Cel - Simon Kernick - E-Book

Cel E-Book

Simon Kernick

0,0

Beschreibung

Początkujący pisarz Rob Fallon spotyka w pubie Jenny, dawno niewidzianą dziewczynę swego najlepszego przyjaciela. Przyjmuje zaproszenie na drinka i jedzie do jej mieszkania. Jest właśnie w łazience, gdy do środka wdziera się dwóch mężczyzn, uprowadza Jenny i próbuje zabić Roba. Fallonowi udaje się uciec, lecz gubi dokumenty. Policja początkowo nie traktuje poważnie jego zawiadomienia o porwaniu i próbie zabójstwa. Rob próbuje więc na własną rękę odnaleźć Jenny, zaczyna zadawać niewygodne pytania i natychmiast staje się celem gotowych na wszystko zabójców. Drogę jego ucieczki znaczą kolejne trupy. Mike Bolt z policji zbyt późno zdaje sobie sprawę, że stawką w toczącej się grze jest życie setek ludzi, nie tylko zaginionej dziewczyny…

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 386

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Cel

Cel

© Simon Kernick 2009

© Copyright to the Polish Edition: Jentas ehf 2022

Tytuł oryginału: Target

ISBN: 978-9979-64-396-8

–––

Dla Pana Pinka i Aliego Karima

Prolog

Dwa tygodnie temu

Sir Henry Portman nie należał do ludzi unikających grzechu. Pił jak zawodowiec, grał jak amator i wciąż palił paczkę papierosów dziennie, doprawiając ją od czasu do czasu kubańskim cygarem i solidnymi czterema tysiącami kalorii, zawartymi w smakowitych tłustych potrawach, od których dietetykom jeży się włos na głowie, a wszyscy inni łakomie przełykają ślinkę.

Lecz jego ulubionym grzechem — tym, bez którego naprawdę nie potrafił się obyć i któremu zawdzięczał fakt, że jego waga wciąż nie przekraczała całkiem rozsądnych osiemdziesięciu pięciu kilo zamiast stu dwudziestu, na które sobie zasłużył — był seks pozamałżeński.

Podczas dwudziestu siedmiu lat małżeństwa Henry Portman zażył rozkoszy z trzystu czterdziestoma siedmioma partnerkami seksualnymi (trzystu czterdziestoma ośmioma, jeśli doliczyć żonę), którą to liczbę stale uaktualniał w małym notesie w oprąwie z czarnej skóry, kupionym dokładnie w tym celu. Nawet teraz, choć przekroczył już pięćdziesiątkę, apetyt na seks wcale go nie opuścił.

Opuściła go natomiast uroda, toteż obecnie coraz częściej musiał korzystać z usług prostytutek. Niespecjalnie mu to przeszkadzało. Odkrył, że płacenie za seks ma wiele zalet. Unikał komplikacji związanych z posiadaniem sekretnych kochanek, unikał też potencjalnego wstydu, gdyby prosił je o rzeczy zazwyczaj uważane za nietypowe. Ponieważ, jeśli chodzi o seks, jego upodobania były nieco eklektyczne — i dlatego właśnie teraz leżał przywiązany do łóżka w eleganckim burdelu w Islington, mając na sobie błyszczącą lateksową przepaskę na oczy i niewiele więcej, i czekał na smukłą dziewiętnastoletnią piękność imieniem Nadia, aby przyszła i zaczęła dręczyć go i drażnić, aż do osiągnięcia wyżyn ekstazy.

Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i ciche, powolne kroki Nadii. Gdy zbliżyła się do łóżka, sir Henry oblizał wargi i przełknął ślinę, ledwie wytrzymując niewiarygodne zniecierpliwienie, jakie zawsze ogarniało go w tych pierwszych chwilach.

— Byłeś niegrzecznym chłopcem — wyszeptała mocno akcentowaną angielszczyzną, palcami gładząc jego udo. I owo lekkie, delikatne muśnięcie wprawiło go w paroksyzm rozkoszy.

— Wiem — syknął. — Boże, wiem...

Palce Nadii się odsunęły. Wydała z siebie osobliwy miaukliwy dźwięk, który ustał niemal natychmiast po tym, jak zabrzmiał. W pokoju zapadła cisza. Henry Portman wiercił się na łóżku, czekając, aż dziewczyna znów go dotknie.

Coś ciepłego i mokrego ciężkimi kroplami kapało mu na pierś i brzuch, spływając w stronę krocza. Czym go oblewała? To nie był wosk, tylko coś chłodniejszego.

Kapanie ustało, usłyszał ruch przy łóżku. Poczuł pierwsze ukłucie lęku, nadal jednak towarzyszyło mu podniecenie. Czyżby w Nadii nagle przebudziła się żądza przygód? Zazwyczaj postępowała według stałego scenariusza.

Cisza trwała dalej. A ona wciąż go nie dotykała.

— Nadia? Jesteś tam?

Nic.

— Nadia? — Teraz głośniej.

Czyjaś ręka jednym szybkim ruchem zerwała mu lateksową przepaskę. Przez moment mrugał, oślepiony światłem w pokoju. Nadia patrzyła na niego pustymi oczami. Była blada, naga i piękna, a spomiędzy jej piersi wystawało wąskie ostrze sztyletu. Sir Henry ujrzał cienką zasłonę krwi spływającą po jej ciele. Na sobie także miał krew. Całe mnóstwo, rozbryzgnięte w konstelacji gniewnych plam.

Na kilka sekund odebrało mu głos, oczy rejestrowały wszystko, lecz umysł nie rozumiał znaczenia straszliwego widoku. Nadia się nie ruszała. Po prostu tam stała, jasne oczy miała szeroko otwarte, lecz całkowicie puste. A potem, gdy tak patrzył, powoli zsunęła się na bok łóżka i zniknęła mu z pola widzenia.

Jej miejsce zajął mężczyzna w przesłaniającej całą głowę masce wilka z wyszczerzonymi kłami. W okrytej rękawiczką dłoni trzymał zakrwawiony nóż, którym przed chwilą zabił Nadię. Ostrze błyskało złowieszczo w świetle żyrandola. Zza maski spoglądały czujne oczy.

Henry Portman otworzył usta, aby krzyknąć ze zgrozy, lecz dłoń w rękawiczce zatkała je brutalnie.

A potem, bardzo powoli, zakrwawiony nóż ruszył ku jego twarzy, aż w końcu czubek ostrza zajął całe pole widzenia.

— Chcesz, żebym wydłubał ci oko? — spytał człowiek w masce. Głos miał szorstki i gardłowy. Henry Portman rozpoznał akcent z Irlandii Północnej.

Zaczął rozpaczliwie jęczeć „nie” pod rękawiczką. Zamknął oczy, gdy ostrze zbliżyło się jeszcze bardziej, poczuł, jak dotyka powieki.

— Teraz zabiorę rękę — podjął tamten spokojnym, niemal lekkim tonem. — Jeśli krzykniesz, oślepię cię. Zrozumiałeś?

Stłumione potwierdzenia Portmana najwyraźniej go przekonały, toteż jednym szybkim ruchem cofnął tak rękę, jak i nóż.

— Proszę, nie zabijaj mnie — błagał Portman, całkowicie świadom swej absolutnej bezradności.

Boże, powinien był wiedzieć, że coś takiego się stanie. Ci ludzie to zwierzęta... a on w jakiś sposób związał się z nimi. Wszystko to przypominało koszmar senny.

— Słyszymy, że zaczyna pan tchórzyć, sir Henry — ciągnął mężczyzna w wilczej masce, przesuwając lekko ostrzem wzdłuż jego brzucha i zeskrobując z niego krew Nadii.

— Nie, nie. Nie tchórzę. Przysięgam.

— Nie kłam. Jeśli skłamiesz, stracisz oko. Rozumiesz to?

— Tak, tak, rozumiem. Naprawdę.

— To dobrze. Skasowałem dziewczynę, żebyś wiedział, że moje słowa należy traktować poważnie.

— Nie było takiej potrzeby. I tak potraktowałbym cię poważnie.

Portman odniósł wrażenie, że jego rozmówca uśmiecha się pod maską.

