5,99 €
Powieść fantasy, powstała pod wpływem literatury staroangielskiej, zawierająca wiele odniesień do literatury anglosaskiej. Akcja "Arte" toczy się w wymyślonej krainie podczas panowania pogańskich bogów. Bohaterem jest smok, Szesarz, który od swojego króla otrzymuje misję zabójstwa innego smoka. Aby się zamaskować, zamienia się w człowieka. Jednak na przeszkodzie jego planom niespodziewanie stają inni ludzie...
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2014
HALINA GRUDZIECKA
ARTE
WYDAWNICTWO NOWY śWIAT
© Copyright by Halina Grudziecka, 2014
© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2014
Projekt okładki: Nowy Świat
ISBN 978-83-7386-827-4
Wydanie I Warszawa 2014
Wydawnictwo Nowy Świat
ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa
tel. 22 826 25 43, faks 22 826 25 47
Książka ukazała się dzięki wsparciu finansowemu Gminy Bielsko-Biała udzielonemu autorce w ramach stypendium miasta Bielska-Białej w dziedzinie kultury i sztuki.
Słuchajcie! Straszliwą rzecz wam teraz opowiem,
Która tych, co szukają mądrości poruszy.
Prawdziwie, wiernie opisuję w niej bowiem,
Cierpienia, chociaż ciche, potępionej duszy.
Usłyszałem ją dawno, lecz pamiętam dobrze.
Raz ją poznać mogłem, więcej mi nie dano.
Jej urywane słowa brzmiały dla mnie mądrze,
Chociaż inni kłamliwej nadali jej miano.
Mówili, że obraża to pradawnych bogów,
Ich łaskawość fałszywie światu ukazuje.
A podnosząc głowy ich bezrozumnych wrogów,
Oręż słów mocarnych dla słabych rąk szykuje.
Sprzeciwiłem się wtedy, iż poznano dawno,
Iż prawda swe oblicze pozorem zakrywa.
I nieraz pod postacią haniebną czy marną,
Niezmierzone bogactwa mądrości ukrywa.
I powstał wielki szum wśród szacownego grona.
Rzekli chórem: „Twe miejsce nie jest między nami.
Z żadnych ust nie padają już takie słowa,
Gdyż żywią się starego kurhanu prochami.
Nasze oczy nie kłamią; twa postura mizerna
Do udzielania nam nauk wszak się nie nadaje.
Przyznamy, że twa mowa mądrości jest wierna,
Lecz takiej, której już na świecie nie staje”.
Odparłem wtedy dumnie: „Wolę słowa godne,
Choćby miały się ruszać jak wskrzeszone kości,
Niż gdyby tańczyły bez ładu i swawolnie
Jak pijany nad ranem ku gapiów radości”.
Opuściłem więc ludzi, w podróż wyruszyłem,
By rozwiać tej historii wszelkie niejasności.
Trzy królestwa w siedem lat sam przemierzyłem.
Zaznałem wprawdzie trudów – lecz to dla mądrości.
Dziś kręta droga mnie do drzwi waszych zawiodła
I waszej łaskawości, mości gospodarzu.
Dufam, że godnie uraczyć was będzie mogła
Opowieść za gościnę, wielmożny włodarzu.
Miałem wiele widzeń i objawień, ale tylko niektóre wydawały mi się chociaż trochę prawdopodobne. Nie zastanawiałem się nad nimi. Jednak pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten jeden, jedyny głos, który dobiegł mnie po drugiej stronie świata. Myślałem, że go zapomniałem, cieszyłem się tym, a on mnie odnalazł bez trudu. Moje nieszczęście było pełne, a on musiał zabrzmieć we wnętrzu mojej duszy burząc wszystko, co zdążyła naprawić.
Stało się to wtedy, kiedy zobaczyłem w wizjach złotą misę. Byłem wtedy w jaskini, bo czułem jej chłód i znajomy dotyk zimnych kamieni na kolanach bolących od klęczenia. Lodowate zimno cieszyło mnie, przynosiło słodkie wspomnienia, od których ciało wzdragało się, a dusza wędrowała w kraj utraconej ojczyzny. Misa leżała przede mną i przesunąłem dłońmi po jej powierzchni. Palce zatrzymały się na pęknięciach, ale wyczułem jej piękno i doskonałość. Zadziwiła mnie myśl o tym, że ktoś mógł nawet pomyśleć o tym, by ją zniszczyć. Wtedy usłyszałem ten straszliwy głos.
− NIE UCZYNIŁ TEGO NIKT ŚMIERTELNY, TYLKO NIEŚMIERTELNY, KTÓRY PRZEŻYŁ ŚMIERĆ.
