3,99 €
Przejmujące studium człowieka uwikłanego w Wielką Historię.
Rozdzierający list Polaka żydowskiego pochodzenia, w którym relacjonuje matce najważniejsze zdarzenia ze swojego życia.
Co czuje człowiek, który musi ukrywać się pod podłogą? Który dla zachowania życia musi pilnować oddechu, żeby nie usłyszeli go niemieccy żandarmi, sprawdzający, czy w jego domu nie ukrywa się jakiś „parszywy Żyd”?!
Jeszua chce żyć, więc chrzci się i zmienia imię na bardziej chrześcijańskie. Ukrywa się najpierw pod podłogą, a później w niewielkiej skrytce na strychu. Jednak głód, dojmująca samotność i smród wiadra z fekaliami doprowadzają go do takiego stanu, że robi rzeczy niezrozumiałe i szaleńcze, których nie dopuściłby się w „normalnej sytuacji”.
Książka w niebywale poruszający sposób przedstawia myśli i uczucia człowieka, skazanego na ciągłą samotność, a jednocześnie odpowiedzialnego za życie najbliższych, którym grozi śmierć, gdyby jego obecność została ujawniona.
„Bezgłośni” to przejmujące i wiarygodne świadectwo nieludzkiego czasu, który wciąż przeraża i fascynuje.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2020
Eliza Segiet „Bezgłośni”
Copyright © by Eliza Segiet, 2020
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana w
jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska
Projekt okładki: Jakub Kleczkowski, Piotr Karczewski
Fotografia na okładce: Piotr Karczewski
Korekta: Robert Olejnik, Marianna Umerle
Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek
ISBN: 978-83-8119-573-7
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Przez szparkę kryjówki
patrzyłem, czy moje
córki jeszcze żyją.
Jak mogę im pomóc,
co mogę im dać?
Ja
– nienawiścią jednych a miłością
innych – zamknięty w klatce,
ja, człowiek i
– n i k t –
Mame,
mam nadzieję, że przeczytasz ten list. Myślę, że jeszcze kiedyś
się zobaczymy. Może los będzie dla nas łaskawy. Muszę Ci powiedzieć, że pomimo wszystko nie żałuję swojej decyzji. Kochałem i nadal kocham tę kobietę, która teraz jest moją żoną. Ty i Tate nie chcieliście, żeby moja ukochana była innego wyznania, ale przecież prawdziwa miłość może, a nawet powinna przekraczać granice. Nie wolno zabraniać człowiekowi kochać. Uznaliście, że mnie wydziedziczycie. Trudno! Może kiedyś – jeśli przeżyję – będę miał tyle siły, żeby zapewnić mojej rodzinie dobrobyt.
Nikt z nas nie wie, kiedy to wszystko się skończy. Jeszcze żyjemy! Wprawdzie wciąż ukryci, w huku wystrzałów, ale wciąż razem. To jest najważniejsze. Obok nas wędrują szczury, a nad nami, ponad kanałami, ludzie boją się samych siebie, nawet własnych cieni. Nie wiadomo, co i do kogo można powiedzieć. Najlepiej milczeć! Wtedy nikomu nie zaszkodzisz. Próbuję zapewnić moim dziewczynkom bezpieczne dzieciństwo. Chciałbym, aby nie odczuwały tego, co dzieje się wokół, ale one są mądre i widzą, że nic nie jest takie, jakie powinno być. Zamiast domu i łóżka – jak krety – wiedziemy podziemne życie.
Kiedyś Marysia powiedziała:
– Wiesz, tate, nie boję się światła. Tylko krety się boją, a dzieci nie. Chcę wyjść i zobaczyć, jak wygląda słońce, bardzo się boję się, że ono już nie świeci. – Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Przecież od dawna go nie widziałem. Też bałem się, że naprawdę przestało już świecić.
Mówiłem do siebie: Boję się, że kiedy stąd wyjdziemy, nie będzie już nic. Zostanie tylko mech. Boję się, że ktoś położy na nas kamień, a jeszcze bardziej tego, że ich zabraknie, bo wybiją nas wszystkich. Może ktoś zostanie? Ale jak wtedy żyć?
Może tak być, że kiedyś będziesz chciała mnie odnaleźć, już mnie nie będzie. Wszyscy o mnie zapomną. Boję się śmierci, tak bardzo boję się śmierci, ale życia, niestety też się boję. Najgorsza jest ta niepewność jutra. Myślami wybiegam trochę za daleko… Przecież nie wiem, co może się stać nawet za godzinę.