— Nie — rzekł. — Nie sądzę. Ale teraz widzisz już, że to poważna sprawa, prawda? Skoro mogłem zabić młodą kobietę, wyobraź sobie, co mógłbym zrobić z tobą. Albo z twoją żoną. Albo z córką. Jak ma na imię? Jane, prawda? — Zakręcił koniuszkiem ostrza w gąszczu włosów łonowych Portmana. — Ładniutkie z niej stworzenie. Widziałem wczoraj, jak wychodziła z waszego domu. Tak, bardzo ładna.

Na wzmiankę o córce Henry Portman poczuł, że zaciskają mu się gwałtownie wnętrzności. Co niewiarygodne, w tym momencie nie pomyślał nawet o nożu.

— Proszę. Nie Jane. Jeśli musisz, zrań mnie, ale ją zostaw w spokoju. Błagam cię.

— Naprawdę nie ma sensu błagać, panie Portman. Jeśli będzie trzeba, wyrżnę twoją rodzinę po kolei i nakarmię cię kawałkami ich ciał.

— Czego chcesz?

— Chcę, żebyś szczerze odpowiedział na wszystkie moje pytania. Jeden błąd — urwał, muskając nożem podstawę penisa sir Henry’ego — i zacznę ciąć.

— Będę mówił prawdę, przyrzekam! — I nie kłamał. Znów zdecydował się zagrać va banque, zakładając, że jest dla nich cenniejszy żywy niż martwy, i odgadując, że i tak wiedzą już o wszystkim.

— Doskonale. To co, zaczynałeś tchórzyć?

Portman gorączkowo pokiwał głową.

— Tak, to prawda, ale daję słowo, z nikim nie rozmawiałem. Wybrałem się do komisariatu policji w Kensington i wszedłem nawet do środka. Ale opuściłem to miejsce pięć minut później, bo wiedziałem, że rozmowa z kimkolwiek byłaby zbyt ryzykowna. Po prostu strasznie się boję, że coś pójdzie nie tak i że mnie złapią...

— Nie ma potrzeby — przerwał mu człowiek w masce, zaskakująco współczującym tonem. — Osobiście doglądam tej operacji, na mojej zmianie nic nie pójdzie źle. Ale miałeś rację, że z nikim nie rozmawiałeś. To by cię kosztowało rodzinę. — Odsunął nóż od krocza Portmana i schylił się, podnosząc trupa Nadii za długie ciemnorude włosy. — I teraz to rozumiesz, prawda? Co się stanie, jeśli spróbujesz z nami pogrywać? Możemy cię dopaść absolutnie wszędzie.

— Proszę — wyszeptał Portman. — Połóż ją. Nie mogę znieść tego widoku.

Mężczyzna w masce wypuścił ciało, które z głuchym łoskotem runęło na posadzkę.

Henry Portman przełknął ślinę. Zemdliło go. Nie darzył Nadii gorącym uczuciem, ale myśl, że równie dobrze w tym miejscu mogłaby teraz leżeć jego piękna córka, sprawiała, że z trudem powstrzymał się przed zwymiotowaniem trzydaniowego posiłku, spożytego zaledwie parę godzin wcześniej.

— Co zamierzasz z nią zrobić? — spytał.

— O to się nie martw. Znamy właścicieli tego zakładu. Dziewczyna zniknie. Na twoim miejscu martwiłbym się o siebie.

— I martwię.

— Wiem, że tak. Zależy od tego życie całej twojej rodziny.

Nagle nóż mężczyzny śmignął naprzód. W następnej sekundzie Portman poczuł ostry ból u podstawy penisa, a po jądrach pociekła mu ciepła krew. Zaczął krzyczeć, przerażony, lecz mężczyzna przyłożył palec w rękawiczce do wyszczerzonej wilczej paszczy, uciszając go błyskawicznie. Portman wiedział, że nie warto nawet myśleć o sprzeciwianiu się oprawcy.

— To tylko drobny przedsmak tego, co mogłoby się zdarzyć — rzucił lekko. — Nie uszkodziłem trwale niczego.

Pochylił się i przeciął więzy łączące prawy przegub Portmana z łóżkiem. Potem odwrócił się i wyszedł z pokoju. Sir Henry, nagi, krwawiący i sam, zastanawiał się, czy sumienie kiedykolwiek wybaczy mu to, co niedługo zrobi.

NIEDZIELA

1

Czasami los człowieka zależy od jednej, z pozoru niewinnej decyzji. W moim wypadku była to chwila, w której w owo niedzielne popołudnie zgodziłem się wyskoczyć na szybkie piwko z sąsiadem z tej samej ulicy, łysiejącym luzakiem imieniem Ramon, który uczył tańczyć salsę w miejscowym ośrodku kultury i wbrew wszelkim dowodom uważał siebie za prawdziwy magnes przyciągający płeć piękną. Niemal cały weekend siedziałem w domu i pracowałem, a choć zazwyczaj wołałem nie pokazywać się publicznie z Ramonem, który zawsze nosił na głowie czerwoną lub czarną przepaskę, wizja odprężającego popołudniowego drinka za rogiem ulicy, przy której mieszkaliśmy obaj, na nudnym, lecz miłym londyńskim przedmieściu Colindale, wydała mi się pociągająca.

Lecz wszyscy wiemy, jak to zwykle bywa. Kiedy w grę wchodzi alkohol, wydarzenia rzadko toczą się zgodnie z planem i nasz odprężający drink szybko zamienił się w trzy czy pięć, a potem w tani posiłek w samoobsługowej chińskiej knajpce przy głównej ulicy i wreszcie w wyprawę na West End. Tam właśnie znalazłem się tej nocy, o wpół do jedenastej: krążyłem po dusznym, zatłoczonym barze w okolicy Long Acre. Salsujący Ramon zgubił się gdzieś w tłumie dobre dwadzieścia minut wcześniej.

Na tym etapie miałem już dosyć. W dawnych czasach zapewne polubiłbym to miejsce. W czasach, kiedy pracowałem w City, przychodziłbym tu niemal co tydzień i zapewne znał imiona większości pracowników. Lecz od tamtej pory upłynęło wiele wody i teraz, w wieku trzydziestu czterech lat, czułem się tu stary i obcy. Alkohol pogarszał mi nastrój, przywołując wspomnienia młodości, gdy życie toczyło się łatwo i przyjemnie, a ja byłem w tym samym wieku co wszyscy inni bywalcy baru. Wiedziałem, że pora już wracać do domu, kiedy jednak odstawiłem na wpół opróżnioną butelkę becksa, którą tuliłem w dłoni niemal godzinę, i ruszyłem w stronę drzwi, zobaczyłem ją zbliżającą się z przeciwnej strony.

Nie widziałem Jenny od niemal roku, lecz gdy tylko mnie dostrzegła, uśmiechnęła się szeroko i podeszła, po czym objęła mnie mocno, wyciskając wilgotne całusy na obu policzkach.

— Rob Fallon. Kopę lat! — zawołała, przekrzykując hałas, po czym cofnęła się o krok i zmierzyła mnie wzrokiem. — Dobrze wyglądasz.

Wątpiłem, czy rzeczywiście, zwłaszcza w obecnym stanie, ale nie zamierzałem się spierać.

— Ty też — odparłem w bezmyślny sposób, w jaki zazwyczaj mówi się takie rzeczy, tyle że w tym wypadku to była prawda.

Jenny zawsze dobrze wyglądała. Wysoka i ładna, miała długie jasne włosy, co najmniej w osiemdziesięciu procentach naturalne, oraz złocistą skórę w odcieniu, który, jak lubią powtarzać eksperci, jest niezdrowy dla rasy białej, lecz w jej wypadku bynajmniej tak nie wyglądał. Oceniam, że miała dwadzieścia siedem, osiem lat, lecz z łatwością można by ją wziąć za dwudziestotrzylatkę. Największe wrażenie robiły jednak jej oczy. Były bardzo duże i bardzo brązowe, a gdy przyszpilała cię spojrzeniem, oderwanie wzroku wymagało wyjątkowego wysiłku. Nie żeby wielu facetów miało ochotę go podjąć.

Jeśli z tego wszystkiego wyciągacie wniosek, że się w niej kochałem, to się mylicie. Owszem, niewątpliwie w grę wchodził pewien pociąg — przynajmniej z mojej strony — i zawsze świetnie się dogadywaliśmy. Ale dwie rzeczy mnie powstrzymywały. Po pierwsze: wciąż jeszcze kochałem kogoś innego, choć po dwóch latach zrozumiałem, że moja była żona Yvonne nigdy do mnie nie wróci. I po drugie: nie poznałbym Jenny, gdyby nie fakt, że była dziewczyną mojego najlepszego kumpla, Dorna. Z tego powodu spędzaliśmy razem czas jedynie w jego obecności, a że przestali już być parą, kontakt się urwał. Aż do tej chwili.

