Utalentowany Pan Montague - Stephanie Laurens - E-Book

Utalentowany Pan Montague E-Book

Stephanie Laurens

0,0
6,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Montague poświęca cały swój czas, żeby zarządzać finansami londyńskiej elity i płaci za to wysoką cenę, wyrzekając się posiadania własnej rodziny. Lecz gdy czarująca panna Violet Matcham zwraca się do niego o pomoc, Montague napotka nowe, ekscytujące wyzwanie - zawodowe, a wkrótce także prywatne. Violet, dama do towarzystwa starzejącej się lady Halstead, prosi Montague'a, by pomógł jej chlebodawczyni sprawdzić stan rodzinnych finansów. Wkrótce starsza pani zostaje zamordowana, a Montague i Violet, starają się zdemaskować sprytnego, zabijającego z zimną krwią mordercę, podkradającego się wciąż bliżej i bliżej. Czy odkryją szokującą prawdę, zanim będzie za późno, i czy uda im się wykorzystać szansę na miłość i trwały związek?

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2015

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Tytuł oryginału: TheMasterful Mr. Montague

Projekt okładki: Karandasz

Copyright © 2014 Savdek Management Proprietary

Published by arrangement with HarperCollins Publishers

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2015

ISBN 978-83-7551-459-9

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Poprzednie śledztwa szlachetnieurodzonego Barnaby’ego Adaira

Kornwalia, czerwiec roku 1834

Sprawa Gerarda Debbingtona, brata Patience Cynster, szwagra Vane’a Cynstera i panny Jacqueline Tregonning

(Prawda o miłości)

Newmarket, sierpień roku 1834

Sprawa Dillona Caxtona, kuzyna Felicity Cynster, szwagra Demona Cynstera i lady Priscilli Dalloway

(Cena miłości)

Somerset, luty roku 1833

Sprawa Charlesa Morwellana, lorda Mereditha, brata Alathei Cynster, szwagra Gabriela Cynstera i panny Sarah Conningham

(Smak niewinności)

Londyn, listopad roku 1835

Sprawa panny Penelope Ashford, siostry Luca, hrabiego Calvertona, szwagierki Amelii Cynster

(Za głosem serca)

PROLOG

Październik roku 1837

Londyn

– Umieram i chcę zrobić to, co należy.

Agatha, lady Halstead, zacisnęła usta w wąską kreskę.

Violet Matcham wyprostowała się, spulchniwszy poduszki pod głową starszej pani. Dodającym otuchy gestem położyła dłoń na ręce damy spoczywającej bezwładnie na kołdrze.

– Jest pani zupełnie zdrowa i o tym wie. Lekarz potwierdził to nie dalej jak w zeszłym tygodniu.

Był późny ranek. Przez rozsunięte kotary do obszernej sypialni wpadało blade światło jesiennego dnia, przydając nieco blasku wyschniętej jak pergamin, pokrytej starczymi plamkami skórze lady Halstead i srebrnym pasmom jej przerzedzonych włosów. Bystre kiedyś, niebieskie oczy zaczynały tracić niegdysiejszy blask.

– Co on może wiedzieć? – Lady Halstead zerknęła spod oka na Violet. – Ci młodzi mężczyźni… Zawsze im się wydaje, że wszystko wiedzą. Ale ja jestem stara, kochanie, i czuję w kościach chłód śmierci. – Opadła na poduszki i spojrzała na sufit. – Gdy kiedyś starzy ludzie tak mówili, uznawałam to za wymysł, lecz teraz wiem, co mieli na myśli, ponieważ sama to czuję. – Nie odwracając głowy, zerknęła na Violet i uścisnęła lekko jej palce. – Większość moich przyjaciół dawno umarła. Minęło też niemal dziesięć lat, odkąd odszedł sir Hugo, niech będzie błogosławiona jego dusza. Chętnie bym się już z nim spotkała, lecz muszę wpierw wypełnić daną mu obietnicę.

