Cisza - Brunos - E-Book

Cisza E-Book

Brunos

0,0
9,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Alicja Masłowska-Burnos proponuje czytelnikom dramat psychologiczny z kryminalnymi wątkami i subtelną erotyką w tle. Jej powieść dotyka problemu pracoholizmu i perfekcjonizmu. Ukazuje, jak łatwo pogubić się w codzienności, gdy nie rozróżniamy hierarchii potrzeb. Skłania do refleksji i przekonuje, że możliwe jest odcięcie się od traumatycznej przeszłości i przebaczenie. Mieszanka gatunków wykraczająca poza ramy literatury kobiecej. Maja, jest młodą, piękną singielka, która dała się porwać w szpony niebezpiecznych nałogów. Pedantyzm i skrupulatność w wykonywanej pracy, pochłaniają ją bez reszty. Nie wierzyła, że z tego można się wyleczyć, dopóki nie poznała bogatego developera Adama. Dała się porwać gorącej namiętności. Kiedy w życiu osobistym zaczyna się układać, ktoś podstępnie wykorzystuje to w pracy... Oszustwa, matactwa i kłamstwa to zasady, jakimi kieruje się szef Mai – Albert Lenkiewicz. Nieobliczalny człowiek sterujący korporacyjną machiną. Zamieszany w nielegalne przeprowadzanie przetargów, przyczynia się do tragicznych wydarzeń w życiu kobiety…  

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2019

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Alicja Masłowska-Brunos
Cisza
Wydawnictwo Psychoskok

Alicja Masłowska‑Brunos „Cisza”

Copyright © by Alicja Masłowska‑Brunos, 2019

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

Projekt okładki: Jakub Kleczkowski

Skład: Jacek Antoniewski

Zdjęcie na okładce: Kamil Kocimski

Skład epub i mobi: Kamil Skitek

ISBN: 978-83-8119-285-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

 

Rozdział 1

 

29 sierpnia 2014 roku

Błyszczyk Bourjois w odcieniu ciemnego różu, podkład Chanel, odrobina bronzera i obowiązkowo perfumy Chanel Chance… A, jeszcze detale: torebka z Kazara koniecznie czarna i moje ukochane czarne szpilki, a może czerwone szpilki, żeby trochę przełamać ten dress code. Co do reszty raczej spodnium idealnie podkreślające figurę. Szare spodnium, ciemne oczy push‑up w odcieniu grafitowego srebra i moje platynowo‑popielate blond włosy, może tym razem wolno rozpuszczone, okalające szyję i ramiona?

− Jak sądzisz, będę dobrze wyglądać w tym zestawieniu?

− Gdzie ty się wybierasz, Majka? Przecież to twój ostatni dzień w pracy, po co się tak spinasz? Chyba powinno ci być już wszystko jedno jak cię odbiorą na sam koniec. Przez wiele lat pracowałaś i zapracowałaś sobie na dobrą opinię i szacunek.

− Przestań, przestań. Mam ostatni dzień w moim starym szpitalu. Muszę dobrze wyglądać. Wiesz, diabeł tkwi w szczegółach.

− Ty zawsze wyglądasz perfekcyjnie, więc nawet mnie o to nie pytaj. Jesteś pewna, że dobrze robisz? Dla szpitala w Opolu pracowałaś 7 lat, doszłaś wysoko, cenią cię i lubią. Pamiętam, ile cię kosztowało wyprowadzenie działu po twojej poprzedniczce, która narobiła niezłych przekrętów. Posprzątałaś wszystko, wyprowadziłaś na bardzo wysoki poziom i chcesz najzwyczajniej w świecie odejść? Teraz, kiedy możesz w końcu zacząć odcinać kupony? Może warto by było przemyśleć jeszcze sprawę i zastanowić się nad założeniem rodziny tak na poważnie, co? − Tak, jestem pewna, że dobrze robię. Nie będę żałować tej decyzji, zobaczysz. Zawsze wiem, co jest dla mnie najlepsze, mam doskonale wykształcony instynkt samozachowawczy. Potrzebuję zmiany, wyzwań, pasji a nie ciepłej, miłej posadki, domu z ogródkiem, dzieci, psa z niebieskimi oczami i długą sierścią. To nie dla mnie, uduszę się… Mam dopiero 32 lata. Nic mnie tu nie trzyma. Kupiłam już we Wrocławiu mieszkanie, częściowo niestety na kredyt, ale myślę, że w ciągu kilku lat uda mi się je spłacić. Do ciebie i do mamy, do Opola, mam kilkadziesiąt kilometrów, a z facetami sama wiesz. Przelotny seks to wszystko, co mnie interesuje. Na brak chętnych narzekać nie mogę.

− Zaczekaj chwilę, muszę iść do toalety.

− Co ci jest?

− Nic, trochę mi leci krew z nosa. Tak już mam. Ostatnio sporo pracowałam i jeszcze te MBA kończyłam, trochę kosztowało mnie to energii przez ostatnie lata. Tym bardziej że kończyłam je w języku angielskim. Przyznam, że dużo mi one dały. Czuję się już teraz znacznie pewniej jako manager.

− Zerknij, proszę, na mnie swoim okiem, jest OK?

− Tak, jest jak zawsze perfekcyjnie. Pewnie nawet gumka w majtkach pasuje do biżuterii, którą masz na sobie – wypowiadając te słowa, moja siostra ironicznie, z życzliwością jednak się uśmiechnęła.

− Pędzę, nie mogę się spóźnić w ostatnim dniu. Trzymaj się, pa.

 

*

 

W ostatni dzień w starej pracy mój lekko starzejący się, ale jakże elegancki, pan prezes Karol Nawar postarał się jak zawsze. Szampan, fondue z owocami, lekko już niemodny poczęstunek i mnóstwo przystawek, wszystko specjalnie przygotowane dla mnie.

– Spotkaliśmy się dzisiaj, aby pożegnać pracującą dla naszego szpitala przez 7 lat panią Maję Karewicz, prowadzącą dla nas z samymi sukcesami dział sprzedaży i promocji. Z wielkim żalem panią żegnamy. Chcemy zaznaczyć, że zawsze może pani do nas wrócić…

Przemówienie prezesa definitywnie zakończyło pewien rozdział w moim życiu. Wtedy jeszcze się nie spodziewałam, jak wszystko niebawem się zmieni…

Wsiadam do swojej giulietty w białym kolorze i odjeżdżam. Co czuję? Sama nie wiem. Na pewno nie ulgę. Lubiłam pracować dla mojego szpitala – tak o nim mówiłam od zawsze – ale czas na coś nowego, czas na zmiany w nowym miejscu. Miałam tu jak u Pana Boga za piecem, jednak poza sentymentem i dobrymi zarobkami nic mnie tu już nie trzyma, wszystko jest przewidywalne, proste, bez cienia adrenaliny, której potrzebuję do życia jak narkotyku.

Wrocławski rynek tej jesieni jest jeszcze piękniejszy niż zwykle, zaprasza mnie swoim urokiem, kusi z okien mojego nowego mieszkania. Widzę jego najpiękniejsze elementy, uspokaja mnie zabiegany plac Solny, a właściwie to zakochany plac Solny. Można by napisać całą historię miłosną o wszystkich tych ludziach, którzy kupują na nim kwiaty dla swoich ukochanych. Właśnie jakiś chłopak, raczej niezbyt zamożny, wyszukuje drobniaki z kieszeni, aby kupić swojej dziewczynie kwiaty… Boże, co ja mówię, wychodzi ze mnie romantyczna dusza, choć dawno ją pochowałam! Majka, ogarnij się. Chłodna kalkulacja, perfekcja, tylko to jest tobie teraz potrzebne.

Moje wrocławskie mieszkanie jest perfekcyjnie czyste, biało‑szare z elementami ekstrawaganckiej czerwieni i czerni. Całkiem pokaźne jak na singielkę. 75 metrów kwadratowych. Kuchnia jest połączona z salonem i zajmuje około 40 metrów.

Sporo w niej kamiennych blatów, chociaż w zasadzie to nie wiem po co. Gotować zamiaru nie mam, szkoda życia, nawet nie potrafię. Bez uchwytowe szafki od ziemi po sam sufit, ogromny kamienny stół i czerwone detale. Najbardziej jednak w całym mieszkaniu podoba mi się sypialnia z garderobą. Na środku sypialni stoi ogromne łóżko z metalowymi elementami, wyobraźnia pracuje, jak tylko się na nie spogląda. Naprzeciw łóżka drzwi do ogromnej garderoby, a w niej miliony szafek, wieszaków i półek na moje ukochane kolekcje od rodzimych projektantów. Kolekcja sukienek koktajlowych od Ewy Minge i Macieja Zienia będą błyszczeć, wisząc na wieszakach garderoby i moje dwie perełki od La Manii, w tym jedna mała biała, a właściwie mała kremowa sukienka koktajlowa na szczególne okazje. Łazienkę projektant spieprzył. Jak tylko się zadomowię, będę musiała ją wyremontować. Wygląda jak dla pszczółki– pierdółki, nie mam pojęcia, co mu strzeliło do głowy z tymi ciepłymi beżami. Nie znoszę ciepłych kolorów, mówiłam mu o tym. Tylko on oczywiście zrobił po swojemu, gdyby nie to, że jutro rano zaczynam pracę, zrobiłabym ją po swojemu, bo ewidentnie jest oderwana od całości mieszkania, zza którego okien wkrada się do środka wrocławski rynek.

Muszę się powoli zacząć rozpakowywać. Na przejście z jednej pracy do drugiej dostałam 3 dni, powinnam była odejść od razu ponad miesiąc temu, kiedy poinformowano mnie o pozytywnym wyniku rekrutacji. Wtedy nie przeprowadzałabym się „na wariata” z Opola, no ale cóż, to dla mnie typowe. Jednak jestem na siebie trochę zła. Mogłam się nie godzić na ten ekwiwalent za urlop, w zasadzie nie byłam na urlopie od 3 lat, nie licząc podróży służbowych…

No dobrze, chyba robię się głodna. Idę na rynek coś zjeść. Mężczyźni dziwnie mi się przyglądają. Zdążyłam się przyzwyczaić. Czy atrakcyjna kobieta, do cholery, nie może być sama? Tak, sama, nie samotna. Sama nie równa się samotna. Wolę x‑boxa, wieczorami wino, książki i dobry seks bez zobowiązań zamiast tego całego rodzinnego zgiełku.

Myślę, że grecka restauracja będzie odpowiednia na pierwszą kolację w nowym miejscu. Knajpka całkiem przyjemna, pomalowana na biało‑niebieskie kolory, stoliki oczywiście nakryte kraciastymi obrusami. Podchodzi do mnie kelner.

− Czy mogę przyjąć od pani zamówienie?

− Tak – odpowiadam. – Poproszę sałatkę grecką z suwlakami, białe wino, a na deser baklawę.