To mogła być jedynie przelotna rozmowa, z rodzaju tych, jakie nieustannie odbywają ludzie, którzy tak naprawdę się nie znają, ale ostatnio czułem się bardzo samotny i może zadziałał też alkohol, bo przyczajony od zawsze pociąg znów się przebudził, i to dość gwałtownie. Toteż kiedy tak krzyczeliśmy sobie do uszu, walcząc z hałasem, i nozdrza wypełnił mi lekki zapach jej perfum, rzuciłem się na głęboką wodę i spytałem, czy nie ma ochoty pójść gdzieś indziej.

Szczerze mówiąc, w zwykłych okolicznościach nie zachowałbym się tak śmiało, ale znów myślę, że zadziałał alkohol. Nie spodziewałem się też zgody. Istniało spore prawdopodobieństwo, że Jenny przyszła do pubu z przyjaciółmi, na których można polegać bardziej niż na Ramonie, i nie zostawi ich po to, by wyskoczyć gdzieś z kumplem swojego chłopaka.

Ale ona się zgodziła.

I ta właśnie chwila przypieczętowała mój los.

Skoczyliśmy za róg do cichszego, bardziej tradycyjnego pubu, w którym zostało jeszcze sporo wolnych stolików. Kupiłem drinki — dla mnie wodę gazowaną, dla niej szprycer z wytrawnego białego wina — i zaczęliśmy opowiadać.

Jenny pracowała dla sieciowej agencji turystycznej, właśnie wróciła z dziewięciodniowego wyjazdu na Mauritius i Seszele, podczas którego sprawdzała bazę hotelową. Upierała się mało przekonująco, że to cięższa praca, niż można by sądzić. Te słowa stały się sygnałem do rozmów o podróżach i wymiany zwykłych anegdot turystycznych.

Jedną rzecz muszę przyznać: z Jenny zawsze rozmawiało mi się swobodnie i naturalnie. Nigdy nie czułem, że muszę skryć się za fasadą, udawać kogoś, kim nie jestem. Może sprawiał to fakt, że jako dziewczyna Dorna pozostawała nietykalna, toteż nie było takiej potrzeby. Lecz tego wieczoru oboje unikaliśmy jakiejkolwiek wzmianki o Domie, a gdy dokończyliśmy drinki, Jenny postawiła kolejkę, upierając się, żebym wybrał coś z procentami, by nie czuła wyrzutów sumienia, pijąc samotnie. Zdecydowałem się na wódkę z red bullem, w nadziei, że trochę mnie obudzi.

— Powiedz — rzekła, wróciwszy do stolika ze szklankami — skończyłeś już tę książkę, którą pisałeś?

Pozwólcie, że nieco rozwinę temat. W czasach, kiedy Jenny spotykała się z Domem, pracowałem nad książką. W istocie pracowałem nad nią w sumie pełne trzy lata, odkąd sprzedałem swoje akcje i rzuciłem pracę w banku inwestycyjnym, by rozpocząć nowe życie na francuskiej wsi z Yvonne i naszą wówczas roczną córeczką Chloe. Od zawsze miałem ambicję zostać pisarzem i pisałem w wolnym czasie — dosyć, by uznać, że warto przynajmniej spróbować. To był mój plan emerytalny: wydać serię popularnych i dobrze ocenianych książek, jednocześnie hodując organiczne owoce i warzywa na idyllicznym skrawku burgundzkiej wsi.

Niestety sprawy potoczyły się nieco inaczej. Pisanie książki, o której mowa — Spisek: opowieść sensacyjna, wysokooktanowy kryminał osadzony w mrocznym świecie najwyższej finansjery (moje hasło reklamowe) — okazało się znacznie trudniejsze, niż przypuszczałem. Nie potrafiłem sobie poradzić z fabułą, a kiedy w końcu mi się udało, owoc moich wysiłków liczył siedemset stron i był zapewne najmniej porywającym thrillerem, jaki zdarzyło mi się czytać. Podczas pracy stałem się tak nieznośny, że nie dawało się ze mną żyć, a idylliczna burgundzka wieś, setki kilometrów kwadratowych pól i łąk, doprowadzała mnie do szału. Co gorsza, Yvonne ją uwielbiała.

Pewnie domyślacie się już, co było dalej. Kłóciliśmy się wściekle, a tymczasem moje marzenia, pielęgnowane przez długie lata biurowych nadgodzin, rozsypywały się z każdym dniem. Byłem samolubny. Raz po raz groziłem, że pozbieram zabawki i wrócę do domu. Pewnego dnia Yvonne uznała, że ma dosyć, i odparła: bardzo proszę. Zgodziliśmy się na trzymiesięczną próbną separację. Wróciłem do Anglii, zamieszkałem w zapasowym pokoju Dorna z nadzieją, że zmiana otoczenia dostarczy mi weny, której potrzebuję do Spisku. Ale tak się nie stało. Zamiast tego, właśnie gdy miałem powiedzieć Yvonne, że chcę do niej wrócić, bo zrozumiałem, że życie bez niej i Chloe tylko mnie unieszczęśliwia, żona oznajmiła, iż poznała kogoś innego. Niejakiego Nigela, także pochodzącego z Anglii. Wciąż mieszka razem z nim i Chloe, tyle że przenieśli się na południe, do Montpellier.

A mój wysokooktanowy kryminał osadzony w mrocznym świecie najwyższej finansjery?

— Nie — odparłem ze smutnym uśmieszkiem. — Nie skończyłem jej.

— Wielka szkoda. — Jenny sprawiała wrażenie zawiedzionej. — Włożyłeś w nią przecież tyle pracy.

— Czasami trzeba wiedzieć, kiedy zrezygnować. — Pociągnąłem porządny łyk wódki z red bullem. — Ale — dodałem, chcąc podtrzymać jej zainteresowanie — nie należę do ludzi, którzy łatwo się poddają. Teraz piszę kolejną i wiesz co?

Jej twarz pojaśniała.

— Co?

— Mam agenta. Gościa, który uważa, że zdoła ją sprzedać. Posłałem mu pierwszych dziesięć rozdziałów i na ich podstawie zgodził się mnie reprezentować.

— Opowiesz mi, o czym to jest? — Jenny pochyliła się naprzód, wyglądała na szczerze zainteresowaną.

Zatem opowiedziałem jej wszystko o Maxwellu.

W kręgach północnolondyńskiego podziemia przestępczego Maxwell był niemal legendą, byłym lichwiarzem i bandziorem, ponoć silnym jak wół i dysponującym niezwykle użyteczną w lichwiarskim biznesie umiejętnością wyważania drzwi jednym pchnięciem. Innymi słowy nie należał do ludzi, którym warto się narażać. Spotkałem go parę miesięcy wcześniej na imprezie w Hoxton, zorganizowanej przez jednego z uczniów Ramona. Maxwell stał z boku, dealował kokainę i wyglądał groźnie, i jakoś tak się złożyło, że zacząłem z nim gadać.

Kiedy powiedziałem, że jestem pisarzem (technicznie rzecz biorąc, to prawda, choć nigdy nie zarobiłem w ten sposób nawet grosza), Maxwell gwałtownie się zainteresował.

— Mam do opowiedzenia mnóstwo historii — warknął, dodając następnie nieśmiertelne „mógłbyś przerobić moje życie na powieść”, które to słowa, choć dopiero raczkowałem w święcie literackim, słyszałem już zapewne ze sto razy, zazwyczaj z ust ludzi, których życie zupełnie nie nadawało się na powieść. Jednak w wypadku Maxwella dostrzegłem pewien potencjał.

