Syn Grabarza - Sam Feuerbach - E-Book

Syn Grabarza E-Book

Sam Feuerbach

0,0
4,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Wielki finał bestsellerowej sagi! Walka z Nekorami prowadzi Farina i rycerza Emicha do stolicy, Nabensteinu. Dzięki demonicznym składnikom Ekela syn grabarza staje się sensacją na królewskim dworze. Bardzo szybko musi udowodnić swoją wartość pośród spisków i intryg. Drugi kontynent wymaga od Aross więcej, niż jest gotowa dać. Jej droga prowadzi ją do tajemniczej gildii w starym klasztorze. Im więcej dowiaduje się o swojej magii, tym mniej chce wiedzieć.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2026

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Sam Feuerbach

Syn grabarza

Tom 4

Tytuł oryginału: Der Totengräbersohn

Przełożył: Grzegorz Kowalski

Korekta: Adriana Trzpil

Ilustracje: Iga Żywicka, Instagram tittercreature

Copyright© 2019 Sam Feuerbach

Wydanie: 1.0

Impressum:

Boris Lüdtke

Elsa-Brändström-Weg 3

D-40699 Erkrath

Troski i plany

Farin stał na ganku obronnym zamku Siegesmund i patrzył pustym wzrokiem w dal – zaś przed jego wewnętrznym okiem przemykały kolejne myśli. Ileż rzeczy się wydarzyło od chwili, gdy zostawił za plecami rodzinną wioskę, Zgniłe Doły? Zdążył się już niemal przyzwyczaić, że ledwie skończyła się jedna przygoda, już zaczynała się następna. Miło, że chociaż teraz miał za sobą kilka spokojnych dni, jeśli nie liczyć ciągłej gadaniny mieszkańców zamku. Najpóźniej bowiem od czasu przygód w Bagniskach, przede wszystkim zaś od niewiarygodnego pojedynku tuż przed murami zamku, każdy znał tego niepozornego giermka, który stawił czoła samemu Pierwszemu Rycerzowi. I nic dziwnego – oto bowiem właśnie jemu udało się uwolnić swego pana od jakiejś straszliwej klątwy. Wszystko to oznaczało mnóstwo tematów do plotek dla wasali, sług i żołnierzy. A przy tym, im częściej omawiali wszystkie te zdarzenia, tym bardziej oddalali się od faktów.

On sam usiłował nie zwracać uwagi na wszystkie te poszeptywania, w końcu były to tylko słowa. Od zera wczoraj do bohatera dzisiaj – a co będzie jutro? Jedno się wszak nie zmieniało: pozostał synem grabarza ze wsi Zgniłe Doły. Trzeba przyznać, że oprócz tego stał się znany jako giermek Emicha.

Co się tak gapisz po okolicy, nic nie widząc? Paskudnik się przeciągnął. Ostatnio zrobiłeś się nudniejszy nawet od Gerlundy.

– Niby skąd ta myśl?

Z nikim się nie kłócisz, z nikim nie walczysz, z nikim nie sypiasz. Trwonisz ten swój i tak przecież ograniczony czas.

– Odrobina spokoju też się czasami przydaje.

Będziesz go miał w nadmiarze, jak już umrzesz. Teraz liczy się akcja, reakcja i komplikacja. To się właśnie nazywa życie!

– Odrobinę cierpliwości, jestem pewien, że już za najbliższym rogiem, niczym uliczny rozbójnik, czekają na nas kolejne kłopoty,.

Cierpliwość jest dla nudziarzy.

A potem z tyłu głowy dały się już słyszeć tylko jakieś niezdefiniowane odgłosy.

Istotnie, taka właśnie była natura Paskudnika. Chimera i kłopoty były równie nierozłączne jak smoła i siarka.

Po południu Farin wybrał się na poszukiwanie Drogdana. Znalazł fechmistrza u Branfara, zamkowego garncarza. Oblepionymi gliną dłońmi rzemieślnik formował właśnie kubek – jeden z tych produktów, które naturalnie w sposób zupełnie nienaturalny ulegały uszkodzeniu. Drogdan wspomagał go w tej pracy, napędzając długaśnym kijem wielkie koło garncarskie, które, dzięki swej masie, równomiernie przenosiło impet ruchu na mniejsze, położone w środku.

– Witajcie.

Obaj skinęli.

Farin obserwował przez chwilę biegłe dłonie garncarza. Delikatnymi ruchami wilgotnych palców Branfar nadawał okrągłemu kawałkowi gliny kształt niewielkiego naczynia o wąskich ściankach. Drobinki materiału rozpierzchały się przy tym na wszystkie strony. Farinowi bynajmniej nie przeszkadzały odpryski pojawiające się na jego skórzanej zbroi.

Po chwili syn grabarza zwrócił się wszakże do fechmistrza w sprawie, w której do niego przyszedł: – Drogdanie, brakuje mi naszych ćwiczeń. Poza tym chciałbym nauczyć się rzucać toporkiem.

Zwykle jaśniejące oczy Drogdana nagle całkiem się zmąciły.

– Niestety, przykuty do ściany lochu, nie miałem możliwości oglądać twojej walki z Emichem, lecz jeśli miałbym choć w połowie wierzyć temu, co opowiadali mi liczni świadkowie, to raczej ty mnie winieneś uczyć, a nie ja ciebie.

Farin raczej nie mógł mu wyjaśnić, że w istocie była to walka dwóch demonów.

– Daj spokój, sam wiesz, jak ludzie przesadzają. Miałem po prostu szczęście, zresztą w dużym stopniu dzięki podstawom, które poznałem na lekcjach u ciebie. Bez twojej pomocy nie przeżyłbym ani pierwszego ciosu.

Branfarowi kubek niemal wymsknął się spomiędzy palców.

– Że co? W życiu nie widziałem takiego pojedynku. Starli się wielcy mistrzowie. Wierz mi, Drogdanie. Ten tu giermek walczył wybitnie – z elegancją, techniką i precyzją.

Farin ze ściśniętymi ustami rzucił w stronę garncarza kwaśne spojrzenie w podzięce za wsparcie przy tej próbie podtrzymania Drogdana na duchu.

Rzemieślnik w odpowiedzi zmarszczył czoło i dodał pospiesznie: – Z drugiej strony, jeśli miałbym się zastanowić, to Farinowi zdecydowanie przydałoby się jeszcze popracować nad ruchem nóg, no i samymi uderzeniami mieczem. Myślę, Drogdanie, że mógłbyś mu tu jeszcze nieźle pomóc.

Fechmistrz delikatnie pociągnął za płatek swego ucha. Przynajmniej pod tym względem się nie zmienił.

– Rozumiem dobrze, że chcecie mnie pocieszyć, jednak miast tego wpuszczacie mnie w maliny. – Jego głos nie był już tak jasny i bezpretensjonalny jak kiedyś. Przyjrzał się opatrunkowi na swej lewej ręce. Ukrywał brak wszystkich paznokci. Kat doskonale radził sobie z liczeniem do pięciu.

„Ach, gdybym tak przybył z tych Bagnisk choćby i dwa dni wcześniej”, pomyślał Farin gorzko.

A gdybyś przybył dwa dni później? Dwa dni później Drogdanowi mogło już brakować znacznie więcej członków. To wasze, śmiertelników, myślenie „co by było, gdyby było” do niczego nie prowadzi.

Rozbrzmiało w tych słowach coś dziwnego. Akurat właśnie Paskudnik, który rzadko tylko znajdował dobre słowo dla Farina, nie cierpiał, gdy Farin robił wyrzuty sam sobie. Ale to nic nie pomogło. Giermek poczuł nagły żal, że nie zabrał Drogdana ze sobą w podróż do Bagnisk – wybór padł na Plaudiusa. Decyzję podjął jednak Emicho i wszyscy przyjęli ją do aprobującej wiadomości. Jeden z zaufanych noszącego znamię rycerza musiał pozostać na zamku i uważać na niego. Tymczasem Niewypowiedziany – jak nazywano owego przebiegłego demona – bez ostrzeżenia zawładnął umysłem Emicha i zmusił rycerza, by wtrącił Drogdana do lochu i nakazał poddać go torturom. Dla fechmistrza był to straszny czas, bo cierpiał nie tylko fizyczne katusze – zdawał sobie także sprawę z faktu, że nie wykonał zadania. W ciemnej piwnicy wyrzuty sumienia bolały go bodaj jeszcze bardziej niż to, co wyczyniał z nim mistrz małodobry. A przy tym wszystkim Drogdan nie był w stanie zapobiec wszystkim tym zdarzeniom. Do momentu, gdy Farinowi udało się uratować rycerza, wszyscy, których dotknęło znamię Niewypowiedzianego, byli straceni.

– Nikt nie zna moich słabości tak dobrze jak ty. Chodźmy poćwiczyć! – spróbował Farin ponownie.

– Mam niewiele czasu – odparł fechmistrz. A przecież Farin wiedział, że Drogdan do chwili, gdy całkowicie wydobrzeje, był zwolniony z wszelkich obowiązków.

– To może jutro?

– Zobaczy się.

Brzmiało to jak krótka forma zdania: zostaw mnie w spokoju i wreszcie zejdź mi z oczu.

Syn grabarza z ciężkim sercem odwrócił się na pięcie i wyszedł z warsztatu. Wyglądało na to, że dopiero czas pomoże znaleźć jakiś sposób, by pomóc Drogdanowi.

– Jak ty wyglądasz? – Plaudius przyglądał mu się od stóp do głów.

– Byłem u Branfara.

– Jasne. I u Drogdana.

– W rzeczy samej. Co moglibyśmy zrobić, żeby stał się taki jak kiedyś?

