3,49 €
Kolejna z cyklu historia związana o malarzach, ich przeżyciach i magii zaklętej w obrazach, gdzie autor zgrabnie łączy autentyczne postaci, wydarzenia z tymi powstałymi w jego wyobraźni.
Niektórzy, znani francuscy malarze przedstawieni zostali w fikcyjnym, literackim świecie: Pablo Picasso, Georges Braque, Marcel Duchamp, i Fernand Leger. Usytuowani natomiast w jak najbardziej rzeczywistych miejscach Francji: Montmartre, Montparnasse, La Rotonde, Moulin Rouge, plac Pigalle czy Père-Lachaise.
Ci najbardziej znani, najsłynniejsi i najdrożsi dziś malarze są jednak dla autora tylko tłem epoki. Ledwie akcentem w historii odkrytej przy okazji odziedziczonego spadku, którym były obrazy. Wydawać by się mogło, że są zniszczone, wyblakłe i mało warte, to jednak siła magii, którą w sobie posiadały, by ratować życie swoich bohaterów wpływała na ich wygląd.
Czy w takim razie tytułowy Salvator to „odkupiciel”, „zbawiciel” a może jednak „uzdrowiciel”?
I co z całą tą tajemniczą historią ma wspólnego pewno Cyganka z bulwaru nad Sekwaną?
Bez niej pewnie ta historia by się nie wydarzyła…
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2020
Tomasz Kozłowski „Salvator”
Copyright © by Tomasz Kozłowski, 2020
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska
Projekt okładki: Bogusław Jusiak, Robert Olejnik
Projekt okładki: Robert Rumak
Ilustracje na okładce: potas, Mr Twister, wacomka – stock.adobe.com
Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek
ISBN: 978-83-8119-578-2
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
W marcu 2012 roku moja redakcja „De Arte” otrzymała zaproszenie na wystawę malarstwa z okazji stulecia narodzin kubizmu we Francji. Mają być zaprezentowane obrazy Jeana Regnitem’a i jego kolegów z Section d’Or [1]. Hmm… czyżby organizatorzy zapomnieli, że kubizm narodził się parę lat wcześniej, i to nie za sprawą Regnistem’a i jego kompanów po pędzlu, lecz dwóch innych malarzy, z których jeden jest tak wielki, że organizatorzy przemilczeli ten fakt? [2] Może, jeszcze wtedy prawicowe, władze Francji nie zapomniały mu jego socjalistycznych poglądów? Wróćmy jednak do wystawy: Jean Regnistem – świetne obrazy, kubizm analityczny w czystej postaci, do tego obrazy pozostałych z grupy, między innymi Fernanda Légera, Francisa Picabii i Marcela Duchampa.
Mam we Francji wuja Floriana, uznałem więc zaproszenie za dobry znak, aby pojechać i staruszka odwiedzić.
– A co ty na to? Może pojechałabyś ze mną? Trzy dni w Paryżu, trzy dni na francuskiej wsi, urlopik jak marzenie – zaproponowałem Joannie.
Joanna to moja dziewczyna, od jakiegoś czasu jesteśmy razem. Poznałem ją kilka lat wcześniej jako wysoko kwalifikowaną konserwatorkę zabytków sprzedającą bilety w muzeum – była na zawodowym zakręcie. Zauroczyła mnie w tym służbowym kostiumie bileterki. Teraz na własny rachunek odnawia różne dzieła sztuki.
– Chętnie, ale właśnie dostałam pierwsze poważne zlecenie. Mam odnowić polichromię w starej cerkwi w Powroźniku, gdzieś w okolicach Krynicy‑Zdroju. Muszę się przygotować, trochę poczytać, postudiować, bo nie robiłam w rustykaliach, a tam ponoć ledwie widać malunki. Ale ty jedź! Przywieziesz mi coś oryginalnego z Paryża…
– Katalog z wystawy? – zażartowałem.
– I majtki od Lise Charmel – zripostowała. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jedna para kosztuje prawie sto euro.