W tym czasie praktycznie zarzuciłem już pracę nad Spiskiem. Pojechałem zatem do domku w Berkshire, nabytego przez Maxwella za jego grzeszne zyski. Zamierzałem przeprowadzić z nim wywiad, choć sam nie wiedziałem dokładnie, czego się spodziewać. Zastałem zaś przyjaznego i charyzmatycznego faceta, istną kopalnię fascynujących historii, suto okraszanych niekończącym się strumieniem oryginalnych anegdot. Życie Maxwella rzeczywiście stanowiło idealny materiał na książkę. Wyobrażałem ją sobie jako brytyjską odpowiedź na Chłopców zferajny: podróż gangstera przez mroczne brytyjskie podziemie, od dzieciństwa po wiek średni, obejmującą wszystkie zbrodnie, które popełnił po drodze, a także sporo takich, których nie popełnił, łącznie z paroma morderstwami — dla ubarwienia fabuły.

Nie musiałem długo przekonywać Maxwella. Ponieważ uwielbiał gadać o swoich wyczynach, logiczne, że zachwyciła go szansa zarobienia na nich grosza. I tak po paru miesiącach zabraliśmy się w końcu do roboty, której owocem było pierwszych dziesięć rozdziałów, traktujących o początkach jego życia. To właśnie dzięki nim zdobyłem agenta. Od tego czasu przedzierałem się powoli przez resztę materiału, starając się nie myśleć o tym, że nędzna resztka pieniędzy, która mi została, wyczerpuje się bardzo szybko. Zastanawiałem się nawet, czy nie poprosić Maxwella o pożyczkę, szybko jednak zrezygnowałem. Mam dość słabe drzwi frontowe, a wątpiłem, by w razie opóźnienia spłaty zrobił dla mnie wyjątek.

Kiedy skończyłem swoją opowieść, doprawioną paroma wybranymi anegdotkami, Jenny ze zdumieniem pokręciła głową.

— Boże — mruknęła, wychylając resztkę drugiego szprycera. — To niesamowite, że tacy ludzie w ogóle istnieją.

— Wierz mi, istnieją.

— Brzmi okropnie. — Udała, że się otrząsa. Widziałem jednak z wyrazu jej oczu, że historia Maxwella ją zafascynowała.

— Jest jak wielu innych przestępców — odparłem, starając się przemawiać autorytatywnie. — Bywają naprawdę zabawni, aż do chwili, kiedy ich wkurzysz. Wtedy stają się bardzo nieprzyjemni.

Jenny spojrzała na mnie z uśmiechem i byłem pewien, że uśmiech ten ma w sobie coś sugestywnego. Pub już zamykano i oprócz zbierającego szklanki barmana zostaliśmy w nim tylko my dwoje.

Nagle uświadomiłem sobie, że nie chcę, by ten wieczór się skończył. Od wielu miesięcy nie byłem sam na sam z kobietą i świetnie się bawiłem.

— Masz ochotę pójść gdzieś jeszcze? — spytałem, siląc się na swobodę. — Znam tu w okolicy parę winiarni, w których można posiedzieć do późna.

— Bardzo chętnie, ale rano muszę iść do pracy i wołałabym uniknąć bólu głowy.

Jenny wstała, poszedłem w jej ślady. Byłem zawiedziony, ale nie dałem tego po sobie poznać. Tak chyba będzie lepiej: w końcu jako była dziewczyna Dorna nie powinna mnie zbytnio interesować.

Kiedy jednak wyszliśmy z pubu na chłodną nocną ulicę, Jenny zaskoczyła mnie, pytając, czy mam może ochotę wpaść do niej na pożegnalnego drinka.

— To tylko pięć minut taksówką stąd.

Z tonu jej głosu i zachowania trudno było wywnioskować, czy zaproszenie to ma stanowić jedynie przedłużenie naszej pogawędki, czy też coś więcej. Lecz, tak czy inaczej, zapomniałem o wcześniejszych zahamowaniach i wahałem się zaledwie sekundę.

— Jasne, byłoby super — odparłem.

W końcu to przecież nic takiego. Jeden drink nikomu nie zaszkodzi.

O, jakże się myliłem.

2

Jenny mieszkała w bajeranckim nowym apartamentowcu w jednej z przyjemniejszych części północnego Islington. Jaskrawe lampy i przesadne użycie przyciemnionego szkła sprawiały, że budynek bardziej przypominał centralę modnej firmy konsultingowej niż miejsce, które mógłby wybrać sobie na mieszkanie ktokolwiek o zdrowych zmysłach. Wyglądał też na wyjątkowo drogi i pamiętam, że pomyślałem, iż może powinienem zostać agentem sieciowego biura podróży, skoro tak dobrze płacą, mimo iż w głębi ducha wiedziałem, że to nieprawda.

Kiedy taksówka zatrzymała się przed domem, Jenny sięgnęła do torebki, by zapłacić kierowcy. Ja jednak, jak zawsze dżentelmen, wręczyłem mu swoją ostatnią dziesięciofuntówkę, która, biorąc pod uwagę londyńskie ceny taksówek, ledwie starczyła na pokrycie rachunku.

— Jest coś, co powinnam ci powiedzieć — oznajmiła moja towarzyszka, gdy stanęliśmy na chodniku.

Kiedy ostatni raz usłyszałem ten tekst z ust swojej żony, zaraz potem wypaliła, że zakochała się w gościu imieniem Nigel. Starając się o tym nie myśleć, przybrałem najbardziej neutralną minę i spytałem Jenny, o co chodzi.

Położyła mi dłoń na ramieniu i przygwoździła spojrzeniem owych wielkich piwnych oczu. Zauważyłem, że odrobinę chwieje się na nogach.

— Wiesz, że jakiś czas temu zerwaliśmy z Domem?

— Mhm — odparłem świadom, że także się kiwam.

— Ostatnio próbował się ze mną skontaktować. Dzwonił. Wypytywał. Takie tam.

Słuchałem z rosnącym rozczarowaniem. Myślałem, że ich związek przeszedł już do historii. Cały wieczór żadne z nas nie wspominało o Domie i teraz, gdy usłyszałem jego imię, poczułem nagłe wyrzuty sumienia.

— Wiem, że bardzo blisko się ze sobą przyj aźnicie — podjęła. — Toteż uznałam, że uczciwie będzie cię uprzedzić. Dom bardzo chce, żebyśmy znów spróbowali. Ale ja nie. — Podeszła bliżej, tak że nasze twarze dzieliło tylko kilka centymetrów. — Dlatego właśnie tu jesteś.

Nie byłem pewien, co odpowiedzieć, toteż zdecydowałem się na milczenie. Nie stawiałem oporu, kiedy wzięła mnie za rękę i poprowadziła do głównego wejścia budynku, choć wiedziałem już, że będzie to coś więcej, niż tylko przedłużenie naszej rozmowy.

Wewnątrz hol był pusty. Zauważyłem, że Jenny marszczy brwi. Przesunęła kartą przez kosmiczny czujnik zwalniający zamek na podwójnych drzwiach.

— Powinien być tu portier — mruknęła. — Płacimy za to administracji.

Nie miałem pojęcia, po co komu portier, skoro żeby dostać się do środka i tak potrzeba klucza, ale osobiście cieszyłem się, że go tam nie ma. Nie chciałem żadnych świadków czegoś, co zapowiadało się na zdradę mojego najstarszego kumpla, zwłaszcza jeśli — broń Boże — Dom i Jenny kiedykolwiek się zejdą. Choć musiałem uczciwie przyznać, że nie brzmi to zbyt prawdopodobnie.

Kiedy znaleźliśmy się wewnątrz i nacisnęła guzik windy, usłyszałem szybkie kroki dobiegające z holu za recepcją. Brzmiało to, jakby portier właśnie wracał, toteż gdy drzwi windy się otworzyły, pospiesznie wszedłem do środka i przywarłem do ściany, nadal nie chcąc, by mnie widziano.

Jenny podążyła w moje ślady, stanęła pośrodku i gdy drzwi zaczęły się przesuwać, zawołała:

— Cześć, John! Już myślałam, że strajkujesz.

— Przerwa na kibel — usłyszałem głos portiera, a potem drzwi się zasunęły.

Jenny nacisnęła guzik dziewiątego piętra.

Patrzyliśmy na siebie przez długą sekundę i natychmiast pojąłem, co się stanie. Pochyliła się naprzód. Ja także.

Pierwszy pocałunek był nieśmiały, tak jak zwykle w filmach. Poczułem, jak ulatniają się ze mnie resztki wyrzutów sumienia.

