6,49 €
„Zielony Las Nadziei” Marka Pietrachowicza to cykl krótkich opowiadań – horrorów, opartych na Mitach Cthulhu według H.P. Lovecrafta. USA, koniec XX wieku. Młoda celtycka okultystka, Hope Greenwood – która pasjonuje się również antropologią kultury, psychologią, lingwistyką i naukami ścisłymi – wykorzystuje swoje wciąż skromne i rozwijane dopiero talenty magiczne w nierównej walce z mroczną i tajemną sektą, oddającą cześć Wielkim Przedwiecznym. W przeszłości, kultyści doprowadzili do tragedii w jej rodzinie, a teraz, po latach, znów zaczynają zagrażać jej przyjaciołom. W swoich zmaganiach Hope znajduje sojuszniczkę w osobie zbuntowanej punkówy i heroicznej uciekinierki zza Żelaznej Kurtyny – Olgi Leśniewskiej. „Zielony Las Nadziei” był eksperymentem, polegającym na – udanej zdaniem autora, choć ostateczną ocenę pozostawia Czytelnikom – próbie przeniesienia protagonistki swego średniowiecznego cyklu książek „Mądrość Wiedźmy” do czasów współczesnych i obdarzenia jej zdobyczami techniki i myśli późnego XX wieku - czasów jego dzieciństwa. Jako wielbiciel prozy H.P. Lovecrafta, Marek Pietrachowicz nie wahał się zapożyczyć z kanonu Mistrza i postawił sobie za punkt honoru wierne i rzetelne odtworzenie atmosfery i folkloru Mitów Cthulhu.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2017
Marek Pietrachowicz
„Zielony Las Nadziei”
Copyright © by Marek Pietrachowicz 2017
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o. o. 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji
nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana
w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Agnieszka Marzol
Projekt okładki: Robert Rumak
Zdjęcie okładki © Fotolia – hwitte; Fotolia - Andrey Kuzmin
Korekta: Janusz Sigismund
ISBN: 978-83-7900-714-1
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://wydawnictwo.psychoskok.pl
e-mail: [email protected]
Marek Pietrachowicz
Zielony Las Nadziei
Cykl horrorów
opartych na Mitologii Cthulhu według Howarda Phillipsa Lovecrafta
Ilustracja:
commons.wikimedia.org/wiki/File:Cthulhu_and_R'lyeh.jpg
Zdjęcie: Mark Bangall, Wikimedia Commons
Opowiadanie zainspirowane „Pokojem na poddaszu”
i„Duchem ciemności” H.P. Lovecrafta
Nie jest martwym ten, kto wśnie wiecznym leży,
Wraz zdziwnymi eonami, nawet śmierć uśmierzy.
1
Starożytni astrologowie imagowie arabscy, aniezależnie od nich – egipscy, wierzyli, że słowo przybierać może realne kształty – nie tylko wybrzmiewać, rzucone na wiatr, ale isprawiać to, co oznacza. Egipcjanie nazywali czarowników po prostu „tymi, którzy są biegli wpiśmie” iutożsamiali mistrzowskie opanowanie kaligrafii swych hieroglifów zarkanami sztuki czarnoksięskiej. Hebrajczycy przejęli to wierzenie, pokładając ufność wdosłowną, sprawczą moc zestawionych ze sobą znaków pisma. Ich młodsi bracia wwierze podjęli wiarę wSłowo, przez które wszystko się stało, abez Niego nic się nie stało, co się stało.
Od antyku po średniowiecze, rozwijała się wiara wsprawczą moc słowa, zamkniętego wmistycznych formułach ifigurach, wktóre je wpisywano. Wzajemne obroty sfer niebieskich, którymi zarządzali aniołowie, ukazywały los iwolę Bożą wobec nowo narodzonego człowieka. Tworzono więc horoskopy idiagramy alchemiczne; uważnie przypatrywano się wartościom iznaczeniom słów wimieniu, jakie nadawano noworodkom, wyszukując dla nich świętych patronów. Pentagram, uznany przez mędrców starogreckich za niebiańską figurę odoskonałych proporcjach, stał się symbolicznym odwołaniem do potęgi żywiołów ipierwiastka życia – tych nieokiełzanych sił witalnych świata, zktórymi później zaczęły identyfikować się wiedźmy.
