Był sobie chłopiec - Anna Esavna - E-Book

Był sobie chłopiec E-Book

Anna Esavna

0,0
6,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung


Historia Antoniego Asana, niemagicznego chłopca z rodziny czarownic, który wraz z grupą przyjaciół musi stawić czoła niespodziewanemu zagrożeniu i przewrotnemu losowi.


Dziesięcioletni Antoni, na pozór zwyczajny chłopiec, żyje w czarnoksięskiej rzeczywistości. W świecie, który go otacza, wszyscy chłopcy są istotami niemagicznymi, a dar magii dziedziczony jest tylko przez dziewczynki.


Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia, a świat Antoniego wywraca się do góry nogami. Przypadkiem odkrywa on spisek, z którego wynika, że jemu i jego przyjaciołom grozi wielkie niebezpieczeństwo. Tymczasem w szkole czarownic trwają właśnie przygotowania do ważnej uroczystości, w której mają wziąć udział przedstawicielki wszystkich czarodziejskich rodów. I choć nic nie zapowiada nadciągającej katastrofy, świat czarownic staje przed widmem zagłady...


Niezwykła opowieść o przyjaźni, odwadze, miłości rodziców do dziecka, podążaniu drogą przeznaczenia. Walka dobra i zła, siły światła i ciemności, pradawne czary i rządza władzy. To świat czarów z niesamowitym zakończeniem...
 

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2020

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Anna Esavna
Był sobie chłopiec
Wydawnictwo Psychoskok

Anna Esavna „Był sobie chłopiec”

Copyright © by Anna Esavna, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. 

Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana 

w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Wioletta Jankowiak

Projekt okładki: Aleksandra Polańska

Ilustracje w książce i na okładce: Szymon Zychowicz

Korekta: "Dobry Duszek", Robert Olejnik

Skład epub, mobi i pdf: Kamil Skitek

ISBN: 978-83-8119-749-6

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Dla mojego Syna

www.annaesavna.com

***

Czy kiedykolwiek dotarliście do kolebki świata lub na jego najdalszy koniec? Jeśli tak, to na pewno widzieliście kamienny Gmach Czarów Rodowych. Trudno jest go przeoczyć. Ten monumentalny, surowy pałac, otoczony przez bujne ogrody i leśne zagajniki, niczym gigantyczny strażnik góruje nad uroczym acz ubogim miasteczkiem, zwanym przez czarownice Osadą. Gmach Czarów Rodowych jest bardzo, bardzo stary. Został wzniesiony wieki temu na niewysokim wzgórzu, stanowiącym podnóżek Masywu Pięciu Szczytów. W jego murach kryje się wiele sekretów, a jego lochy pełne są nieodgadnionych tajemnic.

Główna brama Gmachu znajduje się po stronie północnej i prowadzi do Prywatnej Szkoły dla Wyjątkowych Dziewcząt, czyli do przesławnej Akademii Czarownic. Z wrót szkoły rozciąga się widok na Wodospad Płaczki, spadający z wyższych partii gór i zmieniający się w niższych partiach we wzburzony błękitny potok. Tuż przed niewysokim murem otaczającym Akademię rwąca rzeczka rozdziela się na dwa mniejsze strumienie. Węższa struga przepływa przez teren szkoły, zasilając ekosystem Palmiarni Ptaków, szersza zaś okrąża wzgórze, spadając malowniczą kaskadą aż do Jeziora Luster. 

A może spoglądaliście z najwyższych okien jednej z trzech wież, skąd udało się wam dostrzec nieruchomą, srebrzystą taflę wody, pełną wysepek oraz zwierciadlanych odbić drzew, gór i zmiennokształtnych obłoków? Dalej, za jeziorem, widzieliście zapewne gęste Lasy Pogranicza i strzeliste budynki nadmorskiej metropolii. Przy wyjątkowo sprzyjającej pogodzie dojrzeliście najprawdopodobniej nawet Zatokę Zapomnienia i bezgraniczne przestrzenie oceanu, zlewające się w jedno z przestworem nieba. 

A może spotkaliście jakieś czarownice rodowe? Co prawda nie wyróżniają się one w sposób szczególny od zwykłych kobiet, ale bystry obserwator od razu zwróci uwagę na ich przenikliwy wzrok, lekkość ruchów i niecodzienny sposób reagowania na najdrobniejsze przejawy świata. Wieczorami, szczególnie po upalnych dniach późnego lata, czarownice gromadzą się na szkolnym dziedzińcu i wdychają rześki zapach żywicy oraz duszny aromat leśnej ściółki, przywiewany przez morską bryzę aż pod sam próg Akademii. Czy mieliście okazję poczuć tę woń łączącą wszystkie żywioły świata? Jeśli tak, zapach ten, będący zapachem magii, zostanie już z wami do końca waszych dni. Jeśli zaś nie macie pojęcia, o czym mówię, posłuchajcie mojej opowieści…

Dzień pierwszy

I

Jeśli myślicie, że łatwo żyje się chłopcu urodzonemu w świecie czarownic, to się niestety mylicie. Antoni Asan każdego dnia doświadczał na własnej skórze, że wcale nie jest to proste. Rzeczywistość, w której przyszło mu dorastać, opierała się bowiem na odwiecznej zasadzie, w myśl której tylko dziewczynki dziedziczyły magiczne moce po swoich matkach. A chłopcy? Cóż… Właściwie wszyscy chłopcy rodzili się jako istoty niemagiczne, przez co ich rola w czarnoksięskim świecie była znikoma. 