Drugi był dłuższy, mocniejszy, ledwie zauważyłem, gdy drzwi znów się otworzyły. Przerwaliśmy na parę sekund, a potem wzięła mnie za rękę i poprowadziła krótkim korytarzem do swoich drzwi, całując raz jeszcze, nim wmanewrowaliśmy do środka, wciąż złączeni wargami.

Mieszkanie Jenny było bardzo ładne, jak można oczekiwać po modnym, nowoczesnym budynku. Przedpokój wychodził bezpośrednio na przestronny, elegancko urządzony salon z wielkimi oknami od podłogi do sufitu, z widokiem na park.

Na moment puściła mnie i cofnęła się o krok.

— Zwykle nie jestem taka śmiała, wiesz?

— Wiem — odparłem. Oczywiście nie wiedziałem, ale uznałem, że to najlepsza odpowiedź.

— Po prostu zawsze miałam do ciebie słabość.

— Ja chyba do ciebie także — przyznałem.

— Chcesz się czegoś napić?

Nigdy nie zapomnę swojej odpowiedzi, głównie dlatego, że była tak banalna i że całkowicie zaprzeczała mojej reputacji romantyka oraz mistrza słowa.

— Nie — odparłem. — Chcę tylko ciebie.

Chyba jednak podziałała, bo w następnej sekundzie znów się całowaliśmy. Pozostaliśmy w tej pozycji przez kilka minut, badając dłońmi swoje ciała, obściskując się zachłannie. A potem Jenny wyszeptała zmysłowo, że czas iść do łóżka.

Nie protestowałem i zaczęliśmy przesuwać się bokiem, jak kraby, wciąż złączeni, do obszernej sypialni z lustrami na ścianach i wielkim łożem zasłanym czarną satynową pościelą. Muszę przyznać, iż wyglądało jak zaprojektowane z myślą o podobnych spotkaniach.

Jenny ściągnęła mi kurtkę i cisnęła w kąt, a potem zaczęła majstrować przy pasku.

Niestety w tym właśnie momencie, z idealnym wyczuciem czasu poczułem coś, co stanowi koszmar każdego mężczyzny w podobnej sytuacji: nagły nacisk na pęcherz. Naprawdę nie chciałem nic mówić, w obawie, że zniszczę nastrój, ale wiedziałem też, znając swoją fizjologię, że muszę, w przeciwnym razie parcie będzie narastać, co z kolei może zrujnować wszystko.

Odczekałem kolejnych trzydzieści sekund z nadzieją, że to minie. Nic z tego.

— Muszę na moment skoczyć do łazienki — wymamrotałem, nie odrywając od niej ust.

— Jest tam — szepnęła, wskazując drzwi po prawej. — Pospiesz się.

— Jasne — odparłem i oderwałem się od niej.

Po przepychu reszty mieszkania łazienka stanowiła pewien zawód. Choć połączona z sypialnią, była pozbawiona okien i stanowczo za mała, jakby projektant popełnił błąd w obliczeniach i zabrakło mu miejsca. Z trudem wcisnąłem się przed ubikację, unikając wpadnięcia do wanny.

Niewiele jest rzeczy bardziej zniechęcających dla kochanki podczas pierwszego razu, niż słuchanie głośnego sikania partnera, toteż odkręciłem kran w umywalce, by zamaskować hałas. Potem, kiedy skończyłem i spuściłem wodę, umyłem ręce i przejrzałem się w lustrze. Uznałem, że nie wyglądam tak źle, biorąc pod uwagę, że przez ostatnich osiem godzin zajmowałem się głównie piciem. Przybrałem nawet seksowną minę, zerkając na siebie z ukosa.

I właśnie w tym momencie usłyszałem, jak Jenny sapnęła raz jeden bardzo głośno i krzyknęła.

Zamarłem.

Krzyk ucichł nagle. Ktoś zatkał jej dłonią usta. A potem usłyszałem za drzwiami ruch i naglące, przyciszone głosy dwóch mężczyzn.

— Przytrzymaj ją — syknął jeden z nich. Mówił z ostrym, wyraźnie północnoirlandzkim akcentem. — Muszę wbić igłę.

W stłumionych krzykach Jenny zabrzmiała nowa desperacja.

— Zamknij się, kurwa, i przestań szarpać! — warknął drugi z mocnym akcentem londyńskim. Tuż po tym nastąpiło głośne plaśnięcie, jakby ktoś wymierzył siarczysty policzek.

Nie miałem pojęcia, co się tam dzieje, ale wiedziałem, że muszę interweniować, bo ktoś zaatakował Jenny. Tyle że wmurowało mnie w ziemię. Nie jestem twardzielem jak Maxwell, tylko zwykłym śmierdzącym tchórzem, który co dzień czyta w gazetach historie o bezsensownych zabójstwach ludzi dość odważnych, by pomagać ofiarom przestępstw. Zawsze powtarzałem, że nigdy nie zlekceważę czyjegoś wezwania pomocy, bo gdybym to zrobił, nie potrafiłbym ze sobą żyć. Lecz teraz, gdy to się działo zaledwie parę metrów ode mnie, odkryłem, że nie mogę się ruszyć, w moim ciele adrenalina zmagała się ze strachem.

Krzyki Jenny się urwały. Tak po prostu.

Zrób coś! — wrzasnął na mnie wewnętrzny głos. Ale co do diabła miałbym zrobić?

— Dzięki Bogu. — Londyńczyk westchnął głośno; sądząc z tonu głosu, odprężył się wyraźnie. — Ale przyznasz, niezła z niej laska.

— Nawet o tym nie myśl — odparł wyniośle Irlandczyk. Tym razem jego głos dobiegł tuż zza drzwi łazienki. — Nie mamy czasu. Ściągnij ją z łóżka. Ja muszę się odlać.

W tym momencie gałka drzwi zaczęła się obracać.

Jezu Chryste! Skurwysyn zamierzał tu wejść, a ja zamknąłem drzwi! Gdy tylko się zorientuje, zrozumie, że w mieszkaniu jest ktoś jeszcze, i to będzie mój koniec. Tkwiłem w pułapce. W jednej chwili szykowałem się do namiętnej nocy z atrakcyjną kobietą, w następnej modliłem o swoje życie.

Gałka obracała się dalej. Gość wciąż gadał. Serce waliło mi w piersi.

Zrób coś!

Pochyliłem się i odciągnąłem zasuwkę z nadzieją, że jego głos zagłuszy szczęk. A potem, poruszając się szybko i starając nie hałasować, wszedłem do wanny i zaciągnąłem zasłonkę prysznica, ukrywając się za nią.

W samą porę. W następnej sekundzie drzwi się otworzyły i facet wszedł do środka, zamykając je głośno za sobą.

Znów zamarłem, zaciskając zęby, nie śmiałem nawet odetchnąć. Nieznajomy stanął przed ubikacją i rozpiął rozporek sapiąc głośno, zaledwie kilkanaście centymetrów ode mnie. Był średniego wzrostu, a jego szczupłe, umięśnione ciało świadczyło o tym, że dużo ćwiczył. Gdybym wyciągnął rękę, mógłbym poklepać go przez zasłonę po ramieniu — stał tak blisko.

Miałem wrażenie, że to trwa wiecznie, i z każdą sekundą obawiałem się, że jakiś szósty zmysł ostrzeże go o mojej obecności. Wreszcie jednak skończył i kiedy spuścił wodę i wyszedł, nie zawracając sobie głowy myciem rąk, w końcu znów odetchnąłem.

Tym razem zostawił drzwi otwarte i choć wiedziałem, że instynkt samozachowawczy, w odróżnieniu od honoru, nakazuje mi pozostać tam, gdzie jestem, póki nie wyjdą, a potem zadzwonić na policję, nie zdołałem oprzeć się pokusie zerknięcia zza zasłony.

Z miejsca, w którym stałem, widziałem dolną ćwiartkę łóżka i kawałek pokoju tuż przed nim. Teraz zajmowało go coś, co wyglądało jak duży wózek sprzątaczki. Widziałem także gołe nogi Jenny, od kolan w dół. Nie miała na sobie dżinsów, w których zostawiłem ją zaledwie parę minut wcześniej. Nie dostrzegłem ani śladu intruzów. Mogłem jedynie założyć, że skurwiele zamierzają ją zgwałcić, choć wiedziałem, że nie mieli czasu, by ją rozebrać. Bez wątpienia rozbierała się dla mnie i na myśl o dotykających jej bandziorach ogarnął mnie gniew.

