10,99 €
Książka z pierwszych miejsc na liście światowych bestsellerów, współczesna wersja powieści A. Dumasa ,,Hrabia Monte Christo"! Co stałoby się, gdyby Danny Cartwright oświadczył się Beth Wilson jeden dzień wcześniej? Mechanik Danny wybiera się z Beth do pubu, by świętować swoje zaręczyny. Tam dochodzi jednak do tragedii... Czy Danniemu uda się uniknąć odsiadki w Belmarsh - najgorszym z brytyjskich więzień? Mężczyzna bezskutecznie próbuje udowodnić swoją niewinność. Jego sytuację pogarszają podejrzani świadkowie w osobach: adwokata, aktora, arystokraty i agenta nieruchomości. Czy uda się ustalić, kto jest tutaj winnym, a kto ofiarą? Przed tobą pełna zwrotów akcji opowieść o przewrotnym losie, miłości ponad wszystko, zemście i odkupieniu. Oto jedna z najbardziej mrocznych powieści Jeffreya Archera z oryginalnym zakończeniem, które może wprawić w osłupienie nawet najbardziej zagorzałych fanów twórczości tego autora!
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Seitenzahl: 533
Veröffentlichungsjahr: 2026
Jeffrey Archer
Tłumaczenie Danuta Sękalska
Saga Egmont
Więzień urodzenia
Tłumaczenie Danuta Sękalska
Tytuł oryginału A Prisoner of Birth
Język oryginału angielski
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 0, 2026 Jeffrey Archer i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727309712
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Jonathanowi i Marion
Oto lista osób, którym pragnę podziękować
za ich bezcenne rady i pomoc przy pisaniu tej książki:
Czcigodny Michael Beloff, radca królewski,
Kevin Robinson, Simon Bainbridge,
Rosie de Courcy, Mari Roberts, Alison Prince
oraz
Billy Little
(BX7974, Więzienie Jej Królewskiej Mości Whitemoor).
Lic. Victoria College of Music (dyplom z wyróżnieniem),
Lic. nauk ścisłych (dyplom z wyróżnieniem),
socjologia (Uniw. Otwarty),
Dyplom z dziedziny polityki społecznej i kryminologii
(Uniw. Otwarty).
– Tak – powiedziała Beth.
Chciała udać zaskoczenie, ale nie bardzo się jej to udało, bo o tym, że się pobiorą, zdecydowała, kiedy jeszcze chodzili do szkoły. Jednak zdumiało ją, gdy Danny ukląkł na jedno kolano na środku restauracji pełnej ludzi.
– Tak – powtórzyła, pragnąc, żeby wstał, zanim wszyscy przestaną jeść i utkwią w nich wzrok. Lecz on ani drgnął. Nadal klęcząc, niczym magik wyczarował znikąd maleńkie puzderko. Otworzył je i oczom Beth ukazał się prosty złoty pierścionek z pojedynczym brylantem, o wiele większym, niż się spodziewała – choć brat już jej powiedział, że Danny wydał nań dwie miesięczne pensje.
Kiedy Danny w końcu podniósł się z klęczek, znowu sprawił jej niespodziankę, bo od razu zadzwonił do kogoś ze swojej komórki. Beth dobrze wiedziała do kogo.
– Powiedziała „tak”! – oznajmił triumfalnie. Beth z uśmiechem obejrzała brylant pod światło. – Przyłącz się do nas, brachu – rzekł Danny, nim zdążyła go powstrzymać. – Dobra, spotkajmy się w tym barze blisko Fulham Road, tam, gdzieśmy poszli po meczu drużyny Chelsea w zeszłym roku.
Beth nie protestowała. W końcu Bernie był nie tylko jej bratem, ale też najstarszym przyjacielem Danny’ego i on pewno już go poprosił, żeby został drużbą.
Gdy Danny zagadnął przechodzącego kelnera o rachunek, do stolika podbiegł kierownik sali.
– Na koszt firmy – oznajmił z ciepłym uśmiechem.
To miała być noc niespodzianek.
Kiedy Beth i Danny weszli do pubu Pod Herbem Dunlopów, zobaczyli Berniego przy narożnym stoliku, na którym stała butelka szampana i trzy kieliszki.
– Fantastyczna wiadomość – powiedział, zanim jeszcze usiedli.
– Dzięki, brachu – rzekł Danny, ściskając mu rękę.
– Dzwoniłem już do staruszków – oznajmił Bernie, wyciągając korek i nalewając szampana do trzech kieliszków. – Wcale się nie zdziwili, ale przecież ćwierkały o tym wszystkie wróble w Bow.
– Nie mów mi, że oni też się tu zjawią – powiedziała Beth.
– Nic z tego – odparł Bernie, unosząc kieliszek. – Dziś macie tylko mnie. Za waszą pomyślność i za zwycięstwo West Ham!
– Choć jedno z tych życzeń ma szansę się spełnić, no nie? – rzucił Danny.
– Ty byś wziął ślub z West Ham, gdybyś mógł – rzekła Beth z uśmiechem.
– Źle by na tym nie wyszedł – mruknął Bernie.
Danny wybuchnął śmiechem.
– Do końca życia będę wierny im i jej – powiedział.
– Z wyjątkiem sobotnich popołudni – przypomniał mu Bernie.
– I może nawet będziesz musiał jakieś poświęcić, kiedy przejmiesz warsztat po tacie – zauważyła Beth.
Danny zmarszczył brwi. Widział się z ojcem Beth w przerwie na lunch i poprosił go o zgodę na poślubienie jego jedynej córki – pewne tradycje niełatwo giną na East Endzie. Pan Wilson bardzo się ucieszył, że Danny zostanie jego zięciem, ale rzekł, że zmienił zdanie w sprawie, którą Danny uważał za zaklepaną.
– Tylko se nie myśl, że będę ci mówił „panie kierowniku”, jak zajmiesz miejsce mojego staruszka – wyrwał go z zamyślenia Bernie.
Danny się nie odezwał.
– Czy to on, czy mi się wydaje? – rzekła Beth, spojrzawszy na drugi koniec sali.
Danny przyjrzał się czwórce mężczyzn stojących przy barze.
– To pewnikiem on – potwierdził.
– To znaczy kto? – spytał Bernie.
– Ten gość, co gra doktora Beresforda w Recepcie.
– Lawrence Davenport – szepnęła Beth.
– Mogę pójść i poprosić go o autograf – zaproponował Bernie.
– Ależ nie – rzekła Beth. – Co prawda mama za nim przepada.
– Coś mi się wydaje, że on jest w twoim guście – rzucił Bernie, dolewając do kieliszków.
– Nic podobnego – zaprzeczyła Beth trochę za głośno, co zwróciło uwagę jednego z mężczyzn przy barze. – Poza tym – dodała, uśmiechając się do narzeczonego – Danny jest o wiele przystojniejszy niż Lawrence Davenport.
Bernie ryknął śmiechem.
– Też coś! Nie myśl, siostrzyczko, że jak Danny dla odmiany się ogolił i umył włosy, to będzie tak zawsze. Nic z tego! Pamiętaj, że twój przyszły mąż pracuje na East Endzie, a nie w City.
– Danny może być, kim zechce – rzekła Beth, ująwszy rękę narzeczonego.
– To znaczy kim, siostrzyczko? Burżujem czy ciulem? – zagadnął Bernie, walnąwszy Danny’ego pięścią w ramię.
– Danny ma takie plany co do warsztatu, że ty...
– Cii – uciszył ją Danny, dolewając przyjacielowi do kieliszka.
– To dobrze, bo żeniaczka kosztuje – rzekł Bernie. – Na początek musicie znaleźć jakiś kąt.
– Za rogiem jest na sprzedaż mieszkanie w suterenie – powiedział Danny.
– A macie dość gotówki na zadatek? – zainteresował się Bernie. – Nawet na East Endzie nie dostaniesz takiej chaty za darmo.
– Zaoszczędziliśmy tyle, że na zadatek wystarczy – powiedziała Beth. – A jak Danny przejmie warsztat od taty...
– Opijmy to – wtrącił Bernie, ale okazało się, że butelka jest pusta. – Zamówię jeszcze jedną.
– Nie – stanowczo sprzeciwiła się Beth. – Nie wiem jak wy, ale ja muszę być jutro w pracy na czas.
– Do diabła! – rzucił Bernie. – Nie co dzień moja siostrzyczka zaręcza się z moim najlepszym kumplem. Jeszcze jedną butelkę! – zawołał.
Barman się uśmiechnął i wyjął z lodówki pod kontuarem drugą butelkę szampana. Jeden z mężczyzn przy barze spojrzał na etykietę.
– Pol Roger – powiedział, po czym dodał głośno: – Szkoda dla nich.
Bernie się poderwał, ale Danny natychmiast pociągnął go z powrotem na krzesło.
– Olej ich, brachu – poradził. – Niewarci są splunięcia.
Barman podszedł do nich energicznym krokiem.
– Nie chcę tu rozróby, chłopaki – powiedział, wyciągając korek. – Jeden z nich obchodzi dziś urodziny i trochę za dużo wypili.
Kiedy barman napełniał kieliszki, Beth przyjrzała się czterem mężczyznom. Jeden z nich wlepił w nią wzrok. Mrugnął, rozchylił usta i oblizał wargi. Beth prędko się odwróciła i stwierdziła z ulgą, że Danny i brat są pochłonięci rozmową.
– To dokąd w podróż poślubną?
– Do Saint-Tropez – rzekł Danny.
– To was uderzy po kieszeni.
– Ale ciebie tam nie zabierzemy – przekomarzała się Beth.
– Ta dziwka całkiem dobrze się prezentuje, póki nie otworzy ust – dobiegł głos od baru.
Bernie znów się poderwał i natknął się na wyzywające spojrzenia dwóch mężczyzn przy barze.
– Oni są pijani – rzuciła Beth. – Po prostu nie zwracaj na nich uwagi.
– Och, nie wiem – powiedział drugi mężczyzna. – Czasem lubię, jak dziwka ma otwarte usta.
Bernie złapał pustą butelkę i Danny przytrzymał go z największym trudem.
– Chodźmy – oznajmiła stanowczo Beth. – Nie chcę, żeby banda snobistycznych ważniaków popsuła mi wieczór zaręczynowy.
Danny natychmiast wstał, lecz Bernie nie ruszał się z miejsca, dopijając szampana.
– Chodź, zwijajmy się stąd, żebyśmy nie zrobili czegoś, czego potem będziemy żałować – przynaglił go Danny.
W końcu Bernie wstał i z ociąganiem podążył za przyjacielem, ale ani na moment nie spuszczał oka z czterech mężczyzn przy barze. Beth z zadowoleniem zauważyła, że odwrócili się plecami i wydawali się pochłonięci rozmową.
Jednak w chwili, gdy Danny otwierał tylne drzwi pubu, jeden z nich się obrócił ze słowami:
– Idziemy sobie, tak? – I wyjmując portfel, dodał: – Jak się z nią zabawicie, mnie i moim przyjaciołom jeszcze starczy na zbiorowe dymanko.
– Ale z ciebie ścierwo – rzucił Bernie.
– To może wyjdziemy i załatwimy sprawę?
– Do usług, baranie – warknął Bernie, ale Danny wypchnął go przez drzwi na uliczkę, zanim zdążył zareagować.
Beth prędko zatrzasnęła drzwi i ruszyła przed siebie. Danny schwycił przyjaciela za łokieć, ale ledwie uszli parę kroków, Bernie go odtrącił.
– Wróćmy i załatwmy się z nimi – powiedział.
– Nie dziś wieczór – odrzekł Danny i nie puszczając jego ramienia, dalej prowadził go uliczką.
Kiedy Beth doszła do głównej ulicy, ujrzała mężczyznę, którego Bernie nazwał baranem: stał, trzymając jedną rękę za plecami. Rzucił Beth pożądliwe spojrzenie i znów oblizał wargi. Wtem zza rogu wypadł zadyszany jeden z jego przyjaciół. Beth się odwróciła i spojrzała na brata; stał z rozstawionymi nogami, miał minę człowieka, który nie ustąpi pola. Uśmiechał się.
– Wracajmy do środka! – krzyknęła do Danny’ego, ale w tym momencie zobaczyła, że dwóch pozostałych mężczyzn stoi przy drzwiach i zagradza drogę.
– Pieprzyć ich – rzucił Bernie. – Czas dać łachudrom nauczkę.
– Nie, nie – prosiła Beth.
Tymczasem jeden z mężczyzn ruszył do ataku.
– Ty się zajmij baranem – rzekł Bernie – a ja dam wycisk tamtym trzem.