Violet, pogodzona z tym, że nie uda jej się zmienić nastroju podopiecznej – tym bardziej iż lady Halstead wydawała się równie trzeźwo myśląca, opanowana i rozsądna jak zawsze – spytała:

– A cóż to miało być takiego?

Została zatrudniona jako dama do towarzystwa wkrótce po śmierci męża lady Halstead – wzoru cnót wszelakich – nie dane jej więc było spotkać dżentelmena. Słyszała jednak o nim od wdowy tyle, że czuła się, jakby dobrze go znała. Przynajmniej na tyle dobrze, by wiedzieć, iż nie zażądał czegoś nonsensownego. Rzeczywistość potwierdziła jej wyobrażenia, lady Halstead powiedziała bowiem:

– Mój drogi mąż poprosił, bym obiecała mu, że nim odejdę, upewnię się, że wszystkie moje sprawy, zarówno osobiste, jak i te dotyczące majątku są w absolutnym porządku. Przykładał do takich rzeczy wielką wagę.

Ty zaś, pomyślała Violet, czcisz jego pamięć, więc jest toważne także dla ciebie. Jej poprzednia pracodawczyni, lady Ogilvie, była zmarłemu małżonkowi równie oddana.

Lady Halstead uniosła głowę, wyprostowała się na łóżku i kontynuowała nieco mocniejszym głosem:

– Zatem, chociaż wydaję się zdrowa, wiem, że mój czas nadchodzi, i życzę sobie sprawdzić, czy wszystko, co dotyczy mojej ostatniej woli i stanu posiadania, pozostaje w absolutnym porządku.

Sir Hugo wzbogacił się w Indiach, a za zasługi dla Korony został nagrodzony tytułem szlacheckim. Tym samym Halsteadowie wspięli się na nieco wyższy stopień drabiny społecznej, równy przedstawicielom niższej arystokracji, i byli, jak wieść niosła, ze wszech miar dobrze sytuowani. Dom przy ulicy Lowndes – dobry adres w szanowanej okolicy – odzwierciedlał ten stan rzeczy. Nawet sypialnia lady Halstead z wielkim, nowoczesnym łóżkiem, adamaszkowymi zasłonami i pasującymi do nich obiciami wypolerowanych na wysoki połysk drogich mebli zaświadczała o statusie rodziny.

Choć Violet nie znała szczegółów ostatniej woli sir Hugona, domyślała się jednak, że po śmierci starszego pana cały majątek przeszedł dożywotnio na jego żonę. Potem, zgodnie z wolą sir Hugona, miał zostać podzielony równo pomiędzy czwórkę ich dzieci. Czyniło to prośbę o dopilnowanie, aby finanse zostały uporządkowane, absolutnie rozsądną.

Skinęła więc głową.

– Doskonale. Co mam zrobić?

Choć umysł starej damy pozostał jasny i zaskakująco bystry, osłabła w ostatnich tygodniach na tyle, że większość dni spędzała w łóżku. Wejście na schody stanowiło wysiłek, podejmowany jedynie, gdy było to niezbędne. Niewielkim gospodarstwem zarządzała Violet i czyniła to z wprawą wynikłą z doświadczenia. Zważywszy, iż poza nią i lady Halstead w domu mieszkały na stałe jedynie pokojówka starszej damy, Tilly oraz kucharka, nie było to zadanie ponad siły. Zwłaszcza że cała czwórka świetnie się dogadywała. Lata spędzone u lady Halstead nie obfitowały w wydarzenia. Kobiety wiodły spokojną, pozbawioną wyzwań egzystencję, z dala od krępujących swobodę reguł światowego życia.

Lady Halstead westchnęła i osunęła się niżej na poduszkach.

– Niestety, stary Runcorn zmarł w zeszłym roku, przypuszczam więc, iż powinnyśmy zwrócić się do jego syna. – Ściągnęła przelotnie brwi. – Muszę zdecydować w końcu, czy młody człowiek nadaje się, aby zarządzać majątkiem rodziny.

