Potwór - Edgar Wallace - E-Book

Potwór E-Book

Edgar Wallace

0,0
3,49 €

oder
  • Herausgeber: Ktoczyta.pl
  • Kategorie: Krimi
  • Sprache: Polnisch
  • Veröffentlichungsjahr: 2020
Beschreibung

Edgar Wallace był angielskim pisarzem, autorem tomu poezji i licznych, bardzo poczytnych powieści awanturniczo-kryminalnych. Mimo trudnego dzieciństwa i braku wykształcenia oraz licznych niepowodzeń ciężką pracą i ciekawymi pomysłami osiągnął olbrzymią popularność. Zostawił po sobie prawie 170 powieści, cieszących się wielkim uznaniem w Polsce okresu międzywojennego, później objętych zapisem cenzury, a następnie wielokrotnie wznawianych. Wiele z nich odwoływało się do kilkuletniego pobytu w Afryce Południowej.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Edgar Wallace

Potwór

Warszawa 2020

ROZDZIAŁ I

– Jesteś ładna – rzekł Mr Maurycy Tarn z namysłem – jesteś młoda.

Prawdopodobnie przeżyjesz mnie o wiele lat. Nie jestem człowiekiem, który by miał coś przeciwko temu, byś ponownie wyszła za mąż. To byłby tylko egoizm, a ja nie jestem egoistą. Po mojej śmierci będziesz posiadała wielki majątek, a póki ja żyję, możesz korzystać t mego bogactwa. Może nie myślałaś nigdy o tym, aby widzieć we mnie męża, ale małżeństwo z opiekunem nie jest rzeczą niezwykłą, zaś różnica wieku to nie tak wielka przeszkoda.

Mówił, jakby powtarzał starannie przygotowaną mowę, a Elza Marlowe przysłuchiwała się zdumiona.

Nie zdziwiłaby się bardziej, gdyby staromodny kredens o własnych siłach położył się na boku albo gdyby Elgin Crescent nagle przeniesione zostało na przedmieście Bagdadu. Ale Elgin Crescent pozostawało ciągle w Bayswater, a ponura jadalnia w mieszkaniu Maurycego Tarna na drugim piętrze trwała nie zmieniona. Sam Maurycy Tarn, mężczyzna pięćdziesięciosześcioletni, nie ogolony, o niechlujnym wyglądzie, siedział naprzeciw niej przy śniadaniu. Jego drżąca dłoń automatycznie szarpała potargany siwy wąs, co było wymowną oznaką pijatyki poprzedniej nocy (na stole w jego gabinecie stały trzy próżne flaszki, widziała je, gdy tam zajrzała rano) i oświadczał się jej.

Patrzyła na niego nieruchomo, szeroko otwartymi oczyma, nie mogąc pojąć tego, co słyszała.

– Przypuszczasz, że zwariowałem – ciągnął Mr Tarn wolno. Zastanowiłem się nad tym dobrze, Elzo. O ile wiem, serce twoje jest wolne.

Nie widzę powodu, dla którego by to było niemożliwe – chyba różnica wieku.

– Ależ... ależ, Mr Tarn – jąkała Elza – nigdy bym o tym nie pomyślała.

Oczywiście jest to zupełnie niemożliwe!

Zapytywała siebie, czy Mr Tarn jest jeszcze pijany. Spędziła z nim piętnaście lat, a jednak czas nie zdołał wzbudzić w niej szacunku dla niego. Gdyby te oświadczyny, które spadły jak grom z jasnego nieba, nie oszołomiły jej zupełnie, musiałaby się roześmiać.

– Nie chcę wyjść za pana, nie chcę wyjść za nikogo. To bardzo, bardzo ładnie z pańskiej strony i czuję się bardzo... – nie mogła wypowiedzieć tego słowa –...bardzo zaszczycona. Ale to jest śmieszne! – wykrzyknęła.

Zmęczone oczy opiekuna obserwowały ją prawie nieruchomo, gdy mówiła.

– Muszę... gdzieś... wyjechać. Muszę zrobić coś dla mego zdrowia. Odkąd major Amery przybył do firmy, niemożliwością jest żyć tak dalej.

– Czy Ralf wie, że pan wyjeżdża? – zapytała, gdyż ciekawość przemogła jej zdziwienie.

– Nie! – Prawie zawył. – Nie wie... i nie powinien wiedzieć! Rozumiesz, Elzo? Ralf bezwarunkowo nie powinien się o tym dowiedzieć. Powiedziałem ci to w zaufaniu. Zastanów się na tym!

Elza odczuła ulgę, gdy Mr Tarn ruchem ręki zakończył rozmowę. Siedziała jeszcze jakieś dziesięć minut, wyglądając przez okno wychodzące na planty na Elgin Crescent, stanowiące wspólny ogród dla wszystkich mieszkańców.

Właściwie nie można ich było nazwać ogrodem, gdyż była to mała, zdeptana murawa, poprzecinana brązowymi ścieżkami, przedstawiająca wartość tylko dla rodziców maleńkich dzieci. W słoneczne dni piastunki i dzieci chroniły się w cieniu wielkiego drzewa rosnącego pośrodku ogrodu. Ale o tej porze plac był pusty. Żółte światło wpadało przez wielkie okno, tworząc jasną, ukośną plamę na stole i padając na kwiaty wiosenne, które zasłaniały jej widok Mr Maurycego Tarna.

Rzuciła na niego przelotne spojrzenie spoza kwiatów. Nosił wczorajszy kołnierzyk – zazwyczaj kołnierzyk musiał mu starczyć na trzy dni. Jego brudny, czarny krawat zapięty był z tyłu na zardzewiałą sprzączkę. Klapy jego staromodnego surduta świeciły się, brzegi rękawów były postrzępione. Poddała go dokładnemu badaniu pod kątem przyszłego narzeczeństwa i zadrżała.

Elza zachowywała się wobec swego opiekuna i jego nawyków z filozoficzną cierpliwością. Już jej znudziło się ciągłe naleganie, aby uzupełniał swoją garderobę. Mr Tarn posiadał znaczne dochody i zaskoczył ją kiedyś wiadomością, że ma dość wysoką sumę w banku. Mimo to z przyzwyczajenia był bardzo skąpy. Musiała mu być wdzięczna za niejedno, choć nie za wiele: za naukę w najtańszej szkole, jaką mógł wyszukać, za kieszonkowe, które dawał jej z wielką niechęcią, za letni pobyt w Clacton, za dwutygodniowy kurs w przepełnionej szkole handlowej i za kurs dla zaawansowanych w stenografii i pisaniu na maszynie, aby przygotować ją na stanowisko prywatnej sekretarki starego Amery’ego. Poza tym dawał jej Mr Tarn to, co określał jako „dom”.

Dziwiła się często, skąd się wziął ten szlachetny kaprys, który skłonił go do adoptowania osieroconego dziecka dalekich krewnych. Gdy oświadczył jej pewnego wieczora, że nienawidzi samotności i że woli mieć w domu dziecko niż psa, zrozumiała jego bezinteresowne postępowanie.

Na pozór pogrążony był zupełnie w zajadaniu pieczonej kury, gdy nagle zapytał:

– Jest co nowego w gazecie?

Mr Tarn sam nigdy gazet nie czytywał, już od lat obowiązkiem Elzy było zwracać mu uwagę na ważniejsze wiadomości w pismach porannych.