Beth patrzyła ze zgrozą, jak „baran” wymierzył cios, który trafił Danny’ego w podbródek i odrzucił go do tyłu. Danny odzyskał równowagę, zdążył zablokować kolejne uderzenie, upozorował atak, wykonał zwód i uderzył, zaskakując przeciwnika. Ten opadł na jedno kolano, ale prędko się poderwał i ponownie natarł na Danny’ego.
Dwaj mężczyźni przy drzwiach nie wykazywali ochoty, żeby się przyłączyć, więc Beth przypuszczała, że bójka szybko się skończy. Na jej oczach brat wymierzył drugiemu mężczyźnie cios hakiem z taką siłą, że omal go nie znokautował. Czekając, aż tamten się podniesie, Bernie krzyknął do Beth:
– Hej, siostrzyczko, złap taksówkę. Migiem go załatwię i potem trzeba się będzie stąd zmyć.
Beth nie ruszała się, dopóki nie była pewna, że Danny bierze górę nad „baranem”. Ten leżał na ziemi z rozrzuconymi rękoma i nogami, a Danny go przygniatał, wyraźnie mając nad nim przewagę. Rzuciła im jeszcze jedno spojrzenie, po czym niechętnie posłuchała brata. Puściła się pędem i kiedy dobiegła do głównej ulicy, zaczęła się rozglądać za taksówką. Nie czekała dłużej niż dwie minuty, gdy dojrzała znajomy żółty znak ,,Wolny”.
W chwili, gdy zatrzymywała taksówkę, mężczyzna, którego Bernie powalił, przeszedł koło niej chwiejnym krokiem i znikł w mroku nocy.
– Dokąd, skarbie? – spytał taksówkarz.
– Bacon Road, Bow – odparła Beth, otwierając tylne drzwi. – I za chwilę dołączy do mnie dwóch przyjaciół.
Taksówkarz spojrzał ponad jej ramieniem w głąb uliczki.
– Myślę, skarbie, że to nie taksówka jest wam potrzebna – powiedział. – Gdyby to byli moi przyjaciele, wezwałbym karetkę.
PROCES
– Niewinny.
Danny Cartwright czuł, że drżą mu nogi jak czasem przed pierwszą rundą meczu bokserskiego, kiedy wiedział, że przegra. Asesor odnotował odpowiedź w akcie oskarżenia i, spoglądając na Danny’ego, rzekł:
– Może pan usiąść.
Danny zajął miejsce w środku ławy oskarżonych, odetchnąwszy z ulgą, że pierwsza runda już za nim. Wzniósł wzrok na arbitra siedzącego po drugiej stronie sali rozpraw na obciągniętym zieloną skórą krześle z wysokim oparciem, które przypominało tron. Przed nim na długim dębowym stole leżały segregatory z dokumentacją sprawy oraz notatnik otwarty na czystej stronie. Sędzia Sackville obrzucił spojrzeniem Danny’ego; jego twarz nie zdradzała ani aprobaty, ani dezaprobaty. Zdjął tkwiące na koniuszku nosa półokrągłe szkła i powiedział władczym tonem:
– Proszę wprowadzić sędziów przysięgłych.
Podczas gdy wszyscy czekali na pojawienie się dwunastu mężczyzn i kobiet, Danny usiłował się oswoić z nowymi dla niego widokami i odgłosami w sali rozpraw numer cztery sądu Old Bailey. Spojrzał na dwóch mężczyzn, którzy siedzieli na przeciwległych krańcach ławy adwokackiej. Jego młody obrońca, Alex Redmayne, podniósł głowę i przyjaźnie się do niego uśmiechnął, ale starszy mężczyzna z drugiego końca ławy, nazywany przez Redmayne’a oskarżycielem, nawet na niego nie popatrzył.
Danny przeniósł wzrok na galerię dla publiczności. Jego rodzice siedzieli w pierwszym rzędzie. Krzepkie, pokryte tatuażami ramiona ojca spoczywały na balustradzie galerii, matka miała pochyloną głowę. Od czasu do czasu podnosiła oczy i spoglądała na jedynaka.
Trwało kilka miesięcy, nim sprawa Korony przeciw Danielowi Arthurowi Cartwrightowi w końcu się znalazła na wokandzie Głównego Sądu Karnego Old Bailey. Danny odnosił wrażenie, że tam, gdzie w grę wchodzi prawo, wszystko toczy się w zwolnionym tempie. Nagle, bez uprzedzenia, otwarto drzwi w głębi sali i pojawił się znów woźny sądowy. Podążało za nim siedmiu mężczyzn i pięć kobiet, których wybrano, żeby zdecydowali o jego losie. Zajęli ławę przysięgłych i zasiedli na dowolnie wybranych miejscach – sześcioro w pierwszym rzędzie, sześcioro z tyłu; obcy ludzie, którzy nie mieli z sobą nic wspólnego poza tym, że zostali wylosowani.
Kiedy się usadowili, asesor wstał i przemówił:
– Sędziowie przysięgli. Oskarżony Daniel Arthur Cartwright stoi oto przed wami pod zarzutem morderstwa. Nie przyznaje się do winy. Zatem waszym zadaniem jest wysłuchać zeznań i orzec o winie lub niewinności oskarżonego.
Sędzia Sackviłle spojrzał z góry na ławę poniżej.
– Panie Pearson, proszę przedstawić sprawę.
Niski, pulchny mężczyzna powoli wstał. Radca królewski Arnold Pearson otworzył grubą teczkę, która leżała przed nim na pulpicie. Dotknął ręką sfatygowanej peruki, niemal jakby chciał się upewnić, czy nie zapomniał jej nałożyć, a potem pociągnął za wyłogi togi; ten rytuał nie zmienił się od trzydziestu lat.
– Za pańskim pozwoleniem, milordzie – zaczął w powolnym, namaszczonym stylu – występuję w tej sprawie jako oskarżyciel z ramienia Korony, natomiast mój uczony kolega – rzucił okiem na nazwisko na kartce – pan Alex Redmayne, jest obrońcą. To sprawa o morderstwo. Popełnione z zimną krwią i z premedytacją morderstwo Bernarda Henry’ego Wilsona.
Rodzice ofiary siedzieli na skraju tylnego rzędu w galerii dla publiczności. Pan Wilson spojrzał w dół na Danny’ego; w jego oczach malował się nieskrywany zawód. Pani Wilson patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, była blada niczym żałobnica na pogrzebie. Wprawdzie tragiczne okoliczności śmierci Berniego Wilsona nieodwołalnie zmieniły życie dwu rodzin z East Endu, które przyjaźniły się od kilku pokoleń, ale nie wywołały oddźwięku poza kilkunastoma ulicami wokół Bacon Road w Bow.
– W trakcie procesu dowiecie się, jak oskarżony – ciągnął Pearson, machnąwszy ręką w stronę ławy oskarżonych, nie racząc nawet spojrzeć na Danny’ego – zwabił pana Wilsona do pubu w londyńskiej dzielnicy Chelsea w sobotni wieczór osiemnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, gdzie dokonał brutalnego, rozmyślnego morderstwa. Wcześniej zabrał siostrę pana Wilsona – Pearson znów zajrzał do teczki – Elizabeth, do restauracji Lucia na Fulham Road. Sąd się dowie, że Cartwright zaproponował pannie Wilson małżeństwo, kiedy mu wyjawiła, że jest w ciąży. Potem z telefonu komórkowego zadzwonił do jej brata pana Bernarda Wilsona i zaprosił go do pubu Pod Herbem Dunlopów na tyłach Hambledon Terrace w Chelsea, żeby wspólnie uczcić tę okazję.
Panna Wilson złożyła pisemne oświadczenie, że nigdy przedtem nie była w tym pubie, chociaż Cartwright bez wątpienia dobrze go znał, co zdaniem oskarżenia dowodzi, iż wybrał go w jednym jedynym celu: tylne drzwi pubu wychodzą na cichą uliczkę, wprost idealne miejsce dla kogoś, kto się nosi z zamiarem morderstwa; morderstwa, o które Cartwright obwini potem człowieka całkiem obcego, który przypadkowo był tego wieczoru klientem pubu.
Danny wbił wzrok w Pearsona. Jak mógł wiedzieć, co się wydarzyło tego wieczoru, skoro go tam nie było? Ale Danny niespecjalnie się przejmował. W końcu Redmayne go zapewnił, że w trakcie procesu zostanie też przedstawiona jego wersja wydarzeń, więc nie powinien się za bardzo niepokoić, jeżeli w mowie oskarżyciela wszystko będzie wyglądać ponuro. Mimo powtarzanych zapewnień adwokata dwie sprawy martwiły Danny’ego: Alex Redmayne był jeszcze młodszy od niego, poza tym uprzedził go, że jako adwokat główny występuje dopiero w drugiej sprawie.
– Jednak pechowo dla Cartwrighta – ciągnął Pearson – inni czterej klienci, obecni tego wieczoru w tym pubie, mówią całkiem co innego niż on, a nie dość, że ich relacja jest spójna, to jeszcze potwierdza ją barman, który wtedy usługiwał. Oskarżenie powoła tych pięciu na świadków, oni zaś wam powiedzą, że słyszeli sprzeczkę dwóch mężczyzn, którzy potem, kiedy Cartwright rzekł: „To może wyjdziemy i załatwimy sprawę”, opuścili bar tylnymi drzwiami. Pięciu mężczyzn widziało, jak Cartwright wyszedł z baru, a za nim Bernard Wilson i jego wyraźnie wzburzona siostra Elizabeth. Kilka chwil później usłyszano krzyk. Pan Spencer Craig, jeden z klientów pubu, zostawił kolegów i wybiegł na uliczkę, gdzie zobaczył, jak Cartwright, chwyciwszy pana Wilsona za gardło, uderza go kilkakrotnie nożem w pierś.
Pan Craig natychmiast zadzwonił z telefonu komórkowego na numer dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Godzinę i rozmowę, która nastąpiła, zarejestrowano na posterunku policji w Belgravii. Kilka minut później na miejsce przybyło dwóch policjantów. Zastali Cartwrighta klęczącego nad ciałem pana Wilsona z nożem w ręku, nożem, który został zapewne zabrany z baru, bo na jego rękojeści był napis „Pod Herbem Dunlopów”.
Alex Redmayne zapisał słowa Pearsona.
– Sędziowie przysięgli – mówił dalej Pearson, znów chwytając za wyłogi togi – każde morderstwo musi mieć motyw, a w tym przypadku nie trzeba sięgać dalej niż do pierwszego odnotowanego zabójstwa, dokonanego na Ablu przez Kaina, żeby ustalić ów motyw: złożyły się nań tak niecne elementy, jak zawiść, chciwość i ambicja, i to one sprowokowały Cartwrighta do usunięcia rywala, który stanął mu na drodze.
Sędziowie przysięgli, zarówno Cartwright, jak i pan Wilson pracowali w warsztacie Wilsonów na Mile End Road. Warsztat prowadzi jego właściciel pan George Wilson, ojciec zmarłego, który planował przejść na emeryturę pod koniec roku, kiedy to chciał przekazać firmę jedynemu synowi Bernardowi. Pan George Wilson złożył w tej sprawie oświadczenie na piśmie zaakceptowane przez obronę, zatem nie będziemy powoływać go na świadka.
Sędziowie przysięgli, w trakcie tego procesu dowiecie się, że między tymi dwoma młodymi ludźmi już od czasów szkolnych wybuchały niesnaski i trwała rywalizacja. Cartwright postanowił pozbyć się Bernarda Wilsona, a potem poślubić córkę szefa i samemu objąć dobrze prosperujący interes.
Lecz nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem Cartwrighta, a kiedy go zaaresztowano, próbował zrzucić winę na niewinnego świadka, człowieka, który wybiegł, żeby zobaczyć, dlaczego krzyczy panna Wilson. Na swoje nieszczęście Cartwright nie przewidział, że świadkami całego zdarzenia będą cztery inne osoby. – Pearson uśmiechnął się do przysięgłych. – Sędziowie przysięgli, gdy wysłuchacie ich zeznań, nie będziecie mieć wątpliwości, że Daniel Cartwright jest winny potwornej zbrodni morderstwa. – Pearson zwrócił się do sędziego: – Milordzie, to jest to, co miałem na początek do powiedzenia w imieniu Korony. Jeśli pan pozwoli, wezwę mojego pierwszego świadka. – Sędzia Sackviłle skinął głową i Pearson powiedział mocnym głosem: – Wzywam pana Spencera Craiga.
Danny Cartwright spojrzał w prawo i patrzył, jak woźny sądowy otwiera drzwi w głębi sali, wychodzi na korytarz i woła:
– Pan Spencer Craig!
