5,99 €
Sarah budzi się po wypadku samochodowym z amnezją. Przy jej łóżku pojawia się nieznajomy mężczyzna i domaga się wyjaśnień, dlaczego przed siedmioma miesiącami opuściła go, zabierając ich wspólne dziecko. Sarah ma tylko przebłyski wspomnień, stara się jednak wspomóc Jake’a w poszukiwaniach córeczki. Uwalniając okruchy pamięci, okazuje się jednak zupełnie inną osobą niż ta, którą kochał Jake.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2015
Tytuł oryginału: Silent Run
Projekt okładki: Czartart, Izabela Surdykowska–Jurek,
Magdalena Muszyńska
Copyright © Barbara Freethy 2008
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2015
ISBN 978–83–7551–460-5
Wydawnictwo BIS
ul. Lędzka 44a
01-446 Warszawa
tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84
e-mail: [email protected]
www.wydawnictwobis.com.pl
Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta
konwersja.virtualo.pl
Dla Terry’ego, Logana i Kristen
w podzięce za ich miłość i wsparcie
Bardzo dziękuję Andrei Cirillo i Annelise Robey z Agencji Literackiej Jane Rotrosen za bezustanne wsparcie i inspiracje. Jestem również wdzięczna za wielogodzinne burze mózgów, lunche, czekoladę i kawę w Starbucks z Candice Hern, Carol Grace, Bellą Andre, Moniką McCarty, Tracy Grant, Jami Alden, Anne Hearn, Kate Moore, Lynn Hanna, Barbarą McMahon i Dianą Dempsey. Bez nich nie napisałabym tej książki. Dziękuję również Fog City Divas na www.fogcitydivas.com, dzięki którym mogłam pozostawać na bieżąco ze wszystkim, co działo się w świecie książek.
Wielkie krople deszczu spływały po przedniej szybie samochodu, gdy pędziła ciemną, wąską drogą na północ od Los Angeles. Już ponad godzinę jechała wzdłuż pięknego, dzikiego wybrzeża Pacyfiku. Minęła Venice i Santa Monica, ruchliwe miasta plażowe, naszpikowane rezydencjami celebrytów wzgórza Malibu i Santa Barbara. Mogła wszystko rozpocząć od nowa, znaleźć bezpieczne schronienie, ale najpierw musiała dotrzeć na miejsce.
Z każdym przejechanym kilometrem światła odbijające się w lusterku przybliżały się. Miała coraz bardziej napięte nerwy i gęsią skórkę na ramionach i na karku. Zbyt długo uciekała, żeby nie rozpoznać niebezpieczeństwa. Ale skąd się wziął ten samochód? Była absolutnie pewna, że nikt jej nie śledził, gdy wyjeżdżała z Los Angeles. Po przejechaniu pięćdziesięciu kilometrów, podczas których bezustannie zerkała w lusterko wsteczne, zaczynała się już odprężać, teraz jednak strach powrócił.
Było za ciemno, żeby mogła dostrzec jadący za nią samochód, ale denerwowała ją prędkość, z jaką się do niej zbliżał. Nacisnęła pedał gazu i mocniej przywarła do kierownicy, gdy huraganowy wiatr wiejący znad oceanu wdarł się do samochodu, sprawiając, że prowadzenie stało się jeszcze trudniejsze.
Parę kilometrów dalej droga skręcała w głąb lądu. Zaczęła szukać zjazdu. W końcu dostrzegła znak zapowiadający skręt w stronę Santa Ynez Mountains. Może po paru zakrętach i zwrotach uda jej się zgubić ścigający ją samochód. A jeśli to tylko wyobraźnia płatała jej figle, podążający za nią samochód po prostu pojedzie dalej swoją drogą.
Zjazd zbliżał się szybko. Skręciła gwałtownie. Pięć minut później znów widziała za sobą przednie światła samochodu. Nie było wątpliwości: jechał za nią.
Musiała mu się urwać. Płynąca w żyłach adrenalina dawała jej odwagę i siłę. Była tak zmęczona ucieczką, żeby ocalić życie. Ale teraz nie mogła się poddać. Chyba popełniła ogromny błąd, zjeżdżając z głównej szosy. Na tej drodze nie było żadnego ruchu. Jeśli teraz ją dopadnie, nikt nie przyjdzie jej z pomocą.
