6,99 €
Esencja książki toczy się wokół Andrzeja, wiejskiego chłopaka, który po maturze wyjeżdża do stolicy. Po zdaniu egzaminów na Politechnikę Warszawską i zamieszkaniu w akademiku – rozpoczyna burzliwe życie studenta, sportowca AZS i bramkarza w jednej z wielu warszawskich nocnych restauracji. Są to burzliwe lata 60., czasy wielu paradoksów w naszym kraju. Bohater, będąc młodym człowiekiem, zarabia grube pieniądze, ale nic nie może za nie kupić. W sklepach brakowało dosłownie wszystkiego! Ustawiały się długie kolejki. Bohater stał się mistrzem w kombinowaniu. Raz był na wozie, a raz pod wozem, ale zawsze spadał na dwie, zdrowe nogi. Z biednego, wiejskiego chłopaka – wyszedł na bogatego biznesmena, jednak życie też go nie rozpieszczało. Opowiadając o perypetiach swoich bohaterów, autor pieczołowicie przypomina najważniejsze wydarzenia tamtego czasu. Raz są to polityczne paroksyzmy z grudnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. To znów wielkie wydarzenia sportowe jak zwycięstwa polskich kolarzy w Wyścigu Pokoju lub sukcesy narodowej jedenastki podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku. Jednak najważniejsze wspomnienia Andrzeja są związane z początkiem pontyfikatu Jana Pawła II...
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2018
Leszek Mierzejewski „Od niechcenia”
Copyright © by Leszek Mierzejewski, 2018
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska
Redakcja i korekta: Robert Olejnik
Korekta: Marianna Umerle
Projekt okładki: Jakub Kleczkowski
Ilustracja na okładce: Designed by Freepik
Skład: Jacek Antoniewski
Ilustracje w książce: Leszek Mierzejewski
Skład epub i mobi: Kamil Skitek
ISBN: 978-83-8119-211-8
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Dolary szczęścia nie dają, ale łatwiej
z nimi żyć, bo przynoszą radość
w codziennej egzystencji – to motto, które
coraz częściej słyszę wśród znajomych.
Tę książkę, ósmą i prawdopodobnie ostatnią w mojej podstarzałej karierze życia, zacząłem pisać dziewiątego lutego dwa tysiące siedemnastego roku wieczorem, tak od niechcenia, inaczej mówiąc: bezplanowo. Skończyłem pisać dwudziestego czwartego kwietnia. Pochłonęła mi więc dwa i pół miesiąca. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wystartowałem do pisania z nudów, bo roboty miałem wówczas od cholery i ciut, ciut! Tylko przez te ostatnie mrozy, dochodzące do minus piętnastu stopni Celsjusza, i nawałnice śniegu do niczego nie chciało mi się ręki przyłożyć. Mroźne poranki nie nastrajały mnie optymistycznie, szczególnie gdy spoglądałem na zegarek, który bezlitośnie wybijał godzinę ósmą. Nie miałem ochoty wyskakiwać spod ciepłej kołdry; nie tylko dlatego, że w całym domu było zimno, ale leń mnie ogarniał! Po prostu nie chciało mi się zejść w nocy do piwnicy, żeby podrzucić do pieca centralnego ogrzewania, a teraz od nowa muszę rozpalać. Więc znajdowałem trzecie rozsądne rozwiązanie: przekręcałem się na lewy bok, ze względu na kształt żołądka, bo gdy leżę na prawym boku, to soki trawienne mogą się cofać do przełyku i powodować zgagę, a tym samym skrócić dalszy mój sen, i jeszcze kimam z godzinkę. O godzinie dziewiątej nie ma zmiłuj – zrywam się z łóżka, bo mój podręczny budzik w telefonie komórkowym wali jak szalony. Muszę wstać, gdyż tak jest zaprogramowane budzenie. Łykam porcję leków i zabieram się za codzienne obowiązki, jak mycie, śniadanie, rozpalanie w piecu…
Wykonując codzienne, powtarzające się obowiązki, jeszcze nie myślę o czekających mnie zadaniach. A mam ich każdego dnia nie do przerobienia. Gdy jeszcze pracowałem zawodowo, to marzyłem, że jak przejdę na emeryturę, to będę miał na wszystko czas! Gówno prawda, na emeryturze nie mam wcale czasu. Tydzień temu dostałem od jednego z nowych wydawców do korekty autorskiej drugie wydanie mojej książki „Zmierzch”, pod zmienionym tytułem: „Jak trafiłem w zaświaty”. Zostało parę dni na sprawdzenie poprawności treści, ale wyjątkowo mi się nie chce. Jednocześnie muszę zasiąść do sztalugi, by rozpocząć malowanie obrazu olejnego. Dawno temu obiecanego mojemu przyjacielowi „po strzelbie” z Olsztyna, że mu coś z pejzażu leśnego namaluję. Zresztą zakładam, że co i raz będę malowanie przerywał, przeskakując, jak pszczółka Maja, z kwiatka na kwiatek. Zabrałem się dodatkowo za pisanie niniejszej książki, bo pisanie najbardziej mi odpowiada. Na razie tylko wstęp, bez ładu i składu, byle jak, na kolanie – po wariacku. Jak do tej pory to nie mam na nią planu i nawet nie mam jako takiej myśli przewodniej. Czy to będzie coś z epiki? Może powieść, ewentualnie opowiadanie, epopeja, raczej nie baśń i nie legenda. Prawdopodobnie może być mit, połączony z pamiętnikami. Wykluczam lirykę, bo do pisania ody, hymnu, pieśni, trenu, fraszek, epigramatu czy też sonetów nie mam głowy i chęci. Ewentualnie mógłbym się porwać na dramat i spłodzić jakąś tam tragedię, komedię, farsę, tragifarsę, tylko nie wiem, czy nie narobiłbym sobie obciachu do końca swych dni. Prawdopodobnie najłatwiej spod pióra wyszłaby mi jakaś książka o tematyce myśliwskiej, bo w tym kierunku mam już jaką taką wprawę dzięki publikowanym opowiadaniom myśliwskim.
O cholera! Ostatnio coś zawalam z wyskokami na indywidualne polowania! To przez chandrę, która mnie tak pesymistycznie nastraja, że i najprzyjemniejsze zajęcie odłożyłem do lamusa. Och! Kronika koła łowieckiego za sezon łowiecki dwa tysiące szesnaście, dwa tysiące siedemnaście też mi wyleciała z głowy! Muszę ją skończyć jak najszybciej, bo już czas na zaprojektowanie nowej strony tytułowej na kolejny sezon dwa tysiące siedemnaście, dwa tysiące osiemnaście. Więc roboty mam nie do przerobienia. Chociaż staram się jak mogę, nie wszyscy z zarządu koła są ze mnie zadowoleni, nie tak jak bym sobie tego życzył. Niejednokrotnie mam tego łowiectwa po dziurki w nosie. Muszę coś zmienić, żeby wszystko było okej. Wczoraj późnym wieczorem, gdy leżałem w łóżku, zdałem sobie sprawę, że przede mną jest jeszcze jedno poważne zadanie: muszę napisać super opowiadanie do miesięcznika myśliwych „Brać Łowiecka”. Powinienem wkraść się w ich szpalty na stałe, tak jak to zrobił mój znajomy z miasta Chorzele. Ma on tam swoja stałą rubrykę i przedstawia świetne przepisy kulinarne w rubryce zatytułowanej „W myśliwskiej kuchni Wojtka Charewicza”. Redaktor naczelny obiecał mi, że pierwszy mój artykuł z cyklu „Zdaniem myśliwego” zostanie wydrukowany w „Braci Łowieckiej” w marcowym numerze. Poczekamy, pożyjemy, zobaczymy! W ostatnim kwartalniku Wojewódzkiego Sejmiku Łowieckiego w Poznaniu „Zachodni Poradnik Łowiecki” wydrukowane zostało moje opowiadanie pt. „Pochwała czy ganienie sokolego oka?” – część I. Dość pokaźny grosz przelali mi za ten artykuł na moje konto, mimo że o zapłatę specjalnie nie zabiegałem. Zupełnie inaczej niż z moim pisaniem dla lokalnej gazety. Spłodziłem i wydrukowali dwieście siedemdziesiąt cztery artykuły. Otrzymałem za nie gruszkę na wierzbie, ale tak wysoko, że do dzisiejszego dnia nie mogę sięgnąć. Ale to tak na marginesie.