Na chwilę odzyskałem wzrok na tyle, by zobaczyć kropelkę jasnego płynu na jej dnie. W pierwszej chwili zasłoniłem twarz, ale na szczęście blask nie był silny. Wręcz przeciwnie, jego łagodność koiła ciemność moich powiek. Wspomnienia powróciły do mnie silną falą. Uradowałem się, że choć na chwilę mogę zobaczyć coś nie w majakach i udawać, że widzę. Pochyliłem się więc nad misą i z radością patrzyłem, jak kropelka powiększa, się jakby odnajdywała kolejne krople w zimnym powietrzu jaskini. Pojawiły się nawet kolory w postaci smug o barwie rubinu, szafiru i ametystu. Jakby ktoś pracowicie wydobył te skarby z kamiennych ścian dla mojej przyjemności. Nie byłem próżny, wiedziałem, że nikt by tego dla mnie nie uczynił.
I dobrze się spodziewałem, że nadejdzie nieszczęście, bo przejrzyste barwy zmąciły czarne i buro czerwone kolory. Przybywało ich i chociaż nie łączyły się z innymi, wkrótce tylko one były widoczne. Nie chciałem już na to patrzeć, ale nie mogłem oderwać wzroku. Pasma gęstniały i kręciły się coraz ciaśniej wokół siebie wirując chaotycznym rytmem. Poczułem na twarzy ciężki dym pachnący kadzidłami. Chciałem się cofnąć, ale sięgnął do moich uszu i wlewając się do nich kazał mi słuchać dziwnych słów w bardzo starym i trudnym języku, który jednak rozumiałem bez chwil wahania. Nie mogłem nawet przerwać ich myślą, płynęły szybko ciągłym strumieniem.
− Przypuszczam, że wiesz, że już w Was nie wierzę. To nie tak, że nie uznaję... Waszego istnienia. Nie przyszedłem błagać o... przebaczenie, wiem, że go nie dostanę, bo zawiniłem. Gdyby to ode mnie zależało, można byłoby naprawiać błędy tylko tym, że się ich nie powtórzy. Ale Wy milczeliście wtedy i dalej milczycie. Przyszedłem dzisiaj do Ciebie, by Ci złożyć ofiarę. Nikomu innemu, tylko tobie. Choć wiem, że nie powinienem. Ty... i ja mamy ze sobą wiele wspólnego. Dlatego mógłbyś mi chociaż raz pomóc... Robię wszystko na złość bogom, a oni na mnie nie patrzą. Spójrz więc Ty na mnie, Przeklęty. Mówię tylko do Ciebie! Nie pozwól mi... stracić duszy, skoro tylko ona jest piękna w Waszych oczach...
Zaczynałem rozumieć, dlaczego karano mnie tą wizją. Wolałem jednak o tym nie myśleć. Odczułem ulgę, gdy mętny napój sięgnął brzegu naczynia i głos umilkł. Przez chwilę w jaskini panowała zupełna cisza, wirowanie ustało. Było to tak nagłe, jakby sam czas zatrzymał się i czekał na odpowiedź. Nadeszła tym jedynym, przeklętym głosem.
− NIE MAMY ZE SOBĄ NIC WSPÓLNEGO. TO WY PRZYDAJECIE MI WASZYCH CECH W OPOWIEŚCIACH. DUSZĘ JUŻ STRACIŁEŚ. CZY MASZ COŚ JESZCZE?
Powierzchnia płynu zafalowała nerwowo. Wydobył się z niego głos, który już nie miał w sobie nic z wcześniejszego rozgoryczenia zabarwionego pokorą. Stał się gniewny i syczący, jakby starał się ukryć nienawiść. A dym gryzł mnie w powieki i szczypał policzki. Czułem, że zaczynam się dusić. Nie bałem się, bo wiedziałem, że to tylko wizja, a nawet gdyby była to prawda, dobrze wiedziałem o tym, że śmierć nie jest taka straszna, jak wszyscy uważają.
− To przez Ciebie powstałem! Moje ciało i dusza należą do Was. Nie zostawiliście mi nic innego jak tylko przekonanie, że tak właśnie jest. Tak naprawdę nie istnieję. Istniałem dla Was, ale Wy nie chcecie, bym dalej istniał, a jeszcze mnie nie straciliście. Nie przewidzieliście tego w Waszej wiekowej mądrości...? Że ktoś może istnieć wbrew waszej woli...? To jest ta Wasza wszechmoc...?