− Czy to już wszystko? Czeka pani na kogoś czy mam przynosić jedzenie w wyznaczonej kolejności?

− Nie, nie czekam, proszę przynieść danie główne, a później deser.

Nie dostanie napiwku, gnojek jeden. „Czeka pani na kogoś?” Co go to, do kurwy nędzy, obchodzi?

Jedzenie, pomimo średniego preludium w postaci wścibskiego kelnera, było pyszne, jednak chyba zacznę je sobie zamawiać do mieszkania. Mam dosyć podrywania mnie i znaczących uśmiechów ze strony mężczyzn. Jeśli któryś mi się spodoba, sama zrobię z nim, co zechcę, a następnie ucieknę do swojego świata. Lubię seks, ale ta cała otoczka i te wszystkie romantyczne gierki po drodze jakoś do mnie nie przemawiają i nigdy nie przemawiały.

Raz dałam się nabrać i bardzo mocno tego pożałowałam, bo facet okazał się żonaty i dzieciaty. Jak tylko się dowiedziałam, zostawiłam go. To jedna z zasad, których nigdy nie łamię. Nie rozbijam rodzin pomimo tego, że nie wierzę w ich prawidłowe funkcjonowanie. Szkoda mi dzieci w takich sytuacjach, ich cierpienie jest ważniejsze od moich kilku chwil przyjemności z ich tatusiem.

 

Poniedziałek, 1 września 2014 roku

Dzwoni budzik, 6 rano, muszę wstawać. Czeka mnie pierwszy dzień w nowej pracy, ciekawe, czy pójdzie tak łatwo jak podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Znokautowałam całą konkurencję. Bardzo motywują mnie zarobki 10 000 zł „na rękę” za prowadzenie działu sprzedaży i zamówień publicznych dla firmy dystrybuującej sprzęt medyczny. To kwota z wyższych półek, ale tak naprawdę to nie pieniądze tylko chęć zmiany pomogła mi podjąć decyzję. W zasadzie niczego nie ryzykuję. Podpisałam umowę na czas nieokreślony na dobrych warunkach. Czysta, klarowna sytuacja. Takie właśnie lubię. Tylko w takich się odnajduję. Maja, nie analizuj, tylko ruszaj tyłek pod prysznic. Do placu Strzegomskiego mogą być z rana korki.

Pierwszy dzień w nowej pracy. Myślę, że odpowiednia będzie mała czarna, która uwydatni niezłe nogi, oczywiście marynarka, Pandora na ręce z czarno‑srebrnymi charmsami, czerwona szminka, szpilki z lakierowanej skóry i spięte włosy. Powinnam wyglądać elegancko. Francuski manicure zamiast czerwonego lakieru na paznokciach też będzie odpowiedni. Nie, może jednak cielisty odcień lakieru french już też jest lekko passé. Bielizna musi być wyzywająca atłasowo‑koronkowa z push‑upem. Mój biust niestety nie jest bardzo pokaźny. Standardowe 75 B, klasyka. Trudno, taki mały wybryk natury. Przynajmniej są jędrne, resztę ciała mam naprawdę OK.

Wyglądam całkiem nieźle, odpowiedni wygląd zawsze dodawał mi pewności w krytycznych sytuacjach w pracy.

Obok mojego mieszkania jest jeszcze dwoje drzwi do dwóch sąsiednich. Ciekawe kto w nich mieszka? Zresztą, co mnie to właściwie obchodzi, pewnie będę wracać z pracy po 19. Nie będę miała czasu na życie towarzyskie.

 

*

 

Strzeżony parking w piwnicy mieszkania wydaje się przerażająco wielki. Trochę brakuje mi powietrza, kiedy się po nim poruszam, nie znoszę takiego uczucia. Przypomina parking z hipermarketu. Wsiadam do mojego ukochanego autka, które niestety średnio umiem prowadzić, ale jakoś sobie poradzę. Z czasem nabiorę wprawy w poruszaniu się po Wrocławiu.

− O kurwa! Co to za trzask, jakby ktoś mi zarysował auto? Chyba, że to ja?

Wysiadam z samochodu, rozglądam się dookoła. Nikogo nie widać…

− Chyba zarysowała mi pani auto? – z pewną nieśmiałością mówi do mnie nieznajomy mężczyzna.

− Ja panu?

− Tak, pani mnie. Ale spokojnie, nic takiego strasznego się nie stało, dojdziemy do porozumienia.

− Przepraszam pana, ale bardzo spieszę się do pracy, to mój pierwszy dzień, nie chciałabym się spóźnić.

− Rozumiem panią. To może wymieńmy się numerami telefonów? Albo może spotkamy się wieczorem i spiszemy protokół szkody? W zasadzie to zarysowała mi pani 2–3 elementy auta, tylko na całej szerokości (śmiech w tle).

− Pana to bawi? Śmieje się pan ze mnie? Z blondynki za kierownicą?

− Nie, nigdy bym nie śmiał, tylko zastanawia mnie, jak to pani zrobiła, ledwo wsiadła pani do swojego samochodu, a już zarysowała 2/3 mojego… Jest pani bardzo zdolna.

− A pan jest bezczelny! Nie mogę panu oddać pieniędzy i będzie po sprawie?

− Myślę, że to nie ma sensu. Moje roczne porsche jest trochę warte, lepiej niech szkodę pokryje pani ubezpieczyciel.

− Może faktycznie ma pan rację. Przepraszam, że uszkodziłam pański samochód, nie wiem, jak to się stało… 

− Przyznam, że ja też nie wiem (śmiech).

− Może się pan przestać ze mnie śmiać?

− A pani może przestać być taka poważna?

− Proszę zapisać mój numer telefonu: 567 222 23 − Jak się pani nazywa?

− Maja Karewicz.

− Miło mi. Adam Starski. Pani Maju, na którym piętrze pani mieszka?

− Ja na 7 – odpowiadam z lekką niepewnością w głosie.

− To może przyjdę do pani dziś wieczorem i spiszemy protokół szkody.

− Dobrze, ale proszę nie przychodzić przed 19. Na pewno nie wrócę wcześniej z pracy.

− Dobrze, zatem do 20.

− Do 20. I przepraszam pana.

− Nic się nie stało, miłego dnia w nowej pracy.

 

*

 

Kim ona jest? – zastanawiam się. Ma w oczach taki szklany blask, intrygujący blask, ale jest w nich coś smutnego, coś bardzo tajemniczego, coś, czego chce się smakować, całując każdy centymetr jej pięknego ciała. Jest tak elegancka, skryta, chłodno‑piękna, jednak nie wyniosła. Nie mogę się skupić. Chcę ją mieć tak bardzo, jak dawno nikogo nie chciałem. Jest smutna, żyje czymś dziwnym, być może nie żyje, tak jak ja nie żyję, odkąd dwa lata temu umarła moja żona. Nie wiem, co się ze mną dzieje, nie mogę przestać o niej myśleć, szukam jej, czuję jej perfumy – boskie Chanel Chance, ich zapach unosi się po całym parkingu. Ma przepiękne nogi i to wcięcie w talii… Usta pełne, wyraźnie stworzone do całowania. Stworzone do całowania mnie, nie oddam jej nikomu, nawet jeśli do kogoś należy, będzie moja.

− Czy chciał mnie pan jeszcze o coś zapytać? Chyba się pan na chwilę zawiesił, a ja trochę się spieszę do pracy!

− Tak, w zasadzie to piętro siódme, ale które mieszkanie?– Mieszkanie 117.

− Do wieczora… Proszę jechać ostrożnie. A może panią podwieźć?

− Nie, dziękuję. Poradzę sobie, przywykłam do radzenia sobie sama.

− „Przywykłam do radzenia sobie”. – Tak nie mówi kobieta, która żyje w związku.

− Słucham?

− Nie, nic. Przepraszam, o czymś głośno pomyślałem.

 

*

 

− O kurwa, jest 8.15, a przez tego przystojniaka spóźnię się do pracy w pierwszym dniu.

Dałam radę. Na szczęście miasto nie było zakorkowane aż tak bardzo, jak się tego spodziewałam.

„Medical” – wygląda imponująco. Przeszklony kilkunastopiętrowy budynek z obszernym parkingiem dla klientów i pracowników. Może nikogo nie porysuję już dzisiaj, mam nadzieję. Swoją drogą, to z tego faceta od porsche jest niezłe ciacho. Nie mogę przestać o nim myśleć, jest dokładnie w moim typie. Męski, wysoki, około 185 cm, szatyn z niebieskimi oczami i trzydniowym zarostem. Zniewalająco pachnący Guilty Gucciego. W dalszym ciągu czuję jego zapach, nie mogę się skoncentrować. Żaden mężczyzna nie zrobił na mnie od dawna takiego wrażenia. Wyglądał na nie więcej niż 35 lat, więc pewnie jest zajęty, ale zaraz… Nie widziałam na jego ręce obrączki ani nawet opalonego znaku po jej noszeniu. Błękitna, idealnie wyprasowana koszula, ciemne spodnie, bardzo drogie włoskie czarne buty i czarna skórzana kurtka chyba od Ochnika z najnowszej jesienno‑zimowej kolekcji. Czy potrzebne są mi takie doznania, gdy zaczynam nową pracę? Pewnie nie, ale nic na to nie poradzę, że myśl o nim zaczyna mnie prześladować.

− Pani Maju, pani Maju – słyszę gdzieś głos. Co, znowu kogoś przerysowałam? – pomyślałam.

− Pani Maju. Witam i całuję rączki.

Całuję rączki… Kto tak mówi? Co to za obleśny rudy typ, śmierdzący cygarem kubańskim dobrej jakości, co wydaje się jedyną jego zaletą.

− Pani Maju, witam. Jak zwykle punktualna i niezawodna.

Dziś pani zaczyna, ja też niedawno zacząłem pracę.

− Przepraszam, czy my się znamy?

− Tak, ja panią znam. Pani chyba jeszcze nie miała okazji mnie poznać. Zapraszam do mojego gabinetu za 15 minut.

− Jest to raczej niemożliwe. Jestem umówiona za 15 minut z prezesem Nowakiem. Ma mnie przedstawić zespołowi, którym będę kierować.

− Zaszły pewne zmiany. Teraz to ja jestem pani prezesem. Prezes Nowak został dyscyplinarnie zwolniony miesiąc temu. Proszę zrozumieć, nie miał się czym chwalić. Co do państwa wcześniejszych ustaleń to również zaszły pewne zmiany. Będę miał dla pani do podpisania aneks do umowy.

− Aneks? Jaki aneks?

− Za 15 minut u mnie, pani Karewicz. Dowie się pani wszystkiego w swoim czasie…

O co tu, do cholery, chodzi? Przecież podpisałam umowę z Nowakiem miesiąc temu na przejście za porozumieniem stron od 1 września na stanowisko kierownika działu sprzedaży i zamówień publicznych. „Medical” to jedna z poważniejszych firm sprzedających sprzęt medyczny w środkowej Europie, gdzie jest Nowak? To z nim chciałam i miałam pracować, a nie z tym rudym, plamiastym stworem. Przecież ten facet z prezesa ma na sobie tylko profesjonalny garnitur. Widziałam już kilku prezesów w swoim życiu i żaden nie zrobił na mnie tak złego, a wręcz odrażającego wrażenia.