Odległość pomiędzy pojazdami zmniejszała się. Ścigający samochód był tak blisko, że w tylnym lusterku mogła dostrzec sylwetkę mężczyzny. Zbliżał się do niej.
Następny zakręt wzięła zbyt gwałtownie. Opony zaczęły się ślizgać na gładkiej, mokrej nawierzchni.
Światła, które pojawiły się nagle z przeciwnej strony, oślepiły ją. Mocno nadepnęła na hamulce. Utraciła panowanie nad samochodem. Poleciała w poprzek jezdni, uderzyła w drewniane barierki i stoczyła się ze stromego nasypu. Wyciągnęła ręce w górę w geście protestu i modlitewnego błagania, gdy skały roztrzaskały przednią szybę.
Uderzenie, które w końcu nastąpiło, było miażdżące, a ból potworny. Pragnęła jedynie zatonąć w zapomnieniu. To był koniec. Była skończona.
Ale jakiś głos krzyczał do niej, żeby pozostała przytomna, bowiem jeśli jeszcze nie jest martwa, to za chwilę nie będzie żyła.
Ciemność w jej głowie zaczynała ustępować. Przedostające się przez zamknięte powieki światło kusiło ją, wzywało. Bała się odpowiedzieć na to wezwanie, bała się otworzyć oczy. Może było to wspominane przez różnych ludzi białe światło, za którym należało podążać po śmierci? Ale przecież nie była martwa, prawda?
Powiedziała sobie, że to tylko koszmar senny. Śniła i za chwilę się obudzi. Ale coś było nie tak. Coś było złego w jej łóżku. W głowie rozdzwoniły się jakieś dziwne dzwony. Czuła woń środków dezynfekcyjnych i chloru. Gdzieś z oddali dobiegało wycie syreny. Ktoś coś do niej mówił. Mężczyzna.
Gdy poczuła na ramieniu dotyk silnej ręki, w żołądku ścisnęło ją z niewytłumaczalnego przerażenia. Gwałtownie otworzyła oczy i zamrugała szybko, widząc niezrozumiałą scenę.
Nie znajdowała się w swoim łóżku w domu, jak myślała. Koło łóżka stał mężczyzna w długim, białym fartuchu. Wyglądał na pięćdziesiąt parę lat, miał przyprószone siwizną włosy i ciemne oczy o poważnym spojrzeniu. W jednej ręce trzymał notatnik. Z szyi zwieszał mu się stetoskop. Na długim, wąskim nosie miał okulary. Obok niego stała ubrana w niebieski kitel niska, pulchna brunetka z pełnym współczucia uśmiechem pasującym do widocznego na plakietce imienia Rosie.
Co się działo? Gdzie była?
– Obudziła się pani – powiedział lekarz z energiczną nutą w głosie i błyskiem zadowolenia w oczach. – To dobrze. Martwiliśmy się o panią. Przez wiele godzin była pani nieprzytomna.
Nieprzytomna? Spojrzała na siebie, nagle zauważając cienką, niebieską koszulę, szpitalną opaskę identyfikacyjną na przegubie, kroplówkę zamocowaną do lewej ręki. I ból… ból w głowie, w prawej ręce, w kolanach. Jej prawy policzek pulsował. Gdy uniosła dłoń do skroni, ze zdumieniem napotkała bandaż. Co, u diabła, jej się stało?
– Ostatniej nocy miała pani wypadek samochodowy – poinformował ją lekarz. – Jest pani ranna, ale wszystko będzie dobrze. Znajduje się pani w szpitalu St. Mary na przedmieściach Los Olivos w hrabstwie Santa Barbara. Jestem doktor Carmichael. Czy rozumie pani, co mówię?
Potrząsnęła głową. Jego energiczne słowa, bezładnie docierające do jej mózgu, zdawały się mieć niewiele sensu.
– Czy to wszystko mi się śni? – wyszeptała.
– To nie sen. Była pani ranna w głowę. Nic dziwnego, że wszystko się pani plącze – odpowiedział doktor. Posłał jej lekki, profesjonalny uśmiech graniczący ze zniecierpliwieniem. – Czy byłaby pani w stanie odpowiedzieć na parę pytań? Może zaczniemy od tego, jak się pani nazywa?