– Nie będzie to łatwe. Stracił wiarę w sprawiedliwość. I wypełniło go pragnienie zemsty.

– Ale przecież Emicho nie był panem swych zmysłów. To nie on wrzucił Drogdana do lochu, tylko Niewypowiedziany. To z nim musimy walczyć.

– Toteż ja nie mówię o Emichu. Drogdan pragnie zemsty na kacie, jego chce pociąć na drobne kawałki. A przecież tamten, wprawdzie tępy i zupełnie pozbawiony współczucia, wykonywał tylko rozkazy swego pana.

– Nawet jeśli Drogdan zabije kata, w niczym nie poprawi to stanu jego duszy.

Grubas spojrzał smutno.

– Taka prawda. Znam go dwadzieścia lat i nigdy jeszcze go takim nie widziałem.

– Nie mogliśmy przypuszczać, jaki czeka go los. Tymczasem cały zamek ekscytuje się powrotem wspaniałych podróżników. A o Drogdanie, który niewinnie cierpiał męki w lochach, nie wspomina nikt. – Na twarzy Farina pojawiła się złość. – Jedno się nie zmienia: źródeł wszelkiego zła trzeba szukać u nekorian i ich demonicznego przywódcy. To na nim powinniśmy się zemścić.

– Masz na myśli tego całego Pryncypała. Przecież wciąż jeszcze nawet nie wiemy, kto to jest, ani gdzie jest. Zamiast tego wciąż muszę odpowiadać na inne pytania.

– Jakie pytania?

Plaudius spojrzał na syn grabarza z wyrzutem, choć po jego ustach błąkał się uśmiech: – Wszyscy wiercą mi dziurę w brzuchu pytaniami na twój temat. Jak to możliwe, że ten zwykły syn grabarza jest takim natchnionym szermierzem? Jak to możliwe, że jest aż tak odważny? Czy to prawda, że jest doskonałym dowódcą?

Sam jestem ciekaw!, szepnął Paskudnik tak niewinnie, jakby był pierwszym pączkiem kwiatów najwcześniejszą wiosną.

– I co im odpowiadasz?

– Żeby ciebie o to wszystko pytali – odparł Plaudius.

– Hm, jak dotąd nikt mnie o nic nie pytał. Zresztą, sam nie wiem, co miałbym im odpowiedzieć.

– Boją się. Widzą też twoje szczególne relacje z burgrabią.

– Że co? Jakie szczególne relacje? Czy tylko ja jeden ich nie widzę? Emicho traktuje wszystkich tak samo.

– Niech ci tam będzie. Tak czy siak, ja akurat się cieszę, żeśmy cię wtedy wyciągnęli za włosy z tych Zgniłych Dołów.

– Wyciągnęli? O ile pamiętam oberwałem najpierw w łeb toporkiem Drogdana, potem wrzuciliście na nią śmierdzący worek i bezwolnego przewieźliście do Burzowej Twierdzy.

– No, to były jaja.

– Ledwie do zniesienia.

To po tej podróży Farin zaczął nowe życie jako giermek rycerza Emicha. Wypełniało go ono tak szczelnie, jak dokładnie on starał się wypełniać swoje obowiązki.

Emicho wezwał go zresztą na dzisiejszy wieczór, na ósmą, do swojej jadalni. Farin w żadnym wypadku nie mógł się spóźnić – zbyt wiele już razy ponad wszelką miarę nadużywał w tym względzie cierpliwości swego pana.

Farin pożegnał się z Plaudiusem. Do czasu spotkania z rycerzem miał do załatwienia jeszcze kilka spraw, przede wszystkim musiał zatroszczyć się o konie oraz o broń i zbroję.

– Hm – gdzie są wszyscy? – Farin siedział samotnie w pięknie zdobionej jadalni zamku Siegesmund. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się być pierwszym na takim spotkaniu – a teraz przekonał się jeszcze, że to wcale a wcale nie było lepsze uczucie, niż być ostatnim.

Posłyszał zdecydowane kroki.

– Co tak wcześnie?! Nie masz nic do roboty? – ryknął Emicho, gdy wszedł do komnaty. Drzwi z dębowego drewna zostawił otwarte.

Nie ma to jak drobna bura na początek. Zero zdziwień – tak było przecież niemal zawsze.

Hehe. Ludzie takie rzeczy nazywają tradycją.

Rycerz miał na szyi mieniący się błękitem łańcuch. Klejnot ten Farin otrzymał od Torema, króla Czerwi, w jaskiniach pod Zachodnim Pasmem.

Jasnobłękitne oczy Emicha skrzyły się blaskiem. Jednak u niego nigdy nie można było być pewnym, czy to dobry, czy zły znak.

– Spodziewamy się jeszcze kogoś? – zapytał Farin tak niewinnie, jak tylko potrafił. W zasadzie był pewien, że tak, bo na rozmowę w cztery oczy rycerz zaprosiłby go do swej prywatnej komnaty.

Emicho podniósł krzaczaste brwi.

– Czyżby moja obecność ci nie wystarczała?

„Nie daj się wyprowadzić z równowagi”, pomyślał Farin nieco wyprowadzony z równowagi.

– Mam nadzieję, że nie uderzyły ci do głowy wszystkie te niestworzone historie, które się o tobie opowiada – zaczął rycerz.

Syn grabarza milczał – z tej prostej przyczyny, że nie wiedział, co na to powiedzieć.

Do dialogu trzeba dwojga, inaczej to się nazywa monolog, przypomniał mu Paskudnik.

„Przecież nawet jeśli coś powiem, skończy się monologiem”, pomyślał Farin.

– Musimy podjąć jakieś działania przeciw nekorianom. Ten niebieski metal mógłby nam przy tym wyświadczyć wielkie przysługi, nie ma wątpliwości, że ma moc wypędzania Niewypowiedzianego. – Mimowolnie dotknął łańcucha zwisającego z jego szyi. Czubek kciuka przesunął się przy tym po wytłoczeniu – po trzech słowach zapisanych w nieznanym alfabecie.

Ktoś zapukał we framugę. Na progu stała stara kobieta.

– Wejść! – Ryk Emicha nie zabrzmiał bynajmniej jak zaproszenie.

Frenja, jasnowidzka i uzdrowicielka, przeczłapała na drugą stronę stołu. – Witajcie. Czyżbym się spóźniła? – brzmiało to troszkę jak przeprosiny.

„No, to teraz dostanie jej się od naszego pana”, pomyślał Farin.

Rycerz odrzekł głosem słodkim jak cukier puder: – Nic podobnego. Zresztą i tak należy to do przywilejów damy...

Wyglądało na to, że Frenja zastanawia się, czy „dama” nie jest tu aby jakąś szczególnie przemyślną obelgą.

„Jak zwykle mój pan jest pełen niespodzianek”, pomyślał Farin. Nauczył się już, że w takich sytuacjach musi zachować spokój i cierpliwość. Jednak bardziej spokój.

Rycerz osobiście przejął obowiązki podczaszego. Napełnił czerwonym winem przygotowane wcześniej kryształowe kieliszki i zasiadł u szczytu stołu. Frenja i Farin zajęli miejsca tuż przy nim, po obu długich bokach. Wyglądało na to, że pozostałych osiemnaście krzeseł pozostanie wolnych.

Rycerz uderzył lewą ręką w blat z taką siłą, że stół aż zaskrzypiał. Potem odwrócił przedramię – nic, prócz zaróżowionej skóry. Przekrzywiony pentagram, znamię Niewypowiedzianego, zniknęło zupełnie.

– To wy uwolniliście mnie od tego przekleństwa. – Gdyby sądzić tylko po tonie jego głosu, oboje musieliby się zapaść pod ziemię pod ciężarem wyrzutów sumienia.

Farin łypnął na swego pana z ostrożnością sarny na leśnej polanie. Również i Frenja gapiła się na rycerza przymrużonymi oczami z mieszaniną nieufności, ciekawości i zdumienia.

Emicho zaś zmusił się do uśmiechu, w którym pobłyskiwała czerwień dziąseł. Czyli to jednak była pochwała? Farin zastanowił się, czy nie powinien w tajemnicy sam przyjrzeć się przedramieniu swego pana.

– To dobra wiadomość – stwierdziła Frenja, korzystając z całego swego doświadczenia w obchodzeniu się z wielkimi tego świata.

– Zasada przyczyny i skutku. Mam nadzieję dowiedzieć się czegoś na ten temat. – Emicho skrzyżował ramiona na piersi.

– Ach tak – zgodził się Farin z wielce poważną miną. Prawda jednak była taka, że nie miał pojęcia, ani co było przyczyną, ani tym bardziej, co było skutkiem. Nie miał pojęcia ani o „ach”, ani tym bardziej o „tak”.

– Znamię to jedna z najbardziej podłych, ale jednocześnie także najbardziej nieprzewidywalnych broni nekorian. My zaś znaleźliśmy sposób, jak sobie z nią poradzić, ponieważ potrafimy ją całkowicie usunąć. Jak uważacie? Jaki to sposób? Mikstura, którą uwarzyłaś, czy naszyjnik, który mam na sobie?

Farin zmusił się do odpowiedzi: – Jeśli to eliksir, to zadziałał dopiero po jakimś czasie. Podczas naszej walki udało mi się zmusić Niewypowiedzianego, by opuścił wasz umysł, jedynie za pomocą łańcucha. Wydaje mi się, że demony z jakiegoś powodu nie cierpią tego błękitnego metalu. Zadaje im ból.

Emicho dopytał: – Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale czy Niewypowiedziany nie nazwał aby tego cudownego napoju „śmiesznym łyczkiem samogonu z książeczki dla dzieci”?