– Nic szczególnego – odpowiedziała. – O kryzysie parlamentarnym już pan wie.

Mruknął coś i zapytał:

– Więcej nic?

– Nic, tylko afera handlarzy narkotyków – odpowiedziała Elza.

Maurycy Tarn podniósł nagle głowę. – Afera handlarzy narkotyków? Jak mówisz?

Elza podniosła gazetę, która upadła na podłogę.

– Idzie tu o dwie szajki, które sprowadzały narkotyki. Chyba to pana nie zainteresuje – rzekła, odszukując wspomniane miejsce w gazecie.

Przypadkowo spojrzała na niego i tak była zaskoczona, że omal nie upuściła gazety. Twarz Mr Maurycego Tarna zawsze była blada, ale teraz była biała jak kreda. Dolna szczęka opadła mu, patrzył na Elzę przerażony.

– Dwie szajki? – wykrztusił. – Co mówisz? Czytaj prędko! – rozkazał ochrypłym głosem.

– Myślałam... – zaczęła.

– Nie idzie o to, co ty myślisz, czytaj! – mruknął Tarn. Elza ukryła zdumienie i odszukała artykuł, który zajmował na głównej stronicy pół szpalty: Wczoraj rano inspektor Bickerson z policji kryminalnej z sześcioma urzędnikami urządził obławę na mały skład w Whitechapel i po ujęciu właściciela, zarządził rewizję lokalu. Skonfiskowano znaczną ilość opium i paczkę zawierającą 16 funtów kokainy. Zachodzi podejrzenie, że sklep ten był centralą dwóch szajek, które zarówno w Anglii, jak i w Ameryce uprawiają niedozwolony handel narkotykami. Policja przypuszcza, że na czele jednej z tych organizacji stoi japoński kupiec Soyoka, który jednak wysuwany jest tylko jako figurant, podczas gdy właściwe transakcje załatwia szereg ludzi na poważnych stanowiskach, z których dwaj mają być urzędnikami administracyjnymi w Indiach. Członkowie drugiej szajki, którzy w ostatnich dwóch latach zdobyli wielkie majątki, nie są dokładnie znani. Obie organizacje posiadają setki agentów, którzy rozporządzają całą armią śmiałych przestępców dla zatuszowania swojej roboty. Ujęcie niedawno pewnego Greka w Cleveland, Ohio i jego zeznania wobec władz Stanów Zjednoczonych, naprowadziły Scotland Yard na trop brytyjskiej gałęzi organizacji. Zeznania Greka Moropoulosa pozwalają przypuszczać, że kierownikami drugiej szajki są: jakiś lekarz angielski i znany kupiec londyński.

– Ach!

Nie był to jęk, nie było to westchnienie, ale coś pośredniego.

– Co się stało! – zapytała Elza.

Mr Tarn zrobił niecierpliwy ruch ręką. – Przynieś mi trochę wina... z szafki w moim gabinecie! – mruknął. Elza pobiegła do pokoju i powróciła z pełnym kieliszkiem, który Tarn opróżnił jednym haustem. Krew powracała wolno do jego twarzy, zmusił się do uśmiechu.

– To twoja wina – rzekł z wymuszoną wesołością. – Człowiek w moim wieku nie może o tak wczesnej godzinie dostać „kosza”, nie odczuwając skutków. Zdaje się, że jestem za stary, aby się oświadczać. Zastanów się nad tym, Elzo! Byłem dla ciebie zawsze przyjacielem!

– Czy mam panu jeszcze coś przeczytać?

Ruch ręki przerwał jej słowa. – Głupstwo! Kaczka dziennikarska! Ci ludzie potrzebują sensacji, żyją z tego! Wstał z wysiłkiem.

– Pomówimy o tym w biurze – rzekł. – Zastanów się, Elzo! Drzwi gabinetu zamknęły się za nim. Mr Tarn znajdował się jeszcze w swoim zamkniętym pokoju, gdy Elza wsiadła do jadącego we wschodnim kierunku omnibusu, który zawiózł ją prawie do samych drzwi domu firmy Amery & Amery.

ROZDZIAŁ II

Firma Amery & Amery znajduje się dziś jeszcze w tym samym budynku co w czasach, gdy założyciel przedsiębiorstwa zwołał swoich praktykantów i urzędników, aby walczyć z olbrzymim pożarem Londynu. Po pożarze sterczał tylko wąski, stary dom wśród dymiących ruin na Wood Street. Z biegiem lat dokonano wielu napraw, gdyż surowy zarząd miejski domagał się pewnych zmian w budowie, ale na zewnątrz gmach Amery’ego pozostał taki jak w czasach, gdy „Mayflower” wyjeżdżał z portu Plymouth i omal nie podzielił losu „Pleasant Endeavour”, pierwszego okrętu floty wschodnioindyjskiej.

Stulecia przyniosły firmie wiele zmian losu. Pewnego wieczora w czasach regencji jeden z Amerych przegrał flotę w kości w zajeździe White’a. Później inny Amery odzyskał majątek handlując herbatą, ale wąski dom z nierównymi podłogami, starożytnymi szafkami, niskimi sufitami i kręconymi schodami oparł się czasowi.

Nad grubymi, zielonymi szybami okien, wpuszczającymi światło, widniał wyblakły napis „Amery & Amery, Eksport i Import”, tymi samymi literami, jakie wybrał Amery z czasów Jerzego III. Pokój, w którym Elza Marlowe załatwiała korespondencję nowego właściciela, urządzony został przez młodego kierownika biura, który dopiero jako starzec ujrzał pierwszego policjanta na ulicach Londynu.

Elza, która tego wiosennego poranka siedziała przed swoim zniszczonym biurkiem, równie mało odpowiadała ponuremu otoczeniu jak bukiecik konwalii stojący w zwykłym wazoniku obok jej maszyny do pisania.

W Paryżu mieszkał pewien rzeźbiarz rozmiłowany w delikatnych sylwetkach paryżanek. Elza Marlowe mogłaby służyć panu Milliere za model, gdyż postać miała wysmukłą, zgrabny podbródek, nos prosty, wielkie, pytające oczy i obfite, złociste włosy, które rzeźbiarz tak lubił.

Miała twarz, która skłaniała kobiety do spoglądania na nią po raz drugi.

Jednak nie zawdzięczała bieli i czerwieni swojej cery sztuce, a ciemna purpura jej warg była równie prawdziwa jak głęboki błękit oczu.

Ze zmarszczonym czołem przysłuchiwała się koleżance. Czuła się zawsze nieswojo, gdy ta szczupła osoba z naciskiem wypowiadała swoje myśli.

Elza Marlowe ceniła zdanie Miss Dame tylko w dziedzinie stenografii. Na poglądy panny Jessie o życiu ludzkim wpływały romantyczne wrażenia, jakie zdobywała wieczorami. Ale jeśli określała firmę Amery & Amery jako „niesamowitą”, a Pawła Roya Amery’ego nazywała „niesamowitym potworem”, Elza musiała się z nią zgodzić.

– Może się pani śmiać z kina – rzekła Miss Dame poważnie – ale można się z niego jednak nauczyć poglądów na życie, ludzi, charaktery... Rozumie mnie pani przecież? To są doświadczenia dla takich dziewcząt jak ja.

