Zmyślenia - Eliza Segiet - E-Book

Zmyślenia E-Book

Eliza Segiet

0,0
3,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Zbiór opowiadań przedstawiający zróżnicowane „problemy świata”. Dziecko, które wkraczając w dorosłość obserwuje rozmaite zależności między ludźmi i otaczającą nas rzeczywistością, nieszczęśliwa mężatka, uwięziony w obcym ciele ojciec czy potomek słynnego pisarza. Zakazana miłość pozamałżeńska, homoseksualizm – to tematy trudne. Wszyscy zmagają się z własnym ja oraz z wrogo nastawionym do odmienności światem.
Opowiadania zebrane w tym zbiorze otwierają nas na świat, zmuszają do przemyśleń i ponownego przewartościowania tego, co do tej pory uważaliśmy za właściwe lub akceptowalne, bo każdy z nas współtworzy rzeczywistość i wpływa na życie ludzi, czasem nawet nieznajomych. To, w jaki sposób traktujemy innych ludzi i zwierzęta, jak skłonni jesteśmy do szukania sensacji tam, gdzie ich nie ma, również zasługuje na nasze rozważania.
Każda historia jest inna, więc zanim skomentujemy czyjeś zachowanie, trzeba choćby spróbować wejść w jego buty, a wówczas może i nasz punkt widzenia diametralnie się zmieni.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2021

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Eliza Segiet
Zmyślenia
Wydawnictwo Psychoskok

Eliza Segiet „Zmyślenia”

Copyright © by Eliza Segiet, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana 

w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Wioletta Jankowiak

Projekt okładki: Robert Rumak, Piotr Karczewski

Korekta: „Dobry Duszek”, Bogusław Jusiak

Fotografia na okładce: Piotr Karczewski

Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek

ISBN: 978-83-8119-681-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

PUSTYNIA

Z nieśmiałością, niepewnością, a nawet z lękiem powolutku podchodził do czworonożnego, wielkiego – wcześniej znanego tylko z książek, z ekranu telewizora i cyrku – zwierza. Piasek, wyglądający jak mąka, przesuwał się pod stopami. Każdy krok przybliżał chłopca do celu. Choć bardzo się bał, marzył, by wsiąść na niego i poczuć smak pustyni.

– Przecież z niego spadnę, wejdź ze mną – powiedział do swojej mamy. – Boję się, ale przez moment chcę się poczuć tak jak Staś i Nel.

Mama umierała ze strachu, ale nie chciała mu tego powiedzieć. Weszła na leżącego kolosa. Po chwili przechyliła się, by pomóc wspiąć się dziecku. Wtedy dopiero zobaczyli, co znaczy siedzieć na wielbłądzie. Kolos powolutku wstawał, najpierw uniósł swoje tylne nogi. To było najgorsze, bo nikt ich nie uprzedził, jakie to jest uczucie… Obydwoje przechylili się do przodu, gdy po chwili, kiedy już twardo stał na tylnych nogach, zaczął podnosić przód swego ogromnego ciała. Najpierw uklęknął na kolanach – chyba właśnie tak można to nazwać – by za moment stanąć i zacząć przemierzać mały fragment pozornej monotonii. Na swoich smukłych, pięknych nogach przesuwał się jak okręt na oceanie. Morze piachu, które widać z tej wysokości, falowało.

Beduin, dla którego pustynia jest domem, szedł powoli, trzymając na uwięzi swojego towarzysza. Rozmawiał z nim, krzyczał:

– Jalla, jalla!

A on szedł, zanurzając swoje kopyta w bezkresie piasku. Czasami odzywał się do swojego pana:

– Hhhhhhhhhhh.

Z góry, z jego grzbietu brzmiało to jak ostrzeżenie przed burzą.

Podróżni kołysali się rytmicznie. Bali się obydwoje, ale mama nie okazywała lęku, tylko uspokajała dziecko:

– On żartuje, on nas lubi – mówiła.

Wielbłąd szedł powoli, majestatycznie. Ogromnymi rzęsami odgarniał drobinki piasku, które próbowały zamieszkać w jego oczach. Nagle piasek zawirował, zaczęły tworzyć się skierowane ku górze leje. Jakby chciał wzlecieć do nieba. Miliardy „mącznych” drobinek wpadały jedna po drugiej, wszędzie. Były w każdej szparce, w każdej kieszonce, w każdym załamaniu szortów, były wszędzie. Przemieszczały się z zastraszającą prędkością. Mama zasłaniała oczy i usta dziecka chusteczką, żeby tylko pustynia wyrządzała jak najmniej szkód. Wielbłąd szedł spokojnie, co jakiś czas mrugał oczami i odwracał głowę, bosy Beduin skrywał się za nim i dalej podążał do miejsca przeznaczenia.