Antoni, który właśnie rozmyślał nad swoim losem w zacienionym ogrodzie, usłyszał za plecami szept Aliny:

– Nie smuć się, bo kwiaty blakną.

Najmłodsza z sióstr chwyciła chłopca za rękę i szare myśli opuściły jego głowę. Dziewczynka zgarnęła z czoła brata coś niewidzialnego, zacisnęła pięść i zaczęła spacerować wzdłuż kamiennej alejki. Wreszcie odnalazła kolczastą roślinę, która idealnie nadawała się do zneutralizowania smutku. Ostrożnie odsłoniła oset, rosnący wśród wybujałych cykorii, i wypuściła ciemny obłoczek myśli Antoniego wprost na kłujące liście. Chwast stracił zieloność i usechł. 

Alina popatrzyła na brata karcącym wzrokiem. Była odpowiedzialna za zbiory roślin do celów magicznych i zawsze dbała o dobrą atmosferę w ogrodzie. Wszyscy przecież wiedzą, że kwiaty tracą barwy, gdy ludzie się smucą! Wszyscy, oprócz nieroztropnych i niemagicznych chłopców. Dziewczynka westchnęła z rezygnacją.

– Czy ty zawsze musisz rozmyślać akurat w moim ogrodzie? 

W głosie Aliny nie było złości, tylko zwykła ciekawość. 

– Lubię tu przebywać.

– Nic dziwnego! Rośliny pomagają nam uporać się ze złymi myślami, ale za jaką cenę? Róże mi poszarzały.

Antoni zacisnął zęby, starając się powstrzymać nadciągające wzburzenie. Miał trzy siostry, które przy każdej okazji zmieniały jego humory i polepszały mu nastrój za pomocą czarów. Jak on tego nie lubił! Zawsze czuł, że coś jest mu odbierane wbrew woli, choćby nawet tym czymś był ból lub zmartwienie. Pustka, która zostawała po smutku, była gorsza niż sam smutek. A poza tym cóż dobrego mogło wyniknąć z takich magicznych interwencji, skoro chłopiec odczuwał w ich następstwie tylko bezsilność i głęboko skrywaną, stłumioną złość?

Alina już sięgała do czoła brata, aby odebrać mu kształtujące się zdenerwowanie, ale szybko cofnęła rękę. Jej wzrok padł na niezapowiedzianego gościa, który tanecznym krokiem przekroczył ogrodową bramę. Młoda czarownica uśmiechnęła się promiennie na widok wysokiej, niezwykle kolorowej postaci. Antoni poczuł na czubku głowy dotknięcie matczynej dłoni i usłyszał jej ciepły głos:

– Ileż w tobie emocji, mój kochany Szaraku! A sio, z naszego ogrodu! Zabierz tę chmurę niezadowolenia do swojego pokoju. A ty, Alino, nie ingeruj w uczucia brata. Zakazuję.

Hanna Asan szepnęła synowi na ucho kilka słów, których sens pozostał dla chłopca tajemnicą i popchnęła go leciutko w stronę domu. Antoni wycofał się z ogrodu, czując na policzku pośpieszny, choć pełen miłości pocałunek mamy. Obejrzał się za siebie i jeszcze przez krótką chwilę obserwował jej smukłą postać poruszającą się między przekwitającymi kwiatami. Przypominała jesiennego motyla. Jej długie, falujące szaty wzniecały zapach wrotyczu i strącały płatki dzikiej róży, osypujące się wprost w dłonie Aliny. Lekkie ukłucie zazdrości, które zakiełkowało w sercu Antoniego, szybko zostało zastąpione przez radość. Patrząc na ten taniec wśród kwiatów i słysząc serdeczny śmiech czarownic, trudno było żywić urazę. Antoni roześmiał się szczerze i ruszył w stronę domostwa, nie oglądając się już więcej za siebie.

***

Dom rodziny Asan górował nad rozległym ogrodem, ale jego fasada nie wyróżniała się w sposób szczególny z otoczenia. Po kamiennych murach pięły się gałęzie ciemnozielonego bluszczu, a konary wielowiekowych drzew sięgały dachu i okien. Wnętrze domu było mroczne i jednocześnie bardzo przytulne. Dębowe drzwi prowadziły do wąskiego, wysokiego korytarza pełnego skrytek, ławek i półek. Pod strzelistym sufitem wisiały lampy, rozświetlające pomieszczenie przymglonym światłem. Na ścianach znajdowały się lustra i kolejne lampki, dzięki którym korytarz pełen był migotliwych odbić. Po prawej stronie widniało wejście do przestronnej kuchni o wielkich oknach. Stał w niej olbrzymi stół z litego drewna i pełno stołków i foteli, z których każdy był inny i przynależał do kogoś innego. Nad kuchenką wisiały duże i małe rondle, patelnie oraz chochle. Drewniane blaty i półki uginały się od słojów wypełnionych ziołami oraz barwnymi przyprawami. Z grubych belek zwisały białe warkocze czosnku, sznury borowików i suszone papryczki w kolorze ciepłej czerwieni. 

Antoni przebiegł przez kuchnię, porywając po drodze dwa ciastka z szerokiego słoja, i otworzył drzwi do salonu. Zatrzymał się w progu. Salon spowity był przez mrok, którego nie zdołały rozświetlić liczne lampy i świece. W potężnym kominku żarzyły się polana. Chłopiec zobaczył tatę, siedzącego jak zwykle przy biurku, pochylonego nad jakimiś woluminami i pochłoniętego pracą. 