Widziałam łotrów! O Boże! Ale nigdy nie widziałam człowieka podobnego do majora. Potwór! Wystarczy spojrzeć na niego, Miss Marlowe. Nie mogę pojąć, dlaczego kochany, dobry wujek pani, najlepszy człowiek na świecie, pozostawia panią tutaj. Rozumie mnie pani przecież?

Miss Dame patrzyła lękliwie przez binokle, usta miała otwarte, a mały jej nosek czerwieńszy był niż zazwyczaj. Była wysoka, miała okrągłe ramiona i wygląd niezgrabny. Ręce i stopy miała wielkie, a włosy obcięte a la garconne sterczały dokoła jej głowy niby wachlarz.

– Nie nazwałabym go potworem – rzekła Elza. – Oczywiście, nie jest zbyt miły. Przypuszczam, że nie przywykł do obcowania z białymi ludźmi.

– Otóż to właśnie – wtrąciła Miss Dame. – Murzyni i Indianie!

Założyłabym się, że ich zamęczał na śmierć! To potwór – rzekła Miss Dame stanowczo – tak samo niesamowity jak ten kilkuwiekowy gmach. Żadna podłoga nie jest tu prosta, żadne drzwi nie zamykają się dobrze. Niech pani spojrzy na te małe, niepozorne okna, na belki w suficie! Nawet porządnej umywalni nie ma w całym domu! I taki budynek znajduje się w centrum miasta! Co za licho przyniosło tu majora? Stary Mr Amery nigdy nie wspominał o bratanku, a wujaszek pani był przy odczytaniu testametu tak zdziwiony, że omal się nie przewrócił. Sam mi to opowiadał.

W tej chwili „wujaszek” był dla Elzy równie niemiłym tematem jak „potwór” Amery. Pracownicy firmy przypuszczali, że Mr Tarn był jej wujem, a Elza nie zadała sobie nigdy trudu, aby ich wyprowadzić z błędu.

– Przyzwyczaimy się do niego – rzekła z westchnieniem. – Nowi ludzie są początkowo zwykle niemili, a i on prawdopodobnie nie jest przyzwyczajony do życia biurowego. W Indiach był urzędnikiem. Wiem to...

Urwała, gdyż spostrzegła, że staje się niedyskretna. Nie wolno jej było opowiadać o tajemniczych listach, które dyktował Amery i w których trafiały się całe wiersze niezrozumiałych szyfrów.

– Mr Tarn wie o nim coś – rzekła Miss Dame kiwając głową. – Byli wczoraj razem kilka godzin... Słyszałam. Strasznie hałasowali!...

Elza spojrzała na koleżankę zdziwiona.

– Kłócili się? – zapytała niedowierzająco.

– Kłócili się! – wykrzyknęła Miss Dame z triumfem. – Nie słyszała pani nigdy czegoś podobnego! Pani wyszła wtedy na lunch. Oczywiście „kilka godzin” to znaczy dwadzieścia minut. Nigdy jeszcze nie widziałam wujaszka pani tak zdenerwowanego. Nie przekonało to Elzy. Mr Maurycy Tarn ostatnio denerwował się bardzo łatwo. Dziwiło ją to nawet. Ale kłótnia? Dlaczego miałby się Amery kłócić ze swoim kierownikiem biura? Nie znali się jeszcze prawie zupełnie, gdyż Paweł Amery przyjechał dopiero przed miesiącem, przedsiębiorstwo było dla niego zupełnie nowe i nie orientował się jeszcze wcale w interesach.

– Czy pani jest tego pewna? – zapytała.

Zanim Miss Dame zdążyła odpowiedzieć, rozległ się głośny dzwonek. Elza chwyciła szybko książkę do stenogramów, ołówek i udała się do jaskini swego surowego szefa.

Był to miły pokój wyłożony niebieskim dywanem, od którego odbijały się czarne, błyszczące boazerie. Na starym kominku tykał czcigodny zegar, okna zasłonięte były ciemnoniebieskimi firankami, a jedyną jasną barwą była szkarłatna skóra krzeseł.

Człowiek przy wielkim biurku patrzył na leżący przed nim list i zdawał się nie spostrzegać jej obecności. Czytał po cichu, poruszając bezgłośnie wargami i starając się widocznie zapamiętać każde słowo. Minęła minuta...

Paweł Amery podniósł głowę z owym wyrazem twarzy, który budził w Elzie zawsze uczucie graniczące z wściekłością. Na jego ustach pojawił się lekko drwiący uśmiech, przy czym kąciki ust opadły, a w niebieskich oczach czaiło się coś zimnego i badawczego, coś dziwnie obrażającego. Poznała już ten wyraz dawniej. Następował on zwykle po przerwaniu jego marzycielskiej zadumy. A Paweł Amery nie miał wesołych marzeń na jawie.

Uśmiech ten przez sekundę tylko zniekształcał jego chudą, ciemną twarz. W następnej sekundzie miała ona już wyraz obojętny, choć czarne brwi schodziły się na zmarszczonym czole, nadając twarzy wyraz twardy, prawie nieludzki.

– No?

Głos jego brzmiał jak granit. W jednej chwili powrócił z marzeń do rzeczywistości, a oczy jego patrzyły badawczo w jej oczy. Niektórzy ludzie sądziliby, że posiadał on miłą powierzchowność, a i Elza jako kobieta przyznawała mu to. Gorące słońce Indii spaliło skórę jego twarzy i nadało mu coś z charakteru zwierząt z dżungli, na które polował. Ilekroć widziała go, jak przechodził przez pokoje biurowe, cicho, prawie ukradkiem, musiała myśleć o kocie.

– No?

Nigdy nie podnosił głosu i nie okazywał zniecierpliwienia, a jednak jego „No?” było jak uderzenie biczem w twarz.

– Dzwonił pan po mnie i chciał przejrzeć akta... Chi Funga i Lee, Mr Amery – wyjąkała, zła na siebie za swoje zmieszanie.

Major Amery bez słowa wyciągnął rękę i wziął przyniesione papiery.

Przejrzył je w milczeniu i odłożył.

– Dlaczego się pani mnie boi?

Pytanie to wprawiło Elzę w zdumienie. Spadło na nią tak nieoczekiwanie i było tak niemożliwe do odpowiedzenia, że mogła tylko stać i patrzeć w nieruchome oczy, aż jego władcze spojrzenie zmusiło ją do spuszczenia powiek.

– Nie boję się pana, Mr Amery – odparła, usiłując mówić głosem spokojnym. – To dziwne pytanie! Ja... ja... się nikogo nie boję – dodała wyzywająco. Mr Amery nie odpowiedział nic. I to właśnie milczenie zadawało jej słowom kłam.

– Zresztą – ciągnęła z uśmiechem – czyż to nie jest właściwe zachowanie sekretarki wobec szefa? Należny szacunek...

Urwała, gdyż czuła, że to co mówi, jest głupie. Ale on patrzył przez okno na słoneczną Wood Street. Na pozór myśli jego bawiły przy obładowanych wozach ciężarowych stojących w wąskiej uliczce lub przy policjancie, który kierował ruchem, a może przy ciemnym szeregu domów przeciwległych – ale nie przy ładnej dziewczynie o bujnych, złocistych włosach.