– Dokładnie tymi słowy. – Farin wzruszył ramionami.

– Mimo to może tak być, że eliksir okazał się bezskuteczny?

– Tak może być – odezwała się Frenja. – Nie można też wykluczyć, że to oba czynniki pomogły wam pozbyć się znamienia. Nie wiemy tego z całą pewnością. Potrzebowalibyśmy innych delikwentów.

– I amuletów. – Emicho podrapał się po brodzie. – Ile flaszek tego eliksiru masz jeszcze na podorędziu, Frenjo?

– Siedem fiolek. Dwie... raczyliście zużyć sami.

„To dyplomatyczne stwierdzenie”, pomyślał Farin. Jedną fiolkę rycerz, owszem, wypił, jednak drugą w szale rozbił o ziemię.

– Dobrze. Sam król dał ten amulet tajemniczemu nikomu, którego imienia mój giermek nie chce mi zdradzić ze względu na obietnicę, którą był złożył.

Jak ten rycerz to robił? Wyraz jego twarzy zupełnie się nie zmienił, a jednak brwi na pewno były pełne wyrzutów.

Frenja spojrzała na Farina z zainteresowaniem. Farin siedział, jakby nigdy nic.

– W takim razie Stary sam musi mi o wszystkim opowiedzieć. Ten metal jest ważny. Pojutrze rano ruszamy do Opoki, na dwór króla.

Wiadomość ta nie zaskoczyła ich nadmiernie. Farin milczał.

Rycerz zmierzył go jasnym wzrokiem, a potem zapytał: – Wolałbym, żebyś oświecił mnie, zanim wyruszymy.

– Dałem słowo – dałem je także po to, by chronić swoich towarzyszy. Gdyby coś takiego znów mi się przytrafiło, uczyniłbym tak samo. Wy także nie złamalibyście danego słowa. Ostatecznie, wszystko, co się wydarzyło, wydarzyło się w waszej służbie i na waszą rzecz. Tego możecie być pewni.

Farin na twarzy rycerza widział walkę, która toczyła się w jego wnętrzu. Z jednej strony rozumiał racje giermka, z drugiej jednak – wymagał bezwzględnego posłuszeństwa i lojalności. A ten krnąbrny chłopak wciąż coś przed nim ukrywał.

– Król Grachus musi zostać poinformowany o wszystkich zdarzeniach z pierwszej ręki – powiedział Emicho. – Nie chcę nawet myśleć, jakie plotki zdążyły dotrzeć na zamek przed nami.

– Kto będzie nam towarzyszył w podróży? – zapytał syn grabarza w nadziei, że jego pan pozwoli na zmianę tematu.

– Pięćdziesięciu doświadczonych żołnierzy. Nie chcę żadnych niespodzianek ze strony nekorian.

– I ktoś jeszcze?

– Gadajże, czego chcesz! – warknął burgrabia.

– Powinniśmy zabrać Drogdana. – Farin nawet nie próbował szukać wyjaśnień.

– Taki był plan. Plaudiusa też.

– A co z Baraldonem?

– Coś mi się zdaje, żeście sobie jednak przypadli do gustu, panowie giermkowie. No cóż, nie jest to zły pomysł. Może dzięki niemu uda ci się uniknąć blamażu nieznajomości dworskiej etykiety.

Farin nie do końca zrozumiał, o co chodziło rycerzowi, jednak wkrótce miało się to zmienić.

– Frenja, twoje usługi także mogą się nam przydać, zatem i ty pojedziesz z nami. Możesz zająć miejsce na jednym z wozów. – Ton rycerza nie tolerował sprzeciwu.

Farin spojrzał na kobietę, nie odwracając głowy. Jasnowidzka nie cierpiała, gdy ktoś jej rozkazywał jak osłu z zapadłej stajni. Podniosła najpierw prawy, potem lewy koniuszek ust, ale ostatecznie ich nie otwarła.

– Nie ma więcej pytań? – To pytanie brzmiało raczej jak stwierdzenie.

Jednak Frenja nie dała się zbić z pantałyku. – A co z Remikiem?

– Z kim? – brwi rycerza spotkały się nad nosem.

– Och, wybaczcie, chodziło mi o Rembolda.

Farin wyszczerzył zęby w uśmiechu. Frenja mówiła o najemniku, który wraz z Farinem przeżył przygodę w Zachodnim Paśmie.

– W życiu bym nie pomyślał, że ktoś może zapytać o tego starego zrzędę. Rembold zostaje. Nie możemy wyjechać wszyscy.

– Szkoda, wydaje mi się, że on z kolei przypadł do gustu mnie.

– Jeszcze coś? – zapytał Emicho niecierpliwie.

– Musimy się dowiedzieć, kim jest Pryncypał. Są jakieś wieści od waszych szpiegów? – zapytała Frenja niewzruszenie.

– Brak. Wciąż błądzimy po omacku. Nikt nie wie nawet, u kogo aktualnie gości Niewypowiedziany. Musimy dopaść i zniszczyć przywódcę nekorian wraz z jego demonem. A to prowadzi nas z powrotem do kwestii błękitnego metalu – bo on może nam w tym pomóc. – Emicho podniósł się. Był to jednoznaczny sygnał, że rozmowa nieodwołalnie się zakończyła.

– Szykujcie się do drogi do Opoki.

Jasnowidzka i giermek skinęli w milczeniu.

Nowy świat

Aros cieszyła się tym widokiem niczym czułym objęciem. Pojawiły się przed nią tarasy pełne domów, ulic, ludzi i zwierząt. Drugi kontynent! Barbarossa powoli zbliżał się do potężnego nabrzeża. Inaczej niż w Opoce potężny czteromasztowiec bez problemu wpłynął do portu wewnętrznego i tam zacumował. Zdawało się, jakby był tu aż nadmiar wszystkiego, nawet wody pod kilem.

Stojąc obok Ki, dziewczyna ciekawie wychyliła się ponad relingiem. Wszystkie żagle rejowe zostały już dawno zwinięte, kapitan Jakub stał przy sterze i wydawał rozkazy załodze.

Wiatr delikatnie gładził jej krótkie włosy, dziewczyna zachłannie rozglądała się na wszystkie strony. Cały krajobraz tonął w niezwykłej jasności. Nawet pachniało inaczej niż w ojczyźnie. Aros właściwie wcale nie miała zamiaru się tu pojawiać, na pokładzie Barbarossy znalazła się dość przypadkowo, gdy żaglowiec wypłynął w morze. No dobrze, tak naprawdę nie był to przypadek, bo nie przypadkiem została zaatakowana od tyłu i pozbawiona przytomności. Była to sprawka Zolkana, poprzedniego kapitana. Jednak teraz Zolkan już nie żył. Podobnie zresztą jak drugi oficer, Rondulf, wredota, uwielbiający znęcać się nad marynarzami. Dziewczyna wciąż jeszcze nie otrząsnęła się z okropnych przeżyć na wodzie.

Jakże mogło być inaczej: Ki stał obok niej i konkurował ze słońcem o to, które z nich zajaśnieje mocniej.

– To kontynent Artysty. Nie pochodzi z tego miasta, ale ze wsi o wielkiej niewielkości, daleko na wschodzie.

Spojrzała na przyjaciela kątem oka z nagłym napływem czułości. Człowiek o prawdziwie wielkiej niewielkości – niewiele wyższy niż ona sama. Jego wąskie, lekko skośne oczy, płaski nos, gładka skóra i długi warkocz – wszystko to powodowało, że wyglądał na znacznie młodszego. A może był to po prostu skutek jego niepohamowanej radości życia?

Aros przyglądała się otaczającej ją masie ludzi z mieszanymi uczuciami. Tymczasem mieszkańcy miasta obserwowali manewry Barbarossy z zaciekawieniem.

– Jak dla mnie za dużo tu ludzi. Wolę jak jest tak... bardziej przejrzyście – westchnęła.

Miasto nosiło nazwę Abastoran. Ach, gdzież tam, miasto. Abastoran to było miano całego tego świata – nieznanego świata – a przecież już ten stary wydawał jej się trochę nieswój. Jak miała się odnaleźć na tej gigantycznej ziemi nieznanej?

– Znalazłam się tu przez pomyłkę, zupełnie przez przypadek, Ki.

Poczuła na sobie spojrzenie skośnych oczu mężczyzny.

– To przeznaczenie sprowadziło Przyjaciółkę do Abastoranu. I przeznaczenie z pewnością już o nią zadba.

– Przeznaczenie? Raczej moja własna głupota. Z własnej woli zakradłam się na tylny pokład Barbarossy. No, dobra, może nie mogłam przewidzieć, że tam zaatakuje mnie kapitan Zolkan.

– Przeznaczenie albo głupota. Cóż to za różnica?

To pytanie, będące jednocześnie odpowiedzią, wyjaśnieniem i radą, pasowało do jej towarzysza tak samo jak warkocz na jego głowie. Dla Ki sprawa została w ten sposób zamknięta. Aros też nie miała już ochoty na głębsze rozmyślania.

„Kochany dniu, i tak mam już za dużo roboty z tu i teraz. Czy w tej sytuacji warto w ogóle zaprzątać sobie głowę dniem jutrzejszym? Po prostu bądź dziś dla mnie miły – chętnie cię wtedy pochwalę nawet po zachodzie.”

Jej myśli poszybowały z powrotem przez cały wielki ocean – do jej klaczki, Tyranii. Dostała ją w prezencie od Farina, giermka pana Emicha. Zwierzę pasło się teraz na łące przed bramami Opoki, tam właśnie je zostawiła. Miała nadzieję, że świniopasy, pod których opieką ją zostawiła, mieli na nią baczenie. Był to jej jedyny majątek, jeśli nie liczyć czarodziejskiego zęba Wiedziwy Nini.