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć. Pytanie wydało jej się bardzo łatwe, ale nic nie przychodziło jej do głowy. W głowie miała pustkę. Jak się nazywała? Musiała mieć jakieś nazwisko. Każdy jakoś się nazywa. Do diabła, co z nią jest nie tak? Bezradnie pokręciła głową.
– Nie… nie jestem pewna – mruknęła wstrząśnięta.
Lekarz zmarszczył czoło i skupił spojrzenie na jej twarzy.
– Nie pamięta pani, jak się pani nazywa? A adres? Skąd pani pochodzi?
Zagryzła dolną wargę, starając się znaleźć właściwe odpowiedzi. W głowie wirowały jej jakieś cyfry, ale nie było żadnych nazw ulic, miast czy stanów. Ogarnęło ją przerażenie. To wszystko musiało jej się śnić, musiała tkwić w koszmarze sennym. Chciała uciekać, krzyczeć, żeby się obudzić, ale nic nie była w stanie zrobić.
– Nie wie pani, prawda? – wtrąciła pielęgniarka.
– Powinnam… powinnam wiedzieć. Dlaczego nie wiem? Co się stało? Dlaczego nie mogę sobie przypomnieć, jak się nazywam, gdzie mieszkam? Co się ze mną dzieje? – Z każdym rozpaczliwym pytaniem jej głos stawał się coraz donośniejszy.
– Doznała pani poważnego urazu mózgu – wyjaśnił doktor Carmichael. – Powrót do normalności może pani zabrać trochę czasu. Ale nie należy się tym martwić. Musi pani odpoczywać, poczekać, żeby opuchlizna ustąpiła.
Jego słowa miały ją uspokoić, ale zamiast tego przez jej żyły przetoczyła się paląca ogniem fala niepokoju. Z całych sił starała się coś sobie przypomnieć. Zerknęła w dół, na swoje ręce i dostrzegła jasnoróżowy, nieco odpryśnięty lakier do paznokci. Pomyślała, jak dziwnie jest patrzeć na własne palce i nie widzieć w nich nic znajomego. Nie miała pierścionków, żadnej biżuterii, nawet zegarka. Miała bladą skórę, szczupłe ręce. Ale nie miała pojęcia, jak wygląda jej twarz.
– Lustro – rzuciła gwałtownie. – Czy ktoś mógłby mi przynieść lustro?
Doktor Carmichael wymienił szybkie spojrzenie z Rosie, po czym skinął głową i pielęgniarka pospiesznie opuściła pokój.
– Musi pani się postarać zachować spokój – powiedział, zaznaczając coś w notatniku. – Zdenerwowanie w niczym pani nie pomoże.
– Nie wiem, jak się nazywam. Nie wiem, jak wyglądam. – Histeria kipiała jej w gardle, a przerażenie sprawiało, że chciała wyskoczyć z łóżka i biec… ale nie miała pojęcia dokąd. Próbowała uspokoić oddech pomimo przypływu adrenaliny. Jeśli był to senny koszmar, to przecież w końcu się obudzi. Jeśli zaś nie był… cóż, wtedy będzie musiała wymyślić, co dalej robić. Tymczasem powinna się uspokoić. Zebrać myśli.
Doktor powiedział, że miała wypadek. Jak wypadek samochodowy z jej snu? Czy to możliwe, żeby to nie był sen, lecz rzeczywistość?
Zerknęła na zegar i zobaczyła, że jest wpół do ósmej. Teraz przynajmniej to wiedziała.
– Czy to noc, czy dzień? – Jej spojrzenie powędrowało w stronę okna, ale zaciągnięta niebieska zasłona uniemożliwiała wyjrzenie na zewnątrz.
– Jest rano – odpowiedział lekarz. – Przywieziono panią wczoraj wieczorem koło dziewiątej.
Ponad dziesięć godzin temu. Tyle czasu minęło.
– Wie pan, co się stało?
– Niestety, nie znam szczegółów, ale z tego, co wiem, brała pani udział w poważnym wypadku drogowym.
Zanim zdążyła zadać kolejne pytanie, do pokoju wróciła pielęgniarka i podała jej małe lusterko.