W oazie dowiedzieli się, że nadchodzi burza piaskowa.

– W takim razie co to było? – spytał malec.

– Tak powitała cię pustynia, byś pamiętał, że ona ma swoje prawa. Chciałeś mieć przygody jak Staś Tarkowski, to ona przez chwilę pokazała ci swoją siłę.

Turlali się z wydm, nie patrząc, jakie jeszcze zakamarki znajdzie piasek. Zjeżdżali, jakby obydwoje mieli po siedem lat. Wiedzieli, że tutaj wrócą, bo to magicznie miejsce, z dala od problemów świata.

WROCŁAWSKIE POMNIKI

Dlaczego urodziłem się w takiej rodzinie? Nie lubię elfów i nie mam zamiaru się z nimi bratać! Wszyscy musimy wybierać żonę czy męża spośród takich samych małych stworów jak ja. Stanowczo się przeciwstawiam! Mnie podobają się inni, najpiękniejsi są brodaci ludzie. Trudno jednak, żebym ożenił się z mężczyzną. To byłaby hańba dla rodziny. W naszym kodeksie zasady są dawno zapisane. Nie ma od tego odstępstw. Jeżeli moi rodzice dowiedzą się, że mam zamiar zrezygnować z norm… Jestem pewien – wykluczą mnie ze społeczności! Będę persona non grata. Jestem elfem i nie przynależę do ludzkiej społeczności. Mały i nieszczęśliwy! Jak mam się wyrwać ze swojego świata? Nikt mi nie pomoże. Sam muszę znaleźć jakiś sposób. Nie chcę mieć za żonę elficy tylko dlatego, że tak nakazuje tradycja. Wiele rzeczy ona nakazuje. I co z tego? Każde społeczeństwo ma swoje prawa, zasady, normy. Będę je łamał! Nie będę grzeczny, nie będę dobry, nie będę piękny i będę kłamał! Wszyscy ciągle mówią, że jestem inny. Wyglądam tak samo jak oni, ale nikt mnie nie pyta, co mam w środku, o czym myślę… Tradycja, zasady i co powiedzą elfy z sąsiedztwa? Nie interesuje mnie, co mówią i myślą. Każdy swoje życie musi przeżyć sam! Nikt za mnie tego nie zrobi. To nie jest ważne, że długo żyjemy. Przecież wszystko, co ma początek, ma też koniec. Nic nie trwa wiecznie. Ile bym nie miał czasu przed sobą, przeżyję go według własnych zasad. Postanowione!

Tak, tak właśnie postanowiłem, ale który mężczyzna z brodą – bo to jest najważniejsze – będzie chciał mieć przy swoim boku elfa? W dodatku elfa rodzaju męskiego? To jest bardzo trudne! Nie pokocha mnie żaden brodacz. Może chcieć się zabawiać, pożartować, podotykać i pokpić ze mnie… Tylko takie mogę mieć relacje z człowiekiem, wysokim, z zarostem, normalnym – takim osobnikiem z krwi i kości. Ludzie nie są dobrzy, nie są tolerancyjni, potrafią ze swojego świata wykluczać innych! Tylko dlatego, że odstają od norm. Oczywiście tych, które sami wcześniej stworzyli. Jakby w życiu nie można ich „nagiąć”, spróbować zrozumieć, że każdy ma prawo do bycia sobą. Wniosek z tego jest jeden: nawet gdybym znalazł jakiegoś brodatego mężczyznę, który chciałby zostać moim partnerem, to nie zrobiłby tego z miłości ani z litości, ale dla rozgłosu! Przy mnie stałby się sławny! A tego nie chcę, nie chcę żyć bez uczucia, a w dodatku w świetle fleszy. Nie mam zamiaru pozować do gazet. Moje życie nie jest na sprzedaż. Nie chcę sławy. Potrzebuję miłości. Do tego wszystkiego urodziłem się na dalekiej północy – zawsze zimno i tak bardzo szybko robi się ciemno. Muszę gdzieś wyjechać, pomyśleć, zastanowić się, co mam dalej ze sobą zrobić. Jadę jutro! Czytałem kiedyś, że Andersen opisał małą istotkę, która nazywa się Krasnal. A może taki ludek jest brodaty? Z nadzieją wsiądę do pierwszego lepszego pociągu, może natrafię na takie stworki? Pojadę i poszukam. W razie konieczności dopłynę jakimś statkiem.