– Przyjaciółka nie musi się martwić o Tyranię. Wszystko z nią dobrze. – Ki najwyraźniej czytał jej w myślach. – A teraz Przyjaciółka i Artysta znaleźli się tutaj. W Abastoranie jest wiele rzeczy wartych podziwiania.

– Już od kilku tygodni na morzu nie mogę się nadziwić. W dziwieniu się jestem naprawdę dobra – stwierdziła dziewczyna.

Twarz Ki nagle spoważniała.

– Jak na swój wiek, Przyjaciółka przeżyła rzeczy o wielkiej niezwykłości. Po raz kolejny objawiła swą nadzwyczajność. Temu dziwić się nie można – jest przecież ostatnią Dolanką.

Czy tu wiatr napełnił policzki Aros powietrzem, czy sama to zrobiła?

– Ja chcę po prostu być Aros. I chcę, żeby świat zostawił mnie w spokoju. Dolanka – to słowo zdaje się raczej przyciągać kłopoty, a nie radości.

– Budzi żądze. Demon pragnie, by Przyjaciółka przeszła na jego służbę. A jeśli tego nie osiągnie, pragnie, by zginęła. W ten sposób niebezpieczeństwo wciąż wisi nad Aros niczym deszczowa chmura. Jej dar to szansa obrony. Ale także źródło zagrożenia.

– Gdybym nie miała tego daru, nie potrzebowałabym się bronić.

– „Gdybym” to słowo o wielkiej obmierzłości i fałszywości. Odciąga uwagę od niezmienności tego świata i zaciemnia to, co możliwe.

– Aha. Dobrze, że cię mam, inaczej w życiu bym na to nie wpadła. – Aros zacisnęła usta, a jej mina nie pozostawiała wątpliwości, jak bardzo jest zachwycona tym wykładem.

Ki uśmiechnął się do niej jak kwiat do wschodu Słońca.

– Kapitan Jakub powiedział mi, że Barbarossa rusza z powrotem do Opoki dopiero za dziesięć dni. Czeka jeszcze na specjalną dostawę.

– W takim razie mamy dość czasu, by poszukać alternatyw. Tylko ten może wybierać, kto ma wybór. Dlatego Artysta pragnie pokazać Przyjaciółce możliwości. Jedna z nich to wizyta w Gildii Strażników Ducha.

– Hm. A to co za towarzystwo?

– To ostatni znawcy magii wszystkich królestw. Prowadzą badania i nauczają. Uczą także tego, jak kontrolować Dar. Przyjaciółka mogłaby wiele się tam nauczyć o sobie.

– Jakoś sobie jeszcze radzę.

– I mało brakowało, a zginęłaby przy tym połowa załogi. – Ki przypomniał o zdarzeniach, kiedy to Aros, przywiązana do masztu, dała upust swej magii wściekłości i bólu.

– „Mało brakowało” to taki młodszy brak „gdyby”.

Twarz Ki pojaśniała w uznaniu.

– Przyjaciółka uczy się szybko. – Po chwili jednak jego twarz ponownie spoważniała: – Dolanie siłą swego ducha i mocą przeobrażania bólu potrafią zabić setki ludzi na raz. To Przyjaciółka też rozumie.

– Moja babka cioteczna, Nini, też była Dolanką, prawda?

Człowieczek skinął.

– No i zobacz! Wszystkie te moce ostatecznie na wiele jej się nie zdały. Biedaczka spłonęła na stosie. To straszna śmierć. Widziałam na własne oczy. – Wspomnienie aż wstrząsnęło Aros.

– Żyła pełnią życia. Umarła w starości i z uśmiechem na ustach, bo wiedziała, że znalazła Przyjaciółkę, której mogła przekazać swe dziedzictwo.

– Musiała znieść niewyobrażalny ból.

Ki skinął.

– Umierając, Nynevé nie chciała użyć Daru. Urządzenie krwawej łaźni na wielkim placu w Opoce to byłaby dla niej pestka.

Po plecach dziewczyny przeszedł zimny dreszcz. Wielka Jatka, która miała miejsce przed czternastoma laty na Barbarossie, byłaby przy tym drobnostką. Wspomniała ciotkę z rosnącym respektem. Również dlatego, że rzuciła na nią dziwny czar ochronny, ratując jej w ten sposób życie. Siostra przełożona sierocińca właśnie szykowała się do tego, by zatłuc Aros na śmierć. Nagle ze wszystkich stron pojawiły się tysiące szczurów, które ostrymi zębami rozszarpały sadystkę na strzępy. W jaki sposób Nini to zrobiła? Aros wysunęła dolną wargę. Wyglądało na to, że oprócz przeobrażania bólu istniały jakieś inne formy magii.

Ta myśl ją zaciekawiła, więc zadecydowała: – W porządku, Ki, idziemy zobaczyć tę twoją duszną gildię.

Ha! Od kiedyż to Aros z takim trudem przychodziły pożegnania? Dotąd zawsze znikała z poczuciem ulgi.

Kościaty krótko przytulił ją swymi długaśnymi, chudaśnymi, kościatymi ramionami. Potem spojrzał na nią z zaciśniętymi ustami i wilgotnymi oczami. Odchrząknął.

– Pokaż się kiedyś.

Gruby kuk nie powiedział ani słowa – jego mina była równie wymowna jak deska pokrywająca pokład – na koniec po prostu wymierzył jej plaskacza. Leciutkiego, rzekłby kto – czułego.

Kapitan Jakub uśmiechnął się.

– Jak wiesz, za dziesięć dni odbijamy z powrotem. Gdybyś chciała wracać do Opoki... zawsze przyda nam się dobry majtek. – Mrugnął znacząco. – Albo awansujemy cię na stołowego.

Tylko kapitan wiedział, że Aros była dziewczyną. Dla wszystkich innych pozostała jungą o imieniu Grosik. W jej głosie ledwo dało się słyszeć drżenie.

– Dziękuję, kapitanie.

Przeszli zaledwie kilka kroków po trapie i po raz pierwszy od wielu tygodniu postawili stopy na stałym lądzie. Tylko że on wcale nie wydawał się taki stały, zamiast iść, zataczali się jak pijani.

– Ki, dlaczego ten nowy świat tak się chybocze? Jakby był talerzem wiszącym na sznurku.

– To nasze zmysły się chyboczą –wszystko jest tylko w naszych głowach. Przyjaciółka musi się dopiero przyzwyczaić, że nie jest już na pokładzie. – Człowieczek założył słomiany kapelusz, chyba trochę za duży na jego głowę, bo opadł mu prawie na same skośne oczy.

Przedzierali się przez kłębowisko ludzi na nabrzeżu. Wszyscy przyglądali się ciekawie, ale nie im, tylko Barbarossie, efektownemu czteromasztowcowi, który właśnie przewiózł Aros i Ki przez pół świata. Powierzchnia samego tylko portu była niemal tak duża jak całej Opoki. Niezliczone domy, murowane z brązowych i żółtawych cegieł, ciągnęły się w górę wzgórza. Tworzyły tarasy podobne do schodów prowadzących wprost do nieba. Pomiędzy nimi meandrowały wąskie uliczki. Gdzie nie spojrzała, wokół kręciło się mrowie ludzi. Nigdy jeszcze nie widziała tak wielu na raz. Instynktownie potarła się po nosie, ale to, czego się spodziewała, bynajmniej się nie pojawiło. Prawie nie śmierdziało, ani kloaką, ani kanalizacją.

Ubrania mieszkańców także różniły się od tych z Opoki – były lżejsze, bardziej przewiewne i jaśniejsze. Mężczyźni nosili koszule spadające prawie po kolana, kobiety wolały sukienki bez rękawów, kolorowe i z cienkiego sukna. Czarne włosy nosiły spięte w wysokie koki. Niemal wszyscy mieli brązowe oczy, wciąż zmieniały się za to kolory skóry: biała, żółta, czerwona, brązowa, czarna. Wyglądało na to, że przybywają tu ludzkie strumienie ze wszystkich zakątków kontynentu.

Ki i Aros powoli maszerowali przez wąskie uliczki. Nad ich głowami niezliczone balkony tworzyły prawdziwy dach. Pomiędzy nimi powiewały suszące się na sznurach ubrania – oczywiście same długie koszule i wielobarwne sukienki.

Wędrówka przez miejski labirynt zajęła im już całe przedpołudnie. Czy Ki w ogóle wiedział, dokąd idą? I właśnie w tym momencie zatrzymał się przed siedzącym w kucki żebrakiem. Dokładniej rzecz biorąc, człowiek ten klęczał na bruku z zamkniętymi oczami, zaś w drżących rękach trzymał blaszany kubek, a w nim – garść miedziaków. Ki pogrzebał w swojej szacie i z jednego z ukrytych fałdów wyjął monetę. Pstryknął kciukiem i palcem wskazującym, a pieniądz trafił wprost do kubka. Jednak wcale w nim nie zabrzęczał. Zdziwiona Aros przyjrzała się bliżej. Jej towarzysz podarował żebrakowi dziwny drewniany talar. Pewnie długo nie poczekają na przekleństwa...

Mężczyzna nie otworzył oczu, jednak jego palce bez trudu odnalazły wnętrze naczynia i wyczuły drewniany krążek. Jego szare rzęsy zadrżały.

– Dziękuję wam, bracie zakonu. Witajcie.

– Pozdrowienia dla brata zakonu – powiedział Ki.