Zmarły Arthur Runcorn był przez wiele lat pełnomocnikiem i doradcą finansowym Halsteadów. Violet spotkała jego syna, Andrew, tylko raz, kiedy pojawił się w domu przy Lowndes, przynosząc dokumenty do podpisu. I choć był od Violet, obecnie trzydziestoczteroletniej, młodszy o kilka lat, wywarł na niej dobre wrażenie. Wydawał się szczery i uczciwy, gorliwy i pełen zapału. Co do jego umiejętności zawodowych nie była jednak w stanie się wypowiedzieć. Podeszła do komody, gdzie w dolnej szufladzie spoczywał przenośny sekretarzyk lady Halstead. Wysunęła szufladę i zapytała:

– Kiedy chciałaby się pani z nim zobaczyć?

– Jutro. – Violet wyprostowała się, trzymając w dłoniach sekretarzyk. Starsza dama skinęła zdecydowanie głową. – Poślij mu wiadomość, by stawił się tutaj jutro rano z listą wszystkich posiadłości i inwestycji. Powiadom go, że chcę dokonać pełnego przeglądu.

Violet postawiła sekretarzyk na stoliku obok fotela, po przeciwnej stronie łóżka. Przygotowała papier, pióro, atrament i spojrzała na lady Halstead.

– Zechce pani dyktować?

Lady Halstead machnęła jednak tylko dłonią, odrzucając sugestię.

– Nie. – Uśmiechnęła się lekko. – Potrafisz sformułować to lepiej niż ja.

Violet odpowiedziała uśmiechem, zanurzyła pióro w kałamarzu i zaczęła pisać.

*

Lady Halstead wydawała się zmartwiona, i to od dobrych pięciu minut.

Violet, usadowiona w fotelu po prawej stronie damy, zastanawiała się, co też wzbudziło niepokój staruszki.

Młody pełnomocnik zareagował na wezwanie, potwierdzając termin konsultacji krótką notką, a dziś stawił się, jak zażądano, punkt jedenasta.

Młodzieniec średniej budowy, o szeroko rozstawionych brązowych oczach, okrągłej twarzy i brązowych włosach wydawał się równie szczery i pełen zapału jak podczas pierwszej wizyty. Przemawiał jasno, zwięźle, z pewnością siebie oraz zdecydowaniem, świadczących zarówno o zaangażowaniu, jak i znajomości rzeczy.

Najwidoczniej dobrze się spisał, gdyż lady Halstead, słuchając go, potakiwała z aprobatą głową. Potem poprosiła, by przedstawił jej stan bieżących finansów – depozytów złożonych w rozmaitych funduszach oraz rachunku w banku Grimshawa.

Siedząc wyprostowana sztywno na ulubionym krześle z wysokim oparciem, podniosła jeden z pięciu arkuszy spoczywających na okrytych szalem kolanach i powiedziała, ściągając brwi:

– Saldo na tym rachunku się nie zgadza.

Młody Runcorn wydawał się zaszokowany.

– Doprawdy?

Lady Halstead podała mu wyciąg. Wziął go, przejrzał pobieżnie, a potem, zerknąwszy przelotnie na Violet, powiedział z wahaniem:

– Stan konta został potwierdzony przez bank, milady.

Lady Halstead ściągnęła mocniej brwi.

– Nie obchodzi mnie, co powiedział jakiś urzędnik. Saldo się nie zgadza. – Machnęła niecierpliwie dłonią. – Proszę pójść i to wyjaśnić.

Cokolwiek zrzędliwy ton świadczył, że starsza pani naprawdę się zdenerwowała. Violet wyciągnęła więc rękę, nakryła dłonią palce chlebodawczyni, skubiące niespokojnie szal, i zapytała:

– Czy cała reszta jest, zdaniem pani, w porządku?