Odsunąłem się od zasłony, szukając czegoś, co mogłoby posłużyć za broń. Pośród drobiazgów otaczających wannę wypatrzyłem antyczną mosiężną mydelniczkę w kształcie olbrzymiej złotej rybki. Podniosłem ją i poczułem zadowalający ciężar. Niewiele tego, ale będzie musiało wystarczyć.

Ściskając ją w prawej dłoni, powoli znów wyjrzałem. Teraz po raz pierwszy zobaczyłem porządnie jednego z intruzów. To nie on sikał w łazience. Ten gość był wielki, dobrze zbudowany, miał ogoloną głowę i wyglądał na takiego, co nie zna litości. Ubrany w niebieski kombinezon, przenosił na wózek nieruchomą, nieprzytomną Jenny. Została tylko w staniku i majtkach, napastnicy zakneblowali ją chusteczką i związali jej ręce za plecami. W tej pozycji wyglądała tak krucho i bezbronnie, że zadrżałem z wściekłości. A jednak nadal się nie ruszyłem. Nawet kiedy gość zatrzymał się i rzucił ją na wózek niczym worek śmieci. Bo straszliwie się bałem. Bo wiedziałem, że w ostatecznym rozrachunku nie mam żadnych szans w walce z tym facetem, a co dopiero dwoma, i powtarzałem sobie, że nie ma sensu interweniować, że w żaden sposób nie pomogę Jenny. Znacznie lepiej zaczekać do ich wyjścia i zadzwonić na policję. Nie widziałem drugiego, ale nagle usłyszałem go, przemawiał z miejsca gdzieś za drzwiami, a jego słowa wypowiedziane z ostrym północnoirlandzkim akcentem cięły powietrze niczym nóż.

— A to czyje?

I gdy znalazł się w polu mojego widzenia, zwrócony do mnie plecami, serce zamarło mi w piersi.

Bo skurwiel trzymał w ręce moją kurtkę. W ostatniej sekundzie, nim wcisnąłem się za zasłonkę, zobaczyłem, jak obaj odwracają się w moim kierunku.

3

Każdy mięsień mego ciała się napiął, uchwyciłem się mydelniczki niczym ponury żniwiarz kosy. Zapędzili mnie w kozi róg, nie miałem żadnego wyjścia. Moja kurtka była uszyta z wypłowiałej brązowej skóry, niewątpliwie męska i dobre trzy rozmiary za duża na Jenny, która miała najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu, dobre dwadzieścia centymetrów mniej ode mnie. Toteż faceci wiedzieli już, że gdzieś tu musi być mężczyzna, a w mieszkaniu nie było zbyt wielu schowków. A może nie? Może pomyślą, że ktoś po prostu zostawił tu kurtkę? Może jednak nic mi nie będzie.

Lecz jeśli tak, czemu ten gość ją podniósł?

Przerażenie, które czułem, przerastało wszystko, czego dotąd doświadczyłem. Nogi uginały się pode mną, obawiałem się, że zaraz zemdleję.

Co teraz zrobić? Uciekać? Zostać na miejscu? Rozdarty, w żaden sposób nie mogłem się zdecydować.

Mężczyźni milczeli, zdawało mi się, że trwa to bardzo długo. Potem usłyszałem szybkie kroki, najpierw na wykładzinie w sypialni, a potem na wyłożonej kafelkami podłodze łazienki. Ujrzałem ciemną sylwetkę.

Zasłonka od prysznica odsunęła się gwałtownie i znalazłem się twarzą w twarz z człowiekiem po czterdziestce, którego złowieszczy uśmiech przypominał bezkrwistą ranę przecinającą bladą, upiorną twarz naciągniętą tak mocno po operacjach plastycznych, że jego wielkie, okrągłe jak spodki oczy wyglądały, jakby już dawno straciły zdolność mrugania. Rzednące, sztywne włosy wyrastały z czaszki niczym kruczoczarne druty.

To był Irlandczyk; w jednej dłoni w rękawiczce nadal trzymał moją kurtkę, w drugiej dzierżył piętnastocentymetrowy, błyszczący sztylet.

Omal nie posikałem się ze strachu, miałem ochotę zwinąć się w kłębek i umrzeć, pozwolić nogom po prostu ugiąć się pode mną.

Ale nie zrobiłem niczego takiego. Zamiast tego w chwili, gdy jego oczy zabłysły nieprzyjemnie, a wąski uśmiech wykrzywił się lekko w koniuszkach, ze wszystkich sił, jakie udało mi się zebrać, rąbnąłem go w twarz mydelniczką, wywracając wprost na umywalkę.

Jęknął z bólu i upuścił nóż; na jego policzku otworzyła się głęboka rana.

Nie miałem zbyt wiele miejsca, by go wyminąć, ale nawet się nad tym nie zastanawiałem. Wyskoczyłem z tej wanny niczym ogar z boksu i wpadłem do sypialni.

Wielki gość z łysą czaszką stał po drugiej stronie wózka w tej samej pozycji co wcześniej, tyle że teraz wyciągnął z kieszeni kombinezonu duży nóż i patrzył na mnie zimnymi, pewnymi siebie oczami.

Wrzeszcząc wniebogłosy w rozpaczliwej próbie spłoszenia go, nie zwalniając ani na moment, cisnąłem mu mydelniczką w twarz. Uniósł rękę, by osłonić się przed uderzeniem, lecz trafiła go w łokieć i wrzasnął z bólu. Pół sekundy później wpadłem na wózek i rąbnąłem go nim w podbrzusze, pozbawiając równowagi, choć nie do końca przewracając.

Wystarczyło to jednak, by kupić mi półtorej sekundy, a tyle tylko potrzebowałem. Popędziłem ku uchylonym drzwiom sypialni, nie podnosząc głowy i uskakując przed nożem, którym zamachnął się szaleńczo; otworzyłem je pchnięciem i wbiegłem do salonu, czując nagły przypływ nadziei. Uda mi się. Wydostanę się stamtąd.

— Zostaw go, jest mój — warknął ktoś za plecami. To był Irlandczyk o okrągłych oczach, w jego głosie brzmiał lodowaty spokój, od którego zacisnęło mi się serce.

Przeskoczyłem przez stolik, potknąłem się i o mało nie wpadłem na drzwi frontowe. Chwyciłem klamkę i szarpnąłem jak najmocniej, w ostatniej sekundzie dostrzegając zasunięty łańcuch. Co niewiarygodne, nie wpadłem w panikę — odczepiłem go jednym szybkim ruchem, pchnąłem drzwi i wypadłem na korytarz.

Poczułem, jak coś przelatuje w powietrzu obok. Nóż. Dotknąłem materiału koszuli, ale nie zwolniłem. Był tuż za mną, dzieliło nas niecałe pół metra. Słyszałem jego oddech.

Zacząłem biec, natychmiast uświadamiając sobie, że kieruję się w stronę przeciwną do wind i że korytarz przede mną kończy się ślepą ścianą. Znów wrzasnąłem w nadziei, że ktoś mnie usłyszy, myśląc, że jeśli narobię dość hałasu, mój prześladowca wystraszy się i zawróci; nie usłyszałem jednak niczego, jedynie przejmującą, martwą ciszę. Zupełnie jakbym nagle znalazł się w samym środku koszmaru.

Tamten zbliżał się za moimi plecami, jego oddech niemal muskał mi kark i właśnie to cierpliwe, drapieżne milczenie przerażało mnie najbardziej.

Na końcu korytarza ujrzałem drzwi oznaczone rysunkiem schodów i niesiony kolejną falą nadziei przyspieszyłem, krzycząc jak najgłośniej w owej ciszy. Uderzyłem w drzwi w sposób, którego nie powstydziłby się Maxwell. Ponieważ okazały się wahadłowe, otworzyły się gwałtownie i zachwiałem się, o mało nie upadając. A potem skręciłem ostro w prawo i pomknąłem w dół schodów, przeskakując po dwa stopnie, wiedząc, że jeśli upadnę, będę trupem.