W Indiach wierzy się, że cały Wszechświat powstał za sprawą pierwszego słowa sylaby: Aum ॐ, które jest pierwotną, niebiańską istwórczą wibracją – swoistym niezerowym poziomem energii próżni, który wiele wieków później odkryli fizycy kwantowi.
Współczesna psychologia zna siłę wpływu słowa na umysł ludzki izabiega oich właściwą higienę. Od doboru słów, jakimi opisujemy siebie samych irzeczywistość wokół, zależy nasza cała perspektywa ipercepcja rzeczywistości.
Dlatego nie należy się dziwić temu, że Hope Greenwood – młoda, ruda okultystka, azarazem fascynatka psychologii, antropologii kultury oraz fizyki współczesnej (co prawda wcokolwiek newage'owym wydaniu), aoficjalnie stypendystka uczelni Miskatonic wArkham, Massachusetts – darzyła ogromnym zainteresowaniem oraz podziwem magiczne figury, tak podobne wjej mniemaniu do fizycznych diagramów przestrzeni izospinowych, grup cechowania oraz sieci superstrun wwielowymiarowych przestrzeniach.
Wiedziała, że kształtne kreski pentagramów irozet alchemicznych oddzielają świat śmiertelników od ulotnego świata ezoteryki, są jak żywe pieczęcie na pakcie onieagresji świata demonów do świata żywych. O, tak. Wierzyła święcie wich moc sprawczą oraz wkonieczność ich istnienia, niczym słupów granicznych pomiędzy wrogimi lądami. Utrzymywania Wielkich Przedwiecznych wich wiekuistym uśpieniu, poza murami rzeczywistości.
„Ludzie nie zdają sobie sprawy” – zwykła powtarzać Hope – „że wwywoływaniu duchów największym ryzykiem jest to, że... naprawdę można je przywołać. Aone mają bardzo niską motywację, żeby powrócić poza tę granicę, zza której zostały ściągnięte”.
Była bardzo dumna, że dostała ten grant, podobnie jak zwynajętej kawalerki wdomku pomiędzy Peabody aChurch Street, opodal wiaduktu ruchliwej Garrison Street na rzece Miskatonic, nieopodal Uniwersytetu, na którą było ją stać. Naprzeciwko była przytulna kafejka, coś na kształt dinera – symbolu minionej Ameryki lat 50. – azatem czasów, wktórych jako nastolatka w1956, postawiła po raz pierwszy swą stopę na ziemi Nowego Świata, trzymając się kurczowo dłoni stryja (obecnie świętej pamięci). Świata, który nie zaznał ognia ichaosu wojny światowej.
Teraz był rok 1977, światem rządziły komputery, giełdy izimna wojna – aw południowym Arkham życie nadal biegło powoli, jak gdyby czas zwalniał dla przesądnych iprostych mieszkańców, dostosowując się do ich percepcji świata. Sąsiednie osiedle drewnianych domków nawet nie miało bodaj doprowadzonego gazu miejskiego! Amoże to była tylko złośliwa plotka.
Niesamowite, jak niektóre okolice nie zmieniają się od niemal stu lat. Jej domostwo było jednym ztakich miejsc. Owszem, zdawało się, że rozwój bogatszych inowszych dzielnic pociąga za sobą wysysanie życia idalsze karłowacenie tych ubogich, których jednak nikt nie miał tupetu zrównać zziemią iwybetonować, aich wyjętych żywcem zzeszłego wieku mieszkańców – wyrzucić na bruk. Itak to szło dalej, mocą inercji inieopłacalności inwestycji, zwłaszcza na falistym inierównym wzgórzu Arkham.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