– Tak, tak. – Palce staruszki znieruchomiały pod dotykiem dłoni Violet. Uspokoiła się na tyle, żeby powiedzieć do Runcorna: – Był pan bardzo dokładny. Nie dopatrzyłam się błędu w żadnym innym miejscu, jednak to saldo nie jest takie, jak być powinno.

– Być może – zauważyła Violet, przechwytując spojrzenie Runcorna – mógłby pan sprawdzić je w banku?

Runcorn właściwie odczytał przesłanie; zważywszy na wielkość majątku Halsteadów, sprawdzenie pojedynczego rachunku było rzeczą dość błahą.

– Tak, oczywiście. Żaden problem. – Sięgnął po swoją torbę i schował inkryminowany dokument. – Pójdę tam zaraz i wszystko wyjaśnię.

To właśnie należało powiedzieć. Lady Halstead uspokoiła się i skinęła łaskawie głową.

– Dziękuję, młody człowieku.

Runcorn pozbierał dokumenty z pomocą Violet, a potem pożegnał się oficjalnie i ruszył do wyjścia.

Violet zlitowała się nad księgowym i odprowadziła go do drzwi.

*

Wróciwszy do salonu, Violet ze zdziwieniem skonstatowała, że lady Halstead zachowuje się tak, jakby zapomniała już o rachunku. Dama założyła najwidoczniej, że kiedy Runcorn przyjrzy mu się bliżej, wykryje, gdzie powstał błąd, i wszystko będzie znów jak należy.

Toteż kiedy młodzieniec wrócił następnego dnia około trzeciej z wiadomością, że bank upiera się, iż nie popełniono błędu, i stan konta jest taki, jak przedstawiono to uprzednio, była naprawdę zaskoczona.

Lady Halstead zdecydowała się zjeść lunch na parterze, siedziała więc teraz w saloniku. Kiedy usłyszała, z czym przyszedł Runcorn, jej twarz przybrała dziwnie nieodgadniony wyraz.

– To… w najwyższym stopniu niepokojące.

– Zapewniam panią, milady – zaczął pospiesznie Runcorn – że my, to znaczy firma Runcorn i Syn, nie mieliśmy z tym rachunkiem nic do czynienia. Bank z pewnością to potwierdzi. Poza tym, że sprawdzaliśmy od czasu do czasu wyciągi, co należy do naszych obowiązków, nie wyjęliśmy z niego ani pensa. Przysięgam…

– Młodzieńcze! – przerwała mu lady Halstead stanowczo, jak przystało na kobietę, która wychowała trzech synów. Panika w głosie Runcorna wyrwała ją ze stanu zamyślenia. – Proszę się opanować. I usiąść. Nie podaję w wątpliwość pańskiej uczciwości. Ani przez chwilę nie podejrzewałam, że firma Runcorn i Syn może mnie okradać. Nie na tym polega problem.

Runcorn, który zdążył przycupnąć na skraju krzesła, zamrugał.

– Nie?

– Nie. Chodzi o to, że pieniędzy jest tam za dużo. I to o wiele za dużo. Ktoś dokonywał wpłat, najwidoczniej mając w tym jakiś cel, nie mam jednak pojęcia, kto mógłby to być ani jaki miał powód.

– Ach. – Runcorn nie wydawał się zaintrygowany, już raczej mu ulżyło. – To muszą być wpływy z dawno zapomnianej inwestycji, która dopiero teraz zaczęła przynosić dochód. To się zdarza. Sir Hugo mógł nabyć dwadzieścia lat temu jakieś udziały, które dopiero teraz zaczęły procentować. – Sięgnął po swoją torbę, a potem wstał i ukłonił się z miną wyrażającą tak charakterystyczną dla niego gorliwość. – Zapewniam panią, że przejrzę uważnie rachunek, dowiem się, skąd pochodzą tajemnicze wpływy, i wyśledzę ich źródło.

