego nie powiedziałem – rzekł Hanaud. – Lecz prokurator już prosił mnie o pomoc, ale odmówiłem. Odpowiedziałem, że jestem tu zwyczajnie na urlopie. Czasem dobrze jest zapomnieć o swoim zawodzie. Przyszedł do mnie również komisarz policji i oczywiście porozmawiałem z nim przez chwilę. Sprawa jest niejasna, monsieur, ostrzegam pana.

– Jak to, niejasna? – spytał Harry Wethermill.

– Zaraz to panu wytłumaczę – rzekł Hanaud, przysuwając się bliżej młodego gościa. – Od razu to stwierdziłem. W willi był wspólnik. Ktoś wpuścił morderców do środka. Nie znaleziono śladów włamania, żaden zamek nie został sforsowany, żadna zasuwa nie została uszkodzona. Nie było też odcisków palców na futrynach. Tak, w istocie w willi musiał być wspólnik – od tego należy zacząć.

Wethermill ponuro przytaknął głową. Ricardo przysunął się z zainteresowaniem, jednak Hanaud nie zwracał na niego uwagi.

– Zastanówmy się teraz, kto należał do domowników madame Dauvray. Lista nie jest długa. Madame Dauvray zwykle jadała lunch i obiad w restauracjach, a jej służąca przygotowywała jej tylko „petit déjeuner” rano i „sirop” wieczorem. Przyjrzyjmy się domownikom po kolei. Wpierw szofer, Henri Servettaz. Ostatniej nocy nie było go w willi, wrócił wcześnie rano.

– Ach! – rzekł Ricardo domyślnie. Wethermill nie drgnął. Siedział martwy jak głaz, z twarzą pokrytą śmiertelną bladością i płonącymi oczami wlepionymi w Hanauda.

– Spokojnie – rzekł Hanaud, machając ręką w kierunku Ricarda. – Servettaz był w Chambéry, gdzie mieszkają jego rodzice. Pojechał tam koleją wczoraj o drugiej. Przebywał u nich przez całe popołudnie, wieczorem poszedł z nimi do kawiarni. Co ważniejsze, wcześnie rano służąca, Hélène Vauquier, była zdolna odpowiedzieć na parę pytań. To ona właśnie poinformowała nas, że Servettaz był w Chambéry i podała adres. Tamtejsza policja została natychmiast powiadomiona telefonicznie i stwierdzono, że Servettaz znajduje się jeszcze w łóżku. Nie sądzę, aby nie było możliwe, by ten Servettaz był zamieszany w zbrodnię, o tym jednak jeszcze się przekonamy. Jedno jest pewne, on nie był tym, kto otworzył drzwi mordercom, ponieważ wieczorem był w Chambéry, a zbrodnię odkryto już o północy. Poza tym jest jeden mały szczegół – nie mieszkał w willi, lecz za garażem, w narożniku ogrodu. Poza szoferem jest jeszcze sprzątaczka, kobieta z Aix, która przychodzi co rano o siódmej i wychodzi o siódmej lub ósmej wieczorem. Czasem zostawała dłużej, jeśli pokojówka była w domu sama, jest bowiem bojaźliwa. Wczoraj wieczór wyszła jednak przed dziewiątą – jest na to dowód – a zbrodnia została popełniona później. To są fakty, nie zaś przypuszczenia. Wykreślmy zatem tę sprzątaczkę, którą znają tu jako kobietę uczciwą. Pozostaje więc tylko służąca Hélène Vauquier i – tu wzruszył ramionami – mademoiselle Célie.

Hanaud sięgnął po zapałki i zapalił papierosa.