Mame, wiem, że jestem dorosłym mężczyzną, który ma swoją rodzinę, ale to wcale nie oznacza, że przestaliście być dla mnie ważni. Cały czas tęsknię za Wami. Przecież nie można zapomnieć dzieciństwa! Ono zawsze jest we mnie, zwłaszcza teraz, kiedy sam jestem ojcem. Chciałbym, aby moje dziewczynki, bez względu na to, co się stanie, mogły powiedzieć: Nasz tata był wspaniałym człowiekiem. Żeby mogły powiedzieć… Właśnie, to jest najważniejsze!
Mame, teraz to już nie ma znaczenia, że wyszedłem z domu tylko w tym, co miałem na sobie. Nie wziąłem nic więcej. Pozornie nic, dzisiaj wiem, że z sobą zabrałem przeszłość, wspomnienia i miłość do Was. To nic, że powiedzieliście, że muszę stanąć na własnych nogach, bo podjąłem taką, a nie inną decyzję.
Tak bardzo chciałbym przytulić się do Was. Wrócić do naszych rozmów przy świecach. Nawet chciałbym, żeby ten stary nauczyciel przychodził do domu. Teraz się zdziwisz – chciałbym się jeszcze uczyć, być taki malutki, bezpieczny w Twoich ramionach.
Znajdowałaś czas na wszystko. Na miłość do mnie miałaś go zawsze. Nawet kiedy po całym dniu krzątania siedziałaś w swoim wygodnym fotelu, potrafiłaś wstać, przytulić mnie i opowiedzieć bajkę. Choć Tate mówił, że nie powinnaś o mnie tak dbać, bo jestem facetem, nigdy Go nie posłuchałaś. Całą sobą dawałaś mi bezpieczny świat. Najpiękniejsze jest to, że pozwalałaś marzyć! Mówiłaś, że ludzie są cudowni, a wtedy jeszcze byłem tak naiwny, że w to wierzyłem. Mówiłaś, że mam się uczyć, bo bez nauki nic nie osiągnę. Jak się cieszę, że tyle mówiłaś. Lubiłem słuchać Twojego głosu.
Kiedy z blachy podkradałem placki, dostawałem ścierką po plecach i zdenerwowana mówiłaś: Zostaw, nie wyjadaj. To jest dla wszystkich. Tak naprawdę to nigdy na mnie nie krzyczałaś. Kiedy podjadałem macę, uśmiechałaś się pod nosem i mówiłaś: Maca z masłem to rarytas! Zawsze udawałem, że jem bez masła, obracałem moje ulubione jedzonko – jak byłem małym chłopcem, tak to nazywałem – tak, że masło było pod spodem. Myślałem, że będziesz się gniewać na mnie, bo zjadam posmarowaną masłem macę. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego takie myśli przychodziły mi do głowy. Maca – jakie to słowo jest piękne! Tak dawno nie jadłem… macy!
Pamiętam, co mi wpajaliście: Rodzina jest najważniejsza. Mieliście rację. Jest najważniejsza, nawet kiedy od tylu lat nic o Was nie wiem. Wyjechałem, aby zacząć swoje nowe życie. Bardzo nowe! Problem jest tylko jeden: niestety nie urodziłem się po raz drugi. Życie, mimo wszystko, jest ciągłością. Teraz jest ono tułacze, z problemami, ale też z miłością.
Ta cholerna wojna rujnuje wszystko! Nie rozumiem, jak jeden facet mógł zaplanować zabicie nas wszystkich. On myśli, że jesteśmy gorsi?
Wpajałaś mi, że ludzie są dobrzy, tylko czasami popełniają błędy. Zastanawiam się, kiedy skończy się to czasami? Pierwszy – jakże okrutny – błąd popełnili 1 września 1939 r., później były tylko codziennie nowe potknięcia, zaskakujące decyzje jednego szalonego człowieka. A do tego wszystkiego on ma swoją świtę, która mu bezgranicznie ufa i robi to, co im każe. Słuchają go jak jakiegoś wszechmogącego! Nie mogą się przeciwstawić. Ma moc jak nikt inny! Wystrzały, przerażające dźwięki syren nawołujące do ewakuacji. Tylko gdzie się chować, kiedy jego mordercza świta z wycelowanymi w ludzi karabinami strzela na oślep? Choć nie zawsze, przecież najpierw można pośmiać się z Żyda, tak na wszelki wypadek. Postawić go wysoko! Żeby z oddali było widać, jakie on niesie zło!