– Tylko za Francuzkami się nie oglądaj.
– No wiesz, przecież one pachną ślimakami i truflami.
– Raczej francuskimi perfumami. – Po namyśle dodała: – Był taki malarz, kubista zresztą, Tentateur…
– Kusiciel – Przypomniał mi się mój francuski.
– Właśnie, kusiciel…
– I co z tego? Przecież on już dawno nie żyje…
– Ale pokusa żyje…
Pozostało tylko przekonać naczelnego. Argumentami były mój niezły francuski i zaległy urlop, który gotów byłem wykorzystać na ten wyjazd. Problemem okazały się finanse, ale po wielkich bojach dostałem dietę na cztery dni podróży służbowej i pokrycie kosztów transportu kolejowego. Rewelacja! Warszawa–Paryż jak przed wojną, gdyby tylko jeszcze taki pociąg istniał. Ale znak to znak, zaparłem się. Będąc jeszcze w Warszawie, próbowałem skontaktować się z wujem, dzwoniłem, wysyłałem SMS‑y – bezskutecznie. W końcu wysłałem telegram – w dwudziestym pierwszym wieku telegram! Niestety bez odpowiedzi. Dziesiątego maja wyruszyłem…
Wystawa – po prostu cudo: dużo fantastycznych obrazów, pięknie zaprezentowanych, aranżacja w stylu Salonu Jesiennego w Galerie la Boétie sprzed stu lat. Organizatorzy zadbali o wszystko, zarezerwowali hotel w dobrej cenie, obiady gratis i mnóstwo ciekawych materiałów o kubistach z Section d’Or. Dostałem pięć pięknych katalogów z wystawy (w cenie rynkowej pięćdziesiąt euro za sztukę!).
Po trzech dniach w Paryżu pojechałem do Avallon. Tam właśnie, a dokładnie tuż pod miasteczkiem, miał dom mój wuj – Florian Beterawski. Wyemigrował z Polski na początku lat siedemdziesiątych i jeszcze dobrze się nie zadomowił, kiedy ożenił się z miłą Francuzką Jacqueline. Dużą część życia spędzili w Paryżu, korzystając z pieniędzy jej ojca, Timothéego Potache’a. Po jego śmierci powrócili do rodzinnej posiadłości w Les Grandes Châtelaines pod Avallon. Wkrótce jednak Jacqueline zmarła. Florian nawet myślał o powrocie do Polski, lecz ciągle coś mu przeszkadzało: to godził skłócone dzieci, a miał ich trójkę, to podupadł na zdrowiu, aż w końcu oświadczył, że do komunistów nie wróci – wtedy w Polsce rządziło SLD, to były lata 1995–1996.
Dotarcie do posiadłości nie było dla mnie łatwe, poprzednio byłem tam jako kilkunastolatek, rok po transformacji, ponad dwadzieścia lat temu. Z Avallon musiałem wziąć taksówkę. Jechałem z dużymi obawami i niepewnością – w końcu nie miałem żadnej odpowiedzi, może wuja już nie ma, może przeniósł się do Paryża, do dzieci, może mnie nie pamięta, nie pozna… Dużo było tych wątpliwości. W Les Grandes Châtelaines mieściło się kilka gospodarstw, taksówkarz dowiózł mnie na miejsce, wysiadłem, a on odjechał. Dom Floriana Beterawskiego był najstarszy, najbardziej okazały i najbardziej zaniedbany w tej okolicy, na wpół zniszczony mur oddzielający ogród od drogi, fasada budynku, która nie widziała murarzy ani malarzy od co najmniej półwieku, wszystko porośnięte dzikim winem i bluszczem. Ogród już dawno zamienił się w kłębowisko starych drzew i zdziczałej krzewiny. Wuj nigdy nie przywiązywał do tego wagi. Dom był stary, podupadły, mimo to z klimatem dawnych domostw Burgundii. Ruszyłem z walizką w ręku przez skrzypiącą zardzewiałą bramę, ledwo widoczną ścieżką wśród wyrośniętej trawy dotarłem do drzwi. Nawet nie było jak zapukać, kołatki brak, dzwonka też brak, waliłem więc pięścią w stare dębowe wrota. Bezskutecznie. Naciskałem klamkę – nic z tego, jeszcze raz „zapukałem” pięścią. W końcu zostawiłem pod drzwiami walizkę i chciałem podejść do uchylonego okna, które wcześniej zauważyłem na froncie budynku, kiedy drzwi się uchyliły. Zawróciłem. Ledwo poznałem wuja. Zmalał, skurczył się, pomarszczył, jego twarz nabrała niezdrowego, ziemistego koloru. Zrazu i on mnie nie poznał, niby jak – minęło dwadzieścia parę lat.