Otworzyła je drżącymi palcami, bojąc się, co może zobaczyć. Przez dłuższy czas wpatrywała się w swoją twarz. Miała jasnoniebieskie oczy, obramowane gęstymi, ciemnymi rzęsami. Długie, kręcące się, splątane szarobrązowe włosy opadały jej na ramiona. Widziała cienie pod oczami i fioletowe sińce, mocno odcinające się od jej bladej cery. Biały bandaż otaczał jej skroń. Na kościach policzkowych widoczne były liczne drobne zadrapania. Cała twarz była szczupła i wymizerowana. Wyglądała jak duch. Nawet w oczach czaił się mrok.
– O Boże… – szepnęła. Miała wrażenie, jakby spoglądała na kogoś obcego. Kim była?
– Skaleczenia się zagoją – powiedziała pielęgniarka. – Nawet się pani nie obejrzy, kiedy odzyska pani swoją piękną buzię.
Ale to nie skaleczenia ją przeraziły, tylko fakt, że nie rozpoznawała niczego w tej twarzy. Nie czuła absolutnie nic wspólnego z kobietą z lustra. Gwałtownie zamknęła wieczko lusterka, bojąc się wpatrywać w nie dłużej. Jej puls przyspieszył, a serce waliło coraz szybciej, w miarę jak zaczynało do niej docierać, w jakiej znalazła się sytuacji. Czuła się bezbronna, chciała uciec i ukryć się gdzieś do czasu, aż wszystkiego się dowie. Gdyby doktor Carmichael, który prawdopodobnie wyczuł jej desperację, nie położył ręki na jej ramieniu, wyskoczyłaby z łóżka.
– Wszystko będzie dobrze – stwierdził zdecydowanie, napotkawszy jej wzrok. – Znajdą się odpowiedzi. Proszę nie starać się za bardzo. Lepiej odpocząć i pozwolić ciału się zregenerować po przejściach.
– A jeśli odpowiedzi nie przyjdą? Co będzie, jeśli zostanę taka na zawsze? – wyszeptała.
Zmarszczył czoło. Nie potrafił ukryć zmartwienia w oczach.
– Zajmijmy się wszystkim krok po kroku. Na korytarzu czeka ktoś z biura szeryfa. Chciałby z panią porozmawiać.
Policjant chciał z nią rozmawiać? Nie brzmiało to dobrze. Przełknęła kolejną grudę strachu.
– Dlaczego? Dlaczego chce ze mną rozmawiać?
– Chodzi o coś związanego z pani wypadkiem. Dam mu znać, że odzyskała pani przytomność.
Gdy lekarz opuścił pokój, do łóżka podeszła Rosie.
– Czy mogę coś pani podać? Może wodę, jakiś sok, dodatkowy koc? Ranki nadal są bardzo chłodne. Nie mogę się doczekać nadejścia kwietnia. Nie wiem, jak pani, ale ja jestem już zmęczona tym deszczem. Jestem gotowa na pojawienie się słońca.
Oznaczało to, że był marzec, końcówka długiej, chłodnej zimy, i że nadchodziła wiosna. Przez głowę przemknęły jej obrazy wietrznych popołudni, rozkwitających kwiatów, kogoś puszczającego latawiec, piękny czerwono-złoty latawiec, który zaplątał się w gałęziach wysokiego drzewa. Głowę wypełnił jej śmiech dziewczynki… Czy to był jej śmiech, czy kogoś innego? Zobaczyła dwie inne dziewczynki i chłopca, biegnących po trawie. Chciała ich dogonić, ale znajdowali się za daleko, a potem znikli, pozostawiając ją z niepokojącym poczuciem straty i gęstą, mroczną zasłoną w głowie.
Dlaczego nic nie pamiętała? Dlaczego mózg wyłączył ją z własnego życia?
– Jaki jest dzisiaj dzień? – zapytała, zdecydowana zebrać jak najwięcej informacji.
– Jest czwartek, dwudziesty drugi dzień marca – odpowiedziała Rosie z pełnym współczucia uśmiechem.
– Czwartek – mruknęła, odczuwając ulgę, że ma jakiś konkretny fakt, nawet tak nieistotny jak dzień tygodnia.
– Proszę spróbować się nie martwić. Nawet się pani nie obejrzy, kiedy wszystko wróci do normy – dodała Rosie.