Niech to piorun trzaśnie! już najwyższy czas wysłać drugą część opowiadania „Pochwała czy ganienie sokolego oka”; ustalony termin mam do końca lutego, zostało mi tylko osiemnaście dni! Koniec, kropka, dziś się biorę za robotę, wszystko inne idzie na bok! Dwa dni i po robocie. Po tym wezmę się za artykuł do „Braci Łowieckiej… I jak na złość się rozchorowałem.
Ale po kolei. Najpierw żona wysłała mnie po zakupy tuż przed weekendem, mnie, który nie cierpi jakichkolwiek zgromadzeń ludzkich, szczególnie przed kasami supermarketów. Gdy w mroźny poranek wyjechałem z garażu, czułem się jako tako, no, można powiedzieć, że lekko pobolewał mnie brzuch, ale u mnie to normalka po moich przejściach operacyjnych. Po drodze wyobrażałem sobie wielką kanapkę z ciemnego pieczywa z grubo pokrojoną wędliną, pomidorem i dobroczynnym czosnkiem… Aż mi ślinka pociekła, i to wówczas mój żołądek zwinął się w ciasny węzełek; poczułem ostrzejszy ból. Przeszło. Ale kiedy zobaczyłem pełno samochodów przed i na parkingu, pomyślałem, że to jakiś wypadek, i znów mnie coś ukłuło w tym samym miejscu. Zaparkowałem w jednej wolnej wnęce, w miejscu dla niepełnosprawnych. Przepychając się po wózki do zakupów zapytałem starszawej pani: – Czy to jakiś wypadek?, na co ona: – Ależ skundże, dwa dni wolne idom, ludzie cosik do garka muszom włożyć! I poszła, a ja patrzyłem, jak biedni ludzie i to coraz liczniejsi podjeżdżali samochodami na zapchany parking. Ja, jako kierowca kosza na czterech kółkach, wkroczyłem w paszczę smoka nazwanego seryjnym pochłaniaczem pieniędzy. No dobrze, na razie jeszcze tak źle ze mną nie było. Brzuch mnie pobolewał od czasu do czasu, ale najważniejsze, że sraczki, inaczej mówiąc biegunki, ewentualnie rozwolnienia, nie miałem, bo musiałbym pędzić do samochodu i do domu. Stanąłem przed półkami z pieczywem i nie wiedziałem, na co się zdecydować, tyle teraz rzucają gatunków dla klienta – brać i przebierać. Po lewej pieczywo pszenne: chleb, bagietki francuskie, bułki oraz grahamki. Oprócz tych gatunków czekały na klienta rogale, chleb tostowy, bułki typu hot dog oraz chlebek turecki. Dalej słodkie chałki, rogale i bułki maślane. Po prawej spoczywał chleb żytni, tak zwany razowy, pełnoziarnisty, staropolski oraz pumpernikiel. Dalej wypieki mieszane – pieczywo wyrabiane z mąki pszennej i żytniej z dodatkiem drożdży i innych prawdopodobnie zdrowych dodatków smakowych. Więc stałem jak biedny święty turecki przed regałem z pieczywem, nie wiedząc, co wybrać? Jasne czy ciemne? Identycznie jak w tym kawale, gdy kelner pyta się faceta, jakie życzy sobie piwo: jasne czy ciemne? Facet odpowiedział: – jasne, że ciemne! Tak i przed regałem chęć miałem na ciemne, bo wszędzie trąbią, że najbardziej wartościowe jest pieczywo z mąki razowej, grubej, raz zmielonej oraz z mąki z pełnego przemiału tak zwanej mąki Grahama, na którą ziarna są mielone niemal w całości, pozbawione jedynie niejadalnej łuski. Prawdopodobnie mąka zachowuje bardzo dużo minerałów, witamin z grupy B oraz błonnika. Pieczywo z tej ciemnej mąki jest mniej kaloryczne i na dłużej zaspokaja uczucie głodu. Z tym, że jasne pieczywo pszenne jest łatwiej strawne, lepsze np. na długą podróż, dla osób starszych, małych dzieci. Po chorobie jelita grubego dietetycy zalecali mi już wcześniej jedzenie różnorodnych rodzajów pieczywa, np. kanapek złożonych z kromki jasnego i ciemnego chleba. Więc stałem niezdecydowany, myśląc sobie, że jednak najlepiej było kiedyś, za komuny, gdy rzucili jeden gatunek chleba; brało się, co było na ladzie, a nie wybrzydzało jak teraz. Wtem obsztorcował mnie jakiś facet w myśliwskim kapelusiku. – Bierz pan, a nie tarasujesz pan dojście! – rzucił, zgarniając z bębna bułki, mieszając przy tym w nich brudną ręką jak w loterii fantowej. Z dziesięć ich wybrał, każdą macając jak weterynarz krowi brzuch przy wzdęciu, i pięć bochenków chleba, a ja patrzyłem na niego z pogardą. Nie zastanawiając się, sięgnąłem po dwie białe bułki i dwa bochenki pszennego chleba. Dobra moja, pojechałem dalej. Przy stoisku mięsnym zrobił się korek. – Czy te serdelki nie są za tłuste? Zobacz sam, kochanie… – pytała męża jakaś spasiona kobieta, opóźniając przepływ kolejki. – Sam nie wiem, może weźmy te droższe, będą smaczniejsze! – Bierz kobieto cokolwiek i daj ludziom robić zakupy! – warknął następny w kolejce. – Jak się panu nie podoba, to kupuj pan w taniej jatce! Gbur jeden! – wrzasnęła niezdecydowana kobieta. Na szczęście z zaplecza wyszła druga sprzedawczyni i zdenerwowany facet przesunął się przed kapryśną klientkę. Ja stałem cierpliwie, patrząc na tłum ludzi biegających po markecie, którzy robili zapasy jak na trzecią wojnę światową. Z drugiej strony dobrze, pomyślałem, bo za kilka dni bezdomni i tak zwani łazęgi, łaziki i wagabundy będą mieli co jeść. W śmietnikach produktów będzie w bród. Gdy już dostałem się przed oblicze pani ekspedientki, bez problemu dokonałem zakupu wędlin. po prostu odczytywałem z kartki wykaz spisany mi przez małżonkę. Odchodząc od stoiska mięsnego już poczułem ostry ból w dolnych partiach brzucha. Cholera jasna, to chyba wątroba! Trzeba szybko do domu, jeszcze muszę dokonać jednego zakupu: krem i maszynkę do golenia. Wykonałem raptowny ruch do przodu, zawracając w wąskiej alejce swój wielki kosz. Jak na złość wpadłem prosto na człowieka odzianego w myśliwski kapelusik. – Przepraszam – powiedziałem dość wyraźnie. – Co za brak kultury! – wrzasnął konsument pieczywa. – Co za okropny, myśliwski kapelusz, chyba przedwojenny? – zapytałem złośliwie. – A skąd pan wiesz, że to myśliwski? – Bo jestem myśliwym, to wiem. – Ja też! I tak przegadaliśmy z pół godziny. Znaliśmy się, tylko dawno nie widzieliśmy, nawet braliśmy udział w tych samych polowaniach zbiorowych. Chwyciłem swoje produkty i już z ciągłym bólem brzucha ruszyłem do kasy… I dopiero wtedy zauważyłem kolejkę, która ciągnęła się od kas do połowy przednich regałów. W pierwszej chwili chciałem zostawić zakupy i uciekać. Ale nie po to tyle się wyłaziłem, wycierpiałem, że z bólu już robiło mi się słabo, żebym nie wytrzymał finiszu. Stałem i patrzyłem na tłum ludzi. Czas mijał niepostrzeżenie, za moment znalazłem się przy kasjerce. – Kolejka dzisiaj jak nigdy, bo mamy dwa dni weekendu, no i wczoraj płacili pięćset plus – powiedziała do mnie znajoma kasjerka. Gdy już ulokowałem się w samochodzie i ruszyłem do domu, sam do siebie powiedziałem na głos: – Wy młodzi nie pamiętacie kolejek za czasów Peerelu. Wtedy w kolejkach ludzie stali po kilka dni i nocy. I po cichu dodałem, że miały też swoje dobre strony: łączyły ludzi, będąc swojego rodzaju centrami życia towarzyskiego.