– Hm… – Lady Halstead ściągnęła znów brwi. – Przypuszczam, że popełniono błąd. Ktoś w banku mógł pomylić rachunki.

Runcorn pochylił głowę.

– To jest, oczywiście, możliwe, zważywszy wszakże, jak rozległe inwestycje poczynił sir Hugo, uznałbym pierwszą możliwość za zdecydowanie bardziej prawdopodobną. Tak czy inaczej, zanalizuję ten rachunek i powiadomię panią, gdy tylko uda mi się zlokalizować źródło niespodziewanych przychodów.

Wyraz twarzy lady Halstead sugerował, iż nie jest tak pewna sukcesu, jak zdawał się być Runcorn, skinęła jednak łaskawie głową, życząc mu miłego dnia.

*

Kiedy wieczorem Violet zaszła przed położeniem się spać do sypialni starszej damy, znalazła ją dziwnie rozdrażnioną. Odkąd wyszedł Runcorn, lady Halstead stawała się z każdą mijającą godziną bardziej niespokojna.

Violet wygładziła kołdrę na drobnej postaci damy i zapytała uspokajającym tonem:

– Nadal martwi się pani tym rachunkiem? Jestem pewna, że pan Runcorn dotrze do sedna tej sprawy.

Lady Halstead pochyliła się, by umożliwić Violet poprawienie poduszek i mruknęła:

– Chciałabym mieć twoją pewność. – Westchnęła. – Nie, to nie w porządku. Prawda wygląda tak, iż pokładam wiarę w firmie Runcorn i Syn, bardziej nawet niż sam młody Runcorn, i dlatego nie bardzo widzę, jak mogliby przeoczyć napływające regularnie przychody.

Oparła się o spulchnione poduszki i spojrzała na Violet.

– Może i nie mam zbyt wielkiego pojęcia o finansach, wiem jednak, że za inwestycjami idą zazwyczaj papiery – certyfikaty, poświadczenia własności i tym podobne. Gdyby jakaś inwestycja zaczęła nagle przynosić dochód, firma by o tym wiedziała. Napłynęłyby jakieś dokumenty lub poproszono by ich o poradę. Może gdybyśmy zmienili w przeszłości agenta, coś mogłoby się zapodziać, lecz Runcorn i Syn zajmują się naszymi finansami, odkąd wróciliśmy trzydzieści lat temu do Anglii. Nie potrafię sobie wyobrazić, by Hugo zapomniał przekazać jakieś poświadczenia własności Runcornom, zatem… Cóż… – Rozłożyła dłonie. – Skąd biorą się te przeklęte pieniądze?

– Śmiem twierdzić, że pan Runcorn odezwie się za kilka dni i wtedy dowiemy się, co ustalił – powiedziała Violet uspokajająco. – Jak mawiał mój ojciec, nie ma co się martwić na zapas.

Lady Halstead się skrzywiła.

– Zmarły pastor był bez wątpienia mądrym człowiekiem, jednak pieniądze to nie jedyna dziwna rzecz.

Sądząc z posępnego wyrazu jej twarzy, Violet domyśliła się, iż rzeczywiście coś musi wzbudzać niepokój starszej damy.

– Co jeszcze się wydarzyło?

Lady Halstead przyglądała się jej przez chwilę, ewidentnie zastanawiając, czy wyjawić coś, czym najwidoczniej chciała się podzielić. Wreszcie zacisnęła wargi i skinęła głową w kierunku komody.

– Przynieś mi sekretarzyk.

Violet posłuchała i postawiła cedrową skrzyneczkę z wysuwanym blatem na łóżku. Lady Halstead otworzyła sekretarzyk i poszperała przez chwilę wśród znajdujących się tam papierów, by wyjąć zmięty arkusz, pokryty niewyraźnym pismem.

– Przyszedł przed tygodniem. Nadal nie wiem, co z tym zrobić.