Po chwili niewiele starszy od Danny’ego wysoki mężczyzna w niebieskim garniturze w prążki, białej koszuli i fioletoworóżowym krawacie wkroczył do sali rozpraw. Wyglądał całkiem inaczej niż wtedy, gdy spotkali się pierwszy raz.
Danny nie widział Spencera Craiga podczas ostatnich sześciu miesięcy, ale nie było dnia, żeby jego twarz nie stawała mu przed oczyma. Teraz wbił w niego wyzywający wzrok, ale Craig nawet nie spojrzał w jego kierunku – jakby go tu wcale nie było.
Craig przemaszerował przez salę sądową jak człowiek, który dobrze wie, dokąd zmierza. Znalazłszy się na miejscu dla świadka, od razu wziął do ręki Biblię i wyrecytował tekst przysięgi, ani razu nie spoglądając na kartę, którą trzymał przed nim woźny. Pearson uśmiechnął się do swego głównego świadka, po czym rzucił okiem na pytania, które przygotowywał przez ostatni miesiąc.
– Czy pan się nazywa Spencer Craig?
– Tak, proszę pana – brzmiała odpowiedź.
– Mieszka pan przy Humbledon Terrace numer czterdzieści trzy w Londynie?
– Tak.
– Jaki jest pański zawód? – spytał Pearson, jakby tego nie wiedział.
– Jestem adwokatem
– A pańska dziedzina?
– Prawo karne.
– Zatem zbrodnia morderstwa jest panu dobrze znana?
– Niestety, tak.
– Chciałbym teraz, żeby się pan cofnął do wieczoru osiemnastego września zeszłego roku, kiedy razem z grupą przyjaciół spędzał pan miło czas w pubie Pod Herbem Dunlopów na Hambledon Terrace. Czy zechciałby pan przedstawić nam wydarzenia tego wieczoru?
– Razem z przyjaciółmi świętowaliśmy trzydzieste urodziny Geralda.
– Geralda? – przerwał mu Pearson.
– Geralda Payne’a – wyjaśnił Craig. – To stary przyjaciel z czasu studiów w Cambridge. Spędzaliśmy razem nostalgiczny wieczór przy butelce wina.
Alex Redmayne coś zanotował – chciał wiedzieć, ile było tych butelek.
Danny chciałby zapytać, co znaczy słowo nostalgiczny.
– Ale niestety, nie zakończył się w miłym nastroju – podsunął Pearson.
– Niestety nie – zgodził się Craig, nadal nie spoglądając w stronę Danny’ego.
– Proszę powiedzieć, co się stało później – rzekł Pearson, zajrzawszy do notatek.
Craig pierwszy raz obrócił się w stronę przysięgłych.
– Jak powiedziałem, świętowaliśmy urodziny Geralda przy kieliszku wina, gdy usłyszałem podniesione głosy. Obejrzałem się i przy stoliku w głębi sali zobaczyłem mężczyznę z młodą kobietą.
– Czy widzi pan tego człowieka teraz na sali sądowej? – zapytał Pearson.
– Tak – odparł Craig i wskazał Danny’ego.
– Co było potem?
– Poderwał się – ciągnął Craig – i zaczął krzyczeć i dźgać palcem w pierś drugiego mężczyzny, który siedział. Usłyszałem, jak jeden z nich mówi: „Tylko se nie myśl, że będę ci mówił panie kierowniku, jak zajmiesz miejsce mojego staruszka”. Młoda kobieta usiłowała go uspokoić. Zamierzałem się odwrócić do moich przyjaciół – w końcu ta kłótnia mnie nie dotyczyła – kiedy oskarżony wrzasnął: „To może wyjdziemy i załatwimy sprawę?” Sądziłem, że oni żartują, ale potem ten mężczyzna, który to powiedział, porwał nóż z blatu baru...
– Pozwoli pan, że przerwę w tym miejscu. Pan widział, jak oskarżony chwyta nóż?
– Tak, widziałem.
– A co się stało potem?
– On pomaszerował do tylnych drzwi, co mnie zaskoczyło.
– Dlaczego?
– Bo bywam tam często, a nigdy wcześniej nie widziałem tego mężczyzny.
– Nie jestem pewien, czy dobrze pana rozumiem – rzekł Pearson, który rozumiał każde słowo Craiga.
– Tylne wyjście jest niewidoczne, jeśli się siedzi w tamtym kącie sali, a odnosiło się wrażenie, że ten człowiek dobrze wie, dokąd idzie.
– Aa, rozumiem – rzucił Pearson. – Proszę mówić dalej.
– Po chwili podniósł się drugi mężczyzna i wybiegł za oskarżonym. Tuż za nim podążała młoda kobieta. Nie zajmowałbym się dłużej tą sprawą, gdyby nie to, że zaraz potem wszyscy usłyszeliśmy krzyk.
– Krzyk? – powtórzył Pearson. – Jaki krzyk?
– Wysoki kobiecy krzyk – wyjaśnił Craig.
– I co pan wtedy zrobił?
– Natychmiast zostawiłem moich przyjaciół i wybiegłem na uliczkę, na wypadek gdyby kobiecie groziło jakieś niebezpieczeństwo.
– I co? Groziło?
– Nie, proszę pana. Ona krzyczała na oskarżonego, błagając go, żeby przestał.
– Przestał?
– Atakować tego drugiego.
– Oni się bili?
– Tak, proszę pana. Ten facet, który wcześniej dźgał palcem i wrzeszczał na drugiego, teraz przyparł go do muru, dociskając mu przedramieniem gardło. – Craig odwrócił się ku sędziom przysięgłym i uniósł lewą rękę, żeby to zademonstrować.
– Czy pan Wilson próbował się bronić? – pytał Pearson.
– Tak jak mógł, ale oskarżony raz za razem wbijał mu nóż w pierś.
– Co pan potem zrobił? – spytał cicho oskarżyciel.
– Zatelefonowałem do służb ratowniczych i dostałem zapewnienie, że bezzwłocznie poinformują policję i wyślą karetkę.
– Czy coś jeszcze panu powiedzieli? – Pearson spojrzał do notatek.
– Tak – odparł Craig. – Polecili mi, żebym w żadnym wypadku nie zbliżał się do mężczyzny z nożem, tylko wrócił do baru i czekał na przybycie policji. – Umilkł na chwilę. – Zastosowałem się ściśle do tego polecenia.
– Jak zareagowali pańscy przyjaciele, kiedy pan wrócił do baru i opowiedział o tym, co pan widział?
– Chcieli wyjść na zewnątrz i przekonać się, czy nie mogliby pomóc, ale przekazałem im radę policji i powiedziałem, że w tych okolicznościach byłoby rozsądnie, gdyby poszli do domu.
– W tych okolicznościach?
– Byłem jedyną osobą, która widziała ten incydent, i nie chciałem, żeby narazili się na niebezpieczeństwo, gdyby mężczyzna z nożem wrócił do baru.
– To godne pochwały – rzekł Pearson.
Sędzia skarcił oskarżyciela wzrokiem. Alex Redmayne nadal notował.
– Jak długo musiał pan czekać na przyjazd policji?
– Już po kilku chwilach usłyszałem syrenę, a niewiele minut później do baru od tyłu wszedł oficer policji w cywilu. Okazał odznakę i przedstawił się jako sierżant Fuller. Podziękował mi za pomoc, a potem mnie poinformował, że ofiara została przewieziona do najbliższego szpitala.
– Co się wydarzyło potem?
– Złożyłem wyczerpujące zeznanie, po czym sierżant Fuller oznajmił, że mogę pójść do domu.
– I poszedł pan?
– Tak, wróciłem do domu, który się znajduje w odległości około stu jardów od pubu Pod Herbem Dunlopów, i położyłem się do łóżka, ale nie mogłem zasnąć.
Alex Redmayne zapisał słowa: „około stu jardów”.
– To zrozumiałe – rzekł Pearson.
Sędzia ponownie upomniał go wzrokiem.
– Więc wstałem, udałem się do gabinetu i zapisałem wszystko, co się stało tego wieczoru.
– Dlaczego pan to zrobił, skoro już pan złożył zeznanie policjantowi?
– Moje doświadczenie z tego miejsca, na którym stoi pan obecnie, panie Pearson, mówi mi, że zeznania świadków w sądzie często bywają wyrywkowe, nawet nieścisłe po upływie kilku miesięcy od popełnienia zbrodni, gdy dochodzi do procesu.
– To prawda – rzekł Pearson, przewracając kolejną kartkę w teczce. – Kiedy się pan dowiedział, że Daniela Cartwrighta oskarżono o zamordowanie Bernarda Wilsona?
– Przeczytałem o tym w następny poniedziałek w „Evening Standard”. Podano tam, że pan Wilson zmarł w drodze do szpitala i że Cartwright został oskarżony o morderstwo.
– Czy uznał to pan za zakończenie sprawy, gdy chodzi o pański w niej udział?
– Tak, choć wiedziałem, że zostanę wezwany na świadka w przyszłym procesie, jeżeli Cartwright zdecyduje nie przyznać się do winy.
– Jednakże sprawy przybrały niespodziewany obrót, jakiego nawet pan, z całym swoim doświadczeniem z zatwardziałymi kryminalistami, nie mógł przewidzieć.
– Istotnie – potwierdził Craig. – Następnego dnia po południu odwiedziło mnie w kancelarii dwóch policjantów, żeby mnie ponownie przesłuchać.
– Przecież pan złożył już ustne i pisemne zeznanie sierżantowi Fullerowi. Czemu przesłuchiwano pana drugi raz?
– Ponieważ teraz Cartwright oskarżał mnie o zabicie pana Wilsona i nawet twierdził, że to ja musiałem wziąć z baru nóż.
– Czy przed tym wieczorem zetknął się pan kiedyś z panem Cartwrightem lub panem Wilsonem?
– Nie, proszę pana – zgodnie z prawdą odpowiedział Craig.
– Dziękuję panu, panie Craig.
Obaj mężczyźni uśmiechnęli się do siebie, po czym Pearson rzekł:
– Nie mam więcej pytań, milordzie.
Sędzia Sackviłle obdarzył teraz uwagą adwokata na drugim krańcu ławy.
Dobrze znał wybitnego ojca Aleksa Redmayne’a, sędziego Sądu Najwyższego, który niedawno przeszedł na emeryturę, ale z jego synem nigdy jeszcze nie miał do czynienia.
– Panie Redmayne – rzekł sędzia. – Czy życzy pan sobie przesłuchać tego świadka?
– Niewątpliwie tak – odparł obrońca, zbierając swoje notatki.
Danny sobie przypomniał, jak wkrótce po aresztowaniu policjant mu doradził, żeby znalazł adwokata. Nie było to proste. Prędko się przekonał, że prawnicy, tak jak mechanicy samochodowi, liczą sobie od godziny i możesz mieć tylko takiego, na jakiego cię stać. Jego było stać na dziesięć tysięcy funtów, sumę, jaką zaoszczędził przez dziesięć lat i przeznaczył na zadatek na mieszkanie w Bow, gdzie po ślubie mieli zamieszkać z Beth i dzieckiem. Wszystko to rozeszło się na długo przedtem, nim sprawa trafiła do sądu. Doradca prawny, którego wybrał, niejaki Makepeace, jeszcze zanim zdjął nasadkę z wiecznego pióra, zażądał z góry pięciu tysięcy, a potem, gdy przedstawił szczegóły sprawy Aleksowi Redmayne’owi, adwokatowi, który miał występować w imieniu Danny’ego w sądzie, następnych pięciu. Danny nie mógł zrozumieć, dlaczego potrzeba dwóch prawników do jednej roboty. Kiedy reperował samochód, nie prosił Berniego o podniesienie maski, żeby zajrzeć do silnika, i na pewno nie zażądałby zaliczki, póki by nie sięgnął po torbę z narzędziami.
Jednak Danny polubił Aleksa Redmayne’a od pierwszego dnia, kiedy go spotkał, i to nie tylko dlatego, że był kibicem drużyny West Ham. Miał akcent osoby z wyższych sfer i studiował na Uniwersytecie Oksfordzkim, ale nigdy nie traktował Danny’ego z góry.
Kiedy Makepeace przeczytał listę zarzutów i wysłuchał tego, co Danny miał do powiedzenia, poradził mu, żeby się przyznał do nieumyślnego zabójstwa. Był pewien, że doprowadzi do ugody z oskarżeniem, dzięki czemu Danny spędziłby w więzieniu tylko sześć lat. Danny odrzucił tę propozycję.
Na prośbę Redmayne’a Danny i jego narzeczona Beth wiele razy relacjonowali przebieg wypadków, adwokat szukał bowiem jakichś niespójności w wersji swego klienta. Nie znalazł i kiedy pieniądze się skończyły, zgodził się dalej prowadzić obronę.