– Weźmy więc wpierw pod uwagę ową służącą, Hélène Vauquier. Kobieta czterdziestoletnia, chłopka z Normandii – Normandczycy nie są złymi ludźmi, monsieur. Są niewątpliwie chciwi, ale na ogół uczciwi i bardzo porządni. Wiemy coś o Hélène Vauquier, monsieur. Proszę spojrzeć – rozłożył kartkę papieru, zapisaną tylko po jednej stronie. – Tu mam parę szczegółów. Nasza policja jest trochę dokładniejsza niż wasza w Anglii. Hélène Vauquier służyła u madame Dauvray od siedmiu lat. Była dla niej raczej przyjaciółką niż służącą. Proszę jeszcze zwrócić uwagę, monsieur Wethermill, że podczas tych siedmiu lat miała chyba dość okazji, aby ją zamordować, prawda? Ponadto znaleziono ją odurzoną chloroformem i związaną. Co do tego doktór Peytin jest zupełnie pewny. Widział ją, nim odzyskała przytomność. Po przebudzeniu miała gwałtowne mdłości, potem kilka razy znów zapadła w omdlenie. Dopiero teraz śpi spokojnie. Poza tymi ludźmi jest jeszcze mademoiselle Célie. O niej, monsieur, nie wiemy nic. Pan sam też o niej nic nie wie. Nagle przybyła do Aix w towarzystwie madame Dauvray – młoda, piękna angielska dziewczyna. W jakich okolicznościach została towarzyszką madame Dauvray?

Wethermill uniósł się niespokojnie na krześle, jego twarz zaczerwieniła się. Pan Ricardo zorientował się, że jest to najbardziej interesujący problem w tej sprawie. Czy teraz otrzyma na to odpowiedź?

– Nie wiem – odparł Wethermill z pewnym wahaniem, potem jakby się opanował i dodał wolno, lecz dobitnie: – Mogę jedno powiedzieć: mówił pan, monsieur Hanaud, o kobietach, które wyglądały niewinnie, a były inne. Ale równocześnie musi pan znać kobiety i dziewczęta, które są uczciwe i nieskalane, a które żyją wśród ludzi występnych.

Hanaud słuchał, ale nie wyrażał aprobaty ani też nie przeczył. Po chwili wyjął drugi papier.

– Opowiem teraz panu o madame Dauvray – rzekł. – Nie będziemy zagłębiać się w jej dawne dzieje. Nie są zbyt budujące, a zresztą biedaczka już nie żyje. Zaczniemy od jej małżeństwa, które przed siedemnastu laty zawarła z bogatym przemysłowcem z Nancy, a którego spotkała w Paryżu. Monsieur Dauvray zmarł przed siedmiu laty, pozostawiając żonie duży majątek. Miała wielkie zamiłowanie do klejnotów i teraz mogła je zaspokoić. Słynny naszyjnik, piękny kamień – nie zaznała spokoju, aby go nie zdobyć. W ten sposób zgromadziła w drogich kamieniach ogromny majątek! Ostentacyjnie paradowała w tej biżuterii w Monte Carlo, w Paryżu. Poza tym była łagodna, dobroduszna i wpływowa. Wreszcie, jak wiele kobiet jej sfery, była zabobonna do szaleństwa.

Nagle Ricardo podskoczył na krześle. Zabobonna! To słowo nagle rozjaśniło ciemności. Teraz wiedział już, co dręczyło go przez ostatnie dwa dni. Wyraźnie, niezwykle wyraźnie przypomniał sobie, gdzie i kiedy widział Celię Harland. Obraz ten wyłaniał mu się przed oczami jak fotografia w wywoływaczu, podczas gdy Hanaud kontynuował:

– A zatem spójrzmy na madame Dauvray: jest bogata, rzucająca się w oko, łatwo zawierająca znajomości i głupio zabobonna – i oto mamy potencjalną ofiarę każdego łajdaka. Setki razy dawała się nabrać, jakby prowokowała przestępców, aby ją obrabowali. Przez siedem lat Hélène Vauquier strzegła jej i wyciągała z różnych tarapatów. Nagle zjawia się u niej pańska młoda przyjaciółka i madame Dauvray zostaje ograbiona i zamordowana. A ponadto, monsieur Wethermill, nasi złodzieje są, jak sądzę, bardziej brutalni dla swej ofiary niż pan przypuszcza.