Znałem odpowiedź na pamięć. Powtarzałem ją wbrew sobie, a im bardziej starałem się ją zapomnieć, tym silniejszym mówiła głosem. Czasami próbowałem ją zrozumieć, ale nigdy mi się to nie udało i na szczęście straciłem nadzieję, że kiedyś tak się stanie. Może dlatego usłyszałem ją ponownie. A moja pokora osiągnęła wtedy szczyt poniżenia i nawet nie słyszałem głosu sprzeciwu, który towarzyszył mi przez całe życie. Długie życie.
− MASZ ZA SOBĄ DŁUGIE ŻYCIE, A DALEJ NIE WIESZ, CZYM JEST MĄDROŚĆ... UKAŻĘ CI JĄ, ALE SZUKAJ W NIEJ ODPOWIEDZI. SPOTKAMY SIĘ ZNOWU I OBYŚ WIEDZIAŁ, CO NIE JEST CI DANE PRZEZ BOGÓW I CO JEST UDZIAŁEM TYLKO TWOIM, NIGDY BOGÓW. DOTYCZY JEDNOCZEŚNIE CIAŁA I DUSZY, ALE NIE NALEŻY DO ŻADNEGO Z NICH. JEŻELI TO ZROZUMIESZ, DOSTĄPISZ MOJEJ ŁASKI. JEŻELI NIE – ODWRÓCĘ OD CIEBIE MOJE OBLICZE I JUŻ NIE SPOCZNIE NA TOBIE SPOJRZENIE ŻADNEGO BOGA.
Cisza, która nastała po tych słowach, przeraziła mnie do głębi duszy. Była głębsza niż mrok moich powiek. Nie cieszyły mnie już kolorowe smugi ani słaby poblask powierzchni misy, który widziałem przez łzy cieknące po policzkach. Ta cisza była pusta i dlatego nie dało się jej opisać niczym jak tylko zaprzeczeniem. Ale jednocześnie ta cisza była przepełniona trwożliwym oczekiwaniem, które pamiętałem tak dobrze, jakbym czuł je przed chwilą. Pamiętałem, że pomyślałem wtedy, że jestem jak młodzian, który uczy się walczyć i czeka na pierwszy cios mistrza wiedząc, że go obali na ziemię. Lecz nie było już we mnie tej nadziei, że to nauczy mnie czegokolwiek.
O bogach, których rękom los królów, sług i nasz własny powierzony został. O królach, którzy władzy nad śmiercią własną nie mają, ale nad wszelaką inną sprawują. O misjach, których wynik chce przynieść nic innego, jak połączone węzłem nierozerwalnym szczęście i nieszczęście.
Starania, by dni nasze upływały bez wzruszeń i niepokojów, są niemiłe bogom i władcom. Ich myśli wypełniają cały czas dalekosiężne plany, które jednak powieść się nie mogą bez udziału maluczkich. Ofiarni słudzy zyskują sobie przychylność wielkich i otrzymują bogactwa w nagrodę. Podobnie ptaki śpiewają niebu, a ono zsyła im deszcz, by mogły chwalić jego potęgę nawet gdy wyschną ich gardła. Dlatego najmniejsza przysługa pociąga za sobą następną i każde zadanie przynosi kolejne. Wymagane poświęcenie nadweręża siły, ale nadaje sens życiu. Kiedy władca zapomina o swoich sługach, niemądrzy z nich cieszą się złudnym spokojem. Ich radość trwać będzie krótko, skończy się głodem i cierpieniem. Rozsądni będą błagać władcę o przywrócenie ich w jego pamięci, dzięki czemu odzyskają utracone szczęście.
Smok zniżył lot i osiadł u wylotu jaskini. Chwilę odpoczywał, prostując i składając skrzydła w przyjemnych promieniach słońca. Ale zmęczony i rozgrzany lotem złożył je po chwili, wsuwając się w przyjazny mrok tuż przed sobą. Oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności. Widział teraz srebrzystą, dobrze znaną barwę kamienia. Przed nim korytarze rozgałęziały się niczym nitki pajęczyny. Nie był tu nigdy wcześniej, ale chęć dotarcia do celu wędrówki prowadziła go bez żadnego błędu. Nie zdążył znudzić się wędrówką, kiedy labirynt skończył się i smok wślizgnął się wreszcie do głównej groty. Była pusta, choć czuł, że dotarł na miejsce.
Poczuł irytację. Król kazał mu tu przylecieć, nie zważając na jego opór. A teraz nawet nie może szybko przekazać rozkazu i uciekać jak najdalej... Najpierw musi pokonać zaklęcie chroniące gospodarza tej groty. Zamknął oczy, uśmiechając się drwiąco. Był starszy, dobrze władał magią i bez żadnej trudności odkrył strukturę czaru. Każdy, kto nie miał złych zamiarów mógł być dopuszczony do tajemnicy. Humor przybysza poprawił się od razu. Nie musiał nawet układać zaklęcia, by oszukać ten prymitywny czar. Wystarczyło przekonać samego siebie, że wcale nie ma ochoty zrobić krzywdy temu, do którego go posłano. Nie mogło być chyba nic łatwiejszego. Zebrał myśli.