O swojej przeszłości i przyszłości można myśleć wszędzie, ale wtedy dobrze jest być bez nikogo, w samotności lepiej się rozmawia ze sobą. Nikt mnie nie będzie odciągał od moich wizji. Tylko powiem rodzicom, że wyjeżdżam, bo bardzo by się o mnie martwili. Mówiłem, że nie będę grzeczny, ale nie potrafię wyjechać bez pożegnania. Nie powiem im, po co jadę, bo na pewno by się nie zgodzili.

Rano, zgodnie z planem, wsiadł do pociągu, który jechał do wymarzonego miejsca kontemplacji i poszukiwań – w siną dal. Parę razy musiał się przesiadać, dwa razy płynął statkiem, aż obudził się w miejscu, które początkowo wziął za docelowe. Niestety, okazało się, że nie natrafił na wymarzonego stworka. Siedziała tam za to jakaś dziwna kobieta, ludzie robili jej zdjęcia, wspominali coś o Andersenie i mówili: – Syrenka, syrenka, symbol Kopenhagi.

Przecież to nie jest Krasnal, jadę dalej. Podobno jest jakiś kraj nad Wisłą, gdzie też stoi jakaś syrenka. Prapraprababcia opowiadała, że tam żyła Konopnicka i ona też pisała o krasnalach. Widocznie tam, gdzie są syrenki, mieszkają też te stworki.

Kiedy już znalazł się obok kolejnej kobiety z ogonem, zrozumiał, że nadal musi szukać swojego marzenia. Serce mu podpowiadało: Nie przerywaj, szukaj dalej. One są… Poszedł na dworzec i wsiadł do pociągu, który – miał nadzieję – dowiezie go do upragnionego miejsca.

Całą podróż przespał. Kiedy dotarł na miejsce, wysiadł i ruszył wolnym krokiem. Nagle zza budynku zaczął mu się przyglądać jakiś niski ludzik z brodą. Dobiegł do „szpiega”, ale wtedy się okazało, że to postać odlana z metalu. Elf szedł dalej, myśląc o małym posągu.

– To mógłby być ktoś taki! – krzyknął.

Kiedy szedł, z bram, z wystaw sklepowych, z każdego zakątka zaczęły się uśmiechać do niego takie ludziki. Przeczytał napis: „Wrocław – miasto krasnali!”. Już wiedział, że intuicja go nie zawiodła.

Dojechałem do miejsca, gdzie znalazłem swoje szczęście. Te wszystkie maluchy mają brody! Nie ma znaczenia, czy są krasnalami czy krasnalkami, bo mają to, o czym zawsze marzyłem. Wiem, że wyjeżdżając z domu, podjąłem właściwą decyzję! Może nawet rodzice się zgodzą na mój wybór. Życie to przecież tylko słowo, ale jakie to słowo ma znaczenie! Przeżyć życie przy boku kogoś, komu za życia stawiają pomniki, i w dodatku posiada własne miasto. „Wrocław – miasto krasnali!”. Jestem pewien, że teraz dopiszą jeszcze jeden człon: miasto krasnali i elfów. Jestem taki szczęśliwy! Wszyscy i wszystkie mają brody, a do tego widać, że są bardzo pracowitymi istotami. Przecież te pomniki, które im postawili, uwieczniają ich nieustanną pracę, ciągłą aktywność. Coś niesamowitego – one nawet wchodzą wysoko na lampy, chyba po to, żeby mogły je reperować. Nawet takim postawili pomniki! Jaki to wspaniały ród. Muszę tylko znaleźć ich kryjówkę. Jestem pewien, że część z nas będzie chciała łączyć się w pary z krasnalami. One są takie piękne… A tam, na parapecie, widziałem jedną krasnalkę, która jadła lody. Żartuję, ona tam miała tylko swój pomnik!

 

MAKSIO

 

Pamiętam, jak pierwszy raz ją zobaczyłem – była taka inna od wszystkich, tych na dwóch nogach. Pogłaskała mnie, powiedziała:

– Jesteś piękny.

To było bardzo miłe. Czułem, że te słowa wiele znaczą.

– Wzięłabym cię do siebie, ale mam małe dziecko i boję się, że zrobisz mu krzywdę – dodała.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, co znaczy „dziecko”. Chodziłem za nią, szarpałem za nogę. Nie wiedziałem, jak powiedzieć, że chciałbym pójść z nią, nawet bardzo daleko. Polubiłem ją, potrafiła tak głaskać, że od razu zrobiło mi bardzo przyjemnie.