Biegłem, czując, że całe ciało mnie boli z wysiłku, a oszołomienie i wpływ alkoholu sprawiły, że nie miałem pojęcia, jak długo wytrzymam. Nadal słyszałem go blisko i rozpaczliwie pragnąłem obejrzeć się za siebie, wiedziałem jednak, że może mnie to kosztować bezcenne ćwierć sekundy, które może okazać się różnicą pomiędzy życiem a śmiercią. Zamiast tego zacząłem przeskakiwać po cztery stopnie, modląc się, żeby portier wciąż siedział w recepcji, bo wtedy przynajmniej mógłby pomóc.

Nagle tuż przed twarzą ujrzałem nóż, napastnik skoczył mi na plecy i poleciałem naprzód, potykając się na stopniach. Wywinąłem koziołka, uderzając się boleśnie głową o twarde, wyłożone linoleum schody. Wiedziałem, że w każdej chwili mogę zarobić cios nożem. Potem jednak usłyszałem, jak z brzękiem odbija się o ścianę, kiedy zrzuciłem jego właściciela.

Wylądował ciężko u stóp schodów, jakimś cudem jednak nadal trzymał w dłoniach broń. Teraz zaś znajdował się przede mną i blokował mi wyjście. Ja tymczasem leżałem na brzuchu na stopniach, zaledwie półtora metra od koniuszka ostrza. Jego twarz krwawiła w miejscu, gdzie zraniłem go mydelniczką, drutowate włosy zmierzwiły się lekko. Nadal jednak wyginał usta w okrutnym, drapieżnym uśmiechu, jak gdyby ów grymas odbił się trwale w naciągniętej skórze, a jego oczy patrzyły z mrożącą krew w żyłach pewnością siebie, jakby wiedział, że cokolwiek zrobię, w ostatecznym rozrachunku nie uczyni to najmniejszej różnicy, że wynik jest już przesądzony.

Ja jednak jeszcze nie skończyłem. Rękami dźwignąłem się w górę jak przy energicznej pompce. Jakimś cudem zdołałem to zrobić nieco szybciej niż on, a potem przeskoczyłem przez poręcz na następny ciąg schodów i potykając się, zbiegłem po nich, nie zważając na bolesne pulsowanie w czaszce.

I znów niemal zrównał się ze mną. Wiedziałem, że nie zrezygnuje. Toteż przywoławszy resztki dostępnej mi energii, przeskoczyłem cały następny ciąg schodów, wylądowałem ciężko na nogach, obróciłem się, nie wypuszczając poręczy, i powtórzyłem to samo raz, i drugi, przepełniony oszałamiającym adrenalinowym podnieceniem na myśl o perspektywie ucieczki.

W tym samym momencie schody się skończyły i pojąłem, że przeoczyłem zejście na parter i być może mają szansę. Zamiast tego znalazłem się w piwnicy.

Dysząc, spojrzałem w górę w momencie, gdy mój prześladowca stanął na szczycie schodów.

— Ups — rzucił wesoło, kiwając przed sobą nożem niczym karcącym palcem. — Kiepski pomysł.

Jakaś niewielka część mnie miała ochotę się poddać. Uznać fakt, że nie zdołam uciec, i zdać się na łaskę tamtego. Wiedziałem jednak, że na jego łaskę nie ma co liczyć.

I była to zaledwie drobna cząstka mnie. Instynkt samozachowawczy zwyciężył, toteż w chwili, gdy facet zeskoczył z ostatnich schodów, obróciłem się i popędziłem do drzwi przeciwpożarowych w kącie — jedynego możliwego wyjścia. Nie miałem pojęcia, czy są otwarte, czy zamknięte, ani dokąd prowadzą, kierowałem się czystym instynktem przetrwania. W biegu szarpnąłem metalową klamkę, poczułem, jak ustępuje, i na poły wbiegłem, na poły poleciałem w głąb zimnego i olbrzymiego podziemnego garażu.

Tamten wciąż trzymał się mnie, niemal jak przyklejony, lecz tym razem przeszedłem do ofensywy, odwróciłem się i całym ciężarem rąbnąłem w drzwi przeciwpożarowe, zaskakując go i przytrzaskując rękę z nożem.

Nim jednak zdążyłem poczynić poważniejsze szkody, tamten pchnął z przeciwnej strony. A ponieważ był znacznie silniejszy ode mnie i miał po swojej stronie siłę rozpędu, drzwi rozwarły się gwałtownie, a ja poleciałem do tyłu.

Obróciłem się i pobiegłem przez pogrążony w półmroku, milczący garaż, nie wiedząc, gdzie teraz skręcić. Przed sobą widziałem wielkie podnoszone drzwi, wiedziałem, że to wjazd albo wyjazd, ale niestety były zamknięte. Nogi mi słabły, nie zdołałem utrzymać tempa — skurwiel biegł jak maszyna — i po zaledwie dwudziestu metrach po raz drugi skoczył mi na plecy, wywracając na beton.

Siedząc na mnie okrakiem, chwycił mnie za włosy i uniósł głowę. W ułamku sekundy pojąłem, że zamierza poderżnąć mi gardło niczym zwierzęciu. Szarpnąłem się i próbowałem wyrwać, bo nagle tuż przed moją twarzą pojawił się nóż. Zdołałem uwolnić jedną rękę. Natychmiast chwyciłem go za przegub, odpychając od siebie ostrze. Szarpnąłem także głową naprzód, próbując go ugryźć, lecz uchwyt na włosach okazał się zbyt silny. Facet miał nade mną przewagę i obaj o tym wiedzieliśmy. Wciąż trzymałem go za przegub, ale ręka trzęsła mi się z wysiłku. W tym momencie moją przewidywaną długość życia można by mierzyć w sekundach.

Nagle nasz pojedynek na śmierć i życie przerwał jęk podnośników hydraulicznych. W sekundę później drzwi zaczęły się otwierać. Chyba zaskoczyło to nas obu, bo poczułem, jak jego uchwyt na moich włosach na moment słabnie. To dało mi szansę, której potrzebowałem. Wbiłem zęby w przegub dłoni dzierżącej nóż i mocno zacisnąłem szczęki, wiedząc, że póki go gryzę, nie będzie mógł mnie zranić.

Facet wrzasnął i znów złapał mnie za włosy, ciągnąc do tyłu, lecz tym razem nie zamierzałem wypuścić i gryzłem mocniej. Przypomniałem sobie coś, co kiedyś czytałem na temat siły ludzkiego ugryzienia, podobno jego nacisk wynosi czternaście kilogramów na centymetr kwadratowy. Poczułem w ustach smak krwi, jego wrzaski stały się głośniejsze.

A przez cały ten czas drzwi podnosiły się coraz wyżej. Teraz wisiały już półtora metra nad asfaltem i wiedziałem światła wielkiej terenówki, czekającej na wjazd do garażu. Nie ma mowy, by kierowca nas nie zauważył. Więc jednak mi się uda. Poczułem przypływ nadziei i nadal zaciskałem zęby na przegubie.

Wówczas jednak szybkim, gwałtownym ruchem napastnik wyrwał rękę. Zamarłem, czekając, aż nóż rozpłata mi ciało. Zamiast tego ciężar przygniatający plecy zniknął i w sekundę później usłyszałem kroki na betonie, oddalające się w kierunku, z którego przybiegliśmy.

Wykończony i poobijany, leżałem bez ruchu, patrząc na terenówkę, która powoli wjechała do środka i skręciła w lewo, znikając mi z oczu. Kierowca mnie nie zauważył. Czy to oznacza, że napastnik wróci i dokończy dzieła? Czy czekał gdzieś w mroku?

Nie zamierzałem tego sprawdzać. Puściłem się szaleńczym pędem przez otwarte drzwi i w górę pochylnią. Kiedy wypadłem na ulicę, odetchnąłem świeżym nocnym powietrzem, jakby zależało od tego moje życie.

Lecz moje życie od niczego już nie zależało. Ocaliłem je. Teraz musiałem myśleć o Jenny.

Biegłem nadal ciemną, milczącą ulicą, aż w końcu dotarłem do alejki po prawej. Skręciłem w nią i wykończony, ukryłem się za parą kontenerów na śmieci, opierając się o ścianę i osuwając powoli, aż w końcu usiadłem na ziemi. Musiałem natychmiast zadzwonić na policję i poinformować o tym, czego byłem świadkiem, toteż gdy po kilku sekundach odzyskałem oddech, sięgnąłem do kieszeni w poszukiwaniu komórki.

I zakląłem. Została w kurtce, w mieszkaniu.