Wysłano go z rozkazu, miał przekazać królewskie polecenie przybycia na dwór. Władca chce osobiście porozmawiać z tym marnym... – nie, ze swoim poddanym – i na szczę... – i na nieszczęście – nie ma dla niego dobrych wieści. To byłaby naprawdę nieodżałowana szkoda, gdyby wydarzyło się coś, co uniemożliwiłoby usłyszenie królewskich słów. Nawet jemu samemu jako posłańcowi, przecież zależy na tym, by ci dwaj – władca i sługa mogli się spotkać. Gdyby ktoś w tym przeszkodził... byłby zły. Bardzo zły... Zaklęcie osłabło i smok triumfualnie otworzył oczy. Tak, cieszył się, że to mu przypadło przekazanie królewskiego rozkazu. Czar wzburzył się wyczuwając drugie dno w gorliwości posłańca, ale smok obalił je bez trudności. Było już za późno.
Na środku jaskini, tam, gdzie wcześniej nie było niczego, leżały dwa smoki. Para. Smok i smoczyca splątali szyje i wtuleni w siebie spali głęboko. Przybysz sapnął z irytacją. Że też Kaszindara jest tak głupia, by dalej zadawać się z tym niegodziwcem… Wołałby zastać go samego i móc swobodnie wyrazić swoją złośliwą radość, że tamten znowu znalazł się w tarapatach. A teraz będzie musiał udawać współczucie, by nie zrazić smoczycy... Chociaż... Gdyby to ona obudziła się pierwsza, nie byłoby tak źle... A nawet byłoby to korzystne. Przeszedł się po grocie, zastanawiając się, co zrobić, by tak właśnie się stało. Obszedł całą grotę, nie znajdując nic godnego uwagi. Pod jego łapami chrzęściły obryzione kostki, raz otarł się o postrzępione futro zwierzęcia już nie do rozpoznania. Zaciekawiła go bryła surowego mięsa, ale ponieważ na zapach była sprzed dwóch dni, postanowił jej nie próbować. Grota szybko go znudziła, więc przyjrzał się wreszcie parze na środku.
Nie mógł nadziwić się temu, że on był młodszy i ładniejszy od niej. Ten potwór liczył dokładnie 101 lat[1] i mógł cieszyć się młodością zamiast gnić na słońcu, co było jego przeznaczeniem[2]. Przybysz poczuł złość, że nie może zaprzeczyć idealnej budowie tego ciała. Smok był smukły i harmonijnie zbudowany, z długą szyją, prostymi łapami i równym ogonem. Nawet uważne oględziny nie znalazły żadnych guzów czy wklęśnięć. Każda łuska była gładka i błyszcząca. Chociaż na szczęście w paru miejscach pojawiły się zadrapania. Czerwona barwa miała jasny, ale głęboki odcień, który błyszczał trochę złotawo, co świadczyło o szlachetnym pochodzeniu. Że też tak dobra krew mogła odżywiać tak marną duszę...
Smoczyca nie była brzydka, ale przy nim nie wyglądała dobrze. Miała około dwustu lat, jej czarnofioletowe łuski zaczęły ostrzyć się, coraz bardziej traciły swoje łagodne zakończenia. Było to ledwo widoczne, ale nieubłaganie świadczyło o początku bardzo dojrzałego wieku. Kiedy łuski zniszczą płynną linię sylwetki, stwierdzenie starości przestanie być kwestią łagodności oceny. Przybysz westchnął ciężko. Figura smoczycy popsuła się już teraz. Łapy lekko przekrzywiły się od większego brzucha. Skrzydła dalej były zdrowe i silne, ale już zaczęły chropowieć i małe guzki pokryły ich powierzchnię – z wyjątkiem tej nośnej. Dlaczego czas przybliżył się tak blisko właśnie do niej…? Przecież mógł zniszczyć tego padalca u jej boku...
Przybysz podszedł bliżej i delikatnie trącił łapą ogon smoczycy. Drgnęła i rozejrzała wokół jeszcze nieprzytomnie. Kiedy pokazał jej gestem, że ma milczeć, wywinęła się z szyi towarzysza i wysunęła spod jego skrzydła. Mimo wieku poruszała się z gracją, a jej oczy spod długich rzęs nie straciły uroku.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