– Ma pani pięć stóp i trzy cale – rzekł bez widocznego związku. – To znaczy sześćdziesiąt trzy cale! Mały palec lewej ręki ma pani zagięty, widocznie złamała go pani jako dziecko. Obcuje pani dużo z człowiekiem głuchawym, bo głos pani brzmi donośnie. Naturalnie, Mr Maurycy Tarn!

Zauważyłem, że jest głuchawy.

Elza odetchnęła głęboko.

– Czy mam tu zostawić akta? – zapytała.

Oczy jego nie patrzyły już w jej twarz. Spoglądał gniewnie gdzieś na biurko.

– Nie, jest mi pani potrzebna. Proszę napisać list do Fing Li T’sina, 796 Bubbling Weil Road, Szanghaj! Tang chiang chin ping ch’ang... przepraszam, pani przecież nie rozumie po chińsku!

Nie żartował. Zauważyła, że zaczerwienił się, zły na siebie o tę omyłkę, gdyż Elza mogła przypuszczać, że z niej drwił.

– Zresztą, on lepiej potrafi czytać i pisać po angielsku niż pani albo ja – dodał szybko. – Niech pani pisze: Szukam zaufanego człowieka do prowincji Nangpoo. Feng Ho przyjechał. Może Pan pisać do niego tutaj. Jeżeli zobaczy Pan Długi Miecz z Sun Yat, niech mu Pan powie...

Przerwał i podał jej kawałek papieru. Wypisane na nim były starannie wielkimi literami słowa: Lektyka, Tendencja, Pomoc, Wojenny, Świeca, Szablon, Mydło, Klon, Wierzchołek, Hamlet, Życzenie.

Patrzył na nią, kiedy czytała. Gładził ręką małe, czarne wąsiki, a kiedy Elza podniosła głowę, zarumieniła się, gdyż spojrzenia ich spotkały się.

– Czy to nie jest dobra posada? – rzekł, wodząc dokoła wzrokiem.

Niewiele roboty! Dobra pensja!

Po raz pierwszy okazał jej jakieś zainteresowanie. Aż dotąd miała wrażenie, jakby traktował ją niby ruchomy mebel.

– Tak, to dobra posada – rzekła zmieszana i dodała, sama zła na siebie za te słowa: – Mam nadzieję, że jest pan zadowolony z mojej pracy?

Amery nie odpowiedział.

Po chwili rzekł: – Znała pani przecież mojego stryjecznego dziadka, Bertrama Amerey’ego?

Nie patrzył na nią mówiąc. Wzrok jego wybiegał znowu na ulicę.

– Bardzo mało – rzekła. – Byłam tu podczas ostatnich miesięcy jego życia. Zjawiał się w biurze tylko na kilka minut.

Major wolno skinął głową.

– Stary prowadził oczywiście cały interes?

– Stary? – Zmarszczyła brew. Zrozumiała, że uwaga ta odnosiła się do Mr Maurycego Tarna. – Mr Tarn brał zawsze udział w prowadzeniu interesu, rzekła nieco sztywno, choć nie czuła się tym obrażona, że mówił z lekceważeniem o jej dalekim krewnym.

– Mr Tarn brał zawsze udział w prowadzeniu interesu – powtórzył zamyślony, potem spojrzał na nią nagle. – Dziękuję pani, to wszystko! – rzekł.

Była już przy drzwiach, gdy głos jego powstrzymał ją. – Ile pani płaci Stanford Corporation? – zapytał.

Odwróciła się i spojrzała na niego zdziwiona.

– Stanford Corporation, Mr Amery? Patrzył na nią badawczo.

– Przepraszam – rzekł spokojnie. – Widzę, że pani nie zna tego ruchliwego przedsiębiorstwa.

Zrobił ruch głową w stronę drzwi, a Elza, dopiero siedząc przy swoim biurku, uświadomiła sobie to poniżające zachowanie.

ROZDZIAŁ III

Stanford Corporation! Co on miał na myśli? Czy przypuszczał, że pracuje potajemnie dla innej firmy? Gdyby była w lepszych stosunkach z wujem, rozwiązanie tej zagadki byłoby łatwe, ale chwilowo była z nim na złej stopie.

Przepisywała właśnie list, gdy usłyszała, że drzwi od pokoju otworzyły się i zamknęły. Odwróciła się i spostrzegła człowieka, którego właśnie dzisiaj chciała uniknąć.

Stał przez chwilę, targając palcami zmierzwione wąsy i patrząc na nią gniewnie bladymi oczyma. Potem przeszedł wolno przez pokój, a wysoka jego postać zatrzymała się przy niej. Był niezwykle wysokiego wzrostu, a jak na kierownika dużego przedsiębiorstwa ubrany zbyt niechlujnie.

– Gdzie jest Amery? – zapytał cicho.

– W swoim pokoju, Mr Tarn.

– Hm! – Potarł nieogolony podbródek. – Mówił coś?

– Co?

– Coś? – zapytał niecierpliwie.

Potrząsnęła głową. Chciała już opowiedzieć o pytaniu majora Amery’ego, ale nie mogła mu dziś zaufać.

– Czy zastanowiłaś się nad tą sprawą, o której mówiliśmy dziś rano?

Spojrzał na nią szybko i zanim się odezwała, wyczytał odpowiedź na jej twarzy.

– Nie... nie ma... nie ma sensu myśleć o tym.

Twarz jego skurczyła się z wyrazem bólu.

– Za stary jestem? Pójdę na wszelkie ustępstwa, jakie zaproponujesz. Chcę tylko towarzystwa. Nienawidzę samotności. Potrzebny mi jest ktoś, do kogo bym mógł mówić... żona... ktoś, kogo znam i komu mogę zaufać. Muszę ulżyć swoim myślom. Kobiety nie można zmusić do mówienia... Rozumiesz przecież? Wszelkie ustępstwa! – Akcentował te słowa, a Elza rozumiała ich znaczenie. Ale mówiąc nie patrzył na nią. To przyrzeczenie „wszelkich ustępstw” było kłamstwem. Potrzeba mu było więcej niż zaufanego słuchacza.

Odetchnęła głęboko, przygnębiona.

– Czy musimy powracać do tego, Mr Tarn? – zapytała. To rzeczywiście zbyteczne. Dręczy mnie to niemożliwie, a wiem, że miałabym życie nieznośne.

Pocierał ciągle podbródek, a wzrok jego powędrował ku drzwiom pokoju Pawła Amery’ego.

– Czy coś jest nie w porządku?

Potrząsnął z rozdrażnieniem głową. – Nie w porządku? Co ma być nie w porządku? – Patrzył zakłopotany na drzwi. – Wejdę i pomówię z nim. W głosie jego brzmiało wyzwanie, które ją zaskoczyło. Tego rysu charakteru Maurycego Tarna nie znała. Znała go jako panującego nad sobą kupca, nie posiadającego wyobraźni. W najgorszym razie był tyranem domowym, pijącym ukradkiem. Po chwili jednak skupił się, jakby podjął ważną decyzję. Ręka, która targała wąsy, drżała, a w oczach jego wyczytała Elza lęk. – Muszę wyjechać – rzekł cicho. – Nie wiem dokąd, ale... ale gdzieś.

Usłyszał, jak poruszyła się klamka. Obejrzał się przerażony. Paweł Amery stał na progu, a na wąskich jego wargach igrał ów nienawistny uśmiech.