Mój tata był taki duży, że jak klepnął mnie łapą, to aż bolało. Nigdy nie zostawiał mi żadnych smakołyków, mogłem tylko patrzeć, jak wylizuje miskę, ale to dobrze, bo później mogłem się nią bawić. A mama? Mama była inna. Kładła się na boku i dawała mleczko. Bardzo je lubiłem, było takie cieplutkie i smaczne.

Któregoś poranka usłyszałem, jak rodzice ze sobą rozmawiali i mówili, że ten na dwóch nogach ma mnie sprzedać. Wprawdzie nie wiedziałem, co to znaczy, ale pomyślałem, że może chodzi o to, że będę mieszkał gdzieś indziej. Mnie było tutaj dobrze, ale jak mieli mnie „wymieszkać”, to może mógłbym żyć u tej na dwóch nogach. Wyglądała bardzo sympatycznie, pomyślałem: Ona mogłaby być ze mną. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ci dwunożni nie mieszkają tak jak my. Chodziłem obok niej, lizałem, łasiłem się i pamiętam, jak robiłem smutną minę. Wtedy okazało się, że na nią bardzo działa taki grymas. To ja, jeszcze smutniejszy, zmarszczyłem czoło i czekałem na cud. Przykucnęła obok mnie, wtedy mój tata rzucił się na kojec i zaczął strasznie szczekać. Aż odskoczyła! Ja też się wystraszyłem, bo z moim tatą lepiej nie zadzierać! Dobrze, że był zamknięty, bo chyba by ją zagryzł. Pamiętam jeszcze ten okrutny łomot metalu. Natychmiast wstała i powiedziała:

– Sam widzisz, teraz jesteś malutki, a później będziesz jak twój ojciec. Boję się ciebie. Nie mogę cię zabrać. Mówiłam ci, że mam dziecko.

Ciągle nie wiedziałem, co to znaczy, ale byłem już pewien, że ją lubię. Tak przyjemnie mnie łaskotała za uszkami. Tak, wtedy miałem małe uszka, nie to co dzisiaj. Robiłem coraz smutniejszą minę i błagalnie patrzyłem. Pamiętam, jak złapałem ją za spodnie, odwróciła się i powiedziała:

– Oj, jesteś psotniś.

Wtedy puściłem moją zdobycz. Zaczęła powoli znikać za moim wybiegiem, postanowiłem jeszcze raz spróbować, przemówiłem do niej – dzisiaj wiem – jak małe dziecko:

– Uuuuuuuuu, uuuuuu.

Odwróciła się, znowu przykucnęła, podbiegłem do niej, polizałem rękę. Pamiętam, jak na mnie spojrzała i powiedziała:

– Facet, jedziesz ze mną, ale pamiętaj: ja mam małe dziecko.

Co to znaczy? Tyle razy to powtarzała, a ja dalej nie wiedziałem. Z radości zacząłem bardzo skakać i cieszyć się, że będziemy razem mieszkać. Obiecałem sobie wtedy, że będę grzeczny, nie będę broił.

Wyjęła z torebki jakieś papierki i dała temu, co przynosił rodzicom jedzenie, a mnie nigdy nie pogłaskał. Teraz wiem, że dla ludzi te papierki są ważne, bo jak chodzimy do sklepu, to ona daje papierki, a dostaje mięsko. Oj, jak ja lubię mięsko! Piotruś mnie nauczył jeść wszystko. Dawał mi, co tylko chciałem, właściwie dawał to, czego on nie chciał. Lubię nawet takie zielone okrągłe kiwi. Nauczył mnie posługiwać się sztućcami, a podobno my nie potrafimy. Umiemy, umiemy, tylko ktoś musi nam włożyć widelec albo łyżkę do buzi. Nie, u nas się mówi: do pyska. Trochę tego nie rozumiem, bo jak Piotruś mnie całuje, to ona krzyczy:

– Nie całuj go w pysk!

A jak ja całuję Piotrusia, to ona krzyczy:

– Nie pozwalaj całować się po buzi!

Widocznie to jakaś różnica. Myślałem, że różniliśmy się tylko tym, że oni chodzą na dwóch nogach, a przecież kury też chodzą na dwóch i nie mają buzi, tylko jakoś tak dziwnie Piotruś na to mówi: „dziób” czy coś takiego.