W najbliższej rodzinie Antoniego, oprócz niego samego rzecz jasna, było tylko trzech przedstawicieli płci męskiej, wliczając w to dwa kocury: Neutracogena i Morkandera. Trzecim przedstawicielem był właśnie tato, Gerard, ale, mówiąc zupełnie szczerze, Antoni miał lepszy kontakt z kocurami niż z własnym ojcem. Dlaczego tak było, zapytacie… Ano dlatego, że Gerard Asan, choć też był jedynie zwykłym człowiekiem w świecie niezwykłych czarodziejek, miał wiele obowiązków, które wypełniały jego dzień od szarego świtu do późnego wieczora. Najważniejszym z tych zadań było dbanie o Księgę Rodu, będącą przedmiotem magicznym o potężnej mocy. Tato Antoniego był Opiekunem Księgi Rodu Asan i to właśnie on zapisywał w Księdze tajemne formuły lub rysował skomplikowane runy. Księga ożywała, kiedy któraś z czarownic kładła dłonie na jej grubych stronicach. Szkarłatny atrament przepływał wtedy wartką strugą przez meandry liter, a runy zmieniały się w wirujące galaktyki. 

Antoni był tylko dwa razy świadkiem takiego przeobrażenia, ale widok pulsujących liter i rozświetlonych run wywarł na nim ogromne wrażenie. Nieraz śniło mu się, że to on dotyka Księgi i ożywia jej tajemnice. Czuł pod palcami arterie znaków i wyraźne ciepło przytłumionej światłości, emanującej na drobne, chłopięce ręce... 

Ech! No właśnie. Chłopięce ręce. Antoni doskonale zdawał sobie sprawę, że jako chłopiec nie ma prawa dotykać Księgi. A nawet gdyby takie prawo miał, Księga nie reagowałaby w żaden sposób na jego dotyk. Był przecież chłopcem czyli istotą niemagiczną.

Antoni otrząsnął się z rozmyślań, ostrożnie zamknął drzwi i ruszył w stronę kącika wypoczynkowego. Neutracogen przeciągnął się leniwie na widok swojego pana, ziewnął szeroko i zeskoczył z pomarańczowej poduszki, która niemal idealnie stapiała się z kolorem jego futra. Morkander natomiast otworzył bursztynowe oko, jakby chciał tylko zaznaczyć swoją obecność, i dalej spał w najlepsze. Chłopiec wtulił twarz w jego czarną sierść, przypominającą w dotyku aksamit, a kocur zamruczał w odpowiedzi. Antoni przymknął powieki i poczuł miłe rozluźnienie. 

– To dziwne, ojcze, że w książkach nie ma nawet najmniejszej wzmianki o tej runie. Jesteś pewien, że właśnie taki znak widniał w Księdze Starszych? 

Głos Anny rozległ się u szczytu schodów, wyrywając Antoniego z płytkiej drzemki. Dziewczyna niosła trzy opasłe woluminy. Schodziła ostrożnie po szerokich stopniach, próbując zachować równowagę. Gerard Asan oderwał wzrok od arkusza, na którym szkicował tajemnicze znaki, i bez słowa spojrzał na najstarszą córkę. Antoni wiedział, że jego tato przemawia jedynie w chwilach najwyższej konieczności. Nie rozumiał jednak, jak można milczeć, gdy pytanie dotyczyło Księgi Starszych. Chłopiec może i nie znał się na czarach, ale zdawał sobie doskonale sprawę z kluczowej roli, jaką Księga Starszych odgrywała w świecie czarownic. Była ona bowiem najpotężniejszym z artefaktów, któremu podlegały pozostałe Księgi Rodów, w tym Księga Rodu Asan.

– Na pewno istnieje jakieś wytłumaczenie. Dlaczego nie spytałeś o znaczenie tej runy samego Gorana? – Dziewczyna odłożyła złocone tomy na biurko i przesunęła drabinę w kierunku najwyższych regałów.

Antoni wytężył uwagę i obserwował reakcję taty, który ponownie spojrzał na Annę znad rogowych okularów i ponownie nic nie odrzekł. Pokiwał tylko głową i uśmiechnął się leciutko.

– Naprawdę myślisz, że to jedna z run ofiarnych? Ale dlaczego Goran miałby używać zamierzchłych run? Nikt nie używa już takich formuł! – Anna nie dawała za wygraną. Podeszła do biurka i spojrzała wyczekująco na ojca.

Gerard Asan podrapał się po gęstej brodzie, ponownie uniósł wzrok i poważnym głosem powtórzył pytanie córki: 

– No właśnie. Dlaczego Goran miałby używać zamierzchłych run?

Wszyscy znali Gorana Gromma. Któż bowiem nie słyszał o jedynym żyjącym magu, Opiekunie Księgi Starszych i dyrektorze szkoły dla czarownic! O tym, który jako jedyny miał dostęp do prastarych artefaktów. O tym, który był posłannikiem Najstarszej Czarownicy. O tym, który kontrolował Glob Mocy i przewidywał narodziny magicznych dzieci. Dlaczego zatem ten mędrzec i czarnoksiężnik miałby używać pradawnych, zakazanych run? Na to pytanie nikt nie znał odpowiedzi, a woluminy, skrywające wiedzę o świecie, milczały niewzruszone. 