Zamilkła, wpatrując się w list, trzymany w powykrzywianych artretyzmem palcach.

Minęło pół minuty. Wreszcie Violet ponagliła ją, naciskając lekko:

– Proszę mi powiedzieć. Jeśli coś panią martwi, może zdołamy wymyślić, co z tym zrobić.

Lady Halstead zamrugała, spojrzała na Violet, a potem się uśmiechnęła.

– Właśnie dlatego o tym wspomniałam: ty zawsze starasz się wszystkiemu zaradzić. – Spojrzała jeszcze raz na list, a potem wetknęła go na powrót do sekretarzyka i zamknęła wieko. – Jest od żony pastora, która mieszka obok naszej wiejskiej posiadłości Laurels. Chociaż nie byłam na wsi od śmierci sir Hugona, a dom był przez wszystkie te lata zamknięty, od czasu do czasu wymieniamy z pastorową listy. Napisała, że w domu mieszkają lokatorzy, którzy trzymają się na dystans i nie wiadomo, kim są. Pyta, komu wynajęliśmy posiadłość lub czy ją sprzedaliśmy. – Spojrzała znowu na Violet. – Nie sprzedałam domu ani go nie wynajęłam. O ile mi wiadomo, powinien nadal być zamknięty. Kto więc tam mieszka i do jakich celów go wykorzystuje?

Violet wytrzymała spojrzenie starszej damy. Niestety, żadna pocieszająca odpowiedź nie przychodziła jej na myśl.

Co gorsza, nie wiedziała, jak takową uzyskać.

W końcu odniosła sekretarzyk z powrotem do komody. Wyprostowała się, podeszła do łóżka, wygładziła przykrycie i sięgnęła do lampy na stoliku. Nim ją ściemniła, spojrzała jeszcze raz na lady Halstead.

– Proszę pozwolić, że zastanowię się nad tym przez noc. Porozmawiamy rano i coś postanowimy. A teraz proszę już spać.

Lady Halstead skrzywiła się, lecz przytaknęła. A kiedy Violet przyciemniła światło, zamknęła posłusznie oczy.

Violet, usatysfakcjonowana, wyszła z sypialni starszej pani i ruszyła z wolna korytarzem. Umysł miała zaprzątnięty coraz bardziej zagadkowymi finansami rodziny Halsteadów.

*

– Podjęłam decyzję – oznajmiła lady Halstead, gdy tylko Violet, poprzedzana przez Tilly, weszła rankiem do jej sypialni.

Violet odsunęła zasłony, pomogła lady Halstead usiąść i oprzeć się na poduszkach, a potem się uśmiechnęła.

– Może mi pani ją przekazać, jedząc śniadanie.

Tilly podeszła do łóżka i postawiła tacę na kolanach starszej pani. Lady Halstead machnęła ręką i zwracając się do Violet, powiedziała:

– Nie, bo nie mogłabyś zjeść, a będę potrzebowała cię później. Poza tym – postukała palcem w wyprasowany i zwinięty w rulon egzemplarz „Timesa”– muszę jeszcze coś sprawdzić.

Violet ustąpiła, ciesząc się z tego, że starsza pani wydaje się tak ożywiona.

– Doskonale. Wrócę, gdy tylko zjem.

– Mhm – mruknęła lady Halstead. Zdążyła zagłębić się już w lekturze.

Violet wyszła, podążając za Tilly schodami.

Na dole pokojówka odwróciła się i spojrzała na Violet.

– Wydaje się, że znów jest w formie. Nie tak jak przez kilka ostatnich dni.

Violet przytaknęła.

– Wygląda na to, że wymyśliła sposób, by znaleźć odpowiedź na pytania, które nie dają jej spokoju.

– I dobrze. Martwię się, kiedy jest tak wytrącona z równowagi.