– Chciałem... chciałem pomówić z panem, majorze Amery. Paweł Amery bez słowa otworzył drzwi nieco szerzej i kierownik biura wszedł do jego gabinetu. Amery zamknął za nim drzwi i wolno podszedł do biurka. Nie usiadł, lecz stał z rękoma w kieszeniach i głową nieco pochyloną, mierząc Tarna zimnym, badawczym spojrzeniem.

– No?

Wargi Mr Tarna poruszyły się dwa razy, zanim zaczął mówić głosem nienaturalnym.

– Czuję, że jestem panu winien wyjaśnienie, majorze Amery, z powodu owego... owego zajścia, które miało wczoraj miejsce. Obawiam się, że straciłem nad sobą panowanie, ale rozumie pan, że człowiek, który zajmował w firmie Amery & Amery odpowiedzialne stanowisko i który, mam prawo to powiedzieć, ceniony był przez pańskiego stryja...

– Niech pan siada! Maurycy Tarn usiadł niechętnie.

– Mr Tarn, jestem nowicjuszem w tej firmie. Powinienem był przed ośmiu miesiącami, gdy stryj mój umarł, a majątek przeszedł w moje posiadanie, przyjechać natychmiast. Nie wiedziałem wówczas pewnych rzeczy, które wiem teraz. Wyobrażałem sobie Amery & Amery jako firmę, która może się obejść beze mnie. Nigdy nie patrzyłem na nią jak na wroga, którego muszę zwalczać.

Maurycy Tarn utkwił w nim wzrok. – Zwalczać? Nie rozumiem pana. Jak na wroga, majorze Amery? – rzekł drżąc.

– Co to za firma Stanford Corporation? – Pytanie to zabrzmiało jak wystrzał. Mr Tarn zżymnął się, ale nie odpowiedział.

– W jednym z wielkich domów na Threadneedle Street mieści się to przedsiębiorstwo – rzekł Amery wolno – które prowadzi niezbyt dobrze prosperujący interes, gdyż Stanford Corporation zajmuje tylko jeden pokój i nie ma urzędników. Całą robotę załatwia jakaś tajemnicza osobistość, która przychodzi po zamknięciu wszystkich biur i odchodzi krótko przed północą.

Człowiek ten sam pisze swoje listy na maszynie i nie zostawia kopii. Miewa konferencje z różnymi ludźmi o podejrzanej sławie. Choć nazwa Stanford Corporation nie figuruje w księgach firmy Amery & Amery, jestem przekonany, że nasz czcigodny dom – wargi jego wykrzywiły się znowu – stworzony wieloletnią pracą i oparty na uczciwości i rzetelności moich zmarłych przodków, używany jest jako płaszczyk dla przykrycia jakiejś tajemnej roboty.

– Majorze Amery! – Przez chwilę w zachowaniu Maurycego Tarna można było wyczuć oburzenie, ale wnet stopniało ono pod przenikliwymi oczyma majora. – Jeśli pan ma takie wrażenie – mruknął Tarn szybko – to najlepiej będzie, jeżeli opuszczę firmę. Służyłem jej wiernie przez trzydzieści pięć lat i nie uważam, aby mnie pan traktował sprawiedliwie. Co to za tajemnicza robota? Znam Stanford Corporation, przypominam sobie teraz. To zupełnie realne przedsiębiorstwo...

Rozchylone wargi i stalowe spojrzenie zmusiły go do milczenia.

– Chce pan udawać do końca? Dobrze, jak pan woli! Tarn, zajmuje się pan czymś, czego ja nie toleruję, mówiąc łagodnie. I przerwę pańską działalność, tak, przerwę ją, choćbym miał pana przez to zniszczyć. Rozumie pan? Wie pan, kim jestem – zgaduje pan więcej, niż pan wie. Stoi mi pan na drodze, Tarn!

Nie spodziewałem się zastać tu takich przeszkód.

Wskazał na podłogę, a Tarn wiedział, że ma na myśli firmę Amery & Amery.

– Powiem to panu wyraźnie – ciągnął major. – Dwie szajki, zajmujące się handlem narkotyków, mogą i robią na tym majątki. Może czytał pan coś o tym w dzisiejszej gazecie porannej. Dwie szajki! Na dwie nie ma miejsca! – rozumie pan?

Twarz Tarna zbladła jak popiół, nie mógł mówić. Człowiek przy biurku nie patrzył na niego, wzrok jego błądził po ulicy, jakby ruch na Wood Street stanowił dla niego coś bardzo zajmującego.

– Nie ma miejsca na dwie – zaledwie na jedną! – powtórzył. – Druga szajka musi zlikwidować swoje interesy i wynosić się póki czas. Czyha wiele niebezpieczeństw. Stronnictwo Soyoki nie zgodzi się w milczeniu na konkurencję. Powiadam to panu jako przyjaciel!

Tarn zwilżył zeschłe wargi i nie odpowiedział.

– Dziewczyna nie należy do tego?

– Nie. – Stary człowiek zrobił to wyznanie. – Pan jest... Soyoka! – syknął. – O nieba! Tego bym nie przypuszczał. Wiedziałem, że pracuje pan z Indiami i ze Wschodem, ale nigdy w to nie wierzyłem. – Głos jego zniżył się do niezrozumiałego szeptu.

Amery nie odpowiedział. Ruchem głowy zwolnił urzędnika. Elza widziała go, jak szedł, chwiejąc się, niby we śnie, przez biuro i dziwiła się, skąd ta blada twarz i drżące ręce.

Gdy Amery pozostał sam, podszedł do biurka i wsparł podbródek na dłoniach. Na przeciwległej ścianie wisiał obraz w staromodnej złoconej ramie – portret starszego mężczyzny w długiej peruce. Nosił prosty, brązowy strój, koronkowy kołnierz otaczał jego podbródek, a w ręku trzymał rozwiniętą mapę świata. Pierwszy Amery! Ostatni z rodu spojrzał w twarde, szare oczy pradziada i skłonił się.

– Czcigodny przodku – rzekł z szyderczą powagą – oszukańcza firma Amery & Amery wita cię!

ROZDZIAŁ IV

Według zwyczaju, panującego w firmie Amery & Amery od niepamiętnych czasów, pracownicy mieli przerwy obiadowej godzinę i dwadzieścia pięć minut. Nikt nie wiedział, skąd pochodziły te dwadzieścia pięć minut. Była to tradycja firmy, tego dnia szczególnie pożądana dla Elzy Marlowe, gdyż postanowiła zasięgnąć rady jedynego człowieka, który mógł tę zagadkę rozwiązać.

Punktualnie o pierwszej opuściła biuro i pośpieszyła w kierunku Cheapside.

Wsiadła do taksówki i po upływie kwadransa wysiadła przed małym domem na Half Moon Street. Zaledwie zapłaciła szoferowi, gdy otworzyły się drzwi i trzydziestoletni mężczyzna wybiegł jej naprzeciw.

– Co za cud! Czy szanowna firma Amery & Amery zbankrutowała?

Elza weszła pierwsza do domu i dopiero gdy znalazła się w małej, zacisznej jadalni, odpowiedziała mu.

– Wszystko stoi do góry nogami, Ralfie. Nie, mój drogi, jeść nic nie będę.