W salonie ponownie zagościła cisza. Anna weszła na drabinę i odłożyła opasłe tomy na przynależne im miejsce. Potem podeszła do ściany za plecami ojca, przyklękła i wyciągnęła kolejną książkę. 

– Wszystkie runy ofiarne zostały zapomniane. Zachowały się tylko historie z dawnych czasów. Może w nich znajdę odpowiedź?

Antoni z napięciem wyczekiwał reakcji taty, ale nie dane mu było usłyszeć dalszej części rozmowy, bowiem w drzwiach salonu rozległ się donośny głos ciotki Leokadii, wysoce szanowanej czarownicy:

– Czemu jest tu tak ciemno? – zapytała z wyrzutem.

Zaraz za nią wpadły do środka dwie dziewczyny i zaczęły rozświetlać wszystkie lampy i świece, a ogień w kominie rozbuchały do takich rozmiarów, że aż Leokadia zakrzyknęła, śmiejąc się jednak przy tym serdecznie:

– Hola, hola, moje czarowniczki! Spalicie cały księgozbiór!

Aleksandra, środkowa z sióstr Antoniego oraz Adela, jego kuzynka i jedyna córka Leokadii, były najlepszymi przyjaciółkami, najpopularniejszymi uczennicami w Prywatnej Szkole dla Wyjątkowych Dziewcząt i błyskotliwymi czarownicami, które z lubością używały magii. Ubierały się niemal identycznie, choć różniły diametralnie. Aleksandra miała srebrzyste włosy i błękitne oczy, jak pozostała trójka rodzeństwa, natomiast Adela miała kawową skórę i oczy czarne jak smoła. Nawet Antoni musiał przyznać, że obie dziewczyny miały jednak jedną cechę wspólną, a mianowicie były po prostu piękne.

Gerard próbował zwinąć pergamin, na którym nakreślił tajemniczą runę, ale Aleksandra uprzedziła go i z chichotem wyrwała z rąk ojca gruby arkusz. 

– Co tutaj masz, tatko? Jejku! Zobacz, Adelko, jaka dziwna runa! Ciociu, widziałaś kiedyś podobny znak?

Czarownice zebrały się nad pożółkłą kartą, a Anna wyjaśniła:

– Tato uważa, że widział taką runę w Księdze Starszych. 

– Bzdura! – Ciotka Leokadia teatralnym gestem zmięła pergamin i wrzuciła go do kominka. – Ten znak nie przypomina żadnej z istniejących run. Wiem coś o tym, moje czarowniczki. Gerardzie, a od kiedy to masz wgląd w Księgę Starszych?

Antoni nie lubił, gdy ciotka zwracała się do jego taty tym pełnym wyższości, protekcjonalnym tonem. Owszem, była nauczycielką run w szkole dla czarownic i z pewnością wiedziała o runach więcej niż inni, ale to nie dawało jej prawa do poniżania kogokolwiek.

– Pewnie coś mi się przywidziało.

– Ależ oczywiście, że coś ci się przywidziało, Gerardzie. Ha, ha, ha! Nie powinieneś wściubiać nosa w nie swoje sprawy. Przez swoją ciekawość i niewiedzę stwarzasz problem tam, gdzie go nie ma. I jeszcze zawracasz głowę Annie tymi wymysłami.

Leokadia pogłaskała siostrzenicę po schludnie upiętych włosach, wzięła z jej rąk książkę i przeczytała tytuł:

– Czary ofiarne. Historia krwawej potęgi... Litości! To nie jest najlepsza lektura dla siedemnastoletniej czarownicy! Nie uważasz, szwagrze? – Ciotka odłożyła książkę na przypadkowe miejsce. – A teraz, moje drogie czarowniczki, czas na prawdziwą pracę. Musimy przywołać deszcz, bo przedłużająca się susza zagraża zbiorom. Anno, jesteś nam potrzebna! We trzy nie damy rady temu bezwstydnie bezchmurnemu niebu.

Czarownice ujęły się za ręce i weszły do tajemnej komnaty, do której prowadziły wąskie drzwi, ukryte wśród piętrzących się rękopisów. Na krótką chwilę oczom Antoniego ukazała się sala, będąca sercem domostwa Asanów. Na jej środku, na kryształowym podwyższeniu, spoczywała Księga Rodu. Ściany z białego marmury były gładkie jak szkło, a sufit wieńczyła ozdobiona witrażami kopuła, przepuszczająca refleksy wielobarwnego światła. Anna, zanim zamknęła drzwi do komnaty, popatrzyła przepraszająco na ojca, ale ten tylko uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: Idź, Anno. Wiem, że masz ważniejsze sprawy na głowie niż podejrzenia starego ojca. Idź i czyń czary, moja córko. Jesteś częścią innego świata, który nigdy nie będzie w pełni moim.

Antoni podszedł do taty zbierającego manuskrypty z dębowego blatu i powiedział nieśmiało:

– Ja ci wierzę, tato.

Gerard Asan spojrzał z zaskoczeniem na syna, gdyż zupełnie nie zauważył jego obecności w salonie. Pogłaskał chłopca po płowej czuprynie i uśmiechnął się ciepło.

– Dziękuję, Antoni. Ale to nie twoje zmartwienie. – Mężczyzna spojrzał na drzwi prowadzące do tajemnej komnaty, spod których rozbłyskiwało delikatne światło. – Nie twoje – powtórzył.