– Ja także. – Uśmiechając się, weszła za Tilly do kuchni. Wszystkie trzy były lady Halstead bardzo oddane. To wokół starszej damy kręciło się całe gospodarstwo, lecz była dobrą chlebodawczynią, z rodzaju tych, które wzbudzają szacunek, lojalność oraz oddanie przez samo to, jakimi są osobami.

Pół godziny później, zjadłszy śniadanie, wróciły z Tilly do sypialni. Lady Halstead wydawała się zadowolona, a nawet dumna z siebie. Poleciła im, aby pomogły jej wstać, umyć się i ubrać. Potem nakazała pokojówce pościelić łóżko, nie wspomniawszy słowem o swoim postanowieniu.

Kiedy Tilly wyszła, zabrawszy tacę, dama położyła się na świeżo wygładzonym przykryciu, okryła szalem nogi i uśmiechnęła się do Violet.

– Kiedy zdecydowałam wreszcie, co powinnam zrobić, czuję się o wiele lepiej.

Violet opadła na fotel obok łóżka, modląc się w duchu, aby to, co postanowiła lady Halstead, okazało się rozsądne. Uświadomiła sobie bowiem, że gdyby starsza dama wpadła na niezbyt sensowny pomysł, nie miałaby do kogo zwrócić się o pomoc. Choć bowiem jej chlebodawczyni miała czworo dzieci, nie pozwoliła nigdy, aby wpływały na jej decyzje. Mimo to od czasu do czasu któreś próbowało wymusić coś na matce. Ponieważ Violet znała całą czwórkę niemal tak długo jak samą lady Halstead, musiała uznać jej stanowisko za w pełni uzasadnione.

– Proszę powiedzieć mi więc – zaczęła, naciskając lekko – co chce pani zrobić.

– Uznałam – odparła lady Halstead – że choć pan Runcorn i jego pracownicy w niczym nie zawinili, prawda wygląda jednak tak, że nie ma on zbyt dużego doświadczenia. Tym samym, jeśli sprawa pieniędzy wpływających na rachunek nie wiadomo skąd okaże się bardziej skomplikowana, podobnie jak zajęcie domu przez tajemniczych lokatorów, trudno mu będzie sobie z nią poradzić. Muszę wiedzieć z niezachwianą pewnością, co się dzieje – upewnić się, że dotrzemy do sedna obu tych spraw – a wątpię, czy będę w stanie tak się poczuć, jeśli to młody Runcorn przedstawi mi swoje wnioski.

– Zatem – uniosła wyżej brodę – proponuję, by skonsultować się w tej kwestii z najbardziej doświadczonym doradcą w Londynie. – Przerwała i spojrzała na Violet. – Co o tym sądzisz?

Violet zamrugała, a potem spojrzała na starszą damę.

– Uważam, że… to doskonały pomysł.

Teraz, gdy lady Halstead o tym wspomniała, ją również zaczęła dręczyć wątpliwość – nie co do kompetencji młodego Runcorna, lecz tego, czy zdoła przekonać milady, iż jego wnioski są prawidłowe. Cokolwiek wykryje, trudno mu będzie uspokoić staruszkę. – Skinęła zatem głową. – Nie widzę powodu, aby nie mogła się pani skonsultować z kimś bardziej doświadczonym. A skoro będzie to jedynie konsultacja w kwestii wątpliwego rachunku, pan Runcorn nie powinien czuć się urażony. O ile go znam, zapewne chętnie skorzysta z pomocy bardziej doświadczonego fachowca.

Lady Halstead pokiwała z aprobatą głową.

– W rzeczy samej, też przyszło mi to na myśl. Lubię młodego Runcorna i nie chcę robić nic za jego plecami. – Uniosła brodę stanowczym gestem. – Muszę jednak mieć pewność. Inaczej nie byłabym w stanie uznać, że wypełniłam daną mężowi obietnicę.

Violet w pełni to rozumiała.

– Doskonale. Zatem którego z bardziej doświadczonych doradców chciałaby pani zaangażować?