– Panie Craig – zaczął Alex Redmayne. Nie chwycił wyłogów togi, nie dotknął peruki. – Jestem pewien, że nie muszę panu przypominać, że nadal zeznaje pan pod przysięgą, ani o tym, że zawód adwokata nakłada na pana dodatkową odpowiedzialność.
– Panie Redmayne, proszę ostrożniej – wtrącił się sędzia. – Niech pan pamięta, że to proces pańskiego klienta, a nie świadka.
– Zobaczymy, milordzie, czy nadal będzie pan tak uważał, kiedy nadejdzie czas na pańskie podsumowanie.
– Panie Redmayne – powiedział ostro sędzia. – Przypominanie mi o mojej roli w tej sali nie należy do pańskich obowiązków. Pańskim zadaniem jest przesłuchiwanie świadków, moim zaś wyjaśnianie kwestii prawnych, które się wyłaniają, a wydanie werdyktu obydwaj pozostawiamy sędziom przysięgłym.
– Wedle pańskiego życzenia, milordzie – rzekł Redmayne, odwracając się z powrotem do świadka. – Panie Craig, o której godzinie pan i pańscy przyjaciele przybyliście tamtego wieczoru do pubu Pod Herbem Dunlopów?
– Nie pamiętam dokładnie – odparł Craig.
– Wobec tego spróbujmy odświeżyć pańską pamięć. Czy to była siódma? Wpół do ósmej? Ósma?
– Podejrzewam, że bliżej ósmej.
– Zatem piliście już panowie od jakichś trzech godzin, kiedy mój klient, jego narzeczona i jego najbliższy przyjaciel weszli do baru.
– Jak już powiedziałem sądowi, nie widziałem, kiedy oni przyszli.
– No właśnie – rzekł Redmayne, naśladując Pearsona. – A ile wypiliście panowie alkoholu do, powiedzmy, godziny jedenastej?
– Nie mam pojęcia. To były trzydzieste urodziny Geralda, więc nikt nie liczył.
– Hm, skoro ustaliliśmy, że piliście panowie od ponad trzech godzin, czy możemy się zgodzić na sześć butelek wina? A może było ich siedem, nawet osiem?
– Co najwyżej pięć – sprzeciwił się Craig. – To nie jest tak dużo jak na cztery osoby.
– Zgodziłbym się z panem, gdyby nie to, że jeden z pana towarzyszy w pisemnym zeznaniu stwierdził, że pił tylko dietetyczną coca colę, natomiast inny wypił tylko jeden lub dwa kieliszki wina, bo prowadził samochód.
– Ale ja nie musiałem jechać samochodem – rzekł Craig. – Pod Herbem Dunlopów to mój najbliższy pub, mieszkam tylko sto jardów dalej.
– Zaledwie sto jardów dalej? – powtórzył Redmayne. Kiedy Craig nie odpowiadał, ciągnął: – Powiedział pan sądowi, że nie zwracał pan uwagi na obecność innych klientów w barze, dopóki nie usłyszał pan podniesionych głosów.
– Zgadza się.
– Kiedy, jak pan utrzymuje, usłyszał pan słowa oskarżonego: „To może wyjdziemy i załatwimy sprawę”?
– To też się zgadza.
– Ale czy nie jest prawdą, że to pan wszczął całą kłótnię, kiedy rzucił pan inną niezapomnianą uwagę mojemu klientowi, gdy wychodził – Redmayne spojrzał w notatki – „Jak się z nią zabawicie, mnie i moim przyjaciołom jeszcze starczy na zbiorowe dymanko”? – Redmayne czekał na odpowiedź Craiga, ale ten milczał. – Czy z braku pańskiej odpowiedzi mogę wywnioskować, że mam rację?
– Nic podobnego, proszę pana. Po prostu nie uznałem pańskiego pytania za godne odpowiedzi – rzekł Craig ze wzgardą.
– Mam nadzieję, że moje następne pytanie będzie zasługiwać na odpowiedź, zasugeruję bowiem, że kiedy pan Wilson zareagował słowami „Ale z ciebie ścierwo”, to właśnie pan powiedział: „To może wyjdziemy i załatwimy sprawę?”
– Myślę, że to raczej jest język, jakiego można by się spodziewać po pańskim kliencie – odparł Craig.
– Albo po człowieku, który trochę za dużo wypił i chce się popisać przed swoimi pijanymi kolegami w obecności pięknej kobiety?
– Muszę panu jeszcze raz przypomnieć, panie Redmayne – wtrącił się sędzia – że to pański klient jest oskarżony, a nie pan Craig.
Redmayne lekko się skłonił, ale kiedy podniósł wzrok, zauważył, że przysięgli łowią każde jego słowo.
– Panie Craig – mówił dalej. – Sugeruję, że wyszedł pan przez frontowe drzwi i pobiegł do tyłu, bo chciał się pan bić.
– Wyszedłem na uliczkę, kiedy usłyszałem krzyk.
– Czy to wtedy chwycił pan nóż z baru?
– Niczego takiego nie zrobiłem – rzucił ostro Craig. – To pański klient, wychodząc, wziął nóż, jak wyraźnie podałem w swoim zeznaniu.
– Czy właśnie to zeznanie tak kunsztownie pan układał, kiedy nie mógł pan zasnąć tej nocy? – spytał Redmayne.
Craig znów nie odpowiedział.
– Może to znowu przykład czegoś, co nie jest warte pańskiej uwagi? – podsunął Redmayne. – Czy któryś z pańskich przyjaciół wyszedł za panem na tę uliczkę?
– Nie, żaden.
– Zatem nie widzieli walki, jaką pan stoczył z panem Cartwrightem?
– Jak mogli ją widzieć, skoro się nie biłem z panem Cartwrightem.
– Czy był pan w reprezentacji bokserskiej Uniwersytetu Cambridge?
– Tak, byłem – odparł Craig po chwili wahania.
– A czy podczas studiów w Cambridge był pan zawieszony w prawach studenta za...
– Czy to istotne? – zapytał sędzia Sackville.
– Chętnie zostawię tę decyzję sędziom przysięgłym, milordzie – rzekł Redmayne. Zwracając się z powrotem do Craiga, kontynuował: – Czy został pan zawieszony w prawach studenta Uniwersytetu Cambridge po burdzie pijackiej z miejscowymi, których potem nazwał pan przed sędzią pokoju „bandą oprychów”?
– To się zdarzyło przed laty, kiedy byłem jeszcze początkującym studentem.
– A czy po latach, w nocy osiemnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, wdał się pan w kolejną kłótnię z inną „bandą oprychów” przy użyciu noża, który zabrał pan z baru?
– Jak już panu powiedziałem, to nie ja wziąłem ten nóż, ale to ja widziałem, jak pański klient kilkakrotnie pchnął pana Wilsona nożem w pierś.
– A potem pan wrócił do baru?
– Tak. I natychmiast zadzwoniłem po służby ratownicze.
– Spróbujmy być dokładniejsi, dobrze? W rzeczywistości nie zadzwonił pan po służby ratownicze, tylko do sierżanta Fullera na jego telefon komórkowy.
– Zgadza się. Ale zdaje się pan zapomniał, iż zgłaszałem przestępstwo i zdawałem sobie sprawę, że Fuller powiadomi służby ratownicze. I rzeczywiście, jeśli pan sobie przypomina, karetka przyjechała wcześniej niż sierżant.
– Parę minut wcześniej – podkreślił Redmayne. – Jednak ciekawi mnie, jak to się stało, że miał pan akurat pod ręką numer komórki niskiej rangi policjanta.
– Obydwaj uczestniczyliśmy wcześniej w sprawie sądowej o narkotyki, co wymagało dłuższych konsultacji, czasami bardzo pilnych.
– A więc sierżant Fuller jest pańskim przyjacielem?
– Ledwo go znam – odparł Craig. – Nasze stosunki są ściśle zawodowe.
– Sugeruję, że zna go pan wystarczająco dobrze, żeby do niego zatelefonować i dopilnować, by najpierw usłyszał pańską wersję wydarzeń.
– Na szczęście jest czterech świadków, którzy ją potwierdzą.
– Wprost nie mogę się doczekać, kiedy będę przesłuchiwał pańskich przyjaciół jednego po drugim, bo jestem ciekaw, dlaczego pan im poradził, żeby poszli do domu.
– Oni nie widzieli, jak pański klient zadźgał Wilsona, zatem nie byli w żaden sposób zaangażowani w sprawę – rzekł Craig. – No i uważałem, że jeśli zostaną, może im grozić niebezpieczeństwo.
– Ale jeżeli komuś groziło niebezpieczeństwo, to jedynemu świadkowi zamordowania pana Wilsona, więc dlaczego nie wyszedł pan razem z przyjaciółmi?
Craig znowu zachował milczenie, ale tym razem nie dlatego, że uznał pytanie za niewarte odpowiedzi.
– A może prawdziwy powód był inny? – rzekł Redmayne – Może chciał się pan ich pozbyć, żeby pobiec do domu i zmienić zakrwawione ubranie przed przybyciem policji? Przecież mieszka pan, jak sam pan przyznał „sto jardów dalej”.
– Chyba pan zapomina, że sierżant Fuller zjawił się zaledwie kilka minut po tym, jak popełniono zbrodnię – rzucił ze wzgardą Craig.
– Sierżant był na miejscu zbrodni siedem minut po pańskim telefonie. Jednakże przed wejściem do baru przez dłuższy czas przesłuchiwał mojego klienta.
– Czy pan sobie wyobraża, że mógłbym podjąć takie ryzyko, wiedząc, że policja zjawi się lada moment? – wypalił Craig.
– Tak, wyobrażam sobie, skoro miał pan do wyboru pobyt w więzieniu do końca życia – odrzekł Redmayne.
W sali sądowej wybuchł gwar. Sędziowie przysięgli utkwili wzrok w twarzy Spencera Craiga, ale on znów nie zareagował na słowa Redmayne’a. Adwokat odczekał parę chwil, a potem dodał:
– Panie Craig, powtarzam, że nie mogę się doczekać, kiedy będę przesłuchiwał po kolei pana przyjaciół. – Zwracając się do sędziego, Redmayne rzekł: – Milordzie, nie mam więcej pytań.
– Panie Pearson? – powiedział sędzia. – Niewątpliwie życzy pan sobie ponownie przesłuchać świadka?
– Tak, milordzie – odparł oskarżyciel. – Mam jedno pytanie, na które bardzo chciałbym usłyszeć odpowiedź. – Uśmiechnął się do świadka. – Panie Craig, czyżby był pan Supermanem?
Craig się zdziwił, ale zdając sobie sprawę, że Pearson usiłuje mu pomóc, odpowiedział:
– Skądże. Dlaczego pan pyta?
– Bo tylko Superman, będąc świadkiem morderstwa, mógłby wrócić do baru, poinstruować przyjaciół, pofrunąć do domu, wziąć prysznic, zmienić ubranie, przyfrunąć z powrotem do pubu i z niedbałą miną siedzieć przy stoliku z chwilą wejścia sierżanta Fullera. – Kilku sędziów przysięgłych powściągnęło uśmiechy. – A może w pobliżu była poręczna budka telefoniczna. – Uśmiechy przeszły w otwarty śmiech. – Pearson odczekał, aż umilknie, po czym dodał: – Pan pozwoli, że pożegnam świat fantazji pana Redmayne’a i zadam panu jedno poważne pytanie. – Teraz wzrok wszystkich był skupiony na oskarżycielu. – Kiedy biegli sądowi Scotland Yardu zbadali narzędzie zbrodni, czy odciski palców, jakie zidentyfikowali na rękojeści noża, należały do pana czy do oskarżonego?
– Z pewnością nie były to moje odciski palców – powiedział Craig. – W przeciwnym razie to ja bym teraz siedział na ławie oskarżonych.
– Milordzie, nie mam więcej pytań – rzekł Pearson.
Drzwi celi się otworzyły i policjant podał Danny’emu plastikową tacę z kilkoma przegródkami wypełnionymi strawą o plastikowym smaku, którą ten skubał, czekając na rozpoczęcie popołudniowej rozprawy.
Alex Redmayne zrezygnował z lunchu, żeby przejrzeć notatki. Czy nie zaniżył czasu, jakim mógł dysponować Craig przed wejściem sierżanta Fullera do baru?
Sędzia Sackville spożywał lunch razem z kilkoma innymi sędziami, którzy przeżuwając danie z mięsa i warzyw, nie zdjęli peruk ani nie wymieniali poglądów na temat prowadzonych przez siebie spraw.