− O co w tym wszystkim chodzi? Może zadzwonię do Nowaka, przecież dał mi swój numer telefonu.

− Tu Bogdan Nowak, po usłyszeniu sygnału nagraj wiadomość…

Super. Nie odbiera. Trudno, idę do tego buca, przecież muszę się czegoś dowiedzieć. W końcu za 10 minut zaczynam pracę.

Kurwa, jeszcze się winda zacięła. Zaraz mnie szlag jasny trafi. Spokojnie, nie denerwuj się Maja. Wszystko się wyjaśni. Nie można przecież ot, tak sobie zmienić komuś umowy aneksem. Bez prawnika nic nie podpiszesz. Do kogo ja mówię? Przecież w tym kraju wszystko można, zwłaszcza takim sukinsynom jak ten rudy. Rudy kto? Właśnie, rudy kto? Przecież on mi się nawet nie przedstawił, ja nie wiem, jak on się nazywa.

Jeszcze ten telefon. Właśnie teraz musi dzwonić. Trudno, odbiorę.

− Słucham, Maja Karewicz.

− Pani Maju, tu Adam Starski. Dzwonię, żeby panią uspokoić.– Uspokoić?

− Tak, moje auto wcale nie jest tak zmasakrowane jak myśleliśmy. Byłem u lakiernika. Sam pokryję koszty lakierowania.

− Sam? Dlaczego sam, zarysowałam panu 2/3 samochodu i chcę zapłacić!

− Zróbmy inaczej. Będę dzisiaj u pani o 20. i ustalimy szczegóły. Jednak proszę się nie nastawiać na spore wydatki.

− Dziękuję i do zobaczenia.

Winda w końcu ruszyła. Czego w zasadzie ten przystojniak chce? Mam ogromną nadzieję, że jest wolny i będzie mną zainteresowany co najmniej tak, jak ja nim.

Wjeżdżam na teren administracji „Medical”. Wyłania się przede mną kilkusetmetrowe piętro o przepięknej architekturze. Wszystko jest chłodne, w moich ulubionych odcieniach bieli i szarości, jednak niepotrzebnie przełamane brązowymi detalami, które średnio pasują do reszty. Całość wygląda bardzo funkcjonalnie. Mój gabinet mieści się na końcu korytarza. Gabinet prezesa Nowaka był po drugiej stronie korytarza, a gabinet tego buca, gdzie on jest? Idę zapytać sekretarkę, miała chyba na imię Ewa.

Sekretarka jest ładna i miła. Ma ciemne, gęste kręcone włosy i zielone oczy. Lekko zaokrąglona figura zdradza, że pewnie już rodziła. Zawsze wiem, która kobieta rodziła. To widać. Ciąża niestety trochę deformuje. Ubiera się w sieciówkach. Ma na sobie czarne dopasowane spodnie i bluzkę koszulową w odcieniu bladego różu, co zupełnie nie pasuje do jej zielonych oczu. Trudno, jak się ze mną zaprzyjaźni, to pomogę jej się trochę podrasować.

− Dzień dobry.

− Dzień dobry. Pani Maja Karewicz, tak?

− Byłam umówiona o 9. z prezesem Nowakiem.

− Zaszły pewne zmiany, o których nie zdążyliśmy pani poinformować. Mamy od miesiąca nowego prezesa, pana Alberta Lenkiewicza.

− Alberta Lenkiewicza? Nic z tego nie rozumiem.

− Prezes za chwilę panią wezwie.

Co tu się dzieje? Przecież ona jest jakaś zupełnie poschizowana. Boi się własnego cienia. Wcześniej, kiedy z nią rozmawiałam, była inna.

− Pan prezes wzywa panią do siebie.

− Chyba zaprasza, a nie wzywa? – zapytałam. Odpowiedzi jednak nie usłyszałam.

− Witam panią, pani Maju, w moich skromnych progach.

− Dzień dobry – odpowiadam.

− Lubi pani polowania?

− Słucham?

− Czy lubi pani polowania?

− Polowania na co?

− Na zwierzynę.

Zaczynam się trochę bać tego rudego skurwysyna. Pocą mi się ręce, kiedy bez przerwy wpatruje mi się w oczy, a następnie bezpardonowo w biust tymi bladymi oczyma, pokrytymi powiekami wykończonymi rudymi rzęsami. Jest odrażający w swoim zachowaniu.

− Panie prezesie, według wcześniejszych ustaleń z prezesem Nowakiem, powinnam właśnie witać się ze swoim zespołem. Nie mam czasu na pogawędki z panem, proszę wybaczyć.

− Spokojnie. Proszę odpowiedzieć na moje właściwe pytanie. Zadam je ponownie! Czy lubi pani polowania?

− To zależy, co mają na celu. Jeśli zabija się dla sportu, to nie lubię, zdecydowanie nie lubię.

− A ja lubię polowania, więc i pani będzie musiała polubić, ponieważ w piątek o 12. planujemy obowiązkowy wyjazd całego działu do lasów w Bieszczadach. Musimy się zintegrować troszeczkę (szyderczy uśmiech w tle).

− Ja nic nie muszę, panie prezesie. Przyszłam tutaj przede wszystkim pracować, a nie się integrować. Mam swoje sprawdzone metody integracji z zespołem i proszę wybaczyć, ale to właśnie nimi będę się posługiwać.

− Prezes Nowak wyleciał miesiąc temu. Teraz to ja będę go godnie zastępować. W pani umowie naniosłem kilka zmian. Proponuję pani 12 tysięcy złotych, szofera, samochód służbowy, telefon i wszystkie te pierdoły. Jednak nie będzie pani zarządzać przez najbliższe 6 miesięcy działem sprzedaży i zamówień publicznych.

− Dlaczego? Nie rozumiem, podpisałam już z państwem umowę.

− Dlatego proponuję pani aneks do tejże umowy i daję na wejście 2 tysiące podwyżki.

− Czym mam się zajmować?

− Proponuję pani samodzielne stanowisko. Będzie się pani zajmować pozyskiwaniem funduszy z Unii Europejskiej oraz z Urzędu Marszałkowskiego na sprzęt medyczny dla jednej z placówek służby zdrowia we Wrocławiu. Praca twórcza, samodzielna i bardzo przydatna. Sprzęt medyczny będzie służył chorym ludziom, pierwszy projekt będzie skierowany do najbardziej potrzebujących osób, które mają defekty, głównie neurologiczne. Są po wypadkach, porażeniach itp. Wszystkiego dowie się pani już na miejscu. Ma pani szansę się wykazać.

Podobno lubi pani wyzwania? Tak słyszałem.

− Kto zajmie moje stanowisko?

− Nikt. Bezpośrednio przetargami zajmę się ja. Przez najbliższych kilka miesięcy nie będzie miała pani na to czasu, zapewniam.

− Ile mam czasu do zastanowienia się?

− Daję pani czas do piątku. Może pani wziąć aneks i przeanalizować go z prawnikami. W związku ze zmianą nazwy stanowiska z kierownika na specjalistę, proponujemy 2 tysiące złotych brutto miesięcznie więcej plus udogodnienia, o których wcześniej wspomniałem.

− Gdzie będzie mój gabinet?

− Tam gdzie wcześniej. Pani Maju, bardzo mi zależy na podjęciu z panią współpracy. Po zrealizowaniu dostanie pani gwarantowaną podwyżkę i swój dział do stworzenia od podstaw na pani zasadach. Umowa zostaje podpisana na czas nieokreślony, tak jak sobie pani to zastrzegła w negocjacjach z Nowakiem. Nikt nie chce pani oszukać, zapewniam.

− Kto będzie dostarczał sprzęt do placówki medycznej, o której rozmawiamy, po zakończeniu projektu?

− Przecież nie „Medical” ani podwykonawcy. Bądźmy realistami, chyba nie ma pani zamiaru skończyć jak Nowak, w więzieniu za ustawianie przetargów?

− A jaki pan ma zamiar?

− Mam zamiar przy pani pomocy wypromować „Medical” jako firmę o mocnych zasadach etycznych pomagającą potrzebującym. Musimy wspólnie oczyścić powietrze. Wiem, że uznaje pani tylko jasne sytuacje, słynie pani ze stanowczości. Jest pani wolna. Widzimy się 5 września, w piątek rano. Wówczas, mam nadzieję, podpiszemy aneks i od poniedziałku zacznie pani pracę. Proszę pozachwycać się urokami miasta. W piątek obowiązkowy wyjazd integracyjny na koszt firmy. Proszę zorganizować sobie czas. Ten tydzień będzie dla pani luźniejszy, ale od następnego proszę przygotować się na ostrą pracę. Czas pracy oczywiście nienormowany. Wykona pani zadanie – jest pani wolna.

Nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. Facet jest dziwny, nie ufam mu. Co ja mam zrobić? Boję się, że wpieprzy mnie w jakieś gówno. Muszę do środy rana zdobyć maksymalnie dużo informacji na temat tego człowieka. Tutaj nikt mi nie pomoże. Nowak jest w więzieniu, sekretarka jest tak wystraszona, że boi się odezwać, a więcej nikogo nie znam.

– Proszę aneks i do piątku, mam nadzieję. – Do piątku, panie prezesie.

 

*

 

Dziwnie mi się tutaj wszyscy przyglądają. Idę pewnym krokiem, a oni nie patrzą w oczy, czegoś się boją, zwłaszcza kobiety w administracji budynku. Boją się Lenkiewicza. Byłam tu 3 razy, zanim podpisałam umowę z Nowakiem. Ludzie byli życzliwsi, rozmawiali, a teraz każdy jest zamknięty w swoim pokoju. Przecież mieli już jedną wspólną imprezę integracyjną. Wczoraj z niej wrócili. Możliwe, że są skacowani nadal? Wszyscy? Swoją drogą, czy to nie jest zastanawiające, że raz w miesiącu są organizowane wypady integracyjne? Ja jestem samotna, ale ci ludzie pewnie mają rodziny. Co tu się dzieje, czy warto jest podejmować ryzyko? Jadę do prawnika, może on mi coś poradzi w sprawie aneksu do umowy.

Moja biedna giulietta. Trochę ją przyrysowałam, będę musiała jechać do warsztatu, ale zajmę się tym jutro, gdyby przystojniak Adam zechciał jednak zgłosić szkodę do mojego ubezpieczyciela.

− Kancelaria prawna, słucham?

− Dzień dobry, chciałabym się umówić w sprawie porady prawnej.

− Czego będzie dotyczyć porada?

− Aneksu do umowy o pracę.