– Zajęło mi to trochę czasu – przyznała lady Halstead – ponieważ nie mam, oczywiście, w tej kwestii rozeznania, przypomniałam sobie jednak – dodała, sięgając po leżącą na kołdrze gazetę – że w dziale finansowym „Timesa” jest kolumna, gdzie autor zachęca czytelników, by zwracali się do niego w sprawach wymagających porady finansowej. – Rozłożyła gazetę i pokazała artykuł. – Widzisz? Tutaj.

Violet wzięła do rąk gazetę i przejrzała artykuł. Nie był zbyt obszerny – ekspert wziął pod lupę trzy pytania i udzielił odpowiedzi długich jedynie na akapit.

– Zatem… chce pani napisać do „Timesa” i poprosić o rekomendacje?

– Tak, w pewnym sensie – odparła lady Halstead. A kiedy Violet spojrzała na nią zaskoczona, wyjaśniła: – Zamierzam napisać do nich i spytać, kto zdaniem tego dziennikarza jest najbardziej doświadczonym i godnym zaufania specjalistą od finansów w Londynie.

ROZDZIAŁ 1

Tydzień później

Heathcote Montague siedział za biurkiem w wewnętrznym sanktuarium swojej firmy, położonej o rzut kamieniem od Banku Anglii. Za oknem zapadł już niemal ponury październikowy zmierzch, gdy nagle z pomieszczeń biurowych dobiegł go odgłos głośnej rozmowy. Zajęty sprawdzaniem ksiąg jednego ze szlachetnie urodzonych klientów, zamknął uszy na dźwięki i pogrążył się w studiowaniu liczb.

Liczby – zwłaszcza te, za którymi stały sumy pieniędzy – miały dlań niemal hipnotyczny urok; poza tym, że zapewniały mu byt, stanowiły też jego pasję.

I to od lat.

Zapewne zbyt wielu.

Nie pozostawiając miejsca na nic innego.

Zignorował natarczywy głos, który z każdym pełnym sukcesów tygodniem, każdym mijającym miesiącem przybierał na sile, zmieniając się z ledwie słyszalnego szeptu w uporczywe, szarpiące nerwy sklamrzenie, i skupił uwagę na schludnych rzędach cyfr maszerujących karnie w dół strony.

Hałaśliwa rozmowa przy wejściu przycichła. Usłyszał, jak drzwi się otwierają, a potem zamykają. Bez wątpienia odwiedził ich kolejny potencjalny klient, zwabiony nieszczęsnym artykułem w „Timesie”. Zwięzła notka redaktora zaowocowała ogłupiającym zamieszaniem. Jak Montague mógłby nie cieszyć się z tego, że został wymieniony jako najbardziej doświadczony i godny zaufania doradca finansowy w Londynie?

Z trudem powstrzymał się od ostrej riposty, że ani on, ani jego firma nie potrzebują, a już na pewno nie cenią, publicznej reklamy. Co było prawdą – ledwie dawali sobie radę z pracą. Doświadczeni agenci, potrafiący radzić sobie z liczbami, byli na wagę złota, a firma Montague’a cieszyła się tym większym uznaniem, że nie zatrudniano w niej nikogo, kto nie był w pracy równie dokładny jak jej właściciel, zwłaszcza tam, gdzie chodziło o pieniądze klientów. Nie zamierzał ryzykować utraty reputacji, zatrudniając mniej zdolnych, oddanych, zwłaszcza nie tak godnych zaufania pracowników.

Mniej więcej dwadzieścia lat temu odziedziczył po ojcu grono wiernych klientów. W tamtych czasach praca agentów polegała głównie na doradzaniu, jak zarządzać pieniędzmi uzyskanymi z majątków ziemskich. On miał jednak szersze zainteresowania – i większe ambicje. Firma rozwijała się więc, przyjmując pod opiekę pieniądze członków londyńskiej elity, chroniąc je i pomagając pomnażać.

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!