Pearson jadł samotnie lunch w kantynie adwokackiej na najwyższym piętrze. Rozmyślał o tym, że jego uczony kolega, przesłuchując Craiga, popełnił poważny błąd w ocenie czasu, ale wytknięcie mu tego nie jest jego sprawą. Rozważał konsekwencje, odsuwając groszek na drugą stronę talerza.
Kiedy zegar wybił drugą, rytuał zaczął się od nowa. Sędzia Sackville wkroczył do sali i lekko się uśmiechnął do sędziów przysięgłych, po czym usiadł na swoim miejscu. Rzucił spojrzenie na obydwu prawników i przemówił:
– Dzień dobry panom. Panie Pearson, proszę wezwać swojego następnego świadka.
– Dziękuję, milordzie – rzekł Pearson, wstając. – Wzywam pana Geralda Payne’a.
Danny spojrzał na mężczyznę wchodzącego na salę i w pierwszej chwili go nie poznał. Był średniego wzrostu, zaczynał przedwcześnie łysieć, a jego dobrze skrojony beżowy garnitur nie zdołał ukryć, że mocno schudł, od kiedy Danny ostatnio go widział. Woźny sądowy poprowadził go na miejsce dla świadka, podał Biblię i uniósł kartę z tekstem przysięgi. Wprawdzie Payne z niej czytał, lecz okazywał taką samą pewność siebie jak Spencer Craig przed południem.
– Nazywa się pan Gerald David Payne i mieszka pan w Londynie przy Wellington Mews sześćdziesiąt dwa?
– Zgadza się – odparł Payne pewnym głosem.
– Jaki jest pański zawód?
– Jestem doradcą do spraw zarządzania nieruchomościami gruntowymi.
Redmayne zapisał obok nazwiska Payne’a: „agent handlu nieruchomościami”.
– Gdzie pan pracuje? – spytał Pearson.
– Jestem wspólnikiem w firmie Baker, Tremlett i Smythe.
– Jest pan bardzo młody jak na wspólnika w tak znakomitej firmie – wtrącił niewinnie Pearson.
– Jestem najmłodszym wspólnikiem w historii firmy – Payne wyrecytował dobrze przećwiczoną kwestię.
Redmayne nie miał wątpliwości, że zanim Payne stanął na miejscu dla świadka, ktoś go wyszkolił. Wiedział, że z powodów etycznych nie mógł to być Pearson, tak więc pozostawał jedyny możliwy kandydat.
– Gratuluję panu – rzekł Pearson.
– Niechże się pan pośpieszy, panie Pearson – upomniał sędzia.
– Bardzo przepraszam, milordzie. Chciałem tylko wykazać wiarygodność świadka sędziom przysięgłym.
– Więc się to panu udało – powiedział szorstko sędzia. – A teraz proszę kontynuować.
Pearson cierpliwie odtworzył z Payne’em wydarzenia wrześniowego wieczoru. Tak – Craig, Mortimer i Davenport byli wtedy w pubie Pod Herbem Dunlopów. Nie – nie odważył się wyjść na uliczkę, kiedy usłyszał krzyk. Tak – poszli do domu, jak im poradził Spencer Craig. Nie – nigdy przedtem nie widział oskarżonego.
– Dziękuję panu – zakończył Pearson. – Proszę zostać na miejscu.
Redmayne podniósł się powoli i bez pośpiechu przekładał papiery, nim wreszcie zadał pierwsze pytanie – trik, którego nauczył go ojciec, kiedy ćwiczyli udawane procesy. Jeżeli chcesz zacząć od zaskakującego pytania, radził ojciec, potrzymaj świadka w niepewności. Więc czekał, aż sędzia, przysięgli i Pearson utkwią w nim wzrok. Tylko kilka sekund, ale wiedział, że komuś, kto stoi na miejscu dla świadka, wydaje się to wiecznością.
– Proszę pana – przemówił w końcu, podnosząc wzrok na Payne’a. – Czy kiedy studiował pan w Cambridge, należał pan do bractwa Muszkieterów?
– Tak – odparł Payne. Miał zdziwioną minę.
– Czy dewiza bractwa brzmiała: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”?
Pearson zerwał się na nogi, nim Payne zdążył otworzyć usta.
– Milordzie – rzekł. – Nie pojmuję, jaki związek może mieć dawne uczestnictwo w bractwie studenckim z wypadkami osiemnastego września ubiegłego roku.
– Jestem skłonny zgodzić się z panem – odparł sędzia – ale bez wątpienia pan Redmayne nas oświeci.
– Oczywiście, milordzie – powiedział adwokat, nie spuszczając wzroku ze świadka. – Czy dewiza Muszkieterów brzmiała: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”? – powtórzył pytanie.
– Tak jest – odparł Payne lekko zdenerwowanym głosem.
– Co jeszcze łączyło członków bractwa?
– Pochwała Dumasa, sprawiedliwości i butelki dobrego wina.
– Czy może kilku butelek wina? – zasugerował Redmayne, wyjmując niewielką, bladoniebieską broszurkę z leżącej przed nim sterty papierów. Wolno przewracał stroniczki. – Czy jedna z zasad bractwa brzmiała, że jeśli któremuś z członków grozi niebezpieczeństwo, to pozostali mają obowiązek udzielić mu pomocy?
– Tak – odparł Payne. – Zawsze uważałem, że lojalność jest probierzem wartości człowieka.
– Czyżby? A czy pan Spencer Craig był jednym z Muszkieterów?
– Owszem. Był przewodniczącym bractwa.
– A czy pan i pozostali członkowie pospieszyliście mu z pomocą w nocy osiemnastego września zeszłego roku?
– Milordzie – rzucił Pearson, znów zerwawszy się na nogi – to oburzające!
– Jeśli coś jest oburzające to to, że ilekroć któryś ze świadków pana Pearsona wydaje się mieć kłopoty, wtedy on spieszy mu z pomocą. Czyżby też był członkiem bractwa Muszkieterów? – odciął się Redmayne.
Kilku sędziów przysięgłych zareagowało uśmiechem.
– Panie Redmayne – powiedział spokojnie sędzia. – Czy pan sugeruje, że świadek dopuszcza się krzywoprzysięstwa, ponieważ w czasie studiów był członkiem bractwa?
– Jeżeli jego najbliższemu przyjacielowi grozi dożywotnie więzienie, to tak, milordzie, istotnie uważam, że mogło mu to przyjść na myśl.
– To oburzające – powtórzył Pearson.
– Nie tak oburzające jak wysłanie człowieka do więzienia do końca życia za morderstwo, którego nie popełnił – zareplikował Redmayne.
– Niewątpliwie, milordzie, wkrótce się dowiemy, że barman też był jednym z Muszkieterów – wtrącił Pearson, który nadal stał.
– Co to, to nie – zaprzeczył Redmayne. – Natomiast dowiemy się, że barman był tego wieczoru jedyną osobą w pubie Pod Herbem Dunlopów, która nie wyszła na uliczkę.
– Myślę, że pan jasno i przekonująco przedstawił swoje racje – rzekł sędzia. – Proszę zadać następne pytanie.
– Nie mam więcej pytań, milordzie – odparł Redmayne.
– Panie Pearson, czy chce pan ponownie przesłuchać świadka?
– Owszem, milordzie. Panie Payne, czy może pan potwierdzić, tak aby sędziowie przysięgli nie mieli wątpliwości, że nie wyszedł pan za panem Craigiem na uliczkę, kiedy usłyszał pan krzyk kobiety?
– Tak, potwierdzam – odparł Payne. – Nie byłem w stanie tego zrobić.
– No, właśnie. Nie mam więcej pytań, milordzie.
– Może pan opuścić sąd – sędzia zwrócił się do Payne’a.
Alex Redmayne nie omieszkał zauważyć, że gdy Payne wychodził z sali, nie wyglądał już na tak pewnego siebie jak wtedy, kiedy tu wszedł.
– Czy życzy pan sobie wezwać następnego świadka? – zapytał sędzia oskarżyciela.
– Milordzie, zamierzałem wezwać pana Davenporta, ale może pan uzna, że rozsądnie byłoby rozpocząć jego przesłuchanie przez obrońcę jutro rano.
Sędzia nie zauważył, że większość kobiet na sali by wolała, żeby wezwał Davenporta od razu. Spojrzał na zegarek, zawahał się, a potem powiedział:
– Chyba będzie lepiej, jeżeli wezwiemy go jutro z samego rana.
– Jak milord sobie życzy – rzekł Pearson ucieszony wrażeniem, jakie perspektywa występu następnego świadka wywarła na pięciu kobietach na ławie przysięgłych. Miał nadzieję, że młody Redmayne będzie na tyle głupi, żeby na Davenporta natrzeć tak jak na Geralda Payne’a.
Rankiem następnego dnia sala sądowa rozbrzmiewała gwarem oczekiwania jeszcze przed pojawieniem się Lawrence’a Davenporta. Woźny wymówił jego nazwisko przyciszonym głosem.
Aktor wkroczył na scenę sądową z prawej strony i podążył za woźnym na miejsce dla świadka. Był wysoki, ale tak szczupły, że wydawał się jeszcze wyższy. Miał na sobie szyty na miarę granatowy garnitur i kremową koszulę, która wyglądała, jakby tego ranka przyniesiono ją ze sklepu. Długo się namyślał, czy włożyć krawat, i w końcu posłuchał rady Spencera, że niedbały wygląd nie zrobi w sądzie dobrego wrażenia. „Niech pomyślą, że jesteś doktorem, nie aktorem” – powiedział Craig. Davenport wybrał krawat w prążki, jakiego w życiu by nie założył, chyba że przed kamerą. Jednak to nie strój sprawiał, że odwracały się za nim głowy kobiet. To oślepiająco niebieskie oczy, gęste, faliste blond włosy i bezradny wygląd były powodem, że tak wiele z nich chciałoby mu matkować. Te starsze. Młodsze miały inne fantazje.
Lawrence Davenport zdobył rozgłos, grając kardiochirurga w Recepcie. Przez godzinę w każdy sobotni wieczór uwodził ponad dziewięciomilionową widownię. Jego miłośnikom, zdaje się, nie przeszkadzało, że przez większość czasu flirtował z pielęgniarkami, zamiast wszczepiać bypassy.
Kiedy Davenport wstąpił na podest, woźny podał mu Biblię i uniósł kartę z tekstem przysięgi niczym teleprompter. Recytując przysięgę, Davenport zamienił salę rozpraw numer cztery w swój prywatny teatr. Alex Redmayne nie mógł nie zauważyć, że wszystkie kobiety na ławie przysięgłych uśmiechają się do świadka. Davenport odwzajemnił im uśmiech niby aktor wywołany przed kurtynę.
Pearson powoli się podniósł. Pragnął zatrzymać Davenporta na miejscu dla świadka jak najdłużej, by aktor rzucił sobie do stóp publiczność w osobach dwunastu sędziów przysięgłych.
Alex Redmayne rozsiadł się wygodnie, czekając, aż kurtyna pójdzie w górę, i przypomniał sobie jeszcze jedną radę, jaką dał mu ojciec.
Danny czuł się bardziej niż kiedykolwiek osamotniony na ławie oskarżonych, patrząc na mężczyznę, którego widział tak wyraźnie w barze tamtego wieczoru.
– Pan jest Lawrence Andrew Davenport? – zapytał Pearson, uśmiechając się promiennie do świadka.
– Tak jest, proszę pana.
– Milordzie – zwrócił się Pearson do sędziego. – Czy pozwoli pan, że nie poproszę pana Davenporta o podanie adresu domowego. – Zawiesił na moment głos. – Z oczywistych powodów.
– Nie widzę tu żadnego problemu – odparł sędzia Sackville. – Proszę jednak, żeby świadek potwierdził, że zamieszkuje w Londynie pod tym samym adresem od pięciu lat.
– To się zgadza, milordzie – powiedział Davenport, zwracając się do reżysera i lekko się skłonił.
– Czy może pan też potwierdzić, że był pan w pubie Pod Herbem Dunlopów wieczorem osiemnastego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku? – spytał oskarżyciel.
– Tak – odparł Davenport. – Wraz z kilkoma przyjaciółmi obchodziliśmy trzydzieste urodziny Geralda Payne’a. Byliśmy wszyscy w Cambridge – dodał, przeciągając samogłoski; przyjął ostatnio tę manierę, grając Heathcliffa na tournée.
– Czy widział pan tego wieczoru oskarżonego? – spytał Pearson, wskazując na Danny’ego. – Siedział po drugiej stronie sali.
– Nie, proszę pana. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z jego obecności – powiedział Davenport, zwracając się do sędziów przysięgłych niczym do widzów na popołudniowym przedstawieniu.
– A czy nieco później pański przyjaciel Spencer Craig zeskoczył ze stołka przy barze i wybiegł przez tylne drzwi pubu?