W odpowiedzi usłyszeli chrypliwy szept: – Kwartał Skrzatów o północy. Nie szukajcie, będziecie znalezieni. – Żebrak opuścił głowę i ponownie wysunął kubek przed siebie.

Ki powędrował dalej w górę stromej ulicy, jakby nic się nie wydarzyło. Aros poczłapała za nim niczym kaczątko za swą kaczą matką. Miała pełne zaufanie do idącego przed nią człowieczka, w końcu był jej najlepszym przyjacielem, ale czy przypadkiem nie powinna już go zapytać, co to za wielkie tajemnice?

Ki odwrócił się i powiedział: – Patrz, stąd jest wielkiej potężności widok na cały Abastoran. – Ki był mistrzem odwracania uwagi w decydującym momencie. Jednak tym razem warto było podążyć za jego słowami. Krajobraz okazał się prawdziwą nagrodą za męczącą wspinaczkę. U ich stóp rozpościerała się ogromna część nieskończonego miasta. Niezliczone punkciki roiły się między murami w kolorze gliny, a te ciągnęły się aż po samo wybrzeże. Dziewczyna odkryła czteromasztowiec; z tego miejsca zdał się jej podobny do statku w butelce.

„Do stu tysięcy beczek przesolonych śledzi, wielkość to doprawdy kwestia perspektywy”, pomyślała jak prawdziwy wilk morski.

Rozejrzawszy się w zdumieniu we wszystkich kierunkach świata, Aros westchnęła głośno.

– Wiesz co, Ki, będę całkiem szczera. Jak dla mnie za wiele tutaj tej całej wielości. Ten cały tłum – to nie dla mnie. Szczury wolą wąskie szczeliny, ciemność, kryjówkę.

– Dlatego właśnie Przyjaciółka i Artysta poproszą dziś wieczór o prawo wstępu do Gildii Strażników Ducha. Można w niej znaleźć oparcie i orientację. Wartownik podał nam czas i miejsce.

– Wartownik? Masz na myśli tego ślepego żebraka?

– Wiele tego, co tu jest, wcale nie jest tym, czym się zdaje.

– Pod tym względem to miasto niewiele różni się od Opoki. Tam też nic nie było tym, na co wpierw wyglądało. Najczęściej okazywało się gorsze, bardziej zepsute i wredne.

– Są też doświadczenia radości i dobroci. Dopiero co pożegnaliśmy się z przyjaciółmi z Barbarossy – z sercami pełnymi spełnienia. Przyjaźń jest matką miłości.

O czym ten człowiek znowu gadał?

Z zaciśniętymi ustami przypomniała sobie słowa ślepca.

– Czy ten żebrzący wartownik odesłał nas do Kwartału Skrzatów? I ty wiesz, gdzie to jest, tak?

– W istocie. Część miasta Abastoran leży na płaskowyżu.

– Tylko mi nie mów, że tam mieszkają skrzaty. – Pokręciła głową. – W takie rzeczy nie wierzę. Tak samo jak w naiwnych, krwawiących olbrzymów.

– Proszę, proszę! A jednak, widywano już takie skrzaty. Istoty wielkiej małości.

– Ki, weź ty czasami sam siebie posłuchaj. Popatrz na mnie, ja naprawdę jestem już za duża na bajki dla dzieci – stwierdziła Aros.

– A jednak są tam skrzaty – Przyjaciółka się przekona. – Ki spróbował obrócić jej wątpliwości w żart.

Nie dotarli jeszcze na samą górę. Wciąż wspinali się pomiędzy skałami i domami, domami i skałami. Słońce paliło żarem, po jej plecach spływał pot.

Za to Ki oczywiście nie pocił się w ogóle, wyglądał, jakby zupełnie się nie męczył.

– Zatrzymaj się. Przerwa! – sapnęła Aros. – Opowiedz mi coś więcej o tej dusznej gildii.

Ki obejrzał się, a potem szepnął.

– W Abastoranie jest ponad sto gildii. Jedną z nich jest Gildia Strażników Ducha, gildia magów.

– Hm – odpowiedziała Aros. Wyglądało na to, że Ki nie chce tego za bardzo rozgłaszać. I co miała na to powiedzieć? W sumie nie miała tu pojęcia o nikim i o niczym, nie miała ani planów, ani pomysłów. Tak naprawdę, przy całym tym ludzkim mrowiu, wylądowała na bezludnej wyspie. Jedna gildia czy tysiąc – dla niej było to bez różnicy. Sama nie potrzebowała ani jednej. Wystarczyła jej obecność Ki. I była to wielka pociecha. Chociaż akurat teraz specjalnej pociechy z niego nie miała. Co to za opowieści o skrzatach?

Słońce zmieniało kolor na wieczorną czerwień. Tymczasem dotarli wreszcie do szczytu wzgórza i maszerowali po płaskowyżu w głąb kraju. Kierowali się dokładnie w stronę wielkiej studni, z której jakaś kobieta właśnie wyciągała wiadro, by napełnić dwa spore dzbanki.

– Czy to woda do picia? – zapytała Aros, której przypomniała się śmierdząca breja z dzielnicy nędzarzy w Opoce.

Pytanie skierowała do Ki, ale kobieta spojrzała na nią zdumiona i pokręciła głową. Potem zaś porwała dzbanki i zniknęła pośpiesznie.

Wprawnymi ruchami Ki opuścił wiadro do studni, a potem korbą wciągnął je wypełnione wodą na górę.

– W Abastoranie czystość jest bardzo ważna. Jest tu kanalizacja, są łaźnie i wiele źródeł czystej wody. Przyjaciółka może pić spokojnie. – Mówiąc to, napełnił swój bukłak. Aros poszła w jego ślady i od razu wzięła kilka łyków. Istotnie, woda była świeża. Dziewczyna usiadła na skraju studni i rozejrzała się. Na płaskowyżu było wyraźnie mniej ludzi, od razu poczuła się lepiej. Uznała, że może być zadowolona. Tu nikt jej nie ścigał, wręcz przeciwnie, wszyscy skwapliwie ją ignorowali. Nagle poczuła nieznany niepokój. Nie opuszczało jej wspomnienie walki, którą odbyła na statku ze złośliwym demonem, wspomnienie, jak – przywiązana do masztu – spoglądała w tę otchłań zła i ohydy. Nadszedł czas, by wreszcie otrząsnąć się z tych myśli, które jednak kleiły się jej do głowy niczym smoła. Nawet nie korzystając z zęba wróżki, czuła, że walka z Niewypowiedzianym bynajmniej wcale się nie skończyła. Chciał albo przeciągnąć ją na swoją stronę, albo zabić.

Cienie wydłużały się, aż wreszcie całkiem zniknęły. Ki i Aros siedzieli w trawie na niewielkiej łące i dzielili się arbuzem. Dziewczyna wypluła pestkę i starła rękawem krople soku z brody.

Po chwili podnieśli się i zagłębili dalej w dzielnicę na wzgórzu. Uliczki zwężały się coraz bardziej, coraz głębsze były wąwozy uliczek. Dziewczyna patrzyła w prawo i lewo na strome ściany, zupełnie już straciła z oczu niebo i gwiazdy. Z własnej woli nigdy by tu nie przyszła.

– Kiedy wreszcie dojdziemy do tego Kwartału Skrzatów? – zapytała.

Człowieczek skinął lekko, zatrzymał się, a potem nacisnął sobie kapelusz jeszcze głębiej na oczy.

– Jesteśmy w samym jego centrum. O północy Przyjaciółka i Artysta będą czekać we właściwym miejscu.

– Znajdzie się tu też dla nas jakieś miejsce do spania? – Nie zdążyła dokończyć, a już ziewnęła z całego serca.

Nim Ki odpowiedział, drogę zastawiły im jakieś cienie. Otoczyli ich trzej mężczyźni w czarnych habitach, każdy wielki na co najmniej dwa metry. Aros zdali się niewymownie groźni. W potężnych dłoniach każdy trzymał potężną kolczastą maczugę. Na ucieczkę było za późno.

Przywódca tego trio zagrzmiał potężnym głosem z obcym akcentem: – Czego tu szukacie, skrzaty?

Ki spojrzał na dziewczynę z uśmiechem.

– Czy Przyjaciółka już wierzy Artyście, że tu żyją skrzaty?

– Ki, jakoś w tej chwili nie jest mi do śmiechu. Ci panowie nie wyglądają na szczególnie miłych.

– Czego tu szukacie, pytam grzecznie! – ryknął olbrzym, przewyższający Ki o dobre cztery głowy. Dwaj pozostali zbliżyli się niebezpiecznie. Aros zezowała już w poszukiwaniu drogi ucieczki między ich nogami.

Jej przyjaciel powiedział jednak: – Wielcy panowie ze Straży Gildii dobrze to wiedzą. Przyjaciółkę i Artystę przysłał tu pewien żebrak...

– Ale to jeszcze nie znaczy, że was przepuścimy. Czasy są niepewne, nie każdy spełnia warunki, by znaleźć się przed Radą.

– Przyjaciółka i Artysta spełniają te warunki z lekkością gęsiego piórka.

Mężczyzna nie zdawał się do końca przekonany. Właściwie zdawał się być wściekły. Ze ściśniętymi zębami Aros zastanawiała się, jak mogliby się obronić.

– Siódme po lewej – powiedział tamten wreszcie. – Wszystko inne i tak się okaże. – Cała trójka zniknęła w ciemności.

Dziewczyna ze zdumieniem gapiła się na pustą ulicę. No, no, duszna gildia umiała się bawić.