W domu brzuch rozbolał mnie już na całego. Położyłem się i do wieczora już nie wstałem. Calusieńką noc przemęczyłem się z bólami brzucha, dopiero rano poczułem się jako tako, ale nie na tyle, żeby zabrać się do jakiejkolwiek twórczej pracy, a już broń Boże do fizycznej.
Kiedy człowiek leży chory w łóżku, do głowy przychodzą różne myśli, a gdy ból się nasila i staje się nie do wytrzymania, to wkradają się czarne pomysły największego kalibru. Na szczęście każdy ból kiedyś mija, tak i u mnie zaczęło się odbijać i z góry, i z dołu, więc mogłem pomyśleć o twórczej pracy. Będąc już zdrowszym, ale jeszcze leżąc w łóżku, wymyśliłem opowiadanie do miesięcznika „Brać Łowiecka”, które poniżej rozbudowałem i upiększyłem, bo nie jestem obligowany liczbą znaków. Inspiracją do tegoż opowiadania były niewątpliwie trzy bodźce. Pierwszym była moja dawno temu przebyta choroba guza zapalnego jelita grubego, a drugim – obecny ból brzucha i kilkudniowe wegetowanie w łóżku. No i ostatnia przyczyna to fakt, że od dawna jestem wytrawnym myśliwym. Reszta w opowiadaniu to fikcja literacka, gdzie stworzyłem zmyślonego bohatera nienadającego się do zweryfikowania przez porównanie z rzeczywistością – i o to właśnie chodzi, bo w obecnych czasach naród stał się cholernie drażliwy i szuka dziury w całym. Zresztą, tak jest na każdym kroku, a szczególnie gdy chodzi o moją osobę. Z natury jestem człowiekiem kompromisowym i raczej schodzę z pola walki, zamiast rozpętywać nową wojnę.
Konstrukcja opowiadania i jego poszczególne elementy odnoszą się do moich doświadczeń pozaliterackich, więc całość połączona jest w humorystyczny wątek. Leżąc w łóżku, wymyśliłem niniejszy humor: Jednemu z myśliwych odebrano pozwolenie na broń ze względu na chorobę psychiczną. Po wieloletniej terapii psychiatra wydał mu zaświadczenie, że jest już w pełni poczytalny i może polować. Na pierwszym polowaniu zbiorowym koledzy go pytają: – Nareszcie jesteś z nami i całkowicie zdrowy! Cieszysz się? – Nie. – Ale dlaczego? – Bo wcześniej byłem łowczym krajowym, a teraz jestem zwykłym nemrodem.
Opowiadanie swoje nazwałem w oryginale: „Król łowisk – było minęło”:
Z łóżka chorego świat szpitalny wygląda zupełnie inaczej, niż z punktu widzenia personelu medycznego. Przed chorobą pozwalałem sobie na wszystko, co nawet nie przychodziło na myśl przeciętnemu mężczyźnie, czego sobie nie mógł wymarzyć przeciętny zdrowy mężczyzna w średnim wieku,. Mówili o mnie „król łowisk”. Od wielu lat mam renomowaną, prywatną firmę. Pieniądze mi się przelewają pomiędzy palcami, stać mnie na wyskoki do ciepłych krajów i na wszystko, co sprawia przyjemność takiemu człowiekowi jak ja. Mieszkam we własnej willi, pięknie zaprojektowanej i urządzonej przez fachowców w tej branży, to znaczy architektów wnętrz i stylistów. Co drugi dzień przychodzi do mnie sprzątaczka, a do robót na zewnątrz zatrudniam faceta od wszelakich fizycznych harówek: ogrodowych, konserwatorsko‑remontowych i porządkowych. Kosztuje mnie to trochę kasy, ale co mi tam, stać mnie na wszystko! O nic się nie martwię, mogę zostawić majątek na ich głowie. Czerpię pieniądze całymi garściami z własnej firmy, którą pięć lat temu przepisał mi w spadku ojciec.
Stać mnie na wyskoki, które sprawiają mi niesamowitą przyjemność, i myślę, że również sprawiałyby każdemu zdrowemu człowiekowi. Od dwóch lat mieszkam samotnie, jak żeglarz wśród fal oceanu. Skłamałbym twierdząc, że usycham z tęsknoty za żoną, która mnie porzuciła, nie mogąc ścierpieć moich zdrad już od dnia naszego ślubu. Nie przeczę, lubię obce kobiety, uwielbiam zapach restauracji i podnieca mnie świt w apartamentach hotelowych. Mam swoją stałą zasadę, której trzymam się wytrwale, jak mysz swojej dziury – nie przyprowadzam kobiet do swojej chałupy. I dobrze na tym wychodzę, po prostu boję się, że któraś przyzwyczai się do nowej, wypasionej rezydencji, a później na stałe będzie chciała zarządzać moimi włościami. Od tego są różnego rodzaju hotele, zajazdy, pensjonaty, kurorty czy też motele, gdzie można dobrze rano zjeść i się odświeżyć. Co do własnej żony, to tak się złożyło, że nie byłem jej wierny za grosz. Dobrze o tym wiedziała, gdyż przed ślubem zabrałem ją jako autostopowiczkę do mojego terenowego auta i na tylnym siedzeniu poznawałem jej jędrne wówczas zakamarki. Teraz tęsknię, ale za córką, z tym, że regularnie łożę na jej utrzymanie. Za żoną nie tęskniłem aż do dzisiaj, do dnia pobytu w szpitalu. Było mi samotnemu dobrze. Przecież świat jest pełen pięknych kobiet, które słomianego wdowca na okrągło pocieszały, tj. rozpieszczały przez siedemset nocy i dni zarówno po ślubie, jak i tysiące dni przed ślubem. Czułem się wybrańcem losu – o firmę się nie martwię, bo ojciec za swojego życia tak wszystko ustawił, że interes kręci się jak w idealnie wyregulowanym i nowiuteńkim silniku marki Mercedes, albo w zegarku szwajcarskim marki Patek. Ja tylko od czasu do czasu pobieram żywy zastrzyk gotówki z konta, lub uzupełniam swoje konto celem płacenia przelewami, ewentualnie kartą płatniczą. Żyć nie umierać!
Co jakiś czas, również dla rozrywki, wyskakiwałem na polowania zbiorowe w kraju, ale częściej za granicę na tak zwane polowania dewizowe. Zjeździłem wszystkie kontynenty. Na czarnym lądzie polowałem na lwy, na lamparty, na gepardy, na bawoły, na karakale, szakale, zebry, żyrafy, guźce i na wszystko, co było do wykupienia. Strzelałem do niezliczonych gatunków antylop takich, jak Kudu, Eland, Oryx, Impala i innych. Byłem w Tanzanii, Namibii, Republice Południowej Afryki, Mozambiku. Oprócz polowania w Afryce raz wyskoczyłem na polowanie do Etosha National Park, ale tam za dużo było obostrzeń i zakazów, więc mi ten rodzaj polowania nie odpowiadał.