Poodkładał stare pisma na miejsce i już miał udać się do swojej małej pracowni, znajdującej się na poddaszu, gdy po drodze zmienił zamiar. Zawrócił, przyklęknął przy synu, chwycił go za ramiona i zadał pytanie, które powtarzał przy każdej okazji:

– Wiesz, że jesteś najważniejszym chłopcem na świecie?

Antoni jak zwykle przytaknął, choć czuł się zupełnie nieistotną częścią nieskończonego wszechświata. Tato ponownie pogłaskał go po głowie. Zabrał z biurka fajkę oraz pudełko tytoniu i ruszył w górę schodów, na powrót zagłębiony w swych niezbadanych myślach.

Chłopiec został zupełnie sam. I kiedy stał tak samotnie, pierwszy raz w życiu pomyślał, że może tato ma rację i on, Antoni, jest jednak równie ważny jak jego siostry. Pod wpływem impulsu podszedł do półek z książkami i odnalazł tę odłożoną przez ciotkę Leokadię. - Czary ofiarne... - przeczytał szeptem tytuł i poczuł nieuzasadniony dreszcz grozy. Następnie zrobił rzecz, o którą sam nigdy by się nie podejrzewał. Z biurka taty wziął kartkę papieru i ołówek. Z narastającym podnieceniem podszedł do kominka i musiał stłumić okrzyk ekscytacji, bowiem, tak jak przypuszczał, gruby pergamin tlił się jeszcze, a wyraźny znak tajemnej runy żarzył się intensywną czerwienią. Antoni odrysował kształt runy z wielką pieczołowitością, włożył kartkę między stronice książki i pospieszył do swojego pokoju. Przebiegając po dwa stopnie na raz, pomyślał, że właśnie podjął się najważniejszej misji w życiu. Poprzysiągł udowodnić, że jego tato ma rację.

II

Z okna pokoju Antoniego widać było przeszkloną oranżerię, skrawek ogrodu, szkolny dziedziniec i Gmach Czarów Rodowych. Dom rodziny Asan stanowił peryferyjną część szkolnych zabudowań, połączonych skomplikowanym systemem podziemnych korytarzy. Wejście do podziemi było jednak surowo zakazane, a większość piwnicznych przejść zostało zasypanych i wyłączonych z użytku. Łącznikiem z pozostałymi zabudowaniami była jedynie oranżeria, przez którą przechodziło się do prawego skrzydła gmachu, dostępnego dla zwykłych ludzi. W prawym skrzydle znajdowała się szkoła przeznaczona dla szarych, niemagicznych dzieci oraz apartamenty mieszkalne Leokadii Asan. Szkoła, prowadzona i zarządzana przez czarownice, stanowiła formę działalności charytatywnej na rzecz ubogich mieszkańców Osady. To właśnie do tej niewielkiej, skromnej szkoły, nazywanej przez uczniów Powszechniakiem, uczęszczał Antoni. 

Centralną częścią budynku był surowy pałac o arkadkowych balkonach i gotyckich oknach, zwieńczony trzema wieżami. W środkowej wieży znajdowało się sanktuarium Najstarszej Czarownicy, patronki czarów rodowych. W monumentalnym gmachu głównym miała swoją siedzibę przesławna Prywatna Szkoła dla Wyjątkowych Dziewcząt, popularnie zwana po prostu Akademią, zaś w lewym skrzydle znajdowały się komfortowe pokoje gościnne. Nie wszystkie czarownice pochodziły bowiem z lokalnych rodzin i większość dziewcząt musiała mieszkać w internacie przez cały okres nauki.

Antoni obserwował ołowiane chmury, piętrzące się na horyzoncie. Był przekonany, że dzisiejszego wieczoru nad miastem przejdzie burza, a intensywny deszcz napoi spragnione ogrody. Chłopiec próbował uporządkować myśli. Reakcja ciotki Leokadii nie dawała mu spokoju. 

„Jako znawczyni run powinna była zainteresować się nowym znakiem, a nie tak po prostu go spalić. Dlaczego nie chciała wysłuchać taty, który wie o alchemicznych znakach i magicznych formułach dużo więcej od niejednej czarownicy? Mogła pomóc, mogła sama zyskać nową wiedzę, a jednak tego nie zrobiła. Dlaczego nie chciała się dowiedzieć?”

Wzrok chłopca padł na jakąś chudą postać śpieszącą przez oranżerię. Antoni od razu rozpoznał swojego starszego kuzyna, Alberta, którego ciotka Leokadia szkoliła na kolejnego Opiekuna Księgi Rodu. Jak to kiedyś ujęła: „Gerard nie będzie żył wiecznie, a Księga potrzebuje nieustającej troski”. 

Antoni stłumił nieżyczliwe uczucia. Odłożył książkę na biurko, ostrożnie uchylił drzwi i przemknął cichutko przez korytarz. Przykucnął u szczytu schodów i czekał na pojawienie się niezapowiedzianego gościa. Zgodnie z przewidywaniami chłopca nie minęła nawet minuta, gdy do salonu wszedł Albert i dość nerwowo zaczął przechadzać się pod drzwiami, prowadzącymi do tajemnej komnaty. 

Leokadia wyszła na spotkanie syna.

– Dobrze, że jesteś – wyszeptała.

– Możesz opuścić sabat, matko?