Werthermill zamknął oczy w spaźmie bólu i jego twarz jeszcze bardziej pobladła.

– Sądzi pan, że Celia też była ich ofiarą?! – wykrzyknął zdławionym głosem.

Hanaud spojrzał na niego ze współczuciem.

– To się okaże – rzekł. – Ale ja co innego miałem na myśli. Mademoiselle Célie mogła być wspólniczką przestępstwa popełnionego w Willi Róż – jednak takiego przestępstwa, jak rabunek. Odkryła zbyt późno, że do rabunku doszło jeszcze morderstwo.

Tymczasem coraz barwniej rysował się obraz przed oczami Ricarda. Drgnął, słysząc stanowczy głos Wethermilla.

– Mój przyjaciel Ricardo ma coś do dodania do tego, co pan powiedział.

– Ja? – wykrzyknął Ricardo. W jaki sposób mógł Wethermill odgadnąć, co malowało się przed jego oczami?

– Tak, pan widział Celię Harland w wieczór na dzień przed zbrodnią.

Ricardo spojrzał na przyjaciela ze zdumieniem. Zdawało mu się, że Harry Wethermill oszalał. Przecież, jeżeli powie, to policja nabierze jeszcze większych podejrzeń po zapoznaniu się z tymi faktami.

– Dzień przedtem, wieczorem – ciągnął nieubłaganie Wethermill – Celia Harland przegrała przy stole w bakarata w kasynie. Ricardo widział ją w ogrodzie za salą gry, znajdowała się w stanie histerii. Potem, tej samej nocy, widział ją jeszcze raz razem ze mną i słyszał, co ona mówiła. Spytałem ją, czy może przyjść następnego wieczoru – to jest na następny dzień wieczór, kiedy w nocy popełniono zbrodnię – wówczas spochmurniała i powiedziała: „Nie, mamy na jutro inne plany. Ale pojutrze wieczorem będę potrzebowała ciebie”.

Hanaud zerwał się z krzesła.

– I pan dopiero teraz mi to mówi! – wykrzyknął.

– Tak – rzekł Wethermill. – Pan wspomniał, że nie jestem romantyczny. Istotnie, nie jestem. Potrafię spojrzeć prawdzie w oczy.

Hanaud patrzył na swego gościa przez dłuższą chwilę, następnie z wyrazem najwyższego uznania skłonił się.

– Wygrał pan, monsieur – rzekł. – Biorę tę sprawę, lecz… – twarz jego przybrała surowy wyraz i uderzył pięścią w stół – doprowadzę ją do końca bez względu na konsekwencje, nawet jeśli miałoby to dla pana być boleśniejsze od śmierci.

– O to mi właśnie chodzi, monsieur – rzekł Wethermill.

Hanaud schował papiery, następnie wyszedł z pokoju i wrócił po kilku minutach.

– Musimy zacząć od początku – powiedział żywo. – Telefonowałem na policję. Perrichet, sergent-de-ville, który odkrył zbrodnię, zaraz tu będzie. Pójdziemy razem z nim do willi i po drodze opowie nam dokładnie, co i jak odkrył. W willi zastaniemy prokuratora monsieur Fleuriota, który już rozpoczął śledztwo, i komisarza policji. W ich towarzystwie będziemy mogli obejrzeć willę. Wszystko tam jest jeszcze na swoim miejscu, z wyjątkiem ciała madame Dauvray, które przeniesiono z salonu do jej sypialni i otwarto okna.

– A więc pójdziemy z panem? – wykrzyknął z entuzjazmem Wethermill.

– Tak, lecz pod jednym warunkiem – nie będziecie zadawać żadnych pytań i będziecie odpowiadali tylko na moje pytania. Słuchajcie, czuwajcie, obserwujcie, lecz nie wtrącajcie się!