Nikogo nie myślę oszukiwać, ani tym bardziej się chwalić, ale najbardziej odpowiadają mi polowania syberyjskie. Już preludium przygody syberyjskiej rozpoczyna się w podróży ich koleją transsyberyjską, którą uwielbiam nad życie. Sama podróż jest przygodą samą w sobie, a gdzie jeszcze do finiszu wyprawy. Kto raz tam się wypuści, ten wraca stęskniony, jak facet postawiony przed budynkiem z czerwoną latarnią. Pociąg rozpoczyna bieg w Moskwie, dokąd najwygodniej dolatuje się samolotem z Warszawy, a kończy kurs we Władywostoku u wybrzeży Pacyfiku. Ja wysiadałem wcześniej, bo w Ułan Ude po trzech i pół dobach podróży. Polecam rosyjskie koleje, są naprawdę dopracowane w każdym szczególe. Punktualność i piękne Rosjanki, to ich dewiza. Wszystkie wagony są klimatyzowane, a stała ochrona pociągu gwarantuje porządek, ład i bezpieczeństwo. Personel zarabia grosze – przepraszam: marne ruble – więc ja, płacąc na lewo i na prawo dolarami, byłem traktowany jak król Arabii Saudyjskiej. Przez trzy i pół doby byłem rozpieszczany. W oknie pociągu oglądałem serial o kresach wielkiej Rosji. Co wieczór okupowałem stały stolik w restauracyjnym wagonie, gdzie odpowiednio płacąc zielonymi, miałem serwowane super jedzenie i mrożoną moskiewską. Równocześnie szlifowałem znajomość mowy rosyjskiej. Codziennie zmieniałem partnerki, podróżujące na Syberię, które wkuwały ze mną najtrudniejsze słówka. Naukę języka zawsze kończyłem w moim jednoosobowym klimatyzowanym przedziale, w różnych pozach i układach językowych. Więc nie ma dwóch zdań, pokochałem Syberię, jestem nią zafascynowany. Chciałbym na okrągło na tych kresach polować, przyjeżdżać nawet w najcięższe mrozy!
Pamiętam moje pierwsze polowanie nad Bajkałem. Przyjechałem tu z moim przyjacielem „po strzelbie” na mój koszt, a co mi tam! Byliśmy zauroczeni i zaszokowani. Nad bajkalską tajgą zamieszkują liczne zwierzęta, niektóre znane także w Europie, ale my nie zwracaliśmy na nie uwagi. Nas interesowały liczne drapieżniki, a przede wszystkim te z rodziny łasicowatych. Najsławniejszym ich przedstawicielem jest soból, natomiast największym z żyjących – rosomak, jeden z najbardziej tajemniczych i niezwykłych mieszkańców tajgi. Z wyglądu nie przypomina żadnego innego zwierzęcia. Dość duży, o ciemnym, gęstym futrze i puszystym ogonie, jest swoistym skrzyżowaniem kuny z niedźwiedziem. Mimo niezbyt dużych rozmiarów, potrafi upolować renifera, a nawet łosia. Skacze wtedy na grzbiet ofiary i trzymając się łapami boków jak niedźwiedź, gryzie w kark, dopóki ofiara nie padnie. W bezpośredniej walce rosomak może pokonać również zwinnego rysia. Charakterystyczne dla tego gatunku jest gromadzenie nadmiaru pokarmu w spiżarniach, najczęściej w norach, do których potrafi przynieść ciężkie kawały mięsa z odległości nawet kilku kilometrów. Takie spiżarnie rosomak zakrywa gałęziami lub kamieniami i zawsze nieomylnie odnajduje nawet pod metrową warstwa śniegu. Jedynymi wrogami rosomaka są człowiek i wilk. Rosomaki żyją głównie w tajdze, ale także na obszarach tundrowych i w strefie wysokogórskiej. Poza Syberią gatunek ten występuje w Skandynawii i w Ameryce Północnej. Wśród rodowitych mieszkańców rosomak uważany jest za wcielenie zła, więc nas szczególnie interesował jako zdobycz.
Najmniejszym drapieżnikiem tajgi jest łasica syberyjska, zwana przez tubylców kołonokiem. Ma ona nietypowe, jasnorude umaszczenie, niespotykane u innych łasicowatych. Dodatkowo przy pyszczku zaznacza się kontrastowa czarno‑biała maska. Nas ona nie interesowała ze względu na swoje niewielkie rozmiary. Mieszkaliśmy w trzyizbowej chacie myśliwskiej, a prawidłowo mówiąc: traperskiej, z drewna. Prymitywne warunki, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Z tym, że rano zawsze mieliśmy napalone, jak to się u nas mówi „pod fajerką”, przygotowane śniadanie oraz zagrzaną wodę do mycia, a nawet do kąpieli. Co do transportu, to żyć nie wybrzydzać. Do naszej dyspozycji podstawiony był helikopter i dwa samochody terenowe do wyboru, do koloru. Nas interesował, i zawsze, kiedy polowałem na Syberii podniecał jako myśliwego, bajkalski niedźwiedź brunatny. Charakteryzuje się dużymi rozmiarami ciała i gęstym, grubym futrem. Jego liczebność nad Bajkałem jest stosunkowo wysoka, szczególnie na obszarach rezerwatów, więc bez problemu otrzymywałem zgodę na odstrzał nawet i dwóch osobników, a mój towarzysz łowów jednego. W moim pokoju myśliwskim wisi skóra z łbem misia, którego wagę oszacowano na około sześćset kilogramów. Na podłodze leżą trzy skóry, no i przed wejściem jedna. Do ssaków specjalnie nie strzelałem. Wyjątek stanowi łoś; jeżeli trafił mi się z nadzwyczaj dużymi rosochami, a syberyjskie łosie osiągają znacznie większe rozmiary ciała i poroża niż jego europejscy krewniacy. Jeszcze nie upolowałem piżmowca, zwierzęcia wyjątkowo ostrożnego i skrytego, które unika spotkania z człowiekiem. Żyje w głębi gór, na kamienistych stokach pośród tajgi. Świetnie chodzi po skałach, a w poszukiwaniu pokarmu nawet po pochyłych pniach drzew. Nie będę już zanudzał o ptakach, żyjących wśród bajkalskich lasów, czy też o zwierzątkach kryjących się pośród kamiennych osuwisk i rumowisk skalnych.
Przejdę do osobliwej fauny jeziora Bajkał, gdzie spędziłem niejedną godzinę, łowiąc niesamowite gatunki ryb. Jedynym ssakiem żyjącym w wodach Bajkału jest słynna foka bajkalska, zwana nerpą. Do dziś jest zagadką, jakim cudem ona tu trafiła.
Wiem tylko, że w tym przecudownym jeziorze żyje pięćdziesiąt gatunków ryb, w tym połowa to gatunki występujące wyłącznie tutaj. Wśród nich gołomianka – dziwaczna ryba bajkalskich głębin. Gołomianka ma nieproporcjonalnie dużą głowę, pomarańczowe oczy, a jej pozbawione łusek bladoróżowe ciało jest prawie przeźroczyste. W znacznej części składa się ono z tłuszczu o dużej zawartości witaminy A. Tłuszcz wytopiony z gołomianki to znane od wieków w Chinach i Mongolii lekarstwo. Ja uwielbiam łowić na wędkę najcenniejszą rybę Bajkału, jaką jest omul, który stanowi około dwie trzecie rocznych odłowów. Omul jest migrującą rybą otwartego Bajkału. Jak wszystkie łososiowate, corocznie podąża na tarło w górę wszystkich rzek. W czasie wędkowania trafia mi się lipień bajkalski, bardzo smaczny, szczególnie z wieczora na patelni i zakrapiany miejscowym samogonem.
Podczas pierwszego dwutygodniowego pobytu nad Bajkałem nie poznałem dość dobrze tej krainy, zwierząt, ludzi i ich języka. Fakt, że zarówno pierwszy, jak i następne wyskoki odbywałem latem, które trwa tam zaledwie dwa miesiące. Reszta roku to tylko bardzo ciężka zima. Ale uparłem się i poznałem również te skrajnie trudne realia. A ponieważ wyskakiwałem również w inne części północnej Syberii, więc miałem porównania łowów na całej północy. Pokochałem ten typ łowów, oferowanych mi przez różne biura organizacyjne. Największym atutem Syberii jest jej dziewicza przyroda. Podprowadzający to prości miejscowi mieszkańcy, którzy znają się na swoim fachu jak nikt na świecie. Warunki bytowe są jak u nas w XIX wieku i to mnie bawi – nic na siłę. Jedynym mankamentem jest brak miejscowych, ładnych kobiet, a jeżeli któraś mi wpadła w oko, to problem niczym ze znalezieniem dobrego traktu. Jak już coś wyłuskałem z tłumu, to ciuchów na niej, jak na wiejskiej drodze dziur – jedna na drugiej. A gdy się rozpędziłem, to dość miałem ostrej jazdy.