– Tak, zrobił to.
– Wtedy, gdy rozległ się krzyk kobiety?
– Zgadza się, proszę pana.
Pearson się zawahał, na pół oczekując, że Redmayne poderwie się i zaprotestuje z powodu tak oczywistego pytania naprowadzającego, ale on nawet się nie poruszył. Ośmielony Pearson pytał dalej:
– I pan Craig wrócił po kilku chwilach do baru?
– Tak – odpowiedział Davenport.
– I poradził panu i dwóm przyjaciołom, żebyście poszli do domu? – rzekł Pearson, nadal naprowadzając świadka, ale Alex Redmayne ani drgnął.
– Zgadza się.
– Czy wytłumaczył, dlaczego powinniście panowie opuścić to miejsce?
– Tak. Powiedział nam, że w zaułku bije się dwóch mężczyzn i że jeden z nich ma nóż.
– Jak pan zareagował na te słowa?
Davenport się zawahał, niepewny, jak odpowiedzieć na to pytanie, bo przygotowany tekst nie zawierał tej kwestii.
– Może pan czuł, że powinien pan pójść i zobaczyć, czy młodej kobiecie nie grozi niebezpieczeństwo? – Pearson zabawił się w suflera.
– Tak, tak – zgodził się Davenport, który czuł, że bez promptera nie wypada najlepiej.
– Ale mimo to posłuchał pan rady pana Craiga i opuścił to miejsce.
– Tak, tak, to prawda – rzekł Davenport. – Postąpiłem według rady Spencera, ale przecież on jest – dla wzmocnienia efektu zawiesił głos – uczony w prawie. Myślę, że to jest właściwe wyrażenie.
Wyuczone każde słowo, pomyślał Alex, świadom, że Davenport wrócił na bezpieczny grunt swojej ściągi.
– W ogóle nie wychodził pan na uliczkę?
– Nie, proszę pana, gdyż Spencer nam doradził, żeby w żadnym wypadku nie zbliżać się do mężczyzny z nożem.
Alex nie ruszał się z miejsca.
– No właśnie – rzekł Pearson. Odwrócił kartkę i ujrzał, że następna jest pusta. Wyczerpał wszystkie pytania o wiele szybciej, niż przewidywał. Nie rozumiał, dlaczego jego przeciwnik nie próbował mu przerwać, kiedy zadawał świadkowi pytania ewidentnie sugerujące odpowiedź. Z ociąganiem zamknął teczkę. – Proszę zostać na miejscu – polecił Davenportowi. – Jestem pewien, że mój uczony kolega zechce pana przesłuchać.
Alex Redmayne nawet nie spojrzał w kierunku Lawrence’a Davenporta. Aktor przesunął ręką po swych długich jasnych włosach i dalej się uśmiechał do sędziów przysięgłych.
– Panie Redmayne, czy życzy pan sobie przesłuchać tego świadka? – spytał sędzia głosem, w którym wyczuwało się, że ciekaw jest tego starcia.
– Nie, dziękuję, milordzie – odparł Redmayne, niemal nie ruszając się z miejsca.
Tylko nieliczni spośród obecnych zdołali ukryć rozczarowanie.
Alex trwał nieporuszony, pamiętając radę ojca, żeby nigdy nie przesłuchiwać świadka strony przeciwnej, który się podoba przysięgłym, szczególnie wtedy, gdy chcą uwierzyć we wszystko, co on ma do powiedzenia. Postaraj się, żeby jak najszybciej opuścił miejsce dla świadka, licząc na to, że kiedy przysięgli przystąpią do uzgadniania werdyktu, pamięć o jego występie – a w tym wypadku był to występ iście teatralny – zblednie.
– Panie Davenport, może pan opuścić miejsce dla świadka – powiedział niechętnie sędzia Sackville.
Davenport wykonał polecenie. Nie spieszył się, pragnąc jak najlepiej się zaprezentować podczas krótkiego przejścia ze sceny za kulisy. Kiedy się znalazł na zatłoczonym korytarzu, szybko skierował się wprost ku schodom prowadzącym na parter, żeby jakiś zaskoczony wielbiciel nie zdołał się połapać, że to doktor Beresford, i poprosić o autograf.
Davenport był zadowolony, że opuścił ten budynek. To nie było przyjemne doświadczenie i poczuł ulgę, że ma to za sobą szybciej, niż się spodziewał; bardziej przypominało przesłuchanie do roli niż występ. Ani na moment się nie odprężył i myślał tylko o tym, czy widać, że poprzedniej nocy nie zmrużył oka. Zbiegając po schodach na ulicę, spojrzał na zegarek; bez problemu zdąży na spotkanie o dwunastej ze Spencerem Craigiem. Skręcił w prawo i podążył w stronę siedziby korporacji adwokackiej Inner Temple, przekonany, że Spencer się ucieszy, jak się dowie, że Redmayne nie trudził się, by go przesłuchać. Bał się, że młody adwokat może go wypytywać o upodobania seksualne, o czym, gdyby powiedział prawdę, krzyczałyby nagłówki jutrzejszych szmatławców – chyba że wyznałby całą prawdę.
Toby Mortimer nie okazał, że widzi przechodzącego obok Lawrence’a Davenporta. Spencer Craig ich przestrzegł, że póki proces się nie skończy, nie powinni pokazywać się razem. Jak tylko dotarł do domu tamtej nocy, zatelefonował do wszystkich trzech, żeby im powiedzieć, że sierżant Fuller skontaktuje się z nimi nazajutrz, aby wyjaśnić kilka kwestii. Świętowanie urodzin Geralda, które zaczęło się tak miło, skończyło się dla nich wszystkich koszmarem.
Mortimer pochylił głowę, kiedy mijał go Davenport. Od tygodni myślał z przerażeniem o chwili, kiedy stanie na miejscu dla świadka, chociaż Spencer wciąż go zapewniał, że nawet gdyby Redmayne dowiedział się o jego problemie z narkotykami, nigdy by o tym nie wspomniał.
Muszkieterowie zachowywali lojalność, ale żaden z nich nie udawał, że ich stosunki będą kiedyś takie same jak przedtem. A to, co się stało tamtej nocy, jeszcze wzmogło głód narkotykowy Mortimera. Przed urodzinami Geralda Mortimer uchodził wśród handlarzy narkotyków za weekendowego ćpuna, ale kiedy proces się zbliżał, potrzebował już dwóch strzałów dziennie – każdego dnia.
„Nawet nie myśl o tym, żeby dać sobie w żyłę, kiedy będziesz miał stanąć na miejscu dla świadka” – ostrzegł go Spencer. Ale jak Spencer mógł zrozumieć, co on przeżywa, skoro nigdy nie doświadczył głodu narkotykowego: najpierw kilka godzin niebiańskiego szczęścia do chwili, kiedy euforia zaczyna opadać, następnie poty, drgawki i na koniec obrządek przygotowania, żeby móc jeszcze raz uciec od tego świata – wkłucie igły w niezarośniętą żyłę, ten moment, kiedy płyn dostaje się do krwiobiegu, szybko oddziałując na mózg, i wreszcie błogosławione uczucie wyzwolenia – do czasu, kiedy cykl się zaczyna od nowa. Mortimer już się pocił. Kiedy się zaczną drgawki? Jeżeli go teraz wezwą, przypływ adrenaliny powinien go utrzymać w formie.
Otworzyły się drzwi do sali rozpraw i ukazał się woźny. Mortimer poderwał się w oczekiwaniu. Wbił paznokcie w dłonie z mocnym postanowieniem, że nie sprawi zawodu.
– Reginald Jackson! – krzyknął woźny, nie zwracając uwagi na wysokiego, chudego mężczyznę, który wstał na jego widok.
Kierownik pubu Pod Herbem Dunlopów podążył za woźnym do sali sądowej. Jeszcze jeden człowiek, z którym Mortimer nie rozmawiał podczas ostatnich sześciu miesięcy.
– Zostaw go mnie – powiedział Spencer, ale on zawsze, nawet w Cambridge, rozwiązywał drobne problemy Mortimera.
Mortimer opadł z powrotem na ławkę i uchwycił się jej krawędzi, gdyż czuł, że zbliżają się dreszcze. Nie był pewien, jak jeszcze długo wytrzyma – potrzeba zaspokojenia nałogu prędko brała górę nad strachem przed Spencerem. Kiedy barman wrócił z sali rozpraw, koszula, spodnie i skarpetki Mortimera były mokre od potu mimo zimnego marcowego poranka. „Weź się w garść” – słyszał napomnienie Spencera, choć ten znajdował się milę dalej w swojej kancelarii, przypuszczalnie gawędząc z Lawrence’em o tym, że do tej pory wszystko poszło znakomicie. Będą na niego czekać. Ostatni element układanki.
Mortimer wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po korytarzu, czekając na ponowne pojawienie się woźnego. Zerknął na zegarek, modląc się w duchu, żeby wystarczyło czasu na wezwanie jeszcze jednego świadka przed lunchem. Uśmiechnął się z nadzieją do woźnego, gdy ten wyszedł na korytarz.
– Sierżant Fuller! – wrzasnął woźny.
Mortimer znów opadł na ławkę. Teraz już się trząsł niepowstrzymanie. Pragnął kolejnego strzału, tak jak niemowlę pragnie mleka matki. Wstał i chwiejnym krokiem poszedł w stronę ubikacji. Poczuł ulgę, gdy zobaczył, że pomieszczenie wyłożone białymi kafelkami jest puste. Wybrał najdalszą kabinę i zamknął się w środku. Prześwit u góry i u dołu drzwi niepokoił go: jakiś urzędnik sądowy mógłby łatwo odkryć, że łamie prawo i to w Głównym Sądzie Karnym. Jednak jego głód osiągnął poziom, kiedy rozsądek ustępuje przed potrzebą niezależnie od ryzyka.
Mortimer rozpiął marynarkę i z wewnętrznej kieszeni wydobył płócienny woreczek: zestaw. Rozwinął go i położył na pokrywie sedesu. Już samo przygotowanie podniecało. Ujął małą jednomiligramową ampułkę płynu; kosztowała dwieście pięćdziesiąt funtów. To był czysty, wysokiej jakości towar. Zastanawiał się, jak długo jeszcze będzie mógł sobie pozwolić na takie drogie prochy, zanim ostatecznie się wyczerpie niewielki spadek pozostawiony mu przez ojca. Wbił igłę w ampułkę i odciągnął tłok, aż wypełniła się strzykawka. Nie sprawdził, czy płyn przepływa swobodnie, bo nie mógł sobie pozwolić na stratę choćby jednej kropli.
Na moment zastygł w bezruchu, gdy usłyszał, że otwierają się drzwi toalety. Z czoła lał mu się pot. Nie poruszył się, czekając, aż obcy spełni rytuał, do którego pierwotnie przeznaczono ustęp.
Kiedy usłyszał, jak drzwi się otwierają i znowu zamykają, zdjął swój stary uniwersytecki krawat, podciągnął nogawkę spodni i zaczął szukać żyły: co dzień było o to trudniej. Owinął krawat wokół lewej nogi i zaciskał coraz mocniej, aż w końcu pokazała się niebieska żyła. Jedną ręką mocno trzymał krawat, w drugiej miał strzykawkę. Wbił igłę w żyłę i wolno cisnął tłok, dopóki ostatnia kropla płynu nie dostała się do krwi. Odetchnął z ulgą, odpływając w inny świat – świat, do którego Spencer Craig nie miał dostępu.
– Nie chcę więcej o tym mówić – powiedział ojciec Beth tego dnia rano, siadając do stołu, na którym pani Wilson postawiła przed nim talerz z jajkami na bekonie. Takie śniadanie, jakie mu przygotowywała od dnia, kiedy się pobrali.
– Ale, tato, chyba nie myślisz, że Danny mógłby zabić Berniego. Byli najlepszymi przyjaciółmi od pierwszego dnia w szkole.
– Widziałem, jak Danny tracił panowanie nad sobą.
– Kiedy? – spytała Beth.
– Na ringu, kiedy boksował się z Berniem.
– I dlatego Bernie zawsze go pokonywał.
– Może tym razem Danny wygrał, bo miał w ręku nóż.
Beth tak zaszokowały słowa ojca, że nie odpowiedziała.
– Czy zapomniałaś – mówił dalej – co się stało na boisku wiele lat temu?
– Nie zapomniałam. Ale wtedy Danny spieszył na ratunek Berniemu.
– Kiedy przyszedł dyrektor i zobaczył w jego ręce nóż.
– A czy ty zapomniałeś – odezwała się matka Beth – że Bernie potwierdził słowa Danny’ego, kiedy potem pytała go policja?
– I znowu miał w ręce nóż. Co za zbieg okoliczności.