Zachowanie Hanauda uległo wyraźnej zmianie. Był teraz czujny i energiczny. Zwrócił się do Ricarda:

– Czy mógłby pan przysiąc na to, co widział pan w ogrodzie, i na słowa, które pan słyszał? – spytał. – To bardzo ważne.

– Tak – odparł Ricardo.

Zachował jednak milczenie o wizerunku, który miał w myślach i który jemu osobiście wydawał się nie mniej ważny i nie mniej znaczący.

Widział oto Assembly Hall w Lesmington. W wielkiej sali tłum ludzi, głównie kobiety, na końcu sali estrada z lożą obitą czarnym materiałem. Mężczyzna o wojskowej postawie wprowadza na estradę młodą dziewczynę. Jest piękna, jasnowłosa, ubrana w czarną aksamitną suknię z długim trenem. Dziewczyna porusza się jak we śnie. Około pół tuzina mężczyzn wchodzi na estradę, wiąże dziewczynie ręce na plecach i pieczętuje węzły. Wprowadzają ją do loży i na oczach zebranego audytorium przywiązują do ławki. Teraz zamykają drzwi loży i wracają na widownię. Światła przygasają, widzowie siedzą w napięciu. Nagle od strony pustej estrady odzywa się głos tamburynu. Terkoczące uderzenia zdają się unosić wokół sali. W miejscu, gdzie znajdują się zamknięte drzwi loży, ukazuje się mglista, biała postać. Ta mglista postać przybiera powoli kształt kobiety z ciemną twarzą o wschodnich rysach. Głęboki głos śpiewa pieśń znad Nilu. Nagle zjawa znika, tamburyny i cymbałki znów się odzywają. Sala rozjaśnia się, otwierają się drzwi loży, dziewczyna w czarnej aksamitnej sukni siedzi przywiązana do ławki.

Był to seans spirytystyczny, na którym Julius Ricardo był dwa lata temu. Tą młodą, jasnowłosą dziewczyną w czarnej sukni, medium, była Celia Harland.

Oto obraz, który przywołała pamięć Ricarda – i opis madame Dauvray, który dał Hanaud, nabrał strasznego znaczenia. „Łatwo zawiera znajomości, hojna i głupio zabobonna... Jakby prowokowała przestępców” – tak ją charakteryzował. I była tu też piękna, dwudziestoletnia dziewczyna, przebiegła, znająca sztuczki, za pomocą których łatwo mogła zawładnąć madame Dauvray!

Ricardo patrzył na Wethermilla, wahając się, czy może mu powiedzieć to, co wie o Celii Harland. Zanim jednak powziął jakąkolwiek decyzję, rozległo się pukanie do drzwi.

– Przyszedł Perrichet – rzekł Hanaud, biorąc kapelusz. – Idziemy do Willi Róż.

__________

ROZDZIAŁ III 

Relacja Perricheta

Perrichet był młodym, przysadzistym mężczyzną, z czerwoną pogodną twarzą, z wąsem i włosami tak jasnymi, że prawie siwymi. Wszedł do pokoju z miną człowieka świadomego swej ważności.

– Ach! – rzekł Hanaud z drwiącym uśmiechem. – Mimo że poszedł pan spać ostatni, wstał pan dość wcześnie, aby przeczytać gazetę. A więc dobrze, mam zaszczyt współpracować z panem w tej sprawie.

Perrichet zarumienił się i niezręcznie obracał czapkę w rękach.

– Monsieur raczy drwić ze mnie – rzekł. – Ale to nie ja twierdzę, że jestem inteligentny, chociaż – Bóg mi świadkiem – mimo że na takiego nie wyglądam, chciałbym być inteligentny.

Hanaud poklepał go po ramieniu.

– Możesz sobie pogratulować! To wielka przewaga być inteligentnym i nie wyglądać na takiego. Będziemy się świetnie rozumieli. Idziemy!

We czwórkę zeszli ze schodów i w drodze do Willi Róż Perrichet zrelacjonował sumiennie i jasno to, co tam odkrył.