– Deszcz został już przywołany. A poza tym to wspaniałe, młode czarownice. Dadzą sobie radę bez mojego wsparcia. – W głosie ciotki dało się wyczuć prawdziwą dumę. 

Leokadia podeszła do półki, gdzie uprzednio odłożyła książkę, jednak interesującego ją woluminu już tam nie było.

– Pewnie porządny, skrupulatny Gerard schował księgę na miejsce! To teraz nieistotne. Nie mamy czasu na poszukiwania. Musisz natychmiast zwołać zebranie Sprzymierzonych. Spotkamy się za dziesięć minut w moim gabinecie.

– Dobrze, matko.

Albert wyszedł pośpiesznie, a czarownica zbliżyła się do kominka. Wzięła pogrzebacz i obserwowała spopielały arkusz, na którym w dalszym ciągu widniała wygasła runa. Leokadia stała dłuższą chwilę zupełnie nieruchomo, jakby pogrążona w transie. Antoni czuł, że cierpną mu nogi, ale nie odważył się poruszyć. Wiedział, że długo nie wytrzyma w tak niewygodnej pozycji. Mijały minuty, a czarownica ani drgnęła. Chłopiec wpatrywał się w jej lekko zgarbioną sylwetkę z narastającą desperacją. Kiedy jednak doszedł do granicy wytrzymałości, ciotka Leokadia gwałtownie się wyprostowała i z pasją wbiła pogrzebacz w zwęgloną kartę. Runa rozsypała się w drobny pył. Czarownica wyszła z domu rodu Asan, nie oglądając się za siebie.

Antoni wstał z trudnością i zaczął masować obolałe nogi. Nie miał jednak czasu, aby rozczulać się nad samym sobą. Czuł przypływ adrenaliny. Okazało się bowiem, że jego podejrzenia nie były bezzasadne! Ciotka wiedziała na temat runy coś, co stanowiło najprawdziwszą tajemnicę i co nigdy nie miało ujrzeć światła dziennego. Ale co to było? Zastanawiał się, jak wiele czarownica jest w stanie poświęcić, aby strzec sekretu i dlaczego w ogóle to robiła. Był tylko jeden sposób, by poznać odpowiedzi na nurtujące go pytania. Chłopiec ruszył śladem Leokadii. 

Był wieczór i wybujałe rośliny, rosnące w oranżerii, rzucały coraz dłuższe cienie. Burzowy front przywołany przez czarownice zbliżał się z groźnym pomrukiem. Liczne ptaki, zamieszkujące ogród, przekrzykiwały się ostrzegawczo i szukały kryjówek w zielonej gęstwinie. Pomimo zapadającego zmroku, Antoni poruszał się bez najmniejszego problemu. Znał doskonale wszystkie zakamarki w prawym skrzydle, każdą salę i każdą odnogę głównego korytarza. Gruba wykładzina skutecznie tłumiła odgłos kroków, a ciężkie zasłony w każdej chwili mogły posłużyć za prowizoryczną kryjówkę. Gdy czarownica zbliżała się do świec umieszczonych w ozdobnych kinkietach, te rozpalały się jasno, by przygasnąć, gdy tylko je mijała. Antoni trzymał bezpieczną odległość, pilnując, by nie wejść w zasięg światła.

Biuro ciotki Leokadii, która kierowała Powszechniakiem, znajdowało się na drugim piętrze, na samym końcu korytarza. Wszyscy uczniowie, którzy choć raz coś porządnie zbroili, znali doskonale to miejsce. Wchodziło się do niego po trzech stromych stopniach. Za kamiennym łukiem widniała niezbyt przestronna, ale jasna sala, a w niej mahoniowe biurko i cztery wyściełane aksamitem fotele, ustawione wokół eleganckiego stolika. Pomieszczenie było schludne, znakomicie urządzone i doskonale pasowało do Leokadii Asan.

Antoni poczekał, aż czarownica wejdzie po schodach i ponownie ruszył jej śladem. Wyjrzał ostrożnie zza ściany. Na końcu korytarza niecierpliwił się Albert. Czarownica zagniotła w dłoniach jakieś proste, podręczne zaklęcie i ciężkie zasłony zasunęły się płynnie, przysłaniając okna. Antoni podziękował w myślach za ten niespodziewany prezent. Teraz po jednej stronie korytarza została utworzona solidna, sięgająca podłogi kurtyna, za którą chłopiec mógł się ukryć. Leokadia i Albert zniknęli za kamiennym portalem, a Antoni przemknął niezauważony w pobliże biura i zaczął nasłuchiwać.

– Nie możemy pozwalać sobie na błędy, a już na pewno nie na tym etapie – rozległ się kobiecy, przytłumiony głos, którego chłopiec nie zdołał rozpoznać. – Nasz cel jest szczytny, ale nie wszystkie czarownice podzielają nasze ideały. 

– Akademia mogłaby przyjąć o wiele więcej czarownic, gdyby nie Prawa Starszej. Połowa pokoi w internacie jest pusta. Dar czarnoksięstwa marnuje się w domach, które go odrzucają. Jak można pozwolić na takie marnotrawstwo? To niedorzeczne! To niedopuszczalne! Należy zrobić wszystko, powtarzam, wszystko co w naszej mocy, aby to zmienić raz na zawsze!

– Nie unoś się, Leonie. Wszystko co w naszej mocy, powiadasz? A o jakiej mocy mówisz? O mocy odgrażania się i krzyków?