Natomiast nie wspomniałem, że na Syberii śnieg jest autentycznie biały, czysto mleczny i tylko tam można taki śnieg zobaczyć, bo nasze płatki, zanim spadną, już są przybrudzone, a czym bliżej wiosny, nasz puch staje się brudniejszy, gdyż nieprzyjemnego koloru dodają mu śmieci, wyrzucane przez przechodniów, że nie wspomnę o smogu, który przydaje ciemnoszarej barwy chmurom śniegowym.
Ostatnio skusiła mnie reklama polowań na syberyjskie wilki, które są autentycznie szare, mieniące się tęczą kolorowych barw od szyi do podbrzusza. Zapolowałem na wilki razem z moim przyjacielem „po strzelbie”, tym właśnie, z którym byliśmy pierwszy raz nad Bajkałem. Udaliśmy się w pobliże miejscowości Siewierojenisiejska. Gdzieniegdzie było kilka rozrzuconych miejscowości, które rozdzielały odległości dochodzące do 300 kilometrów. Do najbliższego Krasnojarska odległość w linii prostej wynosiła 800 km na południe, a do Norylska 2000 km na północ. Jednym słowem: pustkowie, a wokół tajga i nic tylko tajga, białe pagórki z rzadka rosnącymi drzewami, tak jak na białym torcie z powtykanymi świeczkami na piąte urodziny.
Z Okęcia przelecieliśmy naszym LOT‑em do Moskwy. Tam przesiedliśmy się na ich miejscowy środek komunikacji podniebnej. I niech to szlag trafi, było tak, jakby się człowiek przesiadł z sedesu ustawionego w eleganckiej łazience Hotelu Bristol na deskę z otworem w wychodku za stodołą. Samolot trząsł, rzucał, warczał, a smród w nim był nie do wytrzymania, jak właśnie w tym wychodku, bo podróżowali w nim wszyscy, którzy muszą lecieć na tej trasie. Samolot Jak‑40 wylądował szczęśliwie w Krasnojarsku, uzupełnił paliwo, wymieszał pasażerów i szczęśliwie zakończył podróż w Siewierojenisiejsku, który był naszą docelową miejscowością.
Miasto zabite deskami autentycznie i w przenośni. Stara kopalnia złota, pracująca na pół gwizdka, elektrownia i huta wytopu złota, pracująca również okresowo. Kilka ulic i kilka sklepów. Kilkuset mieszkańców na obszarze jednej trzeciej Polski. Już na lotnisku powitano nas, dwóch polskich myśliwych, jak królów z państwa zachodniego. Przyjmowano nas gościnnie ze względu na znaczną odległość, panującą biedę i to, że rzadko kto z myśliwych odwiedza te dalekie strony. Na deskach jakiegoś podwyższenia, wyłożono słoninę, butelkę wódki i rarytas w tutejszych stronach – cebulę! Elegancja Francja, bo wszystko na odśnieżonych deskach i na czystej gazecie. Serdeczne powitanie, przemówienie i zapoznanie się z naszym pilotem i dwoma przewodnikami. Jeden z nich oznajmił nam, że jest potomkiem polskich zesłańców i nawet rozumie po polsku, gorzej z mówieniem. Już mieliśmy przenieść się do helikoptera i odlecieć do naszej syberyjskiej chaty traperskiej, gdy nasi opiekunowie w ostatniej chwili spojrzeli na nasz zimowy strój myśliwski i z zakłopotaniem pokręcili przecząco głowami. – Nie martwcie się, jeszcze zdążymy do magazynu. Musimy odpowiednio was przysposobić. Na zewnątrz było w dzień minus trzydzieści stopni Celsjusza i to przy słonecznej, bezchmurnej, lekko wietrznej pogodzie. Mróz ten dla nas zdawał się zatrważający. Po godzinie już szczypał nas w uszy i w policzki. Dla rodowitych Sybiraków jest dość ciepło, jeszcze dwa tygodnie temu było minus pięćdziesiąt stopni i przenikające wiatry z północy. W magazynie było wszystko, co dusza zapragnie, ale do ubioru na mrozy i w jednym gatunku i fasonie. Ubrałem się – przepraszam – przebraliśmy się z przyjacielem, patrząc od dołu: w walonki. Cud wiejskiej techniki, tłocznictwa, kaletnictwa, szewstwa, kamasznictwa i wszystkiego razem do kupy wziętego. Kto je raz obuje, ten już do końca swych dni będzie je chwalił i nosił w suche mrozy, bo myśli, że ma elektryczne ogrzewanie między palcami zamontowane. Tu, na Syberii, walonki produkowane są z prasowanego włosia reniferów. U nas w Polsce były one mocno rozpowszechnione przed wojną, w czasie wojny i tuż po wojnie. Tłoczono je z jednego kawałka filcu lub wełny. Niejednokrotnie zakładano na nie gumowe kalosze. Produkowane na wschodzie walonki nie mają podeszwy gumowej ani skórzanej. Są po prostu jak duża skarpeta. Tam zdają egzamin, gdyż jak przyjdą mrozy, to trzymają przez osiem miesięcy w roku, a reszta to już tylko lato. W naszym kraju, gdzie temperatury zimowe podlegają ciągłym wahaniom, ich przydatność do chodzenia jest problematyczna. Nie są to buty na odwilże, wilgotny śnieg czy na wodę. Na górną partię nóg odzialiśmy tak zwane waciaki, syberyjskie ocieplane spodnie. Idealna sprawa na mroźne dni; można w nich chodzić, siedzieć, spać, a faktycznie, to całkiem z d… nie zdejmować. Ciepło w nich było, jakby się do środka co chwilę żaru z ogniska wsypywało. Są to grube nachy z podwójnego mocnego materiału, w środku sprasowana wata, przeszyta wzdłuż i w poprzek. Oprócz butów i spodni również wybraliśmy futrzane czapy i rękawice. Kurtki pozostawiliśmy swoje, tylko w prezencie od sprzedawcy otrzymaliśmy futrzane kamizelki, który zresztą dwukrotnie nas zaskoczył. Gdy już wychodziliśmy, rzekł nam dość czystą polszczyzną, że jego przodkami byli Polacy. Rozgadał się o polskich rodowodach, o tym, że zanim Stalin założył łagry, żyli tu polscy zesłańcy i osadnicy. Wmówił nam, że jesteśmy głodni i niedopici. Więc był poczęstunek i wódeczka. Na odchodne dołożył jeszcze po jednej parze walonek i za żadne skarby nie chciał zapłaty za całość zakupu. Teraz ja się uparłem, za wszystko uregulowałem z nawiązką, bo bida u nich aż skrzypiała, ale naród porządny i gościnny. Zaprosił nas po powrocie z polowania do siebie do domu na poczęstunek. Ponieważ zrobiło się dość późno, odlot przełożyliśmy na następny dzień, skoro świt. Pojechaliśmy ładą na nocleg do jedynego miejscowego, drewnianego hotelu. Nie udało nam się odpocząć, bo za chwilę przyjechał po nas ten sprzedawca z polskimi korzeniami o imieniu Michaił i zabrał do siebie do domu na wieczorną kolację. Tam zeszła się cała ich rodzina. Prym wiódł siedemdziesięciopięcioletni dziadek Stach, który urodził się tutaj, w Siewierojenisiejsku, ale jego rodzice byli polskimi zesłańcami spod Łomży. Mówił piękną, gwarową polszczyzną. Znał tyle polskich pieśni i piosenek, że wstyd nam obu się zrobiło.