Ki pomaszerował, jakby nigdy nic, i jął liczyć drzwi po lewej stronie.

– Pięć, sześć, siedem. Jest, to tu! – Wskazał na wąski domek z wąskim wejściem, nie różniący się specjalnie od pozostałych.

Aros przyjrzała się sceptycznie niepozornemu budynkowi. Niby co to miało być? W tym mieście wielości i wielkości spodziewała się czegoś pompatycznego, imponującego – czegoś w rodzaju pałacu.

Ki wyczuł jej rozdrażnienie i – jakże by inaczej – uśmiechnął się, ruszył w kierunku wąskiej, ciemnej szczeliny – i zniknął w niej.

Aros podążyła za nim. Nieufnie rozglądała się na wszystkie strony. Spodziewała się niespodziewanego, jednak w niewielkim pomieszczeniu nie było nikogo. Jedynym źródłem światła była tląca się przy ścianie pochodnia. Ki wskazał na ławkę, która stała naprzeciwko drzwi; był to jedyny mebel. Usiedli – sami, we dwoje. Czas mijał. I mijał. No i co dalej? Aros postanowiła, że wyjątkowo wykaże się cnotą cierpliwości, że przeczeka do końca w milczeniu. Przeczekiwanie okazało się przy tym naprawdę wredną formą czekania. Postanowiła, że nie będzie tupać stopą po glinianej podłodze. To akurat okazało się dosyć łatwe. Nagle zaczęła się zastanawiać, na co właściwie czekają. Z drugiej strony, nie miało to przecież znaczenia, czas mijał, tak czy siak.

Ki oczywiście wyczuwał, jakim wyzwaniem dla Aros było takie siedzenie bez ruchu. Rozłożył ręce i powiedział łagodnie: – Cierpliwość to zaufanie dla czasu.

No, pięknie, kolejna mądrość w stylu Ki. Tak jakby czas był sojusznikiem. Parsknęła – parsknięcia były dozwolone. Cierpliwość okazała się cięższa niż skrzynia z podkowami. I właśnie w chwili, gdy przemyśliwała, jakim tonem głosu powinna zapytać Ki, czy przypadkiem nie zamierzają spędzić tu reszty życia, zauważyła cień przy drzwiach. Mężczyzna o rzadkich, siwych włosach, wetknął głowę do środka i zamrugał. Próbował ukryć zdumienie, ale wcale mu się to nie udało.

– Naprawdę – zacharczał. – Mamy dwójkę słuchaczy.

Naprawdę, milczała już wystarczająco długo, dotarła na sam skraj opanowania, ba, wręcz na jego drugą stronę. Wybuchła pełna złości: – Ale tu nie ma czego słuchać!

Poszukała potwierdzenia u Ki, który jednak zdawał się wiedzieć, co starzec ma na myśli.

– Młoda dama szuka oświecenia – powiedział.

„Po raz pierwszy w życiu ktoś mówi o mnie jako o damie”, pomyślała młoda dama, niepewna, czy to raczej dobrze, czy źle.

Starzec zmierzył ją wzrokiem, jakby była bydlęciem na targu.

– Która domena? Czyniąca, Widząca czy Przeobrażająca?

– Przeobrażająca i Widząca – odpowiedział Ki.

– Nieprawdopodobne, a wręcz niemożliwe! – starzec zakaszlał nienaturalnie. – Wybaczcie, ale nie zamierzam czynić tajemnicy z mojej niewiary. Nynevé, ostatnia ze swego rodu, została stracona przez Kamienne Głowy. Spalona jak kawał drewna. – Potrząsnął sceptycznie głową. – Od wielu dekad nie ma już narybku – ani w Gildii, ani nigdzie indziej. Pradawny Dux Panalian jest jedynym, który panuje nad Przeobrażeniem. Dolanie wymarli.

O czym ten staruch gada? Aros nawet nie próbowała zrozumieć.

– Prawdziwy z niego mądrala, Ki, wszystko wie najlepiej. Nic tu po nas. – Jakoś nie polubiła tego besserwissera. A poza tym wcale nie miała ochoty być jakąś Dolanką. W jakiejś domenie. I nie miała już ochoty dalej słuchać. I wcale, ale to wcale nie miała ochoty zawierać znajomości z jakimś Duxem.

Starzec spojrzał kpiąco na dziewczynę, potem pokręcił głową i zwrócił się do Ki: – Kto takiemu tandemowi jak wy zdradził, dokąd trzeba pójść, by trafić przed oblicze Rady Gildii?

– Sama Nynevé opowiedziała o tym Artyście.

Twarz starca zupełnie się odmieniła.

– Twierdzicie, że znacie Ostatnią z Pradawnych? Niewielu było takich, którym zdradziła swą tożsamość. Jeśli mówicie prawdę, z pewnością potraficie powiedzieć mi, jak brzmi tajne hasło.

Ki uśmiechnął się, ale nic nie powiedział.

Starzec obnażył resztki zębów w pozbawionym radości uśmiechu.

– Bardzo mi przykro, ale bez dalszych dowodów nie mogę was wpuścić do Sanctum. A teraz precz z moich oczu, dość już straciłem na was czasu. No, chyba że podacie mi hasło. Jak ono brzmi?

– Dupek! – spróbowała Aros głośno i wyraźnie. Nie, to nie była próba – była pewna, że to właśnie należało powiedzieć.

Starzec zrobił obrażoną minę. Przez ściśnięte wargi powiedział: – To nie jest to hasło. Ta rozmowa właśnie się zakończyła. Nie jesteście godni. Proszę natychmiast opuścić ten dom.

Aros nie wahała się ani chwili, podskoczyła i powiedziała: – Świetny pomysł. Chodź, idziemy.

– Przyjaciółka i Artysta muszą się wykazać odrobiną cierpliwości.

– Jasne, jasne. Cierpliwość to moje drugie imię – powiedziała niecierpliwie. – Sam słyszałeś – nie jesteśmy tu mile widziani. Mi takich rzeczy nie trzeba powtarzać, Ki.

Starzec szeroko otworzył oczy, na jego czole pojawiły się bruzdy.

– Ki... he? Ki? – wycharczał.

– Tak właśnie mnie nazywają. – Człowieczek poprawił słomiany kapelusz, złożył dłonie na wysokości serca i skłonił się.

– To w istocie wy! – Oczy starego omal nie wytoczyły się z orbit. Opadł na czworaka. Posuwał kolanami po glinianej podłodze. – Co za honor, co za zaszczyt, Mistrzu Ki – stękał, opluwając sobie przy tym dłonie.

– Nie ma powodu klękać. Artysty nie było tu już wiele lat.

– Dlaczego od razu się nie objawiliście? Oczywiście natychmiast poprowadzę was do Sanctum. – Choć mówił to, co mówił, jego wzrok skierowany na Aros nie pozostawiał wątpliwości, że akurat ją to by najchętniej utopił w szklance wody. Od razu też dodał: – Jesteście pewni, że ta... – szukał odpowiedniego określenia – ...osoba... jest w posiadaniu Daru?

– Przyjaciółka jest Dolanką.

– No, dobrze, dobrze, czcigodny Mistrzu Ki, Primus z pewnością ją zbada, ale Gildia musi być ostrożna. Cesarz jest wobec nas nieufny. Zostało nas już ledwie sześćdziesięciu ośmiu.

Aros kątem oka rzuciła przyjacielowi spojrzenie, krzywe, ostre, przeszywające, po takim spojrzeniu właściwie powinien krzyknąć z bólu. Ale on oczywiście tylko się uśmiechał. Powinna była się domyślić, że Artysta, bez względu na przyczynę, z pewnością nie był tu nikim nieznanym.

Starzec podniósł się z trudem, stanął na progu i odwrócił się.

– Zechciejcie podążyć za mną – poprosił z uprzejmością skąpanego we krwi sztyletu.

Piasek i woda

Dlaczego nie powiedziałeś Emichowi, że Niewypowiedziany jest moim bratem?

Ten to zadawał pytania. Ale w sumie – no właśnie, dlaczego?

– Bo i tak był już w złym humorze. Kiedy tak sobie myślę, że to ty byłeś tym demonem, który wziął się pod boki w chwili, gdy Torem zabijał jego ojca, Vigona, to mi się też zmienia humor.

Nigdy nie biorę się pod boki.

– To była przenośnia. – Farin parsknął. – Akurat ten Torem, który podarował mi ów amulet z dziwnego, błękitnego metalu, i mój skórzany pancerz.

Wyjaśnij mi jedno, Robaku. Jakie to ma znaczenie, czy powiesz o tym Emichowi, czy nie? Do Torema z pewnością to nie dotrze. A rzadko kto z ludzkiej rasy bierze swoje obietnice poważnie. Zaś z rasy demonów – to już kompletnie nikt. Co może mnie obchodzić moja wczorajsza gadanina?

No właśnie. Jak przychodziło co do czego, Paskudnik opowiadał te swoje mądrości o etyce giętkiej jak rózga i żwawej jak chorągiewka na wietrze.

Syn grabarza zacisnął wargi.

– Ja sam dowiedziałbym się o tym w tym samym momencie. Dowiedziałbym się, że złamałem obietnicę.

Też mi coś.

– Ale zapamiętam sobie, jak bardzo cenisz sobie własne słowo.

W ogóle go nie cenię. Słowo demona! Paskudnik zagulgotał z zadowolenia.

Chimera stroiła sobie żarty ze spraw, które Farin traktował bardzo poważnie. Poczuł, jak wzbiera w nim gniew.

– Powinieneś się wstydzić.