Ty jedz, a ja będę mówiła.

– Jadłem już. Proszę przynieść coś dla Miss Marlowe – rozkazał dr Ralf Hallam służącemu, a gdy ten wyszedł, zapytał troskliwie: – Co się stało?

Elza znała Ralfa Hallama z czasów, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Był on przyjacielem jej „wuja” i częstym gościem w ich domu w Bayswater.

Dorastali razem. Przyznawał sam, że był bardzo kiepskim lekarzem i od czasu próbnej praktyki w klinice nie uprawiał swego zawodu. Teraz był dzielnym kupcem, a małym majątkiem, który pozostawiła mu matka, potrafił tak obracać, że mógł się obejść bez dochodów, które by mu przyniósł jego zawód.

Był blondynem o jasnych oczach, lat około trzydziestu, choć chłopięca, gładko wygolona twarz i niezmącony humor sprawiały wrażenie, jakby dopiero przekroczył dwudziestkę.

– Nie jesteś chyba chora? – zapytał, a gdy Elza z uśmiechem potrząsnęła głową, odetchnął z ulgą. – Dzięki Bogu! Inaczej czułbym się zmuszony poszukać dobrego lekarza.

Podczas rozmowy pomagał jej zdjąć palto, odebrał od niej rękawiczki i torebkę.

– Wiesz, że Mr Tarn nie jest moim prawdziwym wujem?

– Co? – Spojrzał na nią. – Ach tak... Jakiś daleki krewny, prawda?

Komiczny staruszek – czy nie nudzi cię czasami?

– Wiesz Ralfie, on się chce ze mną ożenić – rzekła tragicznie. Dr Hallam właśnie wziął kieliszek z kredensu i chciał postawić go na stole. Przy tych słowach kieliszek wypadł mu z ręki i rozbił się na kawałki. Elza spojrzała na Ralfa i spostrzegła, że zbladł.

– Jaki ja jestem niezręczny! – Głos jego brzmiał spokojnie. – Powtórz jeszcze raz! Chce się z tobą ożenić... ten... ten... ten...

Elza skinęła głową. – Tak! To prawie nie do wiary! Ach, Ralfie, jestem taka zmartwiona. W ostatnich tygodniach stał się taki dziwny. Pokłócił się z Amerym.

– Spokojnie, spokojnie, moja droga! Siadaj! Opowiedz mi to jeszcze raz!

Pokłócił się z Amerym – to ten człowiek z Indii?

Elza opowiedziała mu, co wiedziała o wypadku porannym. Ralf Hallam pogwizdywał.

– To stary łotr! – rzekł spokojnie. – Co mu się nagle stało? Skąd te niespodziane zamiary małżeńskie? Być gospodynią w Elgin Crescent, to wcale nie jest miła perspektywa.

– Chce wyjechać za granicę – rzekła. – Dlatego chce się tak szybko żenić. Właściwie miałam ci o tym nie mówić.

Za późno przypomniała sobie o rozkazie opiekuna. Ale jeśli nawet Ralf Hallam zaskoczony był tą nowiną, nie dał tego poznać po sobie.

– Oczywiście, nie wyjdziesz za niego. Taki Grudzień nie pogodzi się z twoim Majem, Elzo! – Zdawało się jej, że chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nie rzekł nic. Przez chwilę czuła obawę, że dzień ten przyniesie jej jeszcze jedne oświadczyny, gdyż w oczach jego zaigrał znamienny blask. Lubiła Ralfa Hallama – ale nie w ten sposób. Był bardzo dobry, bardzo usłużny, prawdziwy przyjaciel – a wszystko to byłoby zburzone, gdyby padły te nie wypowiedziane słowa. Doznała ulgi, gdy zaczął znowu mówić o Amerym.

– Co to właściwie za człowiek, ten Hindus? – zapytał. – Czy nie był tam urzędnikiem administracji?

– Wiem o tym bardzo mało – odpowiedziała. – Nikt z nas nie wie o nim nic. Był przez szereg lat w Indiach. Powiadają nawet, że on nie jest Anglikiem, lecz należy do amerykańskiej gałęzi Amerych i że stary Amery postarał mu się o stanowisko w Indiach. Dziwny z niego człowiek.

Ralf Hallam uśmiechnął się. – Może wariat. Większość tych Hindusów ma bzika. To od słońca.

Elza potrząsnęła głową. – Nie, on nie jest wariatem. Ma straszne maniery.

Jest taki szorstki, że graniczy to z brutalnością. A jednak, Ralfie, ma w sobie coś pociągającego. Myślę nieraz o tym, jakie on wiódł życie, jak spędza godziny wypoczynku. Nie mogę ci opowiedzieć, co się dzieje w biurze – tego mi nie wolno – ale korespondencja jego jest taka niezwykła. Dziwny ma w sobie magnetyzm. Kiedy spogląda na mnie, czuję jak... czuję, że tracę panowanie nad sobą. Czy to nie brzmi niepokojąco?

– Bezwarunkowo! – zawołał Ralf zdziwiony – czy on cię hipnotyzuje?

– Ta-ak – rzekła z wahaniem – może masz rację. Przypomina mi jakieś piękne, gładkie zwierzę, choć nie jest wcale ładny. Niekiedy oczy jego są tak okrutne, że przenika mnie dreszcz, niekiedy zaś tak smutne, że chce mi się płakać, ale przeważnie jest taki zjadliwy, że czuję do niego wstręt. – Musiała się roześmiać z własnej niekonsekwencji.

– Jessie Dame nazywa go „niesamowitym potworem” i może ma rację.

Czasami, gdy jestem u niego, mam wrażenie, jakby myśli jego zajęte były jakimś strasznym przestępstwem. Taki jest nieufny. Kiedy zadaje pytanie, ma się wrażenie, iż spodziewa się, że go się chce okłamać. Nie można się pozbyć wrażenia, że się jest pod jego ciągłą obserwacją. Taki jest we wszystkim. Nosi buty na grubych, gumowych podeszwach i porusza się budząc grozę. Mr Tarn nienawidzi go.

– Dziwna, niemiła osobistość! – rzekł Ralf z uśmiechem – ale bardzo charakterystyczna. Nie trać odwagi! Co do Tarna, byłoby może dobrze, gdybyś go na krótki czas opuściła. Czy znasz moją bratową?

– Nie wiedziałam, że masz bratową – odpowiedziała Elza i uśmiechnęła się.

– Polubisz ją – rzekł Ralf z prostotą. – Postaram się, żeby cię zaprosiła na kilka dni.

W tej chwili wszedł służący z nakryciem i oboje zamilkli. Elza skończyła jedzenie i szykowała się do odejścia, gdy przed domem zatrzymał się samochód. Ralf wyjrzał przez okno.

– Zaczekaj!

Poszła za jego spojrzeniem, ale ze swojego miejsca nie mogła widzieć, kto płacił szoferowi.

– Kto to jest? – zapytała.

– Cudowny Tarn – rzekł Ralf. – Sądzę, że lepiej, aby cię tu nie spotkał.

Wejdź do gabinetu. Znasz drogę. Kiedy go wpuszczę do jadalni, możesz się ulotnić. Postaram się już, żeby cię nie zobaczył.