Na drugi dzień prawie nie mieliśmy kaca. Mój kompan stwierdził, że to dzięki tutejszemu klimatowi oraz faktowi, że wódkę piliśmy wśród przyjaciół, gdzie nie było fałszu i obłudy. Oprócz śpiewu były i kawały, z których zapamiętałem jeden: Syberyjski myśliwy po powrocie z tygodniowego polowania położywszy się z żoną do łóżka, od razu zasnął. Żona przeciwnie, przewraca się z boku na bok. Myśliwy obudzony, pyta się jej: – Czemu nie śpisz, kochanie? – Mężczyzny mi potrzeba! – A skąd ja ci wezmę w środku nocy mężczyznę?! Rano, skoro świt, pobudka, tłuste śniadanie, po setce samogonu i odlot na łowisko. Fascynacja krajobrazem i rozmyślania w czasie lotu o polskich zesłańcach, o naszych osadnikach, o tyrających robotnikach w kopalni i przy przerobie złota. Wtem medytacje przerwał pilot, pokazując gestem ręki przemieszczające się punkciki. Schodzimy momentalnie w dół. To cztery łosie, które uciekają przed watahą syberyjskich wilków. Policzyliśmy je przy kilku nawrotach maszyny, było ich dwanaście. Pilot akrobata w swoim fachu, zniża lot prawie do wierzchołków drzew. Otworzyliśmy z kompanem Jankiem boczne okienka. Dzierżymy w ręku ich karabiny z przydziału, niżówki, a w torbie czekają loftki do strzelania. Okienka niewielkie, ograniczone pole widzenia. Helikopter leci na boku, my też leżymy na burcie, wszystko niby okej, tylko wilków nie widać. Nawrót, są, ale zmieniają kierunek, uciekają na otwartą przestrzeń, dobra nasza! Strzelam do pierwszego – pudło, gdyż nie zrobiłem poprawki na prędkość lotu do prędkości wilczego biegu. Muszę strzelać z opóźnieniem, a nie jak normalnie z wyprzedzeniem. Celuję pół metra za wilczy zad. Loftki trafiają dwa metry przed ich pyskiem. Robię poprawkę, znów pudło. Wilki rozbiegły się każdy w inną stronę i wyraźnie kluczą, szukając osłony z drzew. Nawrót. Janek wrzeszczy: – Naroście trafiłem! Ja znów pudłuję. Ładuję broń, opóźniam strzał o trzy metry, tym razem dobrze. Strzelanie z helikoptera to nie taka prosta sprawa. W pierwszym dniu prawie każdy pudłuje. Tu liczy się tylko trening, trening i doświadczenie. Pierwszego dnia trafiłem dwa, a Janek trzy wilki. Trafienie wilka to połowa sukcesu, podniesienie go to druga połowa szczęścia. Lądowanie na puszystym śniegu to osobny problem, dlatego też maszyna przed siadaniem kilkakrotnie unosi się i opada. Manewr ten pilot powtarza kilkakrotnie, ubijając wierzchnią warstwę śniegu; wówczas istnieje pewność, ze płozy się nie zapadną, co może utrudnić, a nawet uniemożliwić ponowny start.
Pięć dni zleciało jak jedna minuta, jak zaczarowana chwila. Jeszcze pożegnalny poczęstunek u sprzedawcy ze sklepu z ciepłą odzieżą i odlot do Moskwy, a potem do Warszawy. Zaprosiłem ich wszystkich do Polski. Dla nich to mrzonka, to marzenie, to rzecz nie do spełnienia. Ich zarobki, jeżeli ktoś pracuje, ledwo wystarczają na wiązanie końca z końcem. Dla Michaiła, jego żony i ich dziadka Stacha zarezerwowałem i wykupiłem bilety za trzy miesiące, ale, ze względu na moją niespodziewaną chorobę, termin rezerwacji i ich przylotu przełożyłem na najbliższe święta Bożego Narodzenia. Przylatują do mnie dwudziestego trzeciego, dzień przed wigilią, na trzy tygodnie. Na szczęście już byłem w domu z rodziną i po swojej chorobie.
Najbardziej z tych odwiedzin był rad senior rodu, którego marzeniem było postawienie nogi na polskiej ziemi. Parę dni temu telefonowałem do nich, że już jestem zdrowy, omówiłem ich przelot, rezerwację;– wszystkie niuanse z detalami. Wszyscy płakali z radości, a dziadek odtańczył obertasa, pomimo skończonych siedemdziesięciu pięciu lat, że jestem zdrowy i przyjazd ich dojdzie do skutku. W przyszłym roku, na święta wielkanocne pokryję koszty przylotu i pobytu u mnie ich dorosłych dzieci, które oprócz śniegu, złota i domów obitych deskami niczego więcej nie widziały.
Było to moje nie pierwsze spotkanie z tym krajem, ale, jak to się mówi, nie zdążyłem go polizać, nie mówiąc o posmakowaniu. Oj! Przepraszam, posmakowałem tam miejscowych kobiet, słoniny, wędzonki, tuszonki, cebuli, czosnku, no i smakowitej samogonki po naszemu bimbru, od której „ sagan nie pęka”. Sybiracy jak Polacy, naród dla swoich gościnny i przyjazny, dopóki ktoś wredny im za skórę nie wejdzie, lub na paznokieć nie nadepnie, wówczas „bzij, zabzij bo śprawiedliwości musi śtać się ziadość i to po nasiej śtronie”.
Co do pięknych kobiet na Syberii, to, jak wcześniej wspomniałem, trudny wybór, ale zdarzają się i rodzynki w zwykłym cieście. Nie przeczę, że za każdym wyjazdem coś tam wydłubałem. Zawsze przy tym interesowało mnie tylko moje własne dobro, dobro – jak o sobie myślałem – zdobywcy. Będąc u nich za drugim albo trzecim razem, zakochałem się na swój sposób w pięknej miejscowej dziewczynie. Tamara miała na imię. Była moją asystentką z przydziału z miejscowego biura podróży. Przez dziesięć dni jeździła ze mną na polowania. Była nie tylko nieziemsko piękna, do tego smukła czarnulka, ale także wyjątkowo dojrzała i mądra. Gdyby nie powiązania z moją firmą w Polsce i spętanie węzłem małżeńskim, to oświadczyłbym się jej i osiadł na stałe w tej dziurze! Płodziłbym z nią dzieci i żył jak Bóg przykazał. Po dziesięciu dniach Tamara postawiła mi warunki, że z Syberii nie wyjedzie, ślub na miejscu albo koniec miłości. Na szczęście oprzytomniałem zadając sobie pytanie: – Czy chcę poświecić najpiękniejsze lata życia dla chwilowego zauroczenia?
Czas leczy rany, więc szybko się wyleczyłem. W kraju na nowo nabrałem rozpędu, stałem się jeszcze silniejszy i bardziej przebojowy. Pół roku po powrocie po raz pierwszy rozmawiałem z Tamarą przez telefon i dowiedziałem się, że jest w szóstym miesiącu ciąży… ze mną! O mało nie zemdlałem. Kiedy zadzwoniłem do niej cztery miesiące później, oznajmiła mi, że urodziła prześlicznego syna – cztery kilo wagi i podobny do mnie jak dwie krople wody. Wysłałem jej trzydzieści pięć tysięcy rubli; w przeliczeniu na polską walutę niecałe dwa i pół tysiąca złotych. Dla mnie to pestka, a dla niej to niesamowita góra pieniędzy, która wystarczy jej na pół roku życia. Po pół roku, gdy mój synek miał już siedem miesięcy, wybrałem się do nich w niespodziewane odwiedziny. Połączyłem wyjazd z polowaniem dewizowym o podwójnym terminie, to znaczy pobyt miesięczny zamiast dziesięciodniowego. Nakupiłem prezentów, głównie dla syna, ale i dla Tamary oraz jej rodziny. Wyglądałem z pakami jak dwugarbny wielbłąd. Zgodnie z tradycją polowań dewizowych, przywitali mnie starzy znajomi, którzy po kilku wódkach i poczęstunku byli mocno zdziwieni, o jakim ja siedmiomiesięcznym potomku wspominam. Tamara nigdy nie była w ciąży, ani nie urodziła żadnego syna. Na drugi dzień, z samego rana, odwiedziłem Tamarę. Spojrzałem w jej zaskoczoną twarz. Wyglądała dojrzalej, nadal była piękna. Może nawet piękniejsza, tłumacząc się, że syn zmarł miesiąc po urodzeniu. Jeszcze tego samego dnia dziecięce ubranka przekazałem do miejscowego domu dziecka, a wszystkie pozostałe markowe ciuchy ofiarowałem moim podprowadzającym. Pobyt skróciłem do dziesięciu dni, bo nie mogłem ścierpieć, że Tamara przebywała kilka kroków ode mnie.