Siedzieliśmy do późnej nocy, wuj sączył herbatę „z prądem”, mnie raczył burgundem, jak przystało na region, w którym się znajdowaliśmy. Z kuchni gosposia kontrolowała sytuację. Wuj nie miał komputera, adres e‑mailowy, jakim dysponowałem, okazał się nieaktualny, telefon obsługiwała gospodyni, niestety nie znająca polskiego, więc odrzucała obce połączenia, a SMS‑y – pisałem po polsku. Dopiero telegram dotarł, odpowiedź na niego minęła się jednak ze mną w drodze.
Wuj od wspomnień roztkliwił się, popłakał kilka razy, a i mnie chwilami ze wzruszenia chwytało za gardło, zwłaszcza kiedy mówił czystą polszczyzną, bez śladu obcego akcentu, francuskiego „r”. Czasem brakowało mu słów, wtedy się złościł, stukał laską i pił swoją herbatę. Gdy teraz wspominam tamten wieczór, łzy same napływają mi do oczu, nie potrafię ukryć rozczulenia, powstrzymać wzruszenia. Spotkanie ze mną, w pewnym sensie też z Polską bardzo go ożywiło, jakby odmłodniał, nabrał sił, znowu mówił o powrocie do Polski. Wtedy nie wiedziałem, że jest nieuleczalnie chory. Po śmierci Jacqueline poczuł się bardzo samotny. Francja, Paryż – wszystko to było piękne i miało sens, dopóki ona żyła, później… Dzieci dorosły, wyjechały do dużych miast, zapracowane, zagonione, a w dodatku kłóciły się o spadek po dziadku marszandzie. Timothée Potache ponoć był malarzem, lecz dorobił się na handlu dziełami sztuki – zmysł do interesów był silniejszy od duszy artysty. Swoją drogą nigdy nie sprawdziłem w encyklopedii, czyli w Internecie, kim był teść mojego wuja i co osiągnął na niwie artystycznej.
Wuj Florian nie zdawał sobie sprawy, że w Polsce jego przyjaciół i krewnych pozostało bardzo niewielu, że ci, którzy żyją, albo są w domach starców, albo nie pamiętają, gdzie są, zamknięci w swojej niepamięci, niedołężności. A młodzi – tak jak jego dzieci – gonią za pieniędzmi.
À propos burgunda – polecam! Pyszny, cudownie melancholijny i prowokujący do długich rozmów, a to, że głowę mi chciało urwać na drugi dzień, to kwestia zatęchłego powietrza starego domu i pleśni na serach, które były przekąską. Co ciekawe tam nie znają ani oscypka, ani bryndzy czy twarogu à la Biedronka, chociaż mają siedemset pięćdziesiąt gatunków sera.
Wuj ofiarował mi na pożegnanie komplet szachów po swoim teściu, wiedział, że lubię tę grę. Ja nie miałem nic dla niego, więc dałem mu swoją piersiówkę z wygrawerowaną warszawską Syrenką, wypełnioną przedniej jakości bimbrem spod Suchedniowa. Znowu płakał, a ja z nim. Nie przypuszczałem, że już więcej go nie zobaczę.
* * *