Kiedy rozległ się dzwonek, Elza weszła do małego gabinetu, a wkrótce potem usłyszała głęboki głos Maurycego Tarna w przedpokoju. Przeczekała chwilę, potem na palcach przebiegła przez przedpokój i znikła.

Tarn, którego nerwy były napięte, usłyszał szelest zamykanych drzwi i obejrzał się podejrzliwie.

– Kto to był?

– Mój służący wyszedł – rzekł Ralf chłodno. – Co panu jest? Tarn nie odpowiadał przez chwilę, potem siadł z westchnieniem na fotelu i zakrył twarz dłońmi.

– Czy rzeczywiście jest tak źle? – zapytał Ralf Hallam.

– On wie! – odpowiedział Tarn głosem stłumionym.

– Kto to jest „on” – ten pan z Indii? I co on wie?

– Wszystko, Hallamie! On jest Soyoką! Hallam patrzał na niego z otwartymi ustami.

– Oszalał pan – Soyoką?

– Albo Soyoką, albo jednym z naczelników jego szajki. Dlaczego nie miałby nim być? Dochody firmy Amery & Amery nie przekraczają ośmiu tysięcy rocznie. Wiemy, jakie zarobki daje interes Soyoki. Oni zarabiają miliony, kiedy my zarabiamy tysiące. Mieszkał w Indiach i nie wiedział, że stary Amery pozostawił mu swoją firmę. Myśmy wiedzieli zawsze, że urzędnicy w Indiach szli z szajką Soyoki ręka w rękę. Skąd by on inaczej mógł wiedzieć, gdzie szukać naszych ładunków? Pierwszą rzeczą, jaką uczynił, było, że zapytał o skrzynkę galanterii, którą otrzymaliśmy od Steina w Lipsku i zażądał szczegółów. Radził mi zniknąć, zrobię to. Hallamie, walczyć z Soyoką – to śmierć! Oni się przed niczym nie cofną. Nie mogę już tego wytrzymać, Hallamie! Jestem za stary do tego interesu.

– Słyszałem jednak, że nie za stary do małżeństwa. Tarn spojrzał na niego.

– Co to ma znaczyć?

– To, co mówię. Słyszałem, że chce pan zniknąć z pewną damą, której nazwisko ma pozostać w tajemnicy.

Maurycy Tarn wzruszył ramionami. – Nie wiem jeszcze, co zrobię. Boję się!

– Rozumiem dobrze, że się pan boi. – Głos Ralfa Hallama brzmiał niemile, twarz jego przybrała wyraz twardy, dolna warga drżała. – Jeśli pan sądzi, że musi pan uciekać, niech pan ucieka – pieniędzy ma pan dość, aby doprowadzić do porządku swoje nerwy. Naturalnie do Ameryki Południowej, tak sobie pomyślałem. Jedź pan i niech błogosławieństwo będzie z panem!

Stracił pan nerwy i moim zdaniem jest pan do niczego. Gorzej nawet – jest pan niebezpieczny. Podzielimy się jak najszybciej i może pan jechać, choćby do diabła, jeżeli pan chce.

Podszedł wolno do złamanego człowieka i spojrzał na niego z góry.

– Ale pojedzie pan sam. Ja potrzebuję współpracownika.

– Elzę?

– Elzę! – rzekł Ralf Hallam. – Potrafię doprowadzić ją do tego, że będzie mi powolna. To drobnostka. Potrzebuję jej, Maurycy. To bardzo dzielna dziewczyna. Nie ganię pana, że ją pan chce poślubić. Jest boska. Ale i ja ją chcę mieć. W tej smukłej dziewczynie jest całe niebo, Maurycy!

– Ale – ale... – Tarn spojrzał na niego przerażony. Odosobniona komórka jego mózgu, w której niegdyś mieściła się moralność, pracowała z natężeniem.

– Ależ pan nie może przecież, Ralfie! Pan jest żonaty... wiem o tym. Pan nie może się z Elzą ożenić!

– O małżeństwie nie mówiłem – rzekł Ralf Hallam mrukliwie. – Na Boga, nie bądź pan tak uczciwy!

ROZDZIAŁ V

W drodze powrotnej do biura serce Elzy doznało ulgi i mogła znowu myśleć jasno. Nie powiedziała Hallamowi wszystkiego. Nie wiedział nic o jej nocnych mękach, gdy Maurycy Tarn siedział przed zastawionym butelkami stołem i przemawiał do niej uparcie, aż jej się w głowie kręciło. Sądziła, że jego pośrednie aluzje o małżeństwie, jego zaletach i korzyściach, były tylko objawem gadatliwości. Teraz zrozumiała ich cel. Zmieszana i oszołomiona usiłowała ustosunkować się do jego niezwykłej propozycji. Dawniej nie pijał tak wiele. Zdusiła westchnienie, gdy taksówka wjechała w Wood Street i zapukała w szybę, aby zatrzymać samochód, zanim dojedzie do domu firmy Amery & Amery.

Było już wpół do trzeciej, gdy wbiegała po wąskich schodach w nadziei, że niemiły szef jeszcze na nią nie dzwonił. Gdy otworzyła drzwi do swego pokoju, ujrzała na krześle przy oknie jakiegoś człowieka. Choć dzień był gorący, nosił palto, na którego kołnierz spadały jego czarne włosy. Odwrócony był do niej tyłem i na pozór zupełnie zajęty obserwowaniem ulicy, gdyż dopiero usłyszawszy szmer zamykanych drzwi odwrócił się nagle i wstał. Przez chwilę patrzyła nań Elza z otwartymi ustami. Był to Chińczyk!

Ubrany był według najświeższej mody. Palto było wcięte, szare spodnie w paski starannie wyprasowane, na lakierkach nosił białe getry. Modny krawat i eleganckie rękawiczki były zupełnie europejskie. Ale twarz! Niezgłębione oczy za powiekami bez rzęs, żółta, pergaminowa skóra, bezkrwiste wargi, wystające kości policzkowe – Elza nigdy jeszcze nie widziała czegoś tak brzydkiego. Jakby czytając w jej myślach, rzekł najczystszą angielszczyzną:

– Taki człowiek jest piękny, jakim go natura uczyniła. Feng Ho, Baccalaureus Scientiis – proszę, oto moja karta. – Z lekkim ukłonem podał jej podłużną wizytówkę, którą przyjęła machinalnie.

W tej chwili usłyszała dziwny, ale miły dźwięk. Był to cudowny śpiew ptaka. Na jednej z półek stała misternie sporządzona klatka. Złote druty i kolorowe szkło połączyły się, aby upiększyć pałacyk małego śpiewaka. Na drążku siedział cytrynowożółty kanarek, którego gardziołek poruszał się podczas śpiewu.

– To cudowne! – rzekła Elza zdumiona. – Skąd on się tu wziął?

Feng Ho uśmiechnął się. – Ja go przyniosłem. Pi towarzyszy mi wszędzie.

Ludzie oglądali się na ulicy i uważali to za dziwne, że taki chiński pan, Baccalaureus Scientiis, nosi zwyczajną klatkę. Ale Pi potrzebuje powietrza. Dla ptaka nie jest dobrze pozostawać stale w pokoju. Pi, wrono niegodna i brzydka, zaśpiewaj pięknej panience swoją głupią piosenkę.

Ptaszek był przez pewien czas spokojny, ale teraz wyrzucił z siebie falę dźwięków, napełniając cichy pokój miłymi tonami.