Pamiętam stojącego na schodach staruszka, któremu kazali się rozbierać, aby zobaczyć, czy jest obrzezany. Nie wystarczyło, że szedł w jakimś chałacie, w kapeluszu, spod którego wystawały pokręcone, brudne pejsy. Przecież nie miał możliwości zadbać o siebie, z daleka było widać, kim jest.
Nie wiem, czy się wstydził. Dostrzegłem tylko, jak cały się trząsł! Widać było lęk, bał się, że zaraz go zastrzelą, zabiorą z tego świata. Postawili go na fragmentach pozostałego muru, okalającego schody i krzyczeli: Stary Żydzie, pokaż, co masz pod spodem, pokaż jak wygląda żydowski śmierdziel! Moshe – bo tak miał na imię – zachowywał się, jakby miał bardzo dużo czasu. Powolutku zaczął zdejmować chałat. A oni krzyczeli: Gnoju, rozbieraj się! Moshe powoli zaczął rozwiązywać buty. Być może chciał zyskać na czasie, ale w obliczu wycelowanych karabinów, niestety, nie mógł przedłużać. Niemcy nie wytrzymywali! Zaczęli krzyczeć: Nie chcemy twoich cuchnących gir, chcemy zobaczyć, czy na dole też masz pejsy, ty żydowska gnido!
Kiedy po kilku dniach z nim rozmawiałem, powiedział:
– Wolałbym już nie żyć, niż stać tak wystawiony na pośmiewisko! Pokazałem coś, czego nikt oprócz mojej żony nie widział. Inaczej wyobrażałem sobie starość! Przecież nie ukrywam, że jestem Żydem, a musiałem to udowodnić. Teraz wszystkich się wstydzę.
– Nie martw się – powiedziałem. – Nikt prócz tych wstrętnych, niemieckich hien na ciebie nie patrzył. Wszyscy zakryli oczy, nikt nie chciał cię zawstydzać. Wszyscy staliśmy nieruchomo czekaliśmy na… Sam rozumiesz. A tym bestiom wystarczyło, że chcieli cię przed nami ośmieszyć. A ty byłeś taki dzielny. Bałem się o ciebie!
Zobacz, Mame, co wyszło z mojego listu? Miał być krótki, tylko kilka zdań, a tak się rozpisałem. Chcę Ci opowiedzieć, co działo się przez cały ten czas. Nie wiem, od czego zacząć. Jestem taki chaotyczny! Dzisiaj nic już nie jest uporządkowane. Nikt nie wie, czy jeszcze będzie jutro. Ono może być, ale już nie dla mnie. Czasem ze strachem wychodzę, aby znaleźć chociaż jakieś skórki od chleba. Robię wszystko, aby moja rodzina nie umarła z głodu. Tak jak mnie uczyłaś: Rób tak, żeby zapewnić przyszłość rodzinie. Dzisiaj wiem, że by zapewnić przyszłość, muszę walczyć o teraźniejszość! Nie wiem, jak teraz wygląda Wasze życie, ale pamiętam, że Tate zawsze był głową rodziny i jestem pewien, że dba o Ciebie. Chociaż sam siebie okłamuję – niczego nie jestem pewien! Czasem nawet nie wiem, jak się nazywam. Zapomniałem Ci napisać, że jestem ochrzczony, zmieniłem imię na Józef. Mówiliście do mnie Josef i zawsze, kiedy słyszę to imię, odwracam się, myśląc, że to ktoś zwraca się do mnie. Nie wiem już, który raz Ci napisałem, że nie wymażę przeszłości. W papierach mam Wasze imiona: Sara i Abram – rodzice. Jestem z tego dumny. Tylko dlatego, że Janka chciała bym miał polskie imię, zmieniłem. I mam! I wciąż uczę się z nim żyć. Przez większą część życia byłem Josefem i nie myśl, że o tym zapomniałem.
Nie pozwól mi zapomnieć mojej rodziny, nie pozwól zapomnieć domu, nie pozwól, żebym musiał wybierać między nową rodziną a tą, w której się wychowałem. Nie odtrącaj mnie.