− Dobrze, proszę być jutro o 12. u mecenas Maj w kancelarii przy ul. Zachodniej. Proszę jeszcze o pani godność.

− Maja Karewicz.

− Dziękuję, do jutra.

 

Rozdział 2

 

Jest 11. Co ja mam ze sobą zrobić? Nikogo tu nie znam, nie chce mi się samotnie zwiedzać miasta, bo zaraz ktoś się do mnie przypieprzy. Może zwyczajnie skoczę do mieszkania i się ostatecznie rozpakuję. Tak, to dobry pomysł, tylko muszę jeszcze zrobić jakieś drobne zakupy, tak zwany suchy prowiant. Może ser i pieczarki na tosty? A do tego jakieś dobre białe wino i obowiązkowo winogrona białe, które mogłabym jeść garściami. Będę też musiała pomyśleć o karnecie do siłowni. Jędrne ciało nie jest dane mi ot, tak sobie na zawsze, muszę o nie dbać.

Piękne jest to moje mieszkanie. No może poza łazienką. Przestrzeń, perfekcja i chłodny pedantyzm. Uwielbiam je. Tylko co ja w nim będę dzisiaj robić? Wszystko już rozpakowałam i posprzątałam, zatem idę do wanny. Napełniam całą wannę wodą. Piana jest nieziemska, upajam się bawełnianym zapachem świec. Nie znoszę słodkich aromatów migdałów czy wanilii. Nie chce mi się z niej wychodzić, ale muszę, bo moja skóra tego dłużej nie zniesie. Wcieram w siebie oliwkę o zapachu lawendy, jestem taka spokojna, tak błogo spokojna… Rozczesuję włosy, następnie zakładam na tyłek lekko poszarpane jeansy w kolorze sprano‑niebieskim oraz czarno‑biały T‑shirt.

Ding‑dong, ding‑dong – słyszę dzwonek u drzwi.

− O cholera. Jest 19.30, przecież ja byłam umówiona z tym przystojniakiem, Adamem. Fuck, jestem kompletnie niepomalowana, moje włosy są całkiem mokre… Co ja mam robić?

Trudno, otwieram. Moja babcia mawiała: „Jak nie polubi na brudno, to i na ładno trudno”. Mam nadzieję, że przysłowie sprawdzi się w praktyce.

− Dzień dobry, pani Maju. Byliśmy chyba umówieni?

Boże, jaka ona jest piękna… Ma lekko rozchylone usta, oczy jeszcze bardziej szklane, niż były rano, wilgotne włosy, zero make‑upu, a i tak wygląda przepięknie. Jest taka młoda i drobniutka jak nastolatka. Czy to ta wysublimowana elegancka kobieta z rana? – pytam samego siebie. Jak bardzo się zmienia, kiedy nie gna do pracy, nie stresuje się. W okamgnieniu jest o 10 lat młodsza. Będziesz moja, choćbyś nie wiem jak się broniła. Urodzisz mi dziecko, będziesz siedzieć w domu, czytać książki i gotować obiady, a wieczorami będziesz tylko moja. Zamęczę cię, już się mnie bój!

− Dzień dobry, panie Adamie. Przepraszam, miałam dziwny dzień i zupełnie zapomniałam o naszym spotkaniu. Zapraszam do środka.

Boże, jak on zniewalająco pachnie. Zaczyna kręcić mi się w głowie. Jest taki męski z tym trzydniowym ciemnym zarostem. Ma na sobie niebieskie wranglery, białą koszulę i skórzane trampki bardzo dobrej jakości. Na nadgarstku dyskretnie schowany czarny zegarek z najnowszej kolekcji Locmana. Jest bardzo dobrze ubrany, ale w sposób nienachalny obnosi się z bogactwem. Cenię takich ludzi.

− Zapraszam, może przejdziemy do salonu?

− A może zostaniemy w części kuchennej?

− Jeśli pan chce, możemy zostać w kuchni.

− Ma pani dobry gust, mieszkanie jest piękne. W tej części miasta trudno jest kupić mieszkanie.

− Tak, to prawda. Jednak właścicielowi trochę się spieszyło, ponieważ wyjeżdżał do Australii na stałe. Proszę usiąść. – Wskazuję na krzesło barowe obok wyspy kuchennej z granitu.

− Ten granit nie jest polski, prawda?

− Przyznam, że nie wiem.

Wprawia mnie w lekkie zakłopotanie tym pytaniem.

− Myślę, że jest sprowadzany z Hiszpanii. Podobny miałem mieć w swoim mieszkaniu, ostatecznie zdecydowałem się na drewniane detale. To bardzo rzadki rodzaj granitu sprowadzany na zamówienie dla wyjątkowych osób.

− Nie wiem, pewnie ma pan rację. Czego się pan napije?

Kawa, herbata, coś zimnego, a może wino?

− Wino chętnie, poproszę.

− Jakie?

− Zdaję się zupełnie na pani gust, pani Maju.

Nalewa mi białego półsłodkiego, idealnie schłodzonego wina. Jej dłonie są piękne, paznokcie bardzo zadbane, dłonie pokryte żyłami, przezroczyste. Jest przepiękna, jednak przydałoby się jej 4–5 kg więcej.

− Może ma pan chęć na małą kolację? Z góry ostrzegam, że będzie to coś szybkiego i prostego. Nie jestem zbyt dobrą kucharką. Może zrobię tosty?

Odwraca się w stronę blatu kuchennego, starannie przygotowuje tosty z szynką, pieczarkami i serem, nakłada wszystko na talerz, zdobi liśćmi sałaty, białymi winogronami, obok finezyjnie nalewa ketchup. – Potrafisz gotować, tylko jeszcze o tym nie wiesz – pomyślałem.

− Proszę, mam nadzieję, że będą panu smakować.

− Nigdy w życiu nie jadłem pyszniejszych tostów. Są tak pięknie podane, że szkoda je jeść.

− Proszę mnie nie rozśmieszać. To najprostszy posiłek, jaki tylko można przygotować, ale bardzo się cieszę, że panu smakują. Panie Adamie, przejdźmy do meritum. Chciałabym pokryć koszt naprawy pańskiego samochodu i jeszcze raz bardzo pana przeprosić.

− Dajmy spokój z moim samochodem. Nigdy nie przyjmę pieniędzy od kobiety, przecież doskonale to pani rozumie.

− Przyznam, że niezupełnie rozumiem. Powstała szkoda jest kosztowna. Jeśli nie chce pan gotówki, to spiszmy oświadczenie i obciążmy mojego ubezpieczyciela.

− Auto jest już w serwisie. Za dwa dni będzie do odebrania. Dajmy spokój, nic się nie stało. Jeśli pani chce, mogę się również zająć naprawą pani samochodu.

On jest jakiś nienormalny. Nie dość, że zarysowałam jego auto warte pewnie 200–300 tysięcy złotych, to jeszcze chce naprawiać moje. Nic z tego nie rozumiem.

− Nie, panie Adamie. Muszę pokryć koszt naprawy, inaczej będę się z tym bardzo źle czuła. Proszę mnie zrozumieć.

− Mam pewną propozycję.

− Propozycję? Jaką?

− Zapraszam panią na weekend w Krakowie. Moja firma organizuje tam bal charytatywny dla dzieci. Proszę być moim gościem i jeśli będzie pani miała ochotę, to może pani przekazać jakąś kwotę na dzieciaki chore na białaczkę, zamiast płacić bezsensownie za rysę na moim samochodzie. Szkodę pokryje mój ubezpieczyciel. Myślę, że taki układ ma sens, co pani na to?

− Sama nie wiem, co o tym sądzić…

Nawet jeśli chce mnie przelecieć, to w wielkim stylu robi te swoje podchody. Nie chce moich pieniędzy, woli żebym przekazała je komuś, kto tego potrzebuje. Fajny facet. Nogi zaczynają mi się uginać. Podoba mi się, ale mam nadzieję, że nie widać tego po moim zachowaniu tak ewidentnie.

− Proszę się zgodzić. Musi pani zabrać jedną koktajlową sukienkę. Myślę, że nie będzie to dla pani stanowić większego problemu?

− Nie, z pewnością nie będzie…

Jest spostrzegawczy. Pakuje mnie do „odpowiedniego worka” kobiet.

− Wyjeżdżam do Krakowa w piątek po pracy. Około 18. mogę po panią przyjechać. Muszę sprawdzić dzień wcześniej czy wszystko jest przygotowane. Bal jest w sobotę o 20., będzie pani miała czas pospacerować sama albo w moim towarzystwie po Krakowie. Jestem niezłym przewodnikiem.

− Proszę dać mi chwilę do zastanowienia się. Mam do domknięcia sprawę mojego zatrudnienia w „Medical”.

− Domknąć? W jakim sensie? Może będę mógł jakoś pani pomóc?

− Sama nie wiem, czy mogę nadużywać pańskiej życzliwości po raz kolejny…

− Zapewniam, że może pani – uśmiechnął się znacząco. – Proszę powiedzieć, co jest nie tak z zatrudnieniem i jak ono powinno według pani wyglądać.

− Zaproponowano mi pracę na kierowniczym stanowisku, podpisałam umowę, teraz prezes się zmienił i proponują mi podpisanie aneksu – lepsze warunki finansowe i nieco inne samodzielne stanowisko, jednak już nie kierownicze.

− Kierownicze stanowisko jest dla pani takie istotne?

− Nie, zupełnie nie o to chodzi. Nie o stanowisko, tylko o formę zmiany zatrudnienia i o to, że poprzedni prezes siedzi w więzieniu, nie ma z nim kontaktu, a wszystko wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca.

− Proszę przyjść jutro do mojego biura. Moi prawnicy przyjrzą się sprawie. Biuro mieści się w Sky Tower na ul. Powstańców Śląskich, na trzecim piętrze. Z pewnością wie pani gdzie to jest. To zaledwie kilka minut spacerem od pani mieszkania. Jeśli znajdzie pani chwilę, to chętnie po nim panią oprowadzę.

To ciekawy wieżowiec, zapewniam.

Wręcza mi swoją wizytówkę. Adam Starski, deweloper i główny wykonawca. Mam ochotę zapytać, co i gdzie buduje, ale nie chcę wyjść na wścibską babę.

− Do kiedy ma pani dać odpowiedź?

− W piątek rano jestem umówiona z prezesem, a o 12. mam jakiś wyjazd integracyjny z nieznanymi mi jeszcze ludźmi na polowanie w Bieszczadach.

− To bardzo mi przykro, ale nie pojedzie pani na wyjazd integracyjny. Sam jestem szefem i wiem, że nikt nie może zmusić pracownika do integracji. Podpisze pani umowę, a później pojedzie ze mną do Krakowa…

− Widzę, że wszystko pan zaplanował. Ja jeszcze się nie zgodziłam.