– To cudowne! – rzekła Elza i z ptaka przeniosła wzrok na jego posiadacza.

Niezgłębione oczy Chińczyka obserwowały ją.

– Żałuję bardzo, jeżeli panią przestraszyłem – rzekł. – Dla pani to zapewne coś nowego spotkać Chińczyka, Miss Marlowe!

Elza zdumiała się. Skąd ten człowiek znał jej nazwisko?

– Pan... pan chciał zapewne mówić z majorem Amerym? – zapytała, odzyskawszy spokój.

– Już z nim rozmawiałem. Prosił, abym zaczekał chwilę i przedstawił się pani. Obawiam się, że będę zbyt częstym gościem.

Elza zmusiła się do uśmiechu. – Niech się pan nie obawia, Mr... Czy miała go nazywać Mr Feng czy Mr Ho? Znowu zdawał się czytać jej myśli.

– Feng Ho to złożone nazwisko – wyjaśnił – i zbyteczne jest dodawać do tego jakiś tytuł. – Oglądając z zadowoleniem swoje nowiutkie rękawiczki, dodał: – Major Amery przyszedł właśnie.

Elza spojrzała na niego szybko. – Nie słyszałam go – rzekła.

Feng Ho skinął energicznie głową. – Tak, przechodzi teraz przez pokój, zatrzymał się przed kominkiem. – Podniósł głowę nadsłuchując. – Teraz jest przy biurku i podnosi jakiś papier. Nie słyszała pani szelestu?

Spojrzała na niego podejrzliwie. Czy ten dziwny człowiek drwił z niej?

– Słyszę wszystko – rzekł. Teraz siedzi w swoim fotelu. Trzeszczy pod nim. Podeszła do drzwi prowadzących do pokoju majora i otworzyła je. Gdy zajrzała, Amery siedział przy biurku i wyciągał właśnie rękę, aby nacisnąć dzwonek, który miał ją przywołać.

– Niech pani wejdzie – rzekł szorstko. – Więc poznała pani Feng Ho?

Zauważył jej rumieniec i górna jego warga skrzywiła się w nienawistnym uśmiechu.

– Dał pani zapewne próbkę swego słuchu? To jego jedyna próżność.

Obejrzał się za Chińczykiem. Feng Ho ukazał swe piękne uzębienie, uśmiechając się od ucha do ucha.

– Proszę, niech pani zamknie drzwi! – rzekł major. Gdy Elza chciała go usłuchać i zamknąć drzwi przed Chińczykiem, usłyszała z warg majora szereg niezrozumiałych dźwięków i ujrzała, jak Feng Ho ukrył dłonie w rękawach i skłonił się.

– Będzie pani zapewne często widywała Feng Ho. A może nie. Niech pani napisze list!

Podczas następnego kwadransa palce jej migały nad książką do stenogramów, bo kiedy Amery dyktował, mówił tak szybko, że Elza musiała pracować z najwyższym natężeniem. Słowa jego brzmiały jak nieprzerwany stukot karabinu maszynowego, a zdania kończyły się równie szybko. Podniosła głowę czekając, aż szef zwolni ją, ale spostrzegła, że spojrzał na nią.

– Feng Ho jest Chińczykiem – rzekł zbytecznie, zaś widząc jej uśmiech, dodał ze złośliwym spojrzeniem. – Wielu ludzi myli Chińczyków z innym sąsiednim narodem.

Urwał, a potem ciągnął. – Natomiast Soyoka jest Japończykiem i płaci dobrze.

Nazwisko to wydało się jej znajome, ale chwilowo nie mogła sobie przypomnieć, gdzie je słyszała czy czytała.

– Płaci swoim urzędnikom bardzo dobrze – ciągnął. – Sądzę, że uczyniłaby pani lepiej, pracując dla niego zamiast dla tej szajki amatorów.

Soyoka dobrze płaci.

Nie spuszczał wzroku z jej twarzy i spostrzegł, że była zaskoczona.

– Czy pan sobie życzy, abym go... abym opuściła firmę Amery & Amery? – zapytała. – Kto to jest Soyoka? Zdaje się, że słyszałam już raz to nazwisko.

– Soyoka jest to pewien japoński pan – wyjaśnił Amery głosem podnieconym – bardzo potężny i bardzo bogaty Japończyk. U Soyoki wszystko jest w najlepszym porządku, a przyjaciele jego są zawsze gotowi angażować ludzi, którzy mogą im być pomocni. Soyoka nie miałby nic przeciwko temu, by zaangażować kogoś, kto pracował dla konkurencji.

Przypuszczam nawet, że byłby z tej sposobności zadowolony. A przy tym, jak powiedziałem, płaci dobrze.

Elza potrząsnęła głową.

– Wprawia mnie pan w zdumienie, majorze Amery. Nie wiem istotnie, kim jest Soyoka, a nierada bym pracować dla ludzi ze Wschodu.

Major nie odpowiedział na to, lecz dodał nieoczekiwanie:

– Może pani zaufać panu Feng Ho. Posiada on wszystkie cnoty Wschodu bez jego występków. Większość Chińczyków to ludzie uprzejmi i lubiący ptaki.

Ilekroć Feng Ho będzie wchodził do naszego biura, będzie pani przyjemnie.

Zyskuje on przy bliższej znajomości. Pewien pirat zabił jego ojca – dodał bez widocznego związku. – Feng Ho dogonił mordercę w górach Ningpo i przyniósł w swojej torbie siedem głów piratów. Dziwny człowiek, nieprawdaż?

Przerażenie i zdumienie odebrały jej mowę. – Ten mały człowieczek? – zapytała nieufnie. – To straszne!

– Oczywiście, że to straszne, gdy własnemu ojcu obcinają głowę – rzekł major zimno. Potem, znowu na pozór bez związku, dodał: – Feng Ho to śmierć dla rywali Soyoki – niech pani to zapamięta!

– Kto to jest Soyoką? – zapytała Elza, nieco rozgoryczona. – Wymienił go pan już trzykrotnie, majorze Amery. Może jestem trochę ociężała na umyśle, ale nie mogę zrozumieć pańskiego postępowania.

Major nie odpowiedział na to. Była to jedna z jego cech mogących doprowadzić człowieka do szaleństwa.

– Co pani robi w niedzielę? – zapytał krótko. W odpowiedzi Elza wstała i zebrała swoje rzeczy.

– Czy pragnie pan mieć te listy jeszcze przed pocztą popołudniową, majorze Amery? – zapytała.

– Nie odpowiedziała mi pani.

– Nie sądziłam, aby ta sprawa mogła pana interesować – odparła Elza z przypływem dumy, która, czuła to, była nie na miejscu.

Palce jego bębniły w zdenerwowaniu po biurku.

– Przeciwnie. Życie prywatne moich urzędników interesuje mnie nawet bardzo – odparł. – Ale może tu w kraju nie jest w zwyczaju zdradzać się z tym zbytnio. Przyszło mi tylko na myśl, że willa państwa jest zbyt samotna i stoi zbyt blisko rzeki, przy tym okna powinny być zaopatrzone w kraty. Za blisko są ziemi, a każdy zręczny człowiek mógłby się wdrapać po przybudówce i dostać do pani pokoju, zanim by pani zdążyła wydać dźwięk.