Żółta róża - Michael Zwick - E-Book

Żółta róża E-Book

Michael Zwick

0,0
3,49 €

oder
  • Herausgeber: Ktoczyta.pl
  • Kategorie: Krimi
  • Sprache: Polnisch
  • Veröffentlichungsjahr: 2020
Beschreibung

Frank Rull wysiadł z taksówki przed hotelem Francuskim, w którym zatrzymał się w Paryżu. Po licznych koktajlach, które wypił tego wieczora, szumiało mu w głowie. Przed drzwiami swego pokoju wydobył klucz, wsadził do zamka i chciał przekręcić. Na próżno! Przycisnął klamkę. Ku wielkiemu zdumieniu przekonał się, że drzwi były otwarte. Na palcach wszedł do pokoju. Spuszczone story nadawały mu ponurej ciemności. Rull zaświecił światło. Pokój był pusty. Jednak mężczyzna nie miał wątpliwości, że ktoś pod jego nieobecność złożył tu wizytę. Nagle zauważył na dywanie płatek żółtej roży. Podniósł go i z gorzkim uśmiechem schował do kamizelki. Już pięć osób otrzymało w ostatnim czasie takie płatki i wszystkich prędzej czy później spotkała śmierć w tajemniczych okolicznościach... Gratka dla miłośników sensacji – międzywojenne wydanie „Żółtej róży” z 1934 roku w tłumaczeniu Marii Sandoz.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Michael Zwick

Żółta róża

Opowieść kryminalna

Warszawa 2020

Ulica de Bivienne w Paryżu wyglądała jak wymarła. Jedynie przed barem nocnym Sanssouci stało kilka taksówek, w których drzemali szoferzy.

Frank Rull nastawił kołnierz płaszcza, zapalił papierosa i wsiadł do auta.

– Ulica Saint George, Hotel Francuski – rzucił szoferowi i opadł na poduszki.

Po licznych cocktailach, które wypił tego wieczora, szumiało mu w głowie. Nieliczni przechodnie wydawali mu się w szarości ranka jak tańczące marionetki.

Przed drzwiami swego pokoju wydobył klucz, wsadził do zamka i chciał przekręcić – na próżno! Przycisnął klamkę. Ku wielkiemu zdumieniu przekonał się, że drzwi były otwarte.

Na palcach wszedł do pokoju. Spuszczone story nadawały mu ponurej ciemności. Rull zaświecił światło. Pokój był pusty. Odsunął na bok ciężkie portiery – i tu nie było nikogo. Rzucił płaszcz i kapelusz na oparcie krzesła i obejrzał dokładnie biurko. Dopiero gdy się przekonał, że zamki są w porządku, odetchnął z ulgą.

– Możliwe, rozmyślał, że wychodząc, nie zamknąłem pokoju. Lecz wkrótce odrzucił to przypuszczenie. To wykluczone! W takim razie bowiem klucz tkwiłby w zamku.

Nie szumiało mu już w głowie, jak poprzednio; ta zagadka wytrzeźwiła go zupełnie. Teraz nie wątpił już, że ktoś złożył mu w mieszkaniu nieoczekiwaną wizytę. Czuł, jak wielu ludzi wrażliwych, jakiś obcy fluid, jakiś ledwo wyczuwalny zapach obcego ciała.

– Powiedz no – zagadnął chłopca – nie widziałeś dziś w nocy nikogo w pobliżu moich drzwi?

– Nikogo – proszę pana.

– Czy służbę masz całą noc tutaj?

– Tak jest.

– Odejdź – rzucił Rull i zaczął szybko się rozbierać.

Nagle zauważył na dywanie płatek żółtej róży. Podniósł go i z gorzkim uśmiechem schował do kamizelki.

– Żółta róża! – szepnął do siebie, ostatnia zagadka Paryża!

Już pięciu ludzi otrzymało w ostatnich czasach straszliwe zawiadomienie i wszystkich prędzej czy później spotkała śmierć w okolicznościach tajemniczych. Znajdowano ich uduszonych. Żaden rzeczoznawca nie mógł jednak powiedzieć, w jaki sposób dokonano zbrodni i przy pomocy jakiego narzędzia. Nie było bowiem ani odcisków palców, ani śladów uduszenia stryczkiem. Rull zgasił światło, rzucił się na łóżko i zapadł szybko w ciężki sen.

 

*     *

 

*

 

Gdy się obudził następnego ranka, sięgnął zaraz po numer Le Matin, który przynoszono mu razem z kawą.

Nie zajął się polityką. Pójdzie ona i beze mnie – pomyślał z drwiącą miną.

Po raz pierwszy był w Paryżu i wydarzenia tego światowego miasta zajmowały go więcej niż troski Europy. Zwrócił uwagę na jeden niepodpisany artykuł. Ktoś pisał o żółtej róży, postrachu Paryża.