− Przypominam, że jest mi to pani winna. – Uśmiecha się do mnie dyskretnie, tajemniczo, jednak oboje wiemy, że ma na mnie nieposkromioną ochotę, ja na niego oczywiście też, pachnie zniewalająco. – Będę już szedł. Nie chcę zajmować pani więcej czasu, zapraszam jutro do mojego biura, adres jest na wizytówce.

− W zasadzie mam wolne do końca tygodnia. Chyba pierwszy i ostatni raz w życiu mam tyle wolnego czasu, więc z chęcią skorzystam z pańskiej życzliwości, panie Adamie.

− Adamie w zupełności wystarczy.

− Maja.

− Adam.

Oplótł moje ręce, wzniósł toast i niepostrzeżenie skradł mi buziaka. Czuję do niego coś dziwnego, to chyba nie jest facet na jedną noc. Ma w sobie jakąś tajemnicę, dziwny zamyślony błysk w oczach, pasję, elegancję, dobre maniery. Przyciąga mnie, staję się uleglejsza niż zwykle. Jest pewny siebie, zdecydowany, mocny i męski.

− Maja to bardzo ładne imię. Gdybym miał córkę, właśnie tak bym ją nazwał.

− Nie masz dzieci? Przepraszam, to w zasadzie przecież nie moja sprawa…

Co ty robisz idiotko, co cię to obchodzi? Z drugiej strony, jeśli ma rodzinę, to nie ma mowy nawet o przelotnym seksie. W powietrzu unosi się między nami chemia, muszę wiedzieć, czy ma żonę, dzieci, rodzinę. Wygląda na 33–35 lat, to niemożliwe, że jest samotny.

− Nie, nie mam dzieci, żony też nie mam. Kiedyś miałem, bardzo ją kochałem, ale już jej nie mam… – Nastała trochę niezręczna cisza. – Nie pytasz mnie, dlaczego nie mam rodziny?

− To twoja sprawa. Nie musisz mi niczego mówić ani niczego opowiadać, jeżeli nie masz na to ochoty.

− Zawsze taka jesteś?

− Jaka?

− Powściągliwa i dyskretna, to nietypowa cecha u kobiet.

− Nigdy nie wypytuję ludzi o ich życie prywatne, jeżeli sami mi nic o sobie nie mówią. Skoro nie mówią, muszą mieć ku temu jakieś powody. No, albo ja słabo się staram i nie wzbudzam zaufania, tym bardziej więc nie wypytuję.

 

*

 

Wzbudzasz zaufanie. Teraz wzbudzasz, rano nie wzbudzałaś. Rano byłaś piękną, chłodną suką z korporacji, teraz jest w tobie coś ciepłego, coś niezwykłego, tak jakbyś ściągnęła maskę, jakbyś zaczęła oddychać na nowo. Wyglądasz jak nastolatka, chce się przy tobie przebywać, kraść twoją energię. Jesteś jak dwie kobiety zupełnie od siebie oddzielone. Wiem, czego ci trzeba i zapewnię ci to! Piękności ty moja śliczna, zbyt chuda, przeźroczysto piękna dziewczyno w poszarpanych jeansach, pod którymi nie ukryjesz wymodelowanej ćwiczeniami chudej pupy.

− Adam…

− Przepraszam, zamyśliłem się trochę. A ty masz męża?

− Co? Nigdy w życiu!!!

− Dlaczego nigdy w życiu? Rodzina to supersprawa, to jest to, co ma w życiu prawdziwy sens, reszta to teatrzyk, kreacja, jakaś jedna z ról, jakie odgrywamy.

− Nie mam takiego zdania jak ty w tej kwestii. Myślę, że nie można nikomu mówić, co ma robić i jak ma żyć. Na tym etapie życia najważniejsza jest dla mnie praca i samorealizacja.

− Na tym etapie, a na innym etapie, Maju?

− Niczego nie wykluczam, jednak niespecjalnie mnie ciągnie do utraty wolności pod każdym względem.

− Masz dziwne, nijakie wyobrażenie rodziny i partnerstwa, ale masz oczywiście do tego prawo. Szanuję to w zupełności. Przepraszam, zasiedziałem się, ale dobrze mi przy tobie, Maju, to znaczy miałem tego nie mówić na głos, ale chyba powiedziałem.

Zmieszał się trochę. To urocze, taki konkretny facet, a zdradził się jak dziecko – pomyślałam.

− Nic nie szkodzi. To przyjemne, o czym mówisz. Mnie również dobrze się z tobą rozmawia, pomimo odmienności zdań.

− Do zobaczenia, będę czekał jutro w biurze.

− Do zobaczenia, pa.

Zamykam za nim drzwi, siadam przy wyspie kuchennej i… i nic. Długo nie mogę zebrać myśli, jestem trochę za stara na takie uniesienia. Nawet w liceum byłam bardziej zachowawcza. Zawsze musiałam być najlepsza, kontrolowałam się, a przy nim tracę kontrolę, ulegam, chcę z nim być. Jego zmysłowy zapach wypełnia całe mieszkanie, ewidentnie mu się podobam. Mam ochotę się z nim kochać, ulegać mu, robić to, czego on chce. Nie mam zamiaru mu niczego udowadniać ani grać kogoś innego. Jestem przy nim naturalna, spokojna, łagodna. Tępi moje kły… To staje się niebezpieczne, muszę się ogarnąć. Przecież nie mogę nie jechać na to kurewskie polowanie. Zadrę z szefem na samym starcie. A, mam to w dupie. Tak, ja, Maja Karewicz mam w dupie to, co powie szef. Ja sobie poradzę, jak zawsze. Nie mam ochoty integrować się z tym rudym szlag wie czym, to się nie będę integrować. I z jego zastraszonymi pracownicami bojącymi się podnieść wzrok wyżej, bo pan i władca będzie zły. Nauczę tego dupka współpracować z ludźmi. Niech tylko jeszcze raz mnie rozbierze wzrokiem, głupi chuj. Rozmawiając ze mną, zawiesza się na moich piersiach, prostak pieprzony. Pieprzony i popieprzony rudymi małymi plamami po całym ciele. Ohyda! Nie poszłabym z nim do łóżka za milion dolarów. Nowak wydawał się zupełnie inny. Nie wiem dlaczego siedzi, ale się dowiem prędzej czy później. Włączę sobie mojego Lenny’ego Kravitza, rozmarzę się trochę i idę spać. Jutro czeka mnie wizyta w biurze Adama.

 

*

 

W co ja mam się, do cholery, ubrać? Idę do Adama, do jego firmy po poradę prawniczą. Jak mam potraktować to spotkanie – sama nie wiem. Trochę przestaje mi się to wszystko podobać. Ten facet nie pozwala o sobie zapomnieć, rozbija mnie totalnie. Miałam iść dzisiaj do swojej prawniczki, powinnam też spróbować dowiedzieć się, co się stało z prezesem Nowakiem, zanim podpiszę aneks. Chociaż z drugiej strony mam jeszcze 3–4 dni na podpisanie umowy, więc może lepiej pójść na całość i spróbować go uwieść? Wysyła mi ewidentne sygnały, że jest mną zainteresowany…

No dobra, Majka, ogarnij się, zrób sobie gorzkiej kawy z mlekiem i pozbieraj myśli w jedną całość.

Idę w obcisłych jeansach, podkreślających moją pupę, do tego czarne, lakierowane czółenka z obcasem 3‑, 4‑centymetrowym. Szpilki tym razem będą zbyt oficjalne. Żakiet, ale ten o lekko sportowym kroju, szary i biała jedwabna bluzka plus kolczyki. Te srebrne z elementami czerwonej skóry są wyjątkowo ciekawe, do tego bielizna biała, koronkowa. Chyba raczej nic się dzisiaj nie szykuje, przecież idę tylko po poradę prawną. Tak, oszukuj się dalej. Najchętniej byś się z nim przespała już wczoraj. Profesjonalizm i perfekcja jak zawsze. Pamiętaj, zero niepotrzebnych emocji. Chłodna kalkulacja, uczucia nie są ci teraz potrzebne.

Wchodzę do Sky Tower. W pierwszej chwili nie widzę w budynku nic nadzwyczajnego. Przypomina kilkupiętrową galerię handlową o dość chłodnym wykończeniu, które muszę przyznać, bardzo mi odpowiada. Z wejścia dobiega zapach pysznej, świeżo palonej kawy. Mijam stoisko z goframi i lodami. Kelnerka piecze gofry, polewa je bitą śmietaną i dodaje truskawki. Zapach jest nieziemski, taki jak w dzieciństwie nad morzem z rodzicami, gdy jeszcze ojciec żył. Dokładnie taki sam. Później już nie jeździłam nad polskie morze. Boże, przez piętnaście lat nie byłam nad polskim morzem, właśnie to sobie uświadomiłam. Jestem w zasadzie bez śniadania, jest 10., więc może skuszę się na gofra? Nie, idę prosto do Adama. O 12. muszę jeszcze odwiedzić swoją prawniczkę.

Dojeżdżam ruchomymi schodami na trzecie piętro, bez problemu odnajduję jego biuro, pukam.

Wita mnie dość atrakcyjna sekretarka ze zgrabnymi nogami i kilkoma zbędnymi kilogramami w okolicy talii, kasztanoworude włosy dodają jej uroku. Ubrana w bardzo ekskluzywny kostium wyglądający na majstersztyk z pracowni Ewy Minge.

− Dzień dobry.

− Dzień dobry.

− W czym mogę pani pomóc?

− Ja do pana Adama, nazywam się Maja Karewicz.

− Szef jest dziś bardzo zajęty, czy była pani umówiona?

− Tak, umówiłam się z nim wczoraj osobiście, być może nie zdążył pani tego przekazać.

− To niemożliwe. Prezes nigdy nie przyjmuje gości, którzy nie przechodzą przeze mnie.

„Nie przechodzą przeze mnie”, cóż za sformułowanie – pomyślałam. Obcina mnie z góry na dół i ewidentnie nie chce mnie do niego wpuścić.

− Być może od dzisiaj to się zmieni. Proszę przekazać Adamowi, że przyszła Maja Karewicz. Bardzo proszę.

− No dobrze, proszę chwilę zaczekać.

Siadam na czarnej skórzanej kanapie i wpatruję się w piękny hol z recepcją znajdującą się nieopodal jego biura. Wszystko jest bardzo nowoczesne, czarno‑białe, eleganckie i wysublimowane.