– Kiedy nie wiem nawet, co jest normą. Gdzie są moje rzeczy? – zapytała gwałtownie, szukając kolejnych odpowiedzi. Może, jeśli weźmie do ręki coś należącego do niej, wszystko jej się przypomni.
Rosie ruchem głowy wskazała na równy stosik ubrań na pobliskim krześle.
– To miała pani na sobie, gdy panią przywieźli. Nie miała pani ani torebki, ani żadnej biżuterii.
– Czy może mi pani podać moje ubranie?
– Oczywiście. Jest trochę poplamione krwią – powiedziała Rosie. Podniosła stosik z krzesła i położyła na łóżku. – Niedługo do pani zajrzę. Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę nacisnąć dzwonek.
Przyglądała się niebieskim, podartym na kolanach dżinsom, jasnoniebieskiej koszulce, granatowemu swetrowi i szaremu żakietowi, upstrzonemu ciemnymi plamami krwi, a może błota, nie była pewna. Rozejrzała się po pokoju i dostrzegła na podłodze parę tenisówek firmy Nike. Wyglądały na zniszczone, jakby przebiegła w nich wiele kilometrów.
W głowie rozbłysło jej następne wspomnienie. Niemal czuła, jak biegnie, czuła wiatr we włosach, dudnienie serca, ciężki oddech. Ale nie był to jogging. Nie była odpowiednio ubrana. Miała na sobie ciężki płaszcz, sukienkę i buty na wysokich obcasach. Próbowała zatrzymać ten obraz, ale zniknął z jej pamięci równie szybko, jak się pojawił. Pomyślała, że powinna być wdzięczna, iż w ogóle coś jej się przypomniało, ale czuła tylko poirytowanie.
Wsunęła ręce do kieszeni dżinsów i żakietu w poszukiwaniu jakiejś wskazówki dotyczącej jej tożsamości, ale nic nie znalazła. Już miała odłożyć marynarkę, gdy spostrzegła dziwne wybrzuszenie w podszewce. Przesunęła po nim palcami i ze zdziwieniem zauważyła klapkę, zasłaniającą ukryty suwak. Rozpięła suwak, włożyła rękę i wstrząśnięta wyciągnęła zwitek dwudziestodolarówek. Było tego co najmniej tysiąc pięćset dolarów. Na miły Bóg, dlaczego nafaszerowała swój żakiet taką ilością gotówki? Ewidentnie zadała sobie wiele trudu, żeby ukryć pieniądze, bo żeby je znaleźć, trzeba było dokładnie przeszukać marynarkę. Ci, którzy ją rozbierali, najwyraźniej nie odkryli gotówki.
Rozległo się pukanie do drzwi, więc pospiesznie wepchnęła banknoty z powrotem do marynarki i położyła ją na brzegu łóżka, dosłownie na sekundy przed wejściem do pokoju umundurowanego policjanta. Na jego widok jej puls przyspieszył, i to nie z poczucia ulgi, ale ze strachu. Instynkt podpowiadał jej, żeby była ostrożna, że policjant może przysporzyć jej kłopotów.
Policjant był dość krępy, ostrzyżony w wojskowym stylu i wyglądał na czterdzieści parę lat. Miał pomarszczone czoło, rumianą, ogorzałą twarz i niezwykle poważny wzrok.
– Nazywam się Tom Manning – rzucił energicznie. – Jestem przedstawicielem biura szeryfa. Zajmuję się badaniem wypadku samochodowego, w którym brała pani udział.
– Dobrze – odparła znużona. – Powinnam panu powiedzieć, że nic nie pamiętam. Prawdę mówiąc, nie pamiętam zupełnie nic o sobie.
– Tak, doktor powiedział, że cierpi pani na coś w rodzaju amnezji.
Jego słowa były pełne podejrzliwości, a w ciemnych oczach czaiło się powątpiewanie. Dlaczego był nieufny? Jaki mogłaby mieć powód, żeby udawać, iż nic nie pamięta? Czy podczas wypadku stało się coś złego? Czy popełniła jakiś błąd? Czy ucierpiał ktoś inny? Na samą myśl o tym ścisnęło ją w żołądku.
– Czy może mi pan powiedzieć, co się stało? – zapytała, niemal bojąc się usłyszeć odpowiedź.