– Ale mówiłam ci sto razy...
– Że całkiem obcy człowiek zadźgał twojego brata na śmierć.
– Tak, on to zrobił – rzekła Beth.
– A Danny go nie sprowokował ani nie wprawił w gniew.
– Nie – powiedziała Beth, usiłując zachować spokój.
– Ja jej wierzę – odezwała się pani Wilson, nalewając córce kawy.
– Ty zawsze jej wierzysz.
– Nie bez powodu – rzuciła jego żona. – Beth nigdy jeszcze nie skłamała.
Pan Wilson milczał, tymczasem nietknięty posiłek stygł.
– I wciąż myślisz, że uwierzę, że wszyscy inni kłamią? – powiedział w końcu.
– Tak – rzekła Beth. – Chyba zapominasz, że tam byłam i wiem, że Danny jest niewinny.
– Czterech przeciw jednemu – rzucił pan Wilson.
– Tatusiu, nie rozmawiamy o wyścigu psów. Mówimy o życiu Danny’ego.
– Nie, mówimy o życiu mojego syna.
– Nie zapominaj, że to jest także mój syn – wtrąciła matka Beth.
– A czy zapomniałeś, jak ci zależało, żeby Danny się ze mną ożenił? – spytała Beth. – I że prosiłeś go, żeby przejął warsztat, kiedy przejdziesz na emeryturę? Co się stało, że tak nagle przestałeś w niego wierzyć?
– Jest coś, czego ci nie powiedziałem – rzekł ojciec Beth. Pani Wilson opuściła głowę. – Kiedy Danny przyszedł do mnie tamtego dnia rano i oznajmił, że chce cię prosić, żebyś za niego wyszła, pomyślałem, że będzie uczciwie, jak mu powiem, że zmieniłem zdanie.
– Co do czego? – spytała Beth.
– Co do tego, komu przekażę warsztat, kiedy przejdę na emeryturę.
– Nie mam więcej pytań, milordzie – oznajmił Alex Redmayne.
Sędzia podziękował sierżantowi Fullerowi i powiedział mu, że może opuścić salę rozpraw.
To nie był dla Aleksa dobry dzień. Lawrence Davenport urzekł ławę przysięgłych swoim czarem i urodą. Sierżant Fuller zrobił wrażenie porządnego, sumiennego policjanta, który zrelacjonował ściśle to, co widział owej nocy, i przedstawił jedyną możliwą interpretację, a kiedy Alex wypytywał go o jego stosunki z Craigiem, po prostu powtórzył za tamtym: „zawodowe”. Kiedy później Pearson go spytał, ile czasu upłynęło od momentu, gdy Craig zadzwonił pod numer 999 do chwili, kiedy wszedł do baru, odparł, że nie jest pewien, ale myśli, że około piętnastu minut.
Jeżeli chodzi o barmana Rega Jacksona, to powtarzał jak papuga, że był zajęty swoją pracą i nic nie widział ani nie słyszał.
Redmayne pogodził się z myślą, że jeżeli ma znaleźć jakąś szczelinę w zbroi czterech muszkieterów, to jedyną jego nadzieją jest Toby Mortimer. Wiedział o jego uzależnieniu od narkotyków, choć nie zamierzał o tym wspominać w sądzie. Zdawał sobie sprawę, że Mortimer nie będzie o niczym innym myśleć, kiedy go będzie przesłuchiwał. Redmayne czuł, że Mortimer jest jedynym świadkiem oskarżenia, który może się ugiąć pod presją, dlatego cieszył się, że trzymano go przez cały dzień na korytarzu.
– Myślę, że mamy akurat czas na jeszcze jednego świadka – rzekł sędzia Sackville, spojrzawszy na zegarek.
Pearson nie pałał zbytnim entuzjazmem na myśl o wzywaniu ostatniego świadka Korony. Przeczytawszy szczegółowy raport policyjny, wahał się, czy w ogóle go powoływać, ale wiedział, że jeżeli tego nie zrobi, Redmayne nabierze podejrzeń i może nawet wystąpić o wydanie nakazu stawiennictwa. Pearson wolno podniósł się z miejsca.
– Wzywam pana Toby’ego Mortimera – powiedział.
Woźny wyszedł na korytarz i huknął:
– Toby Mortimer!
Zdziwił się, że mężczyzna nie siedzi na swoim miejscu. Wydawało się przedtem, że aż się pali, aby go wezwano. Woźny omiótł ławki spojrzeniem, ale po mężczyźnie nie było śladu. Jeszcze głośniej wykrzyknął jego nazwisko, ale nadal nikt się nie zgłaszał.
Brzemienna młoda kobieta w pierwszym rzędzie podniosła głowę, niepewna, czy wolno jej się odezwać do woźnego. Zatrzymał na niej wzrok.
– Czy widziała pani pana Mortimera? – zapytał przyciszonym głosem.
– Tak – odparła. – Poszedł jakiś czas temu do toalety, ale nie wrócił.
– Dziękuję pani.
Woźny wrócił do sali rozpraw. Podszedł szybko do asesora, który go z uwagą wysłuchał, a potem zreferował rzecz sędziemu.
– Damy mu jeszcze kilka minut – orzekł Sackville.
Redmayne spoglądał na zegar, z każdą minutą coraz bardziej niespokojny. Pobyt w ubikacji nie mógł trwać tak długo, chyba że...
Pearson przechylił się, uśmiechnął i grzecznie zasugerował:
– Może byśmy zostawili tego świadka na jutro rano?
– Nie – odparł zdecydowanie Redmayne. – Chętnie poczekam.
Jeszcze raz rzucił okiem na przygotowane pytania, podkreślając istotne słowa, żeby co chwila nie spoglądać na kartkę. Podniósł głowę, gdy woźny wrócił na salę.
Woźny pośpiesznie przemierzył salę rozpraw i coś szepnął asesorowi, a ten przekazał wiadomość sędziemu. Sędzia skinął głową.
– Panie Pearson – powiedział. Oskarżyciel podniósł się z miejsca. – Okazuje się, że pański ostatni świadek zachorował i został odwieziony do szpitala. – Nie dodał, że z igłą wbitą w żyłę lewej nogi. – Wobec tego zamierzam zamknąć rozprawę w dniu dzisiejszym. Chciałbym prosić przedstawicieli obu stron, żeby natychmiast przyszli do mojego gabinetu.
Alex Redmayne nie musiał iść do gabinetu sędziego, żeby zrozumieć, że stracił kartę atutową. Kiedy zamykał teczkę z napisem „Świadkowie oskarżenia”, pogodził się z myślą, że los Danny’ego Cartwrighta spoczywa teraz w rękach jego narzeczonej Beth Wilson. I wciąż nie był pewien, czy ona mówi prawdę.
Minął pierwszy tydzień procesu i każdy z jego czterech głównych bohaterów inaczej spędzał weekend.
Alex Redmayne wybrał się samochodem do Somerset, żeby pobyć dwa dni z rodzicami w Bath. Ojciec zagadnął go o proces, nim zdążył zamknąć frontowe drzwi, matkę zaś bardziej ciekawiło, jak mu się układa z ostatnią dziewczyną.
– Da się wytrzymać – odpowiedział na obydwa pytania.
Przed wyjazdem do Londynu w niedzielę po południu Alex przećwiczył wraz z ojcem w roli sędziego pytania, jakie zamierzał nazajutrz zadać Beth Wilson. Nie było to dla starszego pana trudne zadanie. W końcu zajmował się tym przez dwadzieścia ostatnich lat, zanim przeszedł na emeryturę.
– Sackville mi mówi, że nie dajesz za wygraną – zakomunikował Aleksowi ojciec. – Ale uważa, że chwilami niepotrzebnie ryzykujesz.
– To może być jedyny sposób, żeby się dowiedzieć, czy Cartwright jest niewinny.
– To nie należy do ciebie – rzekł ojciec. – O tym zdecydują przysięgli.
– Jakbym słyszał sędziego Sackville’a – rzucił ze śmiechem Alex.
– Ty masz zapewnić jak najlepszą obronę swojemu klientowi, czy jest winny czy nie – dodał ojciec, ignorując uwagę syna.
Najwyraźniej ojciec zapomniał, że pierwszy raz udzielił takiej rady, kiedy Alex miał siedem lat, i od tej pory wielokrotnie ją powtarzał. Kiedy Alex wstąpił na Uniwersytet Oksfordzki, mógłby już zdawać egzamin dyplomowy.
– A ta Beth Wilson, jak twoim zdaniem się spisze w roli świadka? – spytał ojciec.
– Pewien znakomity radca królewski kiedyś mi powiedział – rzekł Alex, z emfazą łapiąc się za klapy marynarki – że nigdy nie można przewidzieć, jak się zachowa świadek, póki nie zacznie zeznawać.
Matka Aleksa wybuchnęła śmiechem.
– Trafiony! – powiedziała, zabierając talerze ze stołu, i zniknęła w kuchni.
– I nie lekceważ Pearsona – rzekł ojciec, nie zwracając uwagi na słowa żony. – Jest najlepszy, kiedy przesłuchuje świadka obrony.
– Czyż można lekceważyć Arnolda Pearsona? – spytał Alex.
– O, tak. Zrobiłem to dwukrotnie na własną szkodę.
– I dwóch niewinnych mężczyzn zostało skazanych za przestępstwa, których nie popełnili?
– Skądże – powiedział ojciec. – Obaj byli winni jak wszyscy diabli, ale mimo to powinienem ich uchronić od kary. Pamiętaj, jeżeli Pearson wypatrzy słaby punkt w twojej obronie, nieustannie będzie ci go wytykał, aż osiągnie pewność, że przysięgli tylko to będą pamiętać, kiedy udadzą się na naradę.
– Czy mogę przerwać znakomitemu prawnikowi i zapytać, jak się miewa Susan? – zapytała matka, nalewając Aleksowi kawy.
– Susan? – zdziwił się Alex, wracając do rzeczywistości.
– Ta urocza dziewczyna, którą przywiozłeś do nas dwa miesiące temu.
– Susan Rennick? Nie mam pojęcia. Niestety, straciliśmy kontakt. Nie myślę, żeby adwokaturę dało się pogodzić z życiem osobistym. Bóg wie, jak wy dwoje się zeszliście.
– Twoja matka dokarmiała mnie każdego wieczoru podczas procesu Carbarshi. Umarłbym z głodu, gdybym się z nią nie ożenił.
– Takie to było proste? – Alex uśmiechnął się do matki.
– Niezupełnie – odparła. – W końcu proces trwał ponad dwa lata i on przegrał.
– Nie, nie przegrałem – powiedział ojciec, obejmując żonę. – Ostrzegam cię, synu, że Pearson nie jest żonaty, więc przez cały weekend będzie szykował diabelskie pytania do Beth Wilson.
Nie zwolnili go za kaucją.
Danny spędził ostatnie pół roku za kratami w Belmarsh, więzieniu o zaostrzonym rygorze w południowo-wschodnim Londynie. Tkwił przez dwadzieścia dwie godziny na dobę w celi, która miała trzy kroki na pięć, a jedynym jej wyposażeniem było wąskie łóżko, stolik z laminatu, plastikowe krzesło, mała stalowa umywalka i takiż klozet. Mógł oglądać zewnętrzny świat tylko przez mikroskopijne okratowane okienko wysoko nad głową. Każdego popołudnia wolno mu było wychodzić z celi na czterdzieści pięć minut i wtedy biegał wokół dziedzińca – betonowego placu okolonego wysokim na szesnaście stóp murem, zwieńczonym drutem kolczastym.
– Jestem niewinny – powtarzał, ilekroć ktoś go zapytał, na co personel więzienny nieuchronnie odpowiadał, że tak twierdzą wszyscy.
Gdy Danny okrążał dziedziniec tego ranka, próbował nie myśleć o tym, jak przebiegł pierwszy tydzień procesu, okazało się to jednak niemożliwe. Chociaż bacznie się przyglądał każdemu z sędziów przysięgłych, nie potrafił odgadnąć ich myśli. Może ten pierwszy tydzień nie był dla niego pomyślny, ale przynajmniej Beth będzie mogła teraz przedstawić swoją relację. Czy przysięgli uwierzą jej, czy zaakceptują wersję wydarzeń, którą przedstawił Spencer Craig? Ojciec ciągle przypominał Danny’emu, że brytyjski system sprawiedliwości jest najlepszy na świecie – niewinnych ludzi nie posyła się ot, tak do więzienia. Jeśli to prawda, to za tydzień odzyska wolność. Wolał nie myśleć, że będzie inaczej.