Nie daje mi się poprzyglądać, nie pozwala czekać. Wychodzi do mnie, zupełnie ignorując swoją sekretarkę. Ubrany jest w granatowy garnitur, białą koszulę, błękitny jedwabny krawat dobrej jakości. Idzie po zwycięstwo. Porusza się niesamowicie harmonijnie. Robi ogromne wrażenie, jeszcze większe niż wczoraj. Tylko przy nim czuję się lekko speszona. Nie jak królowa, nie jak zwykle. To dziwne uczucie. W brzuchu mam motylki jak nastolatka i tak właśnie się czuję. Chcę iść z nim gdziekolwiek mi powie, a najchętniej zostawiłabym ten aneks, zaciągnęłabym go na dół na gofry i kawę, a następnie do sypialni. Tak, ja tak myślę. Sama siebie nie poznaję… Nie jestem profesjonalna i poukładana, chłodna i zachowawcza. Przy nim taka nie jestem. Czyżbym trafiła na kogoś, kto jest silniejszy ode mnie? To raczej niemożliwe, ale mam ochotę być mu uległa…

− Cześć Maju, mam nadzieję, że nie musiałaś czekać na mnie zbyt długo – pyta, spoglądając na swoją sekretarkę, która jest czerwona z wkurwienia, a jej dekolt pokrywają małe, nieestetyczne czerwone plamki.

− Nie, w zasadzie to nie, jednak słyszałam, że jesteś dziś bardzo zajęty, więc może przyjdę w innym terminie. Mam czas do piątku na podpisanie aneksu do umowy.

− Nie, zajmiemy się tym teraz – uspokaja mnie. – Ado, proszę przełożyć spotkanie z 11. na 13. Chcę mieć kilka godzin dla pani Karewicz. Sprawa jest dość ważna, proszę również poprosić do mnie Marcina, prawnika.

− Marcina nie ma. Będzie o 11.

− Zatem, Maju, mamy godzinę tylko dla siebie – uśmiecha się w taki sposób, że oboje wiemy, o co chodzi.

Co ona dzisiaj wymyśliła? Znów jest inna, widzę ją trzeci raz od wczoraj i za każdym razem to inna kobieta. Dzisiaj wybrała styl niezobowiązujący, idealny na takie spotkanie. Widzę, że techniki negocjacji ma w jednym paluszku. Wybiera kolory, które wzbudzają zaufanie: czerń, granat, szarość i biel. Jest zawsze stosownie ubrana. Ciekawe, jakie ma na sobie majtki, czy są białe, koronkowe, czy krwiste, czerwone pasujące do kolczyków i paznokci?

− To może zjedziemy nad dół na kawę oraz gofry z bitą śmietaną i truskawkami – pytam Adama.

− To tu są gofry?

− Nie żartuj, Adam. Cały parter nimi pachnie.

− Spędzam tu 3/4 swojego życia i nie poczułem zapachu gofrów na parterze. Chodź… – Ada, będziemy o 11. Marcin ma na mnie czekać – stanowczo nakazuje sekretarce.

− Chodź Maja, idziemy na gofry. Gdzie one są, w której restauracji?

− Nie ma ich w żadnej restauracji. Dziewczyna, która wygląda na licealistkę dorabiającą sobie do kieszonkowego wypieka je w rogu pod schodami na parterze. Jest zakochana w swoim chłopaku, za kilka miesięcy ma maturę i dorabia sobie na stoisku u swojej matki.

− Co, co ty mówisz? Skąd to wiesz? Rozmawiałaś z nią?

− Nie, nie rozmawiałam, ale tak mi się wydaje. Potrafię czytać poza słowami, widzieć, co w ludziach siedzi… tkwi tak naprawdę.

− Jesteś wiedźmą, Maju?

− Chyba raczej czarodziejką.

Siadamy przy maleńkim stoliku. Dziewczyna w trampkach podaje nam gofry i kawę. Stolik jest tak mały, że zahaczamy się nogami, co zresztą bardzo nam odpowiada.

− Dlaczego my jemy na korytarzu? Lubisz tak?

− Nie, nie lubię, tak samo jak ty. Jadam w restauracjach i zostawiam napiwki, ale dzisiaj mi się tak nie chce. Dzisiaj jest inaczej, tak jak wtedy, kiedy byłam bardzo młoda, jest beztrosko…

− Widzę jaką masz ochotę na tego gofra. Ubrudziłaś się. – Śmiech. – Ubabrałaś.

− Gdzie?

− Tu, nad górną wargą. Zaczekaj, wytrę cię.

Byłam pewna, że sięgnie po chusteczkę, a on przysiadł się bardzo blisko, oplótł moje nogi tak mocno, że nie mogłabym uciec i pocałował mnie bardzo namiętnie w usta, zlizując tym samym resztki bitej śmietany. Razem z bitą śmietaną zatarł jakikolwiek ślad po tym, że w powietrzu nie pachnie romansem. Odwzajemniłam pocałunek. Smakował zniewalająco, dreszcz przechodził całe moje usta, piersi zaczęły mi twardnieć. Opamiętaj się – pomyślałam. Przez koronkowy biustonosz i białą jedwabną bluzkę to może być widoczne. Zauważył. Źrenice mu się rozszerzyły, a oczy z niebieskich zrobiły się prawie czarne. Czarne z pasji i namiętności. Kręci mi się w głowie. Zaczął gładzić moje ucho i zszedł niżej, przejeżdżając długimi palcami po szyi w dół, rozpinając pierwszy guzik dość wydekoltowanej koszuli.

− Adam! Adam – przerwał nam jakiś nieznany głos.

− Odpuszczam ci, Maju, ale tylko na chwilkę – wyszeptał.

− Cześć, Adam.

− Cześć. To właśnie Marcin Marecki, nasz prawnik. Przedstawiam ci panią Maję Karewicz. Pani Maja potrzebuje naszej pomocy.

− Dzień dobry – odpowiadam lekko zakłopotana. Serce bardzo mocno mi wali i sutki nadal sterczą. Kurwa mać, on też to zauważy. Adam jest wyraźnie rozbawiony całym zdarzeniem.

− Adam, jeśli możecie to, chodźcie do biura, bo o 12.30 muszę być w sądzie.

− Dobrze, chodźmy na górę.

Na szczęście droga po ruchomych schodach trochę mnie opamiętała, pozwoliła zebrać myśli na nowo.

− Zapraszam do biura. Maju – odsuwa mi krzesło i wskazuje miejsce, na którym mam usiąść. Rozpina jeden guzik w świetnie skrojonej marynarce i siada. – Siadaj, Marcin. Maju, powiedz, proszę, jaki masz problem.

− 31 lipca podpisałam umowę o pracę na czas nieokreślony na stanowisku kierownika działu sprzedaży i zamówień publicznych w „Medical”. Umowa miała obowiązywać od 1 września, ponieważ musiałam domknąć wszystkie sprawy w dawnym miejscu pracy. Po przyjściu do pracy 1 września spotkałam się z nowym prezesem, bo wcześniejszy został odwołany.

− Dlaczego został odwołany, jak się nazywał?

− Bogdan Nowak.

− Dajcie mi 10 minut, dowiem się, co się dzieje z Nowakiem.

Facet był dość sławny swego czasu w całym Wrocławiu.

Wychodzi z biura. Wydaje się konkretnym i bardzo profesjonalnym prawnikiem. Nie dziwię się Adamowi, że go zatrudnia, i że mu ufa. Zostawia nas samych. Nic nie mówimy. Adam wpatruje się we mnie. Doskonale oboje wiemy, co chodzi nam po głowach. Przy nim czuję się nieprofesjonalna, niepoukładana, zachłanna jego pocałunków. Widzę, że on też nie ma ochoty dzisiaj pracować…

− Już jestem – mówi adwokat Marcin, wchodząc ponownie do biura. – Z tym Nowakiem to nie jest taka prosta sprawa. Odwołali go z dnia na dzień, wyprowadzili z siedziby firmy w kajdankach. Facet siedzi, a prokurator nikogo do niego nie dopuszcza, poza jego prawnikiem. Żona się zmyła i nie wpłaciła kaucji w wysokości 500 tysięcy złotych. Podobno ma syna z poprzedniego małżeństwa, ale nie udało mi się jeszcze ustalić, gdzie jest i jak się nazywa. Może mieć 21–25 lat. Więcej dzieci Nowak nie miał. Sprawa ewidentnie śmierdzi i będzie śmierdzieć jeszcze ładnych parę miesięcy, jeśli nie lat. Pani podpisała z nim umowę 31 lipca rano, a w południe zatrzymała go policja. Teoretycznie nowy prezes może pani zaproponować aneks do umowy, nie ma w tym nic nielegalnego.

− Tak, tylko on, nie znając mnie, proponuje mi 2 tysiące złotych więcej i samodzielne stanowisko ze wszystkimi udogodnieniami. Czy to nie jest dziwne?

− Co w tym dziwnego? Jeśli jest pani świetna w tym, co robi, to pewnie chce panią zatrzymać. Należy się z tego tylko cieszyć. Z pewnością zapoznał się z pani dotychczasowymi osiągnięciami i stwierdził, że jest mu pani potrzebna. Pewnie przez miesiąc pracy zdążył się głębiej wgryźć w temat i nieco inaczej widzi pani „ścieżkę kariery w firmie”.

− Marcin, sprawdź jeszcze tego nowego prezesa. Jak on się nazywa, Maju?

− Albert Lenkiewicz – odpowiadam.

− Słyszałeś coś o nim? – spogląda na mecenasa.

− Nie, nic nie słyszałem. Za pół godziny muszę być w sądzie. Mam ciężki tydzień, dajcie mi czas do środy–czwartku na zgromadzenie informacji o Lenkiewiczu. Ma pani podpisać aneks w piątek rano, tak?

− Tak, dokładnie tak.

Jest bystry, nie potrzebuje dużo czasu, żeby podjąć decyzję.

Lubię takich pracowników, konkretnych i opanowanych.

− Dobrze, bardzo panu dziękuję za pomoc.

− Dziękuję. Do zobaczenia w czwartek.

− Adam, dochodzi 12. Dziękuję ci bardzo za pomoc. Będę już szła. Nie chcę ci zabierać więcej czasu.

− Co robisz wieczorem?

− Dziś wieczorem chyba pojadę do mamy do Opola.

− Kiedy wrócisz?

− W czwartek albo w środę wieczorem.

− Pamiętaj, że jesteśmy umówieni na wyjazd do Krakowa w piątek i w czwartek około południa z Marcinem. Ja też postaram się czegoś dowiedzieć o obu prezesach. Marcin patrzy na sprawę pod kątem prawniczym, ale ja podobnie jak ty uważam, że warunki tej umowy są aż nadto dobre. Sam mam ludzi specjalistów w różnych dziedzinach i nie gniewaj się, ale nie zarabiają połowy z tego, co ty, Maju.

− Ktoś tu mnie chyba nie docenia?

 

− Nie, nie zrozum mnie źle. Nie chcę cię urazić, przepraszam.

− Potrafię złapać dystans do samej siebie, ja również uważam, że to wszystko jest jakieś dziwne i jeszcze ta atmosfera, która panuje w tamtym miejscu.

− Atmosfera? Jaka atmosfera?

− Sama nie wiem… Pracownicy nie patrzą w oczy, unikają kontaktów, sekretarka jest jakaś kompletnie zablokowana, zamknięta w sobie, nie wiem… może przestraszona?