– Pani samochód zjechał z szosy w górach Santa Ynez, niedaleko przełęczy San Marcos. Stoczył się w dół po stromym nasypie i wylądował w żlebie jakieś sto metrów od drogi. Na szczęście wjechała pani w drzewo.
– Na szczęście? – powtórzyła.
– Inaczej wylądowałaby pani w najeżonym głazami, wartkim strumieniu – odpowiedział. – Przód pani hondy civic był zmiażdżony, a przednia szyba stłuczona.
To wyjaśniało jej skaleczenia i siniaki na twarzy.
– Miała pani mnóstwo szczęścia – dodał policjant.
– Kto mnie znalazł? – zapytała.
– Świadek widział, jak pani samochód wypadł z drogi i zadzwonił pod telefon alarmowy. Czy to pani coś przypomina?
Opowieść o wypadaniu z drogi bardzo przypominała to, co jej się śniło.
– Nie jestem pewna.
– Czy była pani w samochodzie sama?
Pytanie ją zaskoczyło.
– Tak mi się wydaje. – Pomyślała o swoim śnie. Czy była sama w samochodzie? Nie przypominała sobie nikogo innego. – Gdybym nie była sama, to chyba drugi pasażer byłby teraz tutaj, w szpitalu.
– Tylne drzwi pani samochodu były otwarte. Na środku tylnego siedzenia był zamocowany dziecinny fotelik, była też butelka z mlekiem i ten bucik. – Policjant Manning wyciągnął przezroczystą plastikową torebkę, przez którą widać było bucik, tak malutki, że zmieściłby się w jej dłoni. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. Poczuła nagłą potrzebę, żeby zakończyć tę rozmowę, żeby zmusić go do odejścia, zanim powie coś jeszcze, coś potwornego, coś związanego z tym bucikiem.
– O Boże! Proszę przestać. Nie mogę tego znieść.
– Bardzo mi przykro, ale muszę wiedzieć. Czy ma pani małe dziecko? – zapytał. – Czy pani dziecko było razem z panią w samochodzie?
Jego pytania uderzyły w nią z impetem, sprawiając, że straciła oddech. Przed oczami przemknęła jej scena… Pulchne stópki, maleńkie paluszki kopiące jej rękę, gdy usiłowała wsunąć bucik na nóżkę i zapiąć jaskraworóżowe rzepy.
Jej córka. Jej dziecko!
Ogarnął ją głęboki, silny, rozdzierający ból. Nie wiedziała o sobie nic, ale z absolutną pewnością wiedziała, że ma małą dziewczynkę. Zamknęła oczy, rozpaczliwie pragnąc zobaczyć buzię córeczki, przypomnieć sobie jej imię, ale mrok w jej głowie nie chciał się rozwiać. Przeszłość nadal pozostawała niedostępna.
– Proszę pani?
Otworzyła oczy i ujrzała policjanta, przyglądającego jej się z surowym wyrazem twarzy.
– Mam małą córeczkę – powiedziała, słysząc zdumienie we własnym głosie.
Zmrużył oczy.
– Czy dziecko było z panią w samochodzie? Czy przypomniała pani sobie coś?
– Wiem… wiem, że mam córkę – wyjąkała. – W myślach ujrzałam siebie zakładającą ten bucik. Ale nie mam pojęcia, czy była ze mną.
– Jak ma na imię?
Poraziła ją bolesna prawda. Zagryzła dolną wargę.
– Nie wiem.
Dobry Boże! Jaka matka nie umie sobie przypomnieć imienia własnego dziecka?
– Muszę wstać. Muszę ją znaleźć. – Usiadła na łóżku z zamiarem wstania, ale policjant zagrodził jej drogę.
– Spokojnie, proszę. Z tego, co wiem, nie jest pani w stanie nigdzie pójść – powiedział. – Zresztą, dokąd by pani poszła, skoro nic pani nie pamięta?
Spojrzał na nią ostro, wyzywająco. Miał rację. Nie wiedziała, dokąd iść. Ale przecież nie mogła siedzieć na tym łóżku, gdy jej dziecko mogło być w tarapatach.
– Może opowie mi pani wszystko, co pani pamięta – zaproponował Manning. – Nawet jeśli są to drobne strzępki wspomnień. Fragmenty i kawałki mogą się złożyć w pełny obraz.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