Radca królewski Arnold Pearson spędzał weekend na wsi, w swojej chacie w Cotswolds z ogrodem o powierzchni czterech i pół akra – jego dumą i radością. Przyciął róże, a potem próbował czytać zachwalaną przez krytyków powieść, odłożył ją jednak i postanowił iść na spacer. Wędrując przez wieś, usiłował zapomnieć o wszystkim, co się działo w Londynie, choć w istocie myślami rzadko odbiegał od procesu.
Czuł, ze pierwszy tydzień procesu przebiegł dobrze, mimo że Redmayne okazał się o wiele dzielniejszym przeciwnikiem, niż się spodziewał. Pewne znajome wyrażenia, oczywiste dziedziczne cechy i rzadki talent wyczucia właściwego momentu przypominały ojca Redmayne’a, w opinii Arnolda najświetniejszego adwokata, z jakim kiedykolwiek się zmierzył.
Jednak dzięki Bogu chłopak jest jeszcze zielony. Mógł o wiele bardziej wykorzystać sprawę czasu, kiedy zeznawał Craig. Arnold policzyłby ze stoperem w ręku kamienie bruku między pubem i frontowymi drzwiami domu Craiga. Potem by wrócił do siebie do domu, zrzucił ubranie, wziął prysznic i przebrał się, sprawdzając, ile czasu trwały te czynności. Podejrzewał, że wszystko razem zajęłoby niecałe dwadzieścia minut – a na pewno mniej niż trzydzieści.
Kupił trochę produktów i lokalną gazetę w wiejskim sklepie i ruszył w drogę powrotną. Przystanął na moment przy wiejskich błoniach i uśmiechnął się, wspominając, jak zdobył pięćdziesiąt siedem punktów w meczu przeciwko Brocklehurst jakieś dwadzieścia lat temu – a może to było trzydzieści? Ta wioska przedstawiała sobą wszystko, co kochał w Anglii. Spojrzał na zegarek i z westchnieniem uznał, że czas wracać do domu i przygotować się do jutrzejszego dnia.
Wypił herbatę, a potem poszedł do gabinetu, usiadł przy biurku i przebiegł wzrokiem pytania, które przygotował dla Beth Wilson. Będzie miał tę przewagę, że zanim zada jej pierwsze pytanie, najpierw usłyszy, jak ją przesłuchuje Redmayne. Jak czający się kot będzie cicho siedział, cierpliwie czekając, aż kobieta popełni jakiś drobny błąd. Winny zawsze popełnia błędy.
Arnold się uśmiechnął, spoglądając na „Bethnal Green and Bow Gazette”, pewien że Redmayne nie natknął się na artykuł na pierwszej stronie sprzed piętnastu lat. Może Arnold Pearson nie odznaczał się elegancją i stylem sędziego Redmayne’a, ale nadrabiał ten brak godzinami cierpliwych poszukiwań, które zaowocowały już odkryciem dwóch dalszych dowodów, a te na pewno przekonają przysięgłych o winie Cartwrighta. Ale zachowa je do chwili, kiedy pod koniec tygodnia będzie przesłuchiwał oskarżonego, na co niecierpliwie czekał.
Tego dnia, kiedy Alex przekomarzał się przy lunchu z rodzicami w Bath, Danny biegał dokoła spacerniaka w Belmarsh, a Pearson odwiedzał wiejski sklep, Beth Wilson stawiła się u swojego lekarza rodzinnego.
– Ot, rutynowe badanie – lekarz zapewnił ją z uśmiechem. Ale zaraz potem zmarszczył brwi. – Czy od naszego ostatniego spotkania przeżyła pani jakiś nadzwyczajny stres? – zapytał.
Beth nie chciała go martwić opowieścią o tym, jak spędziła ostatni tydzień. Nie polepszał sprawy fakt, że jej ojciec trwał w przekonaniu, że Danny jest winny, i nie pozwalał, aby w domu wymieniano jego imię, chociaż matka od początku wierzyła słowom Beth. Ale czy na ławie przysięgłych zasiadali ludzie tacy jak matka czy jak ojciec?
W każde niedzielne popołudnie przez ostatnie pół roku Beth odwiedzała Danny’ego w więzieniu Belmarsh, ale nie w tę niedzielę. Redmayne jej powiedział, że nie będzie jej wolno widywać się z narzeczonym, dopóki nie skończy się proces. A o tyle spraw chciała go zapytać, tak wiele mu powiedzieć.
Dziecko miało się urodzić za sześć tygodni, ale on będzie dużo wcześniej wolny i ten koszmar wreszcie się skończy. Jak przysięgli ogłoszą werdykt, to nawet ojciec uzna, że Danny jest niewinny.
W poniedziałek rano pan Wilson odwiózł córkę do Old Bailey pod główne wejście. Kiedy wysiadała z samochodu, powiedział tylko:
– Mów prawdę.
Gdy spotkały się ich spojrzenia, Danny’ego ogarnęły mdłości. Z galerii dla publiczności przyglądał mu się wrogo Spencer Craig. Danny zmierzył go takim wzrokiem, jakby stał na środku ringu i czekał na gong oznajmiający początek pierwszej rundy.
Kiedy na salę sądową weszła Beth, zobaczył ją pierwszy raz od dwóch tygodni. Poczuł ulgę, że kiedy stanie na miejscu dla świadka, będzie odwrócona do Craiga tyłem. Beth uśmiechnęła się do Danny’ego, a potem wyrecytowała tekst przysięgi.
– Czy nazywa się pani Elizabeth Wilson? – zapytał ją Alex Redmayne.
– Tak – odpowiedziała, kładąc ręce na brzuchu – ale mówią na mnie Beth.
– Mieszka pani na Bacon Road dwadzieścia siedem w Bow we wschodnim Londynie?
– Tak jest.
– A zmarły Bernie Wilson był pani bratem?
– Tak.
– Czy obecnie jest pani asystentką prezesa Morskiego Towarzystwa Ubezpieczeniowego Drake’a w londyńskim City?
– Tak jest.
– Kiedy spodziewa się pani narodzin dziecka? – zapytał Redmayne.
Pearson zmarszczył brwi, ale wiedział, że nie poważy się zgłosić sprzeciwu.
– Za sześć tygodni – rzekła Beth, skłoniwszy głowę.
Sędzia Sackville przechylił się do przodu i uśmiechając się do Beth, powiedział:
– Czy zechciałaby pani mówić głośniej? Przysięgli chcą słyszeć każde pani słowo.
Beth skinęła głową.
– Może wolałaby pani usiąść? – dodał uprzejmie sędzia. – Człowiek w obcym miejscu czuje się czasem zdeprymowany.
– Dziękuję – powiedziała Beth. Opadła na drewniane krzesło i prawie zniknęła wszystkim z oczu.
– Cholera – zaklął pod nosem Alex Redmayne. Teraz przysięgli widzieli ledwie jej ramiona i stracili z oczu widok jej sylwetki, który by im przypominał, że Beth jest w siódmym miesiącu ciąży. Alex chciał, żeby ten widok zapadł w pamięć jedynych dwunastu ludzi, którzy się liczyli. Gdyby Beth zasłabła, przysięgli nie mogliby o tym zapomnieć.
– Proszę powiedzieć sądowi – ciągnął Redmayne – jakie stosunki łączą panią z oskarżonym.
– Zamierzamy z Dannym wziąć ślub w przyszłym tygodniu – odparła Beth.
Przez salę przebiegło westchnienie.
– W przyszłym tygodniu? – powtórzył Alex za Beth, udając zaskoczenie.
– Tak, wczoraj ojciec Michael, nasz proboszcz kościoła pod wezwaniem Najświętszej Panny Marii, ogłosił ostatnie zapowiedzi.
– Ale gdyby pani narzeczony został skazany...
– Nie można być skazanym za zbrodnię, której się nie popełniło – powiedziała ostro Beth.
Alex Redmayne się uśmiechnął. To było bezbłędne. W dodatku Beth, wypowiadając te słowa, zwróciła się ku sędziom przysięgłym.
– Jak długo zna pani oskarżonego?
– Odkąd pamiętam – odparła Beth. – Jego rodzice zawsze mieszkali naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy. Chodziliśmy z Dannym do tej samej szkoły.
– Do zbiorczej szkoły imienia Clementa Atlee? – powiedział Redmayne, spoglądając w notatki.
– Zgadza się.
– I od dziecka byliście w sobie zakochani?
– Jeżeli nawet – rzekła Beth – to Danny nie był tego świadom, bo w szkole prawie się do mnie nie odzywał.
Danny uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia, przypominając sobie dziewczynkę z mysimi ogonkami, która zawsze się kręciła koło swojego brata.
– A pani próbowała go zagadnąć?
– Nie śmiałabym. Ale zawsze stałam na linii autowej i przyglądałam się, jak gra w piłkę nożną.
– Czy pani brat i Danny byli w tej samej drużynie?
– Przez całą szkołę – odparła Beth. – Danny był kapitanem, a brat bramkarzem.
– Danny zawsze był kapitanem?
– O tak. Koledzy wołali na niego Kapitan Cartwright. On przewodził wszystkim szkolnym drużynom: piłki nożnej, krykieta, a nawet sekcji bokserskiej.
Alex zauważył uśmiechy na twarzach dwóch sędziów przysięgłych.
– A pani brat lubił Danny’ego?
– Danny był jego najlepszym przyjacielem – rzekła Beth.
– Czy oni ciągle się kłócili, jak sugerował mój uczony kolega? – spytał Redmayne, spoglądając w stronę oskarżyciela z ramienia Korony.
– Tylko o West Ham albo o nową dziewczynę Berniego.
Tym razem jeden z przysięgłych o mało nie parsknął śmiechem.
– Ale pani brat w zeszłym roku znokautował Danny’ego w pierwszej rundzie mistrzostw bokserskich Klubu Chłopców z Bow Street.
– Tak. Ale Bernie zawsze był lepszym bokserem i Danny o tym wiedział. Kiedyś przyznał, że miałby szczęście, gdyby dotrwał do końca drugiej rundy, gdyby się spotkali w finale.
– Więc nie było między nimi nieporozumień, jak sugerował mój uczony kolega, pan Pearson?
– A skąd on może wiedzieć? – spytała Beth. – Nigdy nie spotkał żadnego z nich.
Danny znowu się uśmiechnął.
– Proszę pani – powiedział sędzia, teraz już nie tak uprzejmie. – Proszę się skupić na udzieleniu odpowiedzi.
– Jakie było pytanie? – zapytała Beth, lekko speszona.
Sędzia zajrzał do notesu.
– Czy między pani bratem i oskarżonym były jakieś nieporozumienia?
– Nie – rzekła Beth. – Powiedziałam już, że byli najlepszymi przyjaciółmi.
– Powiedziała też pani – rzekł Redmayne, starając się naprowadzić ją z powrotem na temat – że Danny nigdy pani nie zagadnął, kiedy chodziliście do szkoły. A skończyło się na tym, że postanowiliście się pobrać.
– To prawda – rzekła Beth, spoglądając na Danny’ego.
– Co spowodowało tę zmianę?
– Kiedy mój brat i Danny odeszli ze szkoły, obaj podjęli pracę w warsztacie mojego ojca. Ja zostałam w szkole jeszcze jeden rok, a potem uzupełniłam wykształcenie w college’u i wstąpiłam na wydział anglistyki uniwersytetu Exeter.
– Który ukończyła pani z dyplomem z wyróżnieniem.
– Owszem.
– Jaka była pani pierwsza praca po ukończeniu uniwersytetu?
– Zostałam sekretarką w Towarzystwie Ubezpieczeń Morskich Drake’a w City.
– Z pewnością ze swoimi kwalifikacjami dostałaby pani o wiele lepszą posadę?
– Być może – przyznała Beth. – Ale główna siedziba Towarzystwa jest w City, a ja nie chciałam być daleko od domu.
– Rozumiem. Ile lat pracuje pani w tej firmie?
– Pięć.
– I w tym czasie awansowała pani z pozycji sekretarki na osobistą asystentkę prezesa.
– Tak.
– Jak dużo sekretarek jest zatrudnionych w Towarzystwie?
– Nie znam dokładnej liczby – odparła Beth. – Chyba ponad sto.
– Ale to pani osiągnęła taką wysoką pozycję? – Beth milczała. – Kiedy po powrocie do Londynu zobaczyła pani znowu Danny’ego?
– Niedługo potem, jak zaczęłam pracować w City – rzekła Beth. – Którejś niedzieli rano matka mnie poprosiła, żebym podrzuciła tacie lunch do warsztatu. Danny tam był, zaglądał pod maskę samochodu. W pierwszej chwili myślałam, że mnie nie zauważył, ale potem podniósł wzrok i uderzył głową w maskę.
– Czy wtedy pierwszy raz panią poprosił, żeby się pani z nim umówiła?