Po powrocie do domu musiałem odreagować całą tę sytuację, w czym pomagał mi alkohol. Fajnie, że ludzie wymyślili ten trunek… No to na zdrowie! W moim piciu nie widziałem niczego złego. Wiedziałem o pijących facetach, którzy nie wiadomo kiedy zaczęli staczać się na dno. Ja nie zaliczałem się do nich. Nigdy nie piłem do oporu, nie miewałem kaca, zawsze byłem elegancki i pachnący. Jedyne, czym śmierdziałem, to groszem. Czy o takim biznesmenie jak ja, można powiedzieć coś złego?
Poza tym dbałem o wygląd zewnętrzny. Dwa razy w tygodniu chodziłem na basen, trzy razy na siłownię, raz w miesiącu chodziłem do kosmetyczki i fryzjera. Więc nikt nie mógł powiedzieć o mnie, że się zapuściłem. Regularnie chodziłem do teatru lub do kina, kupowałem najnowsze wydania książkowe, a i będąc gdzieś w hotelu z dziewczyną słuchałem wiadomości telewizyjnych, przepijając ciekawostki drinkiem. Czy kogoś takiego można było nazwać alkoholikiem? Pocieszałem się, że mnie ten problem nie dotyczył, choć coraz częściej sam sobie nalewałem drinka lub zwykłą wódkę z barku. Sielanka lub beztroskie życie trwałoby nadal, bo już dochodziło do tego, że nie wychodziłem z domu, tylko we wnętrzach swojej willi raczyłem się w samotności alkoholem.
Pewnie jeszcze długo popijałbym cichaczem, nie dając znać najbliższym, przyjacielem ani sąsiadom o moim uzależnieniu. Jednak pewnej nocy, gdy lekko podpity smacznie spałem, moje wnętrzności po raz pierwszy dały mi o sobie znać. Ból był nie do wytrzymania, więc wezwałem pogotowie i zostałem zabrany do szpitala. Tam mnie hospitalizowano na cztery dni, w czasie których moje wnętrza wyczyszczono i postawiono mnie na nogi. Po powrocie do domu w pierwszy dzień zgłosiłem się do mojego lekarza rodzinnego, z tym, że ja chodziłem do niego prywatnie, bo kolejki w przychodni przyprawiały mnie o mdłości, a szczególnie babcie, które uwielbiają posiedzieć w kolejce, bo nudzą się w domu. Dostałem od niego dwa skierowania: jedno do sanatorium, które wysłałem do Narodowego Funduszu Zdrowia i o fakcie zapomniałem, drugie, ustne, do AA, z którego nie skorzystałem, bo po wyjściu od razu z wyrzuciłem z pamięci.
Najgorsza była pierwsza noc we własnym domu, gdy trzeźwy położyłem się spać, bo już piątą dobę nie pobierałem nic z gradusów. Gdy tylko przyłożyłem głowę do poduszki, to śniła mi się waśń pomiędzy moimi organami, zarówno wewnętrznymi jak i zewnętrznymi, ale rano prawie nic nie pamiętałem. Natomiast następną noc już dobrze zapamiętałem, bo gdy tylko zamknąłem oczy, od razu mózg mi zaczął parować od myślenia nad złożonością moich osobistych narządów. Przebudziłem się, zobaczyłem, że wokół nic się nie dzieje, więc ponownie zasnąłem. Gdy tylko przymrużyłem oko, pierwszy miał jakieś do mnie pretensje żołądek, z powodu nadmiernego wchłaniania pokarmu, że jest zawalany niezdrowym i do tego niepogryzionym wieczornym żarciem. W parze z nim wysunęły swoje żale nerwy, że mi odmówią posłuszeństwa. Jak do tej pory trzymałem je na wodzy. Od czasu do czasu nie mogłem z nimi dojść do porozumienia. Trzecie zaczęły mi podskakiwać nogi, zrobiły się jakieś krnąbrne i ociężałe, i to teraz, w średnim moim wieku. Zwróciłem się więc o pomoc do mózgu: – Co mam robić? Nogi mnie wcale nie słuchają, ja im gadam, żeby w dzień wyjść z domu i trochę pobiegać, ewentualnie pochodzić, to one, że wolą poleniuchować i to jedna na drugiej. Mózg długo nie myślał. Rzekł mi podenerwowany: – Powiedz im, że jak się nie ruszą, to będą miały zakrzepy, mięśnie im zanikną, wyjdą żylaki i wstyd im będzie latem pokazać się na ulicy w krótkich spodenkach. – A kto nas będzie oglądał? – zwróciły się nogi bezpośrednio do mózgu. – A chociażby jakieś kobitki w mini spódniczkach. – Zamknij się, mózgownico! Nie czepiaj się naszych mięśni. My i tak z tego nie skorzystamy, tylko ty. Gdy się ruszamy, to krew pompujemy do twych szarych komórek, a na widok pięknych kobiet, to ty się podniecasz wraz z penisem, a nie my! – Dałem tylko taki przykład – usprawiedliwiał się zawstydzony mózg. – Widocznie nie wiecie, że życie jest nieprzewidywalne i najpiękniejsze w lato, ale to już nie moja sprawa. – I wyłączył się z dyskusji, bo zasnął wraz ze mną. Wtem penis, wyrwany z letargu, zaczął dopominać się o swoje sprawy, aż mnie wyrwał z objęć Morfeusza. Wstałem, załatwiłem swoją potrzebę fizjologiczną i znów zasnąłem, a on zaczął podskakiwać, prężyć się i drzeć mordę (a faktycznie łeb), że jest najwięcej wykorzystywany przeze mnie: – Gdy szef był młodszy, to ja ciągle musiałem chodzić z nim do roboty, o każdej porze dnia i nocy! Teraz muszę częściej wstawać w nocy, ale do sikania. Wywody prącia zdenerwowały serce, które do tej pory było grzeczne i biło nadzwyczaj spokojnie, a teraz przyspieszyło stukanie i rzekło do niego: – Leż grzecznie, bo jak ja raz stanę, to ty nigdy więcej! Na tym nie zakończyło nocnych wywodów, rozpoczęło swoją podnieconą gadkę: – Ja tu jestem najważniejsze z was wszystkich i najwięcej mam roboty. Wy trochę popracujecie, a później cały czas odpoczywacie, a ja bez przerwy muszę tyrać, bo aby życie trwało, w układzie krwionośnym bezustannie musi krążyć krew. Krąży ona dzięki mnie, bo działam bez wytchnienia jak pompa, najpierw wrzucam krew do naczyń, a potem wysysam ją z naczyń! – Chwila, moment! A my, jelita to już nic nie mamy do powiedzenia? Pierwsze zaczęło krzyczeć jelito grube, że już ma wszystkiego dość, że jest całkowicie wyeksploatowane przez odbyt, który wcale nie dba o higienę osobistą. – Mam powyżej dziury w odbycie smrodu gorszego jak przy patroszeniu dzikiej zwierzyny. Czy szef raz w życiu przeprowadził kilkudniową głodówkę, żeby mnie wyczyścić ze wszystkich zbędnych odpadów? Przecież szef uwielbia przyjść do mieszkania, w którym nie ma zakurzonych mebli, a światło wpada przez czyste okna? Lecznicza głodówka jest dla mnie tym, czym wysprzątanie zagraconego i zabrudzonego mieszkania. Pomaga oczyścić całe ciało ze złogów. Wszyscy wy tu obok mnie na tym skorzystacie, bo jest to terapia, która dobroczynnie wpływa na odnowę i siły witalne całego organizmu. Co ja się będę denerwowało, i tak jestem najważniejsze, bo jestem ostatnim fragmentem układu pokarmowego. Rozpoczynam się tam, gdzie kończy się jelito cienkie. – O, nie, kolego! – przerwało mu wywody jelito cienkie, które zaczęło tupać i jeszcze głośniej wrzeszczeć: – Ty jesteś za mną w kolejce, a służysz do wchłaniania z wody mikroelementów i kształtowania kału i na dodatek sięgasz do „dupy”, więc zamknij się i słuchaj ważniejszych i dłuższych od