Ciotka Leokadia traktowała protekcjonalnie każdego niemagicznego członka czarodziejskiej rodziny czyli każdego chłopca, mężczyznę lub starca. Leon był nauczycielem chemii zarówno w Powszechniaku, jak i w Akademii, ale nie zmieniało to niczego w sposobie postrzegania jego osoby przez czarownicę. 

– Łączy nas jeden cel, Leokadio. Sama najlepiej wiesz, jak drogo płacimy za błędne wybory rodziców. – Antoni ponownie usłyszał nieznany mu kobiecy głos. 

Nagle coś zaczęło drapać go w gardle i nosie. Poczuł, że za chwilę kichnie, ale na szczęście zdołał opanować odruch, który z pewnością zdradziłby jego obecność. Zasłony były stare i zakurzone. Chłopiec pomyślał, że najlepiej byłoby się wycofać, zanim kryjówka okaże się pułapką. Rozsądek został jednak przezwyciężony przez ciekawość i chęć poznania prawdy. Antoni nie miał zamiaru się poddawać.

– Wiem, co straciłam. I nie pozwolę, by kogoś spotkało to samo – twardo orzekła Leokadia. – Tym bardziej trzeba pilnować, aby nasze plany pozostały tajemnicą. Gerard Asan zaczął interesować się naszymi działaniami. Źle się stało, że odkrył runę. Trzeba będzie go obserwować i kontrolować jego posunięcia. Jeszcze tylko trzy księżyce do Wielkiej Zamiany i musimy ostrzec Gorana, aby…

Antoni chrząknął, żeby powstrzymać nadciągające kichnięcie, ale czuły słuch czarownic wychwycił podejrzany dźwięk. Leokadia zamilkła, przymknęła oczy i powiedziała z ulgą:

– Nie wyczuwam w pobliżu żadnych istot magicznych. 

Na wszelki wypadek wyszła jednak na korytarz, wyciągnęła przed siebie ręce i zaczęła badać otoczenie. 

Pomruki burzy klarowały się w coraz wyraźniejsze grzmoty. Jeszcze były odległe, ale Antoni mógł dostrzec, że drzewa, do tej pory nieruchome, zaczynały kołysać się na wzbierającym wietrze. Zupełnie zastygł, ukryty pod grubą zasłoną. Pomyślał, że błyskawica mogłaby go zdradzić. Wyobraził sobie, jak oczom czarownicy ukazuje się wyraźny kształt jego chłopięcej sylwetki, prześwietlonej gwałtownym rozbłyskiem. Nie chciał brać udziału w tym koszmarnym teatrzyku cieni! Myśl o demaskacji wzbudziła w nim strach. Zacisnął kurczowo powieki, ale wówczas dotarło do niego coś, co przyprawiło go o przerażenie. Leokadia sprawdzała, czy w pobliżu nie ma ludzi, a robiła to poprzez skanowanie uczuć. Musiała zatem wyczuć ten potworny lęk pęczniejący w jego sercu! Chłopiec zrozumiał, że przegrał już na początku swojej życiowej przygody. 

„Co ja sobie wyobrażałem? Po co podejmowałem tak ogromne ryzyko, będąc tylko zwykłym, nieistotnym elementem magicznej rzeczywistości? Zwykłym chłopcem pozbawionym mocy”. 

Stało się jednak coś niespodziewanego. Leokadia powiedziała głośno i wyraźnie:

– Nie wyczuwam żadnych emocji. Szaraków też tu nie ma.

Antoni nie mógł uwierzyć własnym uszom.

„Czyżby ciotka próbowała mnie ochronić?” – Myśl, że tak potężna czarownica nie wyczuła jego strachu, po prostu nie mieściła mu się w głowie! Nawet mała Alina była w stanie rozpoznać o wiele subtelniejsze uczucia, a sam strach określała jako wielką, czarną dziurę. Chłopiec ponownie poczuł przypływ wątpliwości.

– Moi drodzy, proponuję spotkać się jutro rano. Informację o dokładnym czasie i miejscu zebrania przekaże wam Albert. Czy są jeszcze jakieś pytania?

– Niepokoi mnie kwestia runy. Dlaczego jest taka ważna? I co może się stać, jeśli ktoś niepowołany odkryje jej znaczenie i… – nieśmiały, dziewczęcy głos nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ Leokadia przerwała zdecydowanie:

– Tę kwestię zostawcie mnie! Kontroluję sytuację. Ktoś pragnie jeszcze o coś zapytać?

I choć Antoni oddałby wiele, by usłyszeć zakończenie rozmowy, postanowił wycofać się i wrócić do domu. Chciało mu się potwornie kichać. Błyskawice przecinały ciemnogranatowe niebo. Drzewa za oknem gięły się w szaleńczym tańcu, a grzmoty przybierały na sile. 

Chłopiec ruszył w stronę schodów, ostrożnie rozgarniając zasłony. Czuł kurz, który wdzierał się do jego gardła i nosa. Kichnął głośno dokładnie w chwili, gdy rozległ się grzmot. A był już tak blisko! Jeszcze kilka kroków i byłby bezpieczny. Tym razem los nie okazał się dla niego łaskawy.

– Czy ktoś tu jest? – zapytał nieśmiało Albert.

Antoni rzucił się do ucieczki, a zasłony zafalowały.

– Ktoś tu jest! – Głos Alberta zabrzmiał donośnie i raczej nie było możliwości, aby czarownice nie usłyszały jego krzyku. 