Que? Wsty...dzić? To jedno z owych twoich typowych robaczywych słów. Farin usłyszał w tyle głowy coś jakby nabieranie oddechu. Takie jakby: „Uwaga! Wykład!” I już Paskudnik zaczął paskudzić: Obietnice, przyrzeczenia, słowa honoru – wszystkie tylko po to, żeby je łamać. Zastanówże się – cóż byłyby warte w przeciwnym razie? Jeślibym coś obiecał, musiałbym to sobie zapamiętać. Na zawsze. Zaś przy mojej oczekiwanej długości życia „na zawsze” – to jest dosyć długo.

– Gadaj zdrów, rób, co chcesz, ale moją moralność zostaw w spokoju.

No i znowu takie robaczywe wyrażenie. Moralność jest macochą wstydu.

– Jesteś bez honoru, bez wartości i bez... bez..

Bez wad? – podpowiedział demon wielce z siebie zadowolony.

– Daj już spokój, Paskudniku. Rozmowa z tobą o ludzkich wartościach to strata czasu.

Istotnie, rozmowa o ludzkich wartościach to strata czasu.

– Ech! – parsknął Farin. Było to potężne, pewne siebie i przekonujące „ech”.

Musisz jakoś pasować do swojego świata i musisz o to zadbać. A z twoim nastawieniem czarno to widzę.

– Jestem grabarzem. Od dziecka mają mnie za odmieńca. Ale mi zależy na tym, żeby zawsze móc w spokoju spojrzeć w lustro.

No i to cię czyni w moich oczach takim milutkim. Przejdźmy jednak do tego, co ważne – jedziemy na dwór królewski. Myślę, że nie zdajesz sobie sprawy, co to znaczy.

– Oczywiście, że nie, przecież nigdy jeszcze tam nie byłem.

Za to ja byłem. Jako Pierwszy Rycerz, jako pokojówka, jako doradca i jako błazen.

Farin nadstawił uszu. Przeszłość Paskudnika sięgała kilku stuleci.

– Jako błazen?

Jakieś siedemset lat temu, wspólnie z Calvinem, odnosiłem bezprecedensowe sukcesy na dworze króla Ludwika Okrutnego.

– Byliście okrutnie zabawni?

Z twoim poczuciem humoru Ludwik kazałby ci wyrwać język po trzecim zdaniu, a potem jeszcze, dla pewności, skrócić o głowę.

– „Błazen” pasuje do ciebie nawet bardziej niż „Paskudnik”.

Nie pozwalaj sobie!

– Przecież i tak wciąż jeszcze nie chcesz mi zdradzić swojego prawdziwego imienia.

I tak byś je zapomniał, jeszcze zanim by się zrobiło ciemno.

– Co prawda, to prawda. Tym bardziej możesz mi je bez obaw zdradzić. No już!

Nie zasłużyłeś sobie. Żaden śmiertelnik nie pozna mojego prawdziwego imienia, śmiertelniku.

– Coś taki zrzędliwy, demonie? Czyżby kryło się za tym coś więcej?

Imię demona to sprawa szczególnej wagi. To więcej niż zaklęcie, każde przyrzeczenie jest przy nim błahostką.

– Zaraz, a to nie ty mi przypadkiem przed chwilą klarowałeś, że przyrzeczenia i moralność są warte dla demona tyle, co splunięcie?

Co za okropne słowo! Sam nigdy bym go nie wypowiedział.

– Tfu! No dobra – gadaj już.

Widzę, że masz dziś gorszy dzień. Imię demona to więcej niż tylko słowo. To objawienie, wyznanie, zobowiązanie.

„Co ten Paskudnik chrzani?”

– Nie rozumiem ani słowa.

To żadna nowość. W takim razie spróbuj zrozumieć to: jeśli znasz imię demona, możesz wywołać go w pentagramie nawet wbrew jego woli.

– A czy mogę go też odwołać?

Oczywiście, że nie.

– Założę się, że się go po prostu wstydzisz, tego imienia.

Niezła próba, podstępny człecze, zazgrzytał Paskudnik.

– No dobrze – zostawmy to już. Opoka! Jedziemy do stolicy Zjednoczonych Królestw. Jedziesz ze mną? – Farinowi od razu poprawił się humor.

Jeśli inaczej się nie da. Przecież wiesz, że dla ciebie gotowym przejść przez ogień.

– No proszę. A gdybyś był rybą, gotów byś był rzucić się dla mnie w morskie tonie.

Bez przesady.

Farin poddał się. Paskudność Paskudnika robiła się epicka.

Jak co rano wyczyścił sobie zęby patykiem i palcami, a potem spakował swój skromny dobytek. Na ramiona włożył skórzany pancerz, ten, który dostał w prezencie od Torema – z pewnością zrobi nim wrażenie na dworze. Za ledwie kilka godzin mieli ruszać do Opoki.

Niemal sześćdziesięcioosobowy oddział przejechał przez wielką bramę zamku Siegesmund. Poruszali się stępa w dwóch rzędach na południowy wschód, w stronę wybrzeża.

Emicho w ostatnich dniach wysłał kilku zwiadowców i szczęśliwie wszyscy wrócili, nie zauważywszy jakichkolwiek ruchów nieprzyjaciela.

Farin nie ulegał iluzjom. Nawet jeśli mieliby nie spotkać żadnych nekorian, było oczywiste, że bynajmniej nie zaprzestali oni swych niecnych knowań. Czyżby sprawdzali taktykę o nazwie „cisza przed burzą”? Zatopiony w myślach drapał między uszami swą klaczkę, Ćwikłę.

Towarzyszyli mu przyjaciele – Plaudius i Drogdan z przodu, Baraldon obok. Farinowi podobało się, że mógł tak po prostu wmieszać się w tłum wasali swego rycerza. Nie zależało mu wcale na roli przywódcy, która przypadła mu w udziale podczas wyprawy do Bagnisk. Cieszył się, że zobaczy stolicę, którą przecież znał z opowiadań. Wiedział, że jest tam wielki port, a ponad miastem – królewski zamek. I że w tym właśnie mieście, w sierocińcu, dorastała Aros. Nie było dnia, w którym nie myślałby choć trochę o tym dzikim stworzeniu. Farin podarował jej swego konia, Tyranię. Niedługo to trwało, a wskoczyła na siodło i pojechała w siną dal, zupełnie sama, nie bojąc się nekorian, rohatyńcow, zbójów ani innych złoczyńców. Nieustraszona wariatka. Albo beznadziejnie naiwna.

Nagle przypomniało mu się proroctwo, które Frenja usłyszała od tajemniczej kobiety o imieniu Nynevé: – Złącz Proroka i Zaklinacza Kości w dobrej godzinie, bo tylko sojusz demona i objawienia uratują Królestwa przed ogniem piekielnym. – W zasadzie przepowiednia już się spełniła: on był Zaklinaczem Kości, ona – Prorokiem. On skrywał demona, ona – niezwykłe wizje. W zasadzie sprawa byłaby prosta, byłaby – gdyby dziewczyna po prostu sobie nie pojechała.

Farin ścisnął Ćwikłę udami, dając jej sygnał, by podbiegła do wozu, na którym, na ile to było możliwe, umościła się jasnowidzka. Grube poduszki tłumiły nieco uderzenia płynące z obitych żelazem drewnianych kół.

– Frenjo, powiedz mi, proszę, ta twoja nauczycielka, Nynevé, o której mi opowiadałaś, co to była za kobieta?

– A skąd nagle takie pytanie, chłopcze? – Jednak wyraźnie ucieszyła się z tego urozmaicenia monotonnej podróży, bo dodała: – Nynevé była ostatnią z pradawnych Widzących. To znaczy... – ściszyła nieco głos – że należała do największych magików naszej ery. Byłam u niej na naukach przez siedem lat, siedem miesięcy i siedem dni, i otworzyła mi oczy na niezwykłości tego świata. Bardzo mi jej brak. Zapowiedziała mi, że mnie znajdziesz.

Magia? Dawniej Farin pokręciłby tylko z niedowierzaniem głową, jednak w ostatnich miesiącach sam przeżył przygody tak dziwne, że dawniej nawet nie próbowałby ich sobie wyobrazić. Nie mógł też bynajmniej zapoznać, że sam gościł w swym umyśle demona, który potrafił dokonać niewiarygodnych czynów, zawsze na wąskiej grani między szaleństwem i geniuszem.

Niby co ty tam sobie przemyśliwasz? A, dobra, już rozumiem. Ty szaleństwo – ja geniusz.

– Ależ skąd, geniusz to dla ciebie określenie wręcz niesprawiedliwe – szepnął Farin.

Ironia to nie jest twoja najsilniejsza broń. Takie skomplikowane sprawy pozostaw lepiej w rękach starszych i mądrzejszych.

Farin ucichł. Jedyne, co Paskudnik dobrze znosił, to było uwielbienie – nawet najbardziej niewinna antydemoniczna myśl mogła spowodować prawdziwą burzę.

Frenja uśmiechnęła się.

– Prowadzisz dialog ze swoim diabelskim lokatorem?

– Można to tak nazwać.

– Tak naprawdę wszyscy jesteśmy jedynie liśćmi na wietrze. Dotyczy to także twojego demona – możesz mu to przekazać.

Liśćmi na wietrze? Paskudnik westchnął. Powiedz jej, że jeśli chodzi o mnie, to jestem tym wiatrem, z którego rodzi się burza, ba, orkan. I że jej nie cierpię. Na koniec przekaż mi na chwilę kontrolę, żebym mógł ją zdmuchnąć z tego powozu.

– Demon mówi, że doskonale rozumie, co masz na myśli.

Hm, jak to powiedział król Grachus: dyplomaci oszczędnie gospodarują prawdą.