− Adamie – wchodzi sekretarka Adama. – Masz spotkanie za 10 minut, to, które przełożyłam z rana. Inwestor zgodził się na 12.15, inna godzina nie wchodziła w grę. Przyszedł już i jest lekko poirytowany.

− Przepraszam Adam, już nie zajmuję ci czasu.

− Odezwij się, proszę, będę czekał – całuje mnie w policzek, a sekretarkę krew właśnie zalewa. No cóż, trudno. Niech się lepiej zacznie do mnie przyzwyczajać.

− Pa, do zobaczenia. Do widzenia pani.

− Do widzenia.

Cholera, jest 12.10. Zapomniałam, przecież miałam być o 12 u mecenas Maj, co się ze mną dzieje? Przecież ja się nigdy nie spóźniam, a już na pewno nie zapominam o spotkaniach. No trudno, zadzwonię tam, przeproszę i przełożę spotkanie na czwartek, może z samego rana, żebym znowu nie zapomniała.

Wracam do siebie. Pakuję się, włączam ukochaną Steczkowską z piosenką „Wracam do domu” i jadę do Opola do mamy. Może ona mi coś poradzi, to mądra kobieta. Pobędę u niej do jutra do wieczora, a później wrócę do Wrocławia.

 

Rozdział 3

 

2 września, wieczór

− Cześć, mamo – mówię, wchodząc do jej mieszkania.

− Cześć, Maja. Jak się cieszę, że przyjechałaś do mnie. Nie odbierałaś wczoraj telefonu, trochę się martwiłam. Wejdź, akurat upiekłam sernik z brzoskwiniami, ten twój ulubiony. Chyba wyczułam, że przyjedziesz.

Jak ona to robi? Zawsze wie, że będę, nawet gdy jej nie mówię. Tak samo było, kiedy niespodziewanie wracałam do domu ze studiów z Poznania. Zawsze w domu pachniało dobrym jedzeniem.

− A to co? Kto to jest? Jaki śliczny, kupiłaś sobie pieska? Jest przepiękny!

− Nie, nie kupiłam. Ktoś go porzucił wczoraj przy klatce, więc go przygarnęłam. To kundelek.

− Jak się nazywa? Jest prześliczna, to chyba ona, dziewczynka?

− Może być Iga?

− Pewnie, że może być. Jest wpatrzona w ciebie jak w obrazek.

− Oczywiście pijesz kawę gorzką z mlekiem? Nie wiem, jak możesz pić to świństwo, przecież to śmierdzi.

Mama nigdy nie piła kawy. Nie wiem, jak to możliwe. Jest lekarzem, pracuje w nocy. Ja bym nie dała rady bez kawy przeżyć jednego dnia. Ona, fanka podobno zdrowego stylu życia, zapija się herbatami w ilościach kosmicznych. Dostarczając sobie większego kopa kofeiny niż ja, no ale cóż, nie będę się z nią znowu o to kłócić. Kłócimy się o to od dobrych 10 lat. Mieszkanie mamy jest urządzone w staroświecki sposób, no może w klasyczny, nie staroświecki. Pełne starych, drewnianych, dobrej jakości mebli dębowych, w serwantce mieszka na stałe droga, przedwojenna porcelana. Taka prawdziwa, magiczna, która pod światło staje się przeźroczysta. Od dzieciństwa bałam się, żeby jej nie stłuc. Potrafiła nam stworzyć wspaniały dom. Pomimo tego, że została wdową ponad 15 lat temu, nie ułożyła sobie życia. Wiem, że w głębi duszy marzy, żebym ja założyła rodzinę. Mama uważa, że praca to nie wszystko, chociaż zawsze sumiennie wykonywała swój zawód. Zawsze w życiu musi być margines. Trzeba złapać równowagę, zawiesić się, zbalansować odpowiednio w kilku ogrodach życia. Dzieliła życie na trzy ogrody: rodzinę, pracę i siebie. Wszystkie starała się odpowiednio pielęgnować, aby osiągnąć stan harmonii. Idyllę szczęścia. Czy jej się to udało? Chyba tak, pomimo tego, że jest sama. Jest, mam wrażenie, spełnioną, piękną i szczęśliwą kobietą po 60. Realizowała się, a pomimo to zawsze była na nasze zawołanie. Ja mam dwa ogrody w życiu: pracę i siebie. Trzeciego ogrodu nie pielęgnuję, nawet nie pozwalam mu zakiełkować w moim życiu, bo jego zwyczajnie nie ma i wbrew temu, co ona sobie myśli, nie wszystkie ogrody muszą istnieć, żeby osiągnąć idyllę szczęścia. Magię bycia na świecie.

− Majka, Majka! Co ty się tak strasznie zamyśliłaś? Zakochałaś się? – uśmiecha się dyskretnie.

− Nie, nie zakochałam… chyba.

− Chyba? No, może w końcu, dzięki Bogu, jakoś wymodlę sobie upragnionego wnuka.

− Przecież masz już wnuki, więc nie przesadzaj. Tak, wiem, wiem. Jestem po trzydziestce, wchodzę w grupę ryzyka, później może się okazać, że nie mogę mieć dziecka i będę przeżywać największą tragedię w życiu. Mamo, wyluzuj. To nie dla mnie, a na pewno nie teraz. Muszę zająć się w 200 procentach nową pracą. Lepiej zjedzmy twój sernik, weź Igę i chodźmy na spacer po rynku. Może skoczymy do Maski na jakieś dobre wino?

Tam mają chyba te wina od Marka Kondrata. Są całkiem niezłe z tego, co pamiętam.

− A może zostaniemy w domu i pogadamy spokojnie?

− Nie, mamo. Wiesz, że ja nigdzie nie usiedzę na miejscu. Weź psa i chodź. Napijemy się wina w ogródku Maski i zjemy grillowanego łososia, a później rozpieścimy się tartą malinową z mascarpone. Może być?

− Może być. Przecież i tak zawsze jest tak, jak ty tego chcesz.

Spacer i jedzenie w Masce stworzyły nam fajny wieczór. Czas się zatrzymał parę razy. Ta kobieta jest moją mamą, ale naprawdę mnie rozumie, potrafi czytać między słowami, często nie muszę czegoś wypowiedzieć na głos, a ona i tak wie, co mi jest. Taka dziwna więź. Czasami mam wrażenie, że tylko ona mnie zna tak naprawdę i w pełni akceptuje moje decyzje, chociaż nie zawsze się z nimi zgadza…

Jest środa rano. Budzę się w swoim pokoju, mama woła mnie na śniadanie, Iga merda swoim kudłatym czarno‑białym ogonkiem…

− Maja, twój telefon dzwoni – podaje mi białego smartfona do ręki. Na ekranie wyświetla się Adam. – Nie odbierzesz? Co to za Adam?

− Taki facet, któremu zarysowałam auto na parkingu. Jest bardzo przystojny, ma około 33–35 lat i firmę deweloperską w Sky Tower. Jadę z nim w piątek do Krakowa do Apartamentów Angel Wawel na aukcję charytatywną, którą organizuje jego firma. Czy o coś jeszcze chcesz mnie zapytać?

− Nie, cieszę się, że pojawia się w twoim życiu mężczyzna. Praca to nie wszystko, pamiętaj o tym.

− Tak, mamo, pamiętam. To tylko jeden z ogrodów, który należy pielęgnować. Do pełni szczęścia potrzebuję trzech ogrodów. Pamiętam, pamiętam.

− Nie śmiej się ze starej matki. Jeszcze mi przyznasz rację, żeby tylko nie było za późno!

− Strasznie brzmi to, co mówisz.

− Bo to jest straszne. Ja sobie nie wyobrażam życia bez dzieci! Dlaczego nie odbierasz od niego telefonu?

− Niech nie myśli, że jestem na każde jego skinienie. Podroczę się z nim trochę.

− To niegrzeczne co robisz. Zawsze powinno się odbierać telefon, jak ktoś do ciebie dzwoni.

− Oj, mamo, mamo.

− Jedz, bo ci jajecznica wystygnie.

− Masz dzisiaj dyżur?

− Zaczynam za dwie godziny. – Dobrze, to zjemy i jadę do Wrocławia. Muszę wyjaśnić sprawę aneksu do umowy i muszę ją podpisać w piątek.

− Pamiętaj, daj mi znać, jak dojedziesz i jak wrócisz z Krakowa, bo będę się martwić.

− Mamo, ja mam 32 lata.

− Zobaczysz, jak będziesz miała własne dziecko. Wtedy zrozumiesz ten strach o dziecko, który towarzyszy ci zawsze. Gdziekolwiek jesteś, nie jesteś już sama i to właśnie jest sens życia, Maju. Nie praca. To tylko część. Pracuj po to, żeby żyć, a nie żyj po to, żeby pracować. Pamiętaj.

4 września, czwartek

Wróciłam do domu. Do wrocławskiego mieszkania. Czuję się jakoś dziwnie. Brakuje mi mamy. Zawsze po powrocie ogarnia mnie uczucie samotności. Przyznaję, że cały ten tydzień jest zaskakujący. Myślę o pracy, której jeszcze nie podjęłam i o Adamie, którego – wstyd jest mi się przyznać samej przed sobą – coraz bardziej mi brakuje. Znam go od kilku dni, nie spałam z nim, wiem tylko, że jest bardzo przystojny, pięknie pachnie i świetnie całuje. Czy to wystarczy? Zobaczymy co z tego wszystkiego będzie. Waham się nad podjęciem współpracy z Lenkiewiczem, to wszystko „brzydko pachnie”. Mam intuicję, jednak kusi mnie nowe wyzwanie. Nie mam najmniejszego zamiaru wracać do starej pracy. Dobra, dosyć tych wywodów. Szybka gorzka kawa z mlekiem, jogurt z owocami i wybieram się na spotkanie z prawnikiem u Adama. Później muszę jeszcze odwiedzić mecenas Maj, żeby się upewnić, co do wiarygodności prawnika Adama. Zakładam na siebie czarną koronkową bieliznę, lekko prześwitującą bluzkę z dekoltem, czarną, jeansy i czarno‑białe dodatki. Namotam Adamowi w głowie jeszcze bardziej, niż zrobiłam to ostatnio.

Dochodzi 12., przekraczam próg biura. Podobnie jak ostatnim razem Adrianna zabija mnie spojrzeniem, obcinając dokładnie każdy szczegół mojej garderoby i starannie wykonanego makijażu.

− Dzień dobry.

− Dzień dobry – odpowiada sekretarka.

− Byłam umówiona.

− Tak, wiem. Adam mi przekazał. Proszę wejść. Czekają na panią w biurze szefa.

− Dziękuję.

W drzwiach szerokim uśmiechem wita mnie Adam, dyskretnie zawieszając się na moim dekolcie. Push‑up to najdoskonalszy wynalazek współczesnych czasów. Potrafi czynić cuda z biustem, zawsze to wiedziałam.

− Witaj, Maju, czekamy na ciebie.

− Dzień dobry, cześć.