siebie! Jelito cienkie, cieniutko wrzeszczało, że aż mnie prawie przebudziło, przekręciłem się na lewy bok, a ono dalej krzyczało: – Jestem najdłuższym organem, mam od trzy do czterech metrów długości. Muszę dotrawić wszystkie świństwa, które żołądek mi przetransportuje. Najgorszą gehennę przechodzę po zakrapianych balangach, od czasu, gdy on został właścicielem firmy. Wówczas już wszystko idzie wymieszane: wędzone i smażone, pieczone oraz gotowane. Na dodatek pieką mnie te ich cholerne, wysokoprocentowe wódki, samogonki i nalewki, tylko jeden diabeł wie, z czego i na czym robione! Te bagno muszę posegregować i wchłonąć substancję odżywcze w postaci białek, węglowodanów, to jest cukrów i tłuszczy. Na dodatek wewnątrz siebie muszę wchłonąć wodę, witaminy i minerały zwane biopierwiastkami. – Zamknijcie się, do pioruna jasnego! – zaczęła grzmieć prawa ręka. – Nic się do tej pory nie odzywałam, bo byłam przyciśnięta, szefa głowa spała na mnie. Teraz wam powiem w oczy, że ja mam najgorzej! Całe życie tyram bez przerwy. Muszę dźwigać ciężary, muszę utrzymywać w higienie całego szefa. Myć go, szorować mu zęby, czesać włosy, podcierać dupę, drapać go tam, gdzie go zaswędzi, układać poduszkę, okrywać kołdrą, ubierać, karmić… Teraz, jeszcze w średnim wieku, gdy mnie rwie w łokciu, gdy mnie od ciągłego odbijania jego sztucera rwie w barku, to on ma mnie w dupie. Kiedyś przez sen powiedział mi, że jeżeli ręka boli, to mu w dupie lżej, a ja mu na to, że ten ból początkowo bywał niewielki, pojawiał się tylko przy unoszeniu ręki powyżej linii ramion. Z czasem się nasilił i dokucza mi także przy innych ruchach. Zdarza się też, że zjawia się nagle, na przykład bez wykonaniu jakichkolwiek ruchów, i jest tak ostry i silny, że rękę cały czas trzymam w jednej pozycji, aby uniknąć cierpienia. Szef lekceważy te objawy, nie zgłasza się ze mną do ortopedy. Na dodatek jeździmy cyklicznie na polowania i to w mroźne strony, opiera o mnie kolbę swojego sztucera i strzela. Wówczas ja o mało nie dostanę wścieklizny z bólu. Więc pozamykajcie się i dajcie mi spać, bo jak ja wysiądę, to, kto was nakarmi? – Ja! – odezwała się spod głowy, lewa ręka. – Jestem całkowicie zdrowa i do wszystkiego zdatna, tylko musiałabym nauczyć szefa być mańkutem! – Stop! Zamknijcie się darmozjady! – zawyły plecy. – Ból kręgosłupa męczy mnie od przeszło trzech miesięcy, na parę dni zanika, nawraca i jest tak ostry, że wymaga natychmiastowego leczenia u neurologa. Dobrze żeby szef poszedł do ortopedy, ale on woli już seks i jakieś dziwne pozy, które odbijają się na moich kręgach. Sto razy wolałem iść z szefem na polowanie, dźwigając na moich wytartych kręgach ciężki sztucer z lunetą, do tego lornetkę i torbę z całym podręcznym majdanem. Na wytartych kręgach powstały mi chrzęstne i kostne narośla, które zniekształcają stawy. Naciskając na nerwy, powodują ból podczas ruszania się, najgorzej na wymyślnych francuskich pozycjach. Jak będziecie tak mordę darły, to z bólu nie wstanę i będziecie w tym łóżku i postękiwały! O Boże kochany, co się wówczas zaczęło dziać! Rewolucja Październikowa to bułka z masłem, rozruchy w Stoczni Gdańskiej a później na ulicach Trójmiasta to małe piwo. Wszystkie organy zaczęły jednocześnie wrzeszczeć, że każdy z nich jest najbardziej schorowany, najwięcej wyeksploatowany, ma najwięcej roboty, jest najważniejszy, że bez niego ja nie mam szansy przeżyć!
I jaki z tych nocy wyciągnąłem wniosek? Wszystkie one mają rację, tylko że na jawie ani one mnie nie słuchają, ani ja ich. Wiem, wiem dokładnie, o co tu chodzi: przestałem nagminnie pić, a zabrałem się za aktywny i zdrowy styl życia. Po prostu zabrałem się za sport. Przywróciłem swoje poprzednie nawyki w regularnym chodzeniu na basen, na siłownię, do tego dodałem jazdę na rowerze i bieganie. Nic dodać, nic ująć. Nie przeczę, że nie wyeliminowałem pięknych kobiet, bo to też sport fizyczny i potrzeba ducha, oraz od czasu do czasu wypijałem dla towarzystwa dobrego drinka, który rozszedł mi się po kościach.
Przypomniałem też sobie o sanatorium, bo otrzymałem potwierdzenie zarejestrowania mnie w ich systemie z nadaniem numeru oczekiwania. Gdy wszedłem w komputer i przeliczyłem czas, to wyszło mi, że za jakieś dwa lata otrzymam skierowanie z NFZ. Pomyślałem wówczas o biednych chorych, że albo umrą, albo się doczekają. Poszperałem po reklamach w internecie, po różnych danych sanatoryjnych; od morza do gór, od wschodu do zachodu, bo w obecnych czasach każde sanatorium reklamuje się gdzie tylko może, żeby mieć jak największe obłożenie, a przede wszystkim sprzedaż prywatną. Zachwalają własną bazę zabiegową, prześcigając się w różnorodności świadczonych usług. Informują, że obiekt wyposażony jest w basen kąpielowy, wspominając o własnej bazie żywieniowej, rozrywkowej i kulturalno‑oświatowej. Ponieważ było lato, więc prywatnie zarezerwowałem i natychmiast kazałem swojej księgowej przelać zaliczki na dwa dziesięciodniowe turnusy – pierwszy w „Arce‑Mega” w Kołobrzegu i następny w „Fali” w Stegnie, w pokojach jednoosobowych z wygodami i pełnym wyposażeniem, to jest z lodówką, telewizorem, z parkingiem, balkonem i super wyżywieniem. Przyjechałem do „Arki‑Mega” w Kołobrzegu przed obiadem. Zamieszkałem w głównym budynku sanatoryjnym „ARKA MEDICAL SPA” w części A w pokoju jednoosobowym, miałem wszystko w zasięgu ręki. Komfort, do tego balkon, korytarzyk – Ameryka na miejscu. Samo sanatorium to faktycznie obiekt dla gości przez duże „G”. Główny budynek – hotel A – dziesięć pięter, sto dwadzieścia pokoi, a na jedenastym piętrze kawiarenka z obrotowymi stolikami. Super sprawa, widok na cały Kołobrzeg i na nasze polskie morze. Obok sześciopiętrowy hotel C z sześciuset siedemdziesięcioma dziewięcioma pokojami. No i z przodu hotel D, siedmiopiętrowy gmach z siedemset dwudziestoma trzema pokojami. Do tego pełna baza zabiegowa z basenem pięknie oświetlonym, kolorowymi światłami, że czułem się wieczorem, jakbym pływał na koralowej rafie Morza Śródziemnego. Posiłki, nic dodać, tylko należałoby ująć – za dużo żarcia, najadałem się do syta, a myślałem, że schudnę! Śniadania i kolacje to szwedzki stół, nie cierpię tej wygody, ze względu na oczopląs i przyrost kałduna. Wszędzie szybkobieżne windy. Sam parking, niby strzeżony, bo za automatycznie podnoszącym się szlabanem, jest za mały, po prostu zatłoczony, szczególnie w letnim sezonie. Ja miałem wykupione stałe miejsce do parkowania pod głównym budynkiem. Koszty wyśrubowane do granic możliwości, ale co mi tam!