Nieznany korespondent dowodził:

...zbrodnia nie zawsze jest wynikiem niskich instynktów. Oparta ona jest czasem, a nawet często, na powodach osobistych i posiada jakiś rys idealny, chociażby, to twierdzenie wyglądało dziwnie. Wszak znamy z historii wiele przykładów, że mordów politycznych dokonywali nieraz ludzie porządni, jedynie w celu uwolnienia swoich współbraci spod cięmieżących rządów. Czyż nie oddawali się nieraz sami w ręce sprawiedliwości, jak to uczynił nasz Zbawiciel? Znamy również mordy religijne, kiedy morderca wierzył w swoim fanatyzmie w ulżenie całej ludzkości i zbliżenie jej do Boga. Czy możemy w końcu nazwać mordercami zawiedzionych w miłości, którzy nie mogliby żyć dalej nie na napiętnowawszy zdrady? Jednakże moi przeciwnicy mogliby mi zaprzeczyć, że „Żółta róża” nie tylko morduje, ale i grabi. Ale czyż zapał dla wytkniętego idealnego celu nie żąda często krwawych ofiar? Przyznaję, że „Żółta róża” jest mordercą, ale bądźmy sprawiedliwi: ten morderca imponuje. W całej okropności kieruje nim romantyczność. Weźmy jako przykład jego dary kwiatowe lub fakt, że nie rozlał jeszcze ani kropli krwi. Kto wie, jakim celom służą jego czyny? Może jest poetą okrucieństwa, i tacy muszą istnieć. Czyż śmierć nie ma swoich powabów jak i życie? Może nigdy nie chwycą mordercy, który zdaje się być zbyt inteligentny. Może nie chwycą go dlatego, że pewnego dnia zmęczony życiem, sam się z nim rozprawi. Wówczas nikt się nie dowie, co widziały jego oczy, czego dokonały zmartwiałe już ręce. Może zniknie w sposób równie tajemniczy, jak się zjawił, aby z dala od ludzi dokonać dziwnego bilansu swego życia...

Rull zaśmiał się. Ten autor wie więcej o Żółtej róży niż inni – pomyślał.

Długo siedział bez ruchu nad gazetą. Potem ubrał się szybko i pojechał do redakcji Le Matina.

– Prosiłbym – zwrócił się do jednego z redaktorów o nazwisko autora tego artykułu – i wskazał palcem wiersze o Żółtej róży.

– Żałuję bardzo – odpowiedział redaktor – zdaje się, że pan nie zna zwyczajów redakcyjnych. Nie wolno nam zdradzać incognita autora, który sobie tego nie życzy. Zresztą mogę pana zapewnić, że my sami nie wiemy, kim on jest.

– Czyż to możliwe? – zawahał się Rull.

– Ależ naturalnie! Artykuł, który dostaliśmy wczoraj, jest aktualny. Napisany jest gładko i jeśli nawet myśl autora jest nieco oryginalna, wielu słusznym uwagom nie da się zaprzeczyć. Jako dowód, jakie zainteresowanie wzbudził zamieszczony przez nas artykuł, może pan stwierdzić niezliczone telefoniczne zapytania, które ciągle otrzymujemy od rana. Widzi pan zatem, że wiemy dobrze, co należy drukować – dorzucił z pewnym siebie uśmieszkiem. Jeśli kiedykolwiek autor się zgłosi, zapłacimy mu najchętniej za jego trud.

– Autor nigdy nie zgłosi się po honorarium – zawołał Rull tonem pełnym energii, potem odwrócił się od zdumionego redaktora i opuścił salę.

Zaledwie się oddalił, do redakcji weszła elegancka dama rzadkiej piękności.

– Przepraszam pana, że przeszkadzam, muszę jednak koniecznie wiedzieć, o czym mówił ten pan, który właśnie wyszedł.

– Ależ pani...

– Proszę wybaczyć – przerwała mu wzburzona – dla mnie to pytanie wielkiej wagi. Zauważyłam, że ten pan był bardzo blady i skierował się prosto do urzędu telegraficznego. Czy nie pytał przypadkiem kto jest autorom artykułu o Żółtej róży?

– Skąd pani to wie? – pytał zdumiony redaktor.

– To już inna sprawa. Ale mam rację, czy nie?

– Tak, ma pani rację? I to mi się zdawało szczególnie podejrzane, że ten pan podkreślił, że autor nigdy nie zapyta o honorarium.

– Dziękuję najuprzejmiej – powiedziała dama, znikając.

 

*     *

 

*

 

Po nadaniu telegramu udał się Rull do małej kawiarenki Bonvivant. Było tu cicho, grube dywany tłumiły odgłos kroków gości. W wygodnym krześle obok dużej chińskiej wazy porcelanowej można było wypocząć doskonale, oderwawszy się od odgłosów wielkiego miasta.

Długo siedział tu pogrążony w myślach. Wreszcie poczuł na sobie czyjś wzrok. Odwrócił głowę i zobaczył naprzeciw młodą osobę, jedno z tych uroczych stworzeń, które widuje się tak rzadko, a jeszcze rzadziej poznaje się osobiście. Gdy spojrzenia ich się spotkały, nie odwróciła głowy. Myślał już, że ma do czynienia z jedną z tych wesołych dziewczynek, które już o tak wczesnej porze szukają znajomości. Ale nie! Znał kobiety zbyt dobrze, by dłużej żywić to przypuszczenie... Z pewnością coś się jej przywidziało i bierze mnie za kogoś znajomego. Znowu pogrążył się w myślach. Jednak wzrok nieznajomej stawał się coraz przenikliwszy, a oczy jej były tak fascynujące, że chyba asceta nie zwróciłby ku nim głowy. Uśmiechnął się znów do niej. Lecz nie reagowała i pozostała poważna.

Przejmujący zapach perfum dolatywał od niej.

– Czy pani pozwoli – zaczął nieśmiało.

– Nie, nie pozwolę – odrzekła zimno.

– Proszę wybaczyć, ale pani obserwuje mnie już przez czas dłuższy – rzekł speszony Rull, nie oczekujący takiej odpowiedzi – musiałem więc przypuszczać...