Antoni zbiegł w dół schodów i usłyszał rozkaz wydany lodowatym tonem:

– Ruszaj. I dowiedz się, kto to był, mój synu!

Antoni biegł, ile sił w nogach, dopadł drzwi i odkrył, że zostały zamknięte. Oczywiście nie było to nic niezwykłego. O tej porze Czary Niedostępności zaczynały działać w całym budynku i nikt nieupoważniony nie był w stanie wejść do szkoły ani z niej wyjść. Chłopiec nie tracił jednak czasu na rozmyślania, tylko pobiegł schodami w dół, wprost do piwnic. Znał niemal na pamięć każdy zakamarek i każdy korytarz w podziemiach Powszechniaka. W jednej z komórek było małe okienko, w którym skorodowana kratownica z łatwością się poruszała. 

Dopiero w piwnicach usłyszał, że Albert jest tuż za nim. Kroki ścigającego go kuzyna dudniły głośno po kamiennej posadzce. Antoni wbiegł do czwartej z kolei komórki i zamarł. Kuzyn również przystanął w miejscu, nasłuchując. Uciekinier, najciszej jak potrafił, podszedł do lufcika. Ostrożnie uniósł kratę, wspiął się na drewnianą skrzynię, uniósł się na rękach i zaczął przeciskać się przez okno. Krata zgrzytnęła i Albert wznowił poszukiwania. Antoni wydostał się na szkolny dziedziniec. W tym samym momencie ściana deszczu spadła z nabrzmiałych chmur, a grzmot wraz z poprzedzającą go błyskawicą wywabił z budynku młode czarownice. 

Dziewczęta tańczyły w strugach nawałnicy, wznosząc ręce ku rozszalałemu niebu i śpiewając starożytne pieśni. Głosy ginęły wśród grzmotów i ponownie rozbrzmiewały czysto, zmieszane z ulewą i wiatrem. Do czarownic dołączyli nauczyciele, Opiekunowie Ksiąg i nawet sam dyrektor Goran, a wszyscy tańczyli wśród rozbłysków i wichury. Antoni wmieszał się w pląsający tłum. Był przerażony i zachwycony zarazem. Emocje buzowały w jego ciele, a on tańczył z zapamiętaniem. Przekonanie, że jest teraz bezpieczny, mieszało się z poczuciem niedawno doświadczonej grozy. Śmiał się i płakał, a jego łzy były intensywniejsze od deszczu. Któraś z czarownic pocałowała go prosto w usta, a jej mokre włosy oblepiły jego policzki, kark i czoło. Antoni poczuł wybuch emocji, których nie doświadczył nigdy wcześniej.

W tym samym czasie w suchych i zimnych piwnicach szkoły Albert stracił wiarę we własne zmysły. Był przekonany, że kogoś ścigał. „Ale kogo?” – Sprawdził wszystkie zakamarki i nikogo nie mógł znaleźć. Poza tym słyszał śpiew czarownic i chciał przyłączyć się do ich tańca. Wśród dziewczyn była bowiem ta jedyna, dla której poświęciłby wszystko. Wrócił więc pędem na górę, aby wyjaśnić matce, że chyba się pomylił, i że obydwoje spokojnie mogą wracać do swoich zajęć. Leokadia nadal stała w korytarzu, czekając na syna z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Była sama.

– Wybacz, matko. Coś musiało mi się przywidzieć. Nikogo nie znalazłem.

– Tobie też się coś przywiduje? Ciekawe… Zrobiłeś z siebie pośmiewisko, Albercie.

– Naprawdę coś usłyszałem, matko.

– Oczywiście, że coś usłyszałeś, Albercie. Oczywiście! W to akurat nikt nie wątpi.

Z biura Leokadii wypadły dwa kocury, goniące za niewidzialną zdobyczą. Czarno-rudy kłębek w ferworze zabawy wpadł za zasłonę i prychając, wzbudził tumany kurzu. Leokadia zakaszlała i wyjaśniła rzeczowo, wskazując na zwierzęta:

– Właśnie dlatego ja nic nie wyczułam, a ty zareagowałeś… cóż, histerycznie.

Pomimo potwornego wstydu, Albert wydukał rzecz dla niego najważniejszą:

– Czy mogę teraz odejść? Chciałbym dołączyć do tańca deszczu.

– A po co? – zapytała Leokadia najzupełniej szczerze. – Tańce czarownic to nie jest twoja sprawa. Musisz znać swoje miejsce, Albercie. Wróć do pracowni i poćwicz pisanie run.

III

Deszcz padał spokojnie i miarowo, a burza rozwiała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dziedziniec opustoszał. Sabat czarownic z rodu Asan przyniósł oczekiwane rezultaty. Ziemia była mokra i gotowa na wydanie późnych, jesiennych plonów. 

Wszyscy wracali do swoich pokoi w znakomitych nastrojach. Również rodzina Antoniego ruszyła w stronę domu. Chłopiec biegł za swoimi siostrami przez ogród, rozbryzgując wodę z głębokich kałuż. Tuż za nim brykały dwa przemoczone kocury. Dziewczyny podskakiwały i kręciły się w kółko, a Hanna i Gerard Asan prowadzili ten roztańczony orszak, trzymając się za ręce. Cała procesja przebiegła przez korytarz, zrzuciła wierzchnie, zupełnie przemoczone ubrania i wpadła do kuchni wśród chichotów, krzyków i śpiewu.