– Frenjo, nie wiem, co mógłbym zrobić. Jak dotąd podążam tylko za zdarzeniami.

– Uwolniłeś naszego pana od znamienia. Teraz przyszedł czas na kolejny krok – walkę z nekorianami. – A potem dodała wyraźnie podekscytowana: – Jedziemy w odwiedziny do Starego Króla, żeby wraz z nim opracować plan bitwy. To niewiarygodne.

– Zastanawiam się tylko, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Aros. Zakładam, że decydującą, a przy tym nie wiemy nawet, gdzie jest i co robi.

Frenja wzruszyła ramionami.

– Nigdy jej nawet jeszcze nie widziałam. A ty myślisz o przepowiedni.

– Tak jest. Ona jest jej częścią.

– Dziewczyna jest już za siódmą górą. Problem z proroctwami jest taki, że są miękkie jak wosk – a przez to tak trudne w interpretacji. I to zarówno zanim się spełnią, jak i potem.

– Kiedy walczyłem z Niewypowiedzianym, kryjącym się w Emichu, czułem się w jakiś niewyjaśniony sposób powiązany z Aros. Prawie tak, jakbyśmy walczyli ramię w ramię.

– Poskrom demona, którego masz sobie, a uwolnisz zmysły do realizacji innych zadań.

Ale jak – „poskrom”?! Stara nie wie, co gada.

– Frenjo, czy byłaś już kiedyś na dworze królewskim?

– Samego króla nie miałam okazji zobaczyć, ale przez dwa lata mieszkałam w cieniu zamczyska. Więcej mi nie potrzeba. Dobrze poznałam zwyczaje arystokratów i kleru.

– Mi są zupełnie nieznane.

– Na początek dam ci dobrą radę: trzymaj język za zębami. Nie odzywaj się bez potrzeby. Cokolwiek powiesz, zostanie w mgnieniu oka odwrócone na drugą stronę i użyte przeciwko tobie. Wielcy panowie nie przepadają za tym, by ktoś z gminu stawał naprzeciw nich jak równy z równym.

– Ale przecież my będziemy gośćmi króla. Więc właściwie od dawna już należymy do towarzystwa.

– Wielkich panów rozsierdzi to tym bardziej. Łaska Starego Króla jest przedmiotem powszechnej zazdrości. A nowi faworyci – tych nienawidzą najbardziej. Wnoszą nieznane zagrożenia, głównie dla tych, którzy z takim trudem wywalczyli swoje pozycje.

– Zapamiętam to sobie, dziękuję. – Skinął na zakończenie i wrócił na miejsce obok Baraldona. Bez pośpiechu jechali przed siebie przez kolejne godziny.

– Jutro dotrzemy do Opoki – do najważniejszego miasta Zjednoczonych Królestw, z największym zamkiem. Nie byłem tam już co najmniej od czterech lat – objaśnił Plaudius. – Gdyby nie tabory, dawno dotarlibyśmy już na miejsce i nie musielibyśmy spędzać kolejnej nocy pod gołym niebem.

– Ach, to naprawdę pół biedy. Przypomnij sobie lepiej tę półkę skalną, na której musieliśmy nocować w Zachodnim Paśmie. Tutaj będzie nam się spało już iście po królewsku.

Jakby na zawołanie Emicho zatrzymał pochód i rozkazał poczynić przygotowania do popasu. Był wczesny wieczór. Rycerz chciał jeszcze w świetle dziennym wybadać okolicę i zabezpieczyć obozowisko.

Drogdan, Plaudius i Farin zajęli się końmi, które przy tej prędkości nawet nie zdążyły się zmęczyć. Giermek w pierwszej kolejności napoił i wyczesał rumaka swego pana.

Tymczasem rycerz od dłuższego już czasu naradzał się z Baraldonem. Syn grabarza przypuszczał, że Emicho zamierza na królewskim zamku znaleźć dla giermka nowego rycerza.

Farin spojrzał w niebo. Wiatr zmienił kierunek, a do uszu chłopaka dobiegł nieregularny szum.

– Morze! To musi być morze! – szepnął.

– No, jasne, jakżeby inaczej. – Drogdan wzruszył ramionami.

– Od dziecka marzyłem, by je zobaczyć. Miałem okazję rzucić na nie okiem, choć przez krótką chwilę, gdy omal nie spadliśmy wraz z tratwą z wodospadu. Teraz chciałbym przyjrzeć mu się z bliska, poczuć jego zapach, dotknąć go, posmakować.

Pozostali spojrzeli na niego, jakby właśnie spadł z konia i z impetem uderzył głową o ziemię.

– No tak! – odrzekł Plaudius w zadziwieniu.

– Opoka w istocie leży nad samym morzem. Będziesz mógł dokonywać zaślubin – dodał Drogdan. – Dzień w dzień.

– Nie chcę czekać – od razu jadę na brzeg. Kto jedzie ze mną? – Farin czuł, jak podniecenie pali mu policzki.

– Teraz? – zapytał Plaudius znudzony. – Przecież ono jutro nadal tam będzie.

– Nie chce mi się. Jednak powinieneś zapytać o zgodę Emicha – doradził Drogdan. – Niezbyt lubi, gdy tak sobie po prostu znikasz. Pamiętasz, co było, jak pobiegłeś z powrotem do „Dobrej godziny”.

Farin wyciągnął szyję i zobaczył, że rycerz wciąż jeszcze jest zagłębiony w rozmowę z Baraldonem.

– Nie będę im przeszkadzał. Jakby pytał, powiedzcie, że ruszyłem nad morze i nie dało się mnie zatrzymać.

– Hm. Jesteś dorosły. Rób, co musisz – mruknął Drogdan.

Farin szybkim krokiem podszedł do swej klaczki.

– Ćwikło, wyjeżdżamy jeszcze na trochę. Na samo wybrzeże – pokażę ci morze. – W odpowiedzi usłyszał ciche, przyjazne rżenie – dobrze, że ktoś tu umiał okazać zachwyt. Chłopak uznał, że na tak krótki odcinek nie ma sensu nakładać siodła i po prostu wskoczył jej na grzbiet. Chłopiec i jego koń objechali formację skalną i ruszyli na wschód. Farin był jak odurzony radosnym oczekiwaniem, że wreszcie spełni tak dawne marzenie. Dodatkowo w galopie czuł każdy ruch, każdy mięsień zwierzęcia. Pierwszy raz poczuł jedność ze swym wierzchowcem.

Na północnej stronie odkrył jednego ze zwiadowców, wysłanych przez Emicha w poszukiwaniu śladów nekorian. Pomachał mu przyjaźnie. Tamten wyraźnie się rozluźnił i odpowiedział tym samym gestem. Wszystko zdawało się być w najlepszym porządku – bezpiecznie, gdzie okiem sięgnąć. Rzadki widok świata w pełnej krasie.

Ziemia robiła się coraz bardziej piaszczysta. Przed oczami Farina otworzyły się rozległe wydmy – burzowe fale piasku, porastające rzadką trawą. W podnieceniu wciągnął głęboko powietrze nosem, ostry zapach morskiej bryzy odurzył go jeszcze bardziej.

Czy ty aby nie przesadzasz?, zapytał Paskudnik.

– Z czym? Nie wolno mi nacieszyć się czymś tak niebywałym jak morze?

Niebywałym i nieludzkim. Nawet dla demonów.

– Czyżby nasz połykacz ognia obawiał się wody?

E tam. Zapomniałeś już, kto wraz z tobą nurkował w jeziorze w Zachodnim Paśmie, tępaku?

Farin pozwolił klaczce przejść z galopu w kłus, bo piasek robił się coraz głębszy. Nie chciał pozwolić, by się potknęła. Ruszyli nieco w dół, a kilkadziesiąt metrów dalej znów stromo w górę. Trawa porastająca piasek robiła się coraz gęstsza i wyższa. Szum bałwanów oszałamiał syna grabarza, wicher szalał coraz głośniej i gniewniej. Morze wciąż kryło się za wysoką wydmą. Szybkim ruchem zeskoczył z grzbietu Ćwikły i poprowadził ją za uzdę. Buty i kopyta zapadały się z każdym krokiem w piasek. Wreszcie dotarł do szczytu, otworzył się przed nim widok na część wybrzeża. Z lewej złocista, piaskowa plaża rozciągała się aż do skalistej zatoki, której kamienne brzegi wychodziły daleko w morze. Aż po horyzont woda mieniła się błękitem. Farin ścisnął wargi i przełknął ślinę. Co za widok. Stał bez ruchu i gapił się na fale.

Dopiero po jakimś czasie powrócił do rzeczywistości. Żeby dojść do wody, musiał ruszyć w dół, krok po kroku brnął przez piasek. Nigdy jeszcze nie zdjął butów tak szybko – ziarna wchodziły między palce, łaskotały podeszwy stóp. Uczucie nie do opisania. Obejrzał się na ślady, które pozostawiał za sobą. Jakiś krab przesuwał się w kierunku morza, zatrzymał się, zamachał do niego szczypcami.

– Juhuuu! – wrzasnął Farin, wbiegając po kolana w wodę. Tam zatrzymał się na chwilę.

Niesforne fale raz po raz uderzały go w pierś, jednak zupełnie się tym nie przejmował. Schował dłonie w wodę, a potem podniósł palce do ust i polizał je, zupełnie jakby kąpał się w miodzie. O rany, krople były znacznie bardziej słone, niż sobie wyobrażał. Któż był tak szalony, żeby wsypywać tyle soli do oceanu?

Nie przesadzasz aby?, zapytał Paskudnik.

---ENDE DER LESEPROBE---