A wraz z nią coś jeszcze... Mój portfel. Ze wszystkimi dokumentami. Co oznaczało, że będą wiedzieć dokładnie, kim jestem.

4

Jakaś część mnie chciała wciąż uciekać. Oddalić się jak najbardziej od mieszkania Jenny, świadoma, jak blisko otarłem się o śmierć. Inna część chciała wrócić i patrzeć dalej z nadzieją, że może zdążę zobaczyć odjazd obu mężczyzn i zauważyć jakieś istotne szczegóły, które następnie mógłbym przekazać policji.

Tak się złożyło, że nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego. Byłem zbyt zmęczony, przez pełną minutę skupiałem się wyłącznie na odzyskaniu oddechu.

Gdy w końcu przestałem głośno dyszeć, dźwięk samochodu jadącego bardzo wolno ulicą przywołał mnie gwałtownie do rzeczywistości.

Jezu, oni wciąż tu są. Szukają mnie.

Odwróciłem się, szukając jakiegoś wyjścia, ujrzałem jednak tylko wysoki mur, na który w życiu nie zdołałbym się wdrapać. Tkwiłem uwięziony w ślepym zaułku. Świadom, jak beznadziejnie jestem odsłonięty, uniosłem pokrywę jednego z kontenerów i wcisnąłem się do środka, lądując głośno na stosie śmierdzących worków ze śmieciami.

Ścianki kontenera tłumiły dźwięki, usłyszałem jednak, jak samochód zatrzymuje się, i wiedziałem, że stoi u wylotu uliczki.

Szczęk otwieranych drzwi. I zamykanych.

Zacząłem się modlić. Tak naprawdę nigdy nie wierzyłem w Boga, lecz teraz, gdy nadeszła najbardziej przerażająca chwila mojego życia, rozpaczliwie błagałem o wybaczenie wszystkich grzechów, które mogłem popełnić, i obiecywałem szczerze, że jeśli Bóg wybawi mnie z opresji, stanę się lepszym człowiekiem. Będę płacił na cele charytatywne, pomagał ludziom... Wszystko.

Stój. Nie oddychaj.

Słyszałem ciche kroki na betonie. Zbliżały się. Coś plastikowego w jednym z worków zatrzeszczało pode mną i zacisnąłem zęby. Cisza była mordercza. Czy jeden z nich stał właśnie na zewnątrz z nożem w dłoni, gotów do ataku?

Zamarłem, wytężając słuch.

Cisza.

Zdawało się, że czekanie trwa wieki. Sekundy płynęły niczym nudne, wlokące się nieznośnie godziny.

A potem usłyszałem ponowne trzaśnięcie drzwi i szum silnika odjeżdżającego samochodu.

Gwałtownie wypuściłem powietrze, ale się nie poruszyłem. To mogła być pułapka.

Stopniowo zacząłem oddychać spokojniej, nadal jednak leżałem bez ruchu, słuchając nocnej ciszy. W pewnym momencie chyba nawet zdrzemnąłem się chwilę: pamiętam, że otworzyłem oczy i przeżyłem wstrząs, bo wciąż otaczała mnie ciemność i potworny smród, miałem wrażenie, jakby ktoś przetarł mi wnętrze ust papierem ściernym. Z początku nie wiedziałem, gdzie jestem. Potem wspomnienia powróciły nagłą falą, niczym upiorne halucynacje. Ktoś próbował mnie zabić i prawie mu się to udało.

Parę razy odetchnąłem głęboko, by się uspokoić, a potem dźwignąłem się na nogi i wygramoliłem z kontenera na znacznie świeższe powietrze. W uliczce panowała cisza, nawet nocne dźwięki miasta zdawały się dziwnie stłumione. Przeciągnąłem się i zerknąłem na zegarek. Właśnie minęło dwadzieścia po pierwszej — ponad godzina od tamtych wydarzeń. Nagle oczyma duszy ujrzałem nieprzytomną Jenny, rzuconą niedbale na wózek, i znów ogarnął mnie gniew i poczucie winy. Mogłem coś zrobić, żeby jej pomóc. Ale nie zrobiłem.

Pocierając ręką oczy i próbując skupić myśli spowolnione nadejściem pierwszych oznak wczesnego kaca, wróciłem na ulicę Jenny i przypominając sobie wcześniej pokonaną trasę, skręciłem w lewo. Zatrzymałem się przed jej apartamentowcem. Wszystko wyglądało tak samo jak wtedy, gdy zjawiliśmy się tu razem — miałem wrażenie, że od tej chwili minęło całe życie. Tyle że tym razem portier, facet w średnim wieku i krawacie, siedział na recepcji i pogrążony w lekturze gazety zajadał chipsy z paczki. Wyglądało to zupełnie naturalnie. I kiedy tam stałem, ogarnęło mnie nagle osobliwe uczucie, że może tak naprawdę nic się nie wydarzało. Może przyśniło mi się to wszystko.

Ale nie. To się stało. Byłem pewien.

Ruszyłem w stronę drzwi, potem jednak przystanąłem. Nie ma sensu próbować rozmawiać z portierem. Wyglądałem i cuchnąłem okropnie — zasnąłem przecież w śmietniku — a poza tym wcześniej w ogóle mnie nie widział. Pewnie wziąłby mnie za wariata. Musiałem skontaktować się z policją. Lecz kiedy nie dysponuje się telefonem ani kartą kredytową, a jedynie garścią drobniaków w kieszeni dżinsów, łatwiej to powiedzieć niż zrobić.

Nauczyłem się na pamięć adresu Jenny i wyszedłem na główną ulicę, kierując się na południe. Jezdnią wciąż przemykały samochody, lecz większość taksówek starannie mnie ignorowała, a te nieliczne, które stanęły, odjeżdżały, gdy tylko informowałem, że muszę się dostać na komendę policji i niemal na pewno mam za mało kasy. W końcu znalazłem kierowcę na tyle szlachetnego, że powiedział mi, jak trafić na najbliższy posterunek, a potem, poradziwszy mi, żebym jak najszybciej wziął kąpiel, błyskawicznie zniknął.

Droga nie była daleka, lecz kilka razy zdążyłem pobłądzić i minęła już druga, nim w końcu przekroczyłem próg komendy w Islington i natychmiast znalazłem się w samym sercu sceny z rodzaju tych, które, jak podejrzewam, rozgrywają się na podobnych posterunkach przez większość nocy i która przypomniała mi dobitnie, czemu właściwie zdecydowałem się wyjechać z Anglii.

Potężny gość z nadwagą, ubrany w obciętą koszulkę i szorty spadające z rozłożystego zadka, leżał na brzuchu na linoleum, przytrzymywany przez czterech mundurowych, kopiąc, szarpiąc się i wrzeszcząc, że nie jest pijany, choć wszystkie dowody świadczyły o czymś wręcz przeciwnym. Tymczasem jego dziewczyna z wykręconą do tyłu ręką tkwiła przyciśnięta do ściany przez dwie policjantki, próbujące uskoczyć przed jej szpilkami, którymi kopała niczym oślica, wydając z siebie przy tym przeciągłe, przeszywające wrzaski rodem z horroru, głosem tak piskliwym, że musiałem zatkać rękami uszy. Wnętrze śmierdziało stęchłym potem i środkami odkażającymi. Nagle ogarnęła mnie przemożna tęsknota — w tym momencie pragnąłem jedynie leżeć obok Yvonne na cichej burgundzkiej farmie, gdzie niegdyś mieszkaliśmy, i nasłuchiwać stłumionego pohukiwania sów.

Okrążyłem faceta na podłodze i zatrzymałem się przed biurkiem. Siedzący za nim znużony światem sierżant o pociągłej twarzy i solidnie podkrążonych oczach obdarzył mnie spojrzeniem tak głęboko niezainteresowanym, iż musiałem założyć, że ćwiczył je przed lustrem całymi godzinami.

— Wsadźcie go do trójki! — zawołał ponad moim ramieniem, wykorzystując chwilową przerwę w krzykach. Potem westchnął i z powrotem skupił na mnie wzrok. — Słucham pana?

— Chciałbym zgłosić porwanie — oznajmiłem, przybierając najpoważniejszą i najszczerszą minę.

— Czyje?

— Znajomej.

— Kiedy to się stało?

Spojrzałem na zegarek.

— Parę godzin temu.