− Marcin sprawdził umowę, Lenkiewicza i Nowaka. Zaraz wszystko ci opowie.

− Pani Maju, jeśli chodzi o propozycję aneksu do umowy to faktycznie jest on skonstruowany na bardzo dobrych warunkach dla pani. Nie znalazłem w zapisie owego aneksu żadnych nieprawidłowości, może go pani śmiało bez obaw jutro rano podpisać i rozpocząć pracę od przyszłego poniedziałku. Natomiast jeśli chodzi o Nowaka i Lenkiewicza, to sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać.

− To znaczy jak skomplikowana i w jakim sensie skomplikowana?

− Obaj są kuzynami z pierwszej linii pokrewieństwa. Pracowali razem 5 lat temu w zarządzie jednej z nieistniejących już kopalń na Górnym Śląsku. Złośliwi twierdzą, że to nieoficjalnie dwaj skurwiele bogacący się na ustawianiu nielegalnych przetargów, a następnie ogłaszaniu upadłości zarządzanych przez siebie przedsiębiorstw, a czasami prywatyzacji obiektów, oczywiście za spore łapówki. Prywatyzacje na Śląsku odbywały się za „złotówkę”. Z wykształcenia są chyba po politologii albo po stosunkach międzynarodowych. To zwykli magistrowie, pani ma o wiele wyższe kwalifikacje od swojego przyszłego chlebodawcy.

− Czy ktoś im coś udowodnił do tej pory?

− Nowak siedzi. Toczy się śledztwo, które może potrwać miesiącami albo nawet latami, więc wcisnął na prezesa „Medical” Lenkiewicza. Myślę, że w całym Wrocławiu nikt nie wie, jak blisko są spokrewnieni i jaka przeszłość się za nimi wlecze. Niewyjaśniona jeszcze pozostaje kwestia syna Nowaka, którego nie mogę namierzyć. Chłopak wyjechał 3–4 lata temu na studia do Niemiec i ślad po nim zaginął. Nikt nie wie, gdzie jest i co właściwie robi.

− To co ja mam robić? Przecież on mi proponuje samodzielne stanowisko bezpośrednio powiązane z pozyskiwaniem środków z Urzędu Marszałkowskiego i Unii Europejskiej. Tu wszystko musi się odbywać legalnie.

− Spokojnie, umowa, którą pani podpisze jutro, to standardowa umowa o pracę nie niosąca za sobą żadnego niebezpieczeństwa. Jednak pracując z Lenkiewiczem, proszę mieć oczy szeroko otwarte. W razie nieścisłości służę pomocą, jestem do pani dyspozycji. Osobiście myślę, że nie dopuści pani do przetargów w „Medical”. Sprawy z Nowakiem zaszły za daleko. Lenkiewicz, ze swoją przeszłością, nie odważy się ogłaszać nielegalnych przetargów. Myślę, że uderzy w zupełnie innym kierunku. To złodziej, śliska świnia. Nie sądzę, że powstrzyma się od przekrętów.

− Bardzo panu dziękuję, mecenasie. Choć przyznaję, że mam zagwozdkę, co z tym wszystkim dalej zrobić.

− Ja myślę – przerywa Adam – że powinnaś zignorować Lenkiewicza i zająć się w naszej firmie organizacją balów charytatywnych. To praca wymarzona dla kobiety. Po co ci stres i niejasne sytuacje, szkoda życia.

− Przestań – odburkuję do niego. To nie jest śmieszne. W życiu potrzebne są nowe wyzwania, nowe horyzonty. O to właśnie chodzi. Na monotonię przyjdzie jeszcze czas.

− Żartowałem. Nie chciałem cię zdenerwować. A właściwie to nie żartowałem, w każdej chwili mogę cię zatrudnić u siebie, ale skoro nie chcesz, to nie.

− Na mnie już czas – dodaje mecenas. Mam jak zwykle spotkanie w sądzie i muszę pędzić. Pani Maju, spokojnie. W razie jakichkolwiek niejasności wie pani, gdzie mnie szukać.

− Bardzo panu dziękuję, mecenasie. Do widzenia.

Oboje wstajemy i podajemy sobie ręce. Żegnając się, patrzymy sobie w oczy. Widać, że się rozumiemy.

− Cześć, Marcin, do później – dodaje Adam. – Dlaczego nie odbierałaś ode mnie telefonu?

− Bo miałam ciekawsze zajęcia. Wybacz, nie mam zamiaru spowiadać się przed tobą, Adamie.

− Tak? Jakie zajęcia?

− Mówiłam ci, byłam u mamy w Opolu.

− Co u twojej mamy? Jest zdrowa?

− Zdrowa?

Dziwne, co go obchodzi moja mama? Jest bardzo dobrze wychowany, muszę przyznać. Taki typ idealnego zięcia. Moja mama byłaby nim zauroczona. Wyobrażam sobie, jak umawiamy się na wspólne obiadki, a Adam przynosi dla niej i dla mnie bukiet kwiatów, koniecznie róż, i dobrej jakości belgijskie czekoladki przewiązane kokardką. Ohyda. Za dużo cukru w cukrze. Tak to raczej nie będzie albo przynajmniej nie szybko tak się stanie.

− Tak, dziękuję, wszystko dobrze.

− Pamiętasz o jutrze? – Podchodzi bardzo blisko, klęka i zaczyna mnie całować. Tak po prostu, nie pytając o zdanie, osacza mnie swoim potężnym i męskim ciałem. Jest bardzo zdecydowany, dostaje zawsze to, czego chce. Podobnie jak ja. Tylko że ja w niebezpieczny sposób ulegam mu, rozpływam się w miękkości jego ust, odurzam zapachem perfum.

− Tak, pamiętam – odpowiadam mu, kończąc tym samym pocałunek. – O 9. mam spotkanie w „Medical”. Podpiszę umowę i wymigam się z wyjazdu integracyjnego, a później…

− Czyli mogę być po ciebie około 14. Będziemy mieli trochę czasu na zwiedzenie Krakowa. Pasuje ci takie rozwiązanie?

− Tak, pasuje.

Puk‑puk, nie czekając na zaproszenie, wchodzi z impetem do gabinetu Ada, znajdując Adama klęczącego przede mną. Widać, że właśnie szlag jasny ją trafił.

− Szefie, przepraszam, że przeszkadzam, ale czeka na ciebie od dłuższego czasu klient, co mam mu powiedzieć?

− Ja już wychodzę. Adamie, do jutra.

− Pa, Maju.

Patrzy na mnie tak, jakby nic ani nikt inny się nie liczył. Nie możemy się rozstać. Źrenice w naszych oczach są tak szerokie, jak po narkotykach. Krążące endorfiny we krwi zrobiły swoje, aż się boję, co będzie się dziać jutro w hotelu.

− Do widzenia.

− Do widzenia – odburkuje jego skonfundowana moją obecnością, jakże uprzejma asystentka.

 

Piątek, 5 września

Pogoda jest nieciekawa. Za oknami pada deszcz, zrobiło się szaro i zimno. Zupełnie inaczej wyglądał cały mijający tydzień. Do dziś. Czuję coś dziwnego, jestem pewna siebie. Mecenas Marcin i mecenas Maj uspokoili mnie wczoraj, mówiąc, że bez obaw mogę podpisać ten cholerny aneks do umowy, ale i tak mam jakiś dziwny lęk związany z podjęciem tej współpracy. Ostatecznie zobaczymy, jak będzie. Ruszam tyłek, bo nie zdążę, a muszę jeszcze zrobić make‑up i założyć na siebie szaro‑białą sukienkę. Sama nie wiem, dlaczego chcę wzbudzać zaufanie w firmie, do której sama nie mam zaufania. Nauka technik sprzedaży i negocjacji tak mocno weszła mi w krew, że każdy strój każdego dnia jest zawsze skrupulatnie przemyślany. Jeśli chcę wzbudzić zaufanie, wybieram kolory szary, biały, granatowy i czarny. Jeśli chcę być uważnie wysłuchana, nie rozpraszam uwagi rozmówcy dodatkami, natomiast jeśli nie do końca jestem pewna swoich racji, rozpraszam rozmówcę, dobierając odpowiednie dodatki w kolorze czerwonym, na przykład oprawki do okularów (których wcale nie potrzebuję) w kolorze czerwonym albo apaszkę bądź kolczyki. Na oficjalnych spotkaniach zawsze upinam włosy, odsłaniając kark. Buty zawsze są z zakrytymi palcami. Na mniej oficjalnych spotkaniach pozwalam włosom luźno żyć swoim życiem. Jako szef zawsze dbam, a właściwie dbałam, o jakość przedmiotów, jakimi się otaczałam: pióra, długopisy, kalendarze, nawet kubki zawsze musiały być bardzo drogie i eleganckie. Wszystko czyste i poukładane. Lubię stwarzać dystans. Jestem perfekcjonistką w każdym calu. Wymagam od siebie i wymagam od innych.

Dziś niestety nie jestem tak bardzo pewna siebie jak zawsze. Do szaro‑białej obcisłej sukienki dobiorę czarno‑czerwone dodatki. Porozpraszam Lenkiewicza, muszę mu z wejścia odmówić wycieczki integracyjnej. Wolę jechać z Adamem niż z tym rudym popaprańcem na wyjazd integracyjny. To zbyt wcześnie na spoufalanie się z szefem i zespołem. Jeszcze nie zaczęłam pracy, a już mam zacząć pić z nimi wódkę. Nie, to nie tak powinno się odbywać, poza tym wizja wyjazdu do Krakowa z panem deweloperem jest tak kusząca, że chyba nic ani nikt nie jest mnie w stanie powstrzymać przed jej spełnieniem.

Przekraczam próg mojej nowej pracy. Chłód i brak dialogu, tak jak ostatnio, tańczy po ścianach.

− Dzień dobry – wita mnie sekretarka bojąca się własnego oddechu, ubrana jak na wyjazd integracyjny. Ma na sobie stare jeansy ze źle wyprofilowaną pupą – co jeszcze bardziej poszerza jej już i tak pokaźne biodra – i sweter w kolorze sinokoperkowym. Wszyscy, a właściwie to wszystkie z wyjątkiem mnie tak tu dzisiaj wyglądają. Nie przewidziałam tego. Od razu widać, że ja się nigdzie za trzy godziny z nimi nie wybieram.

− Dzień dobry, Maja Karewicz. Byłam umówiona w sprawie podpisania aneksu do umowy z prezesem Lenkiewiczem.

− Tak, tylko niestety prezes jest dzisiaj bardzo zajęty. Nie pojawił się w pracy.

− Jak to się nie pojawił?

− Mamy obowiązkowy wyjazd w Bieszczady, jak co miesiąc. Prezes osobiście domyka wszystkie szczegóły związane z wyjazdem i atrakcjami przewidzianymi na miejscu.

− Rozumiem, że wyjazd integracyjny to najważniejsze zajęcie w „Medical”? – pytam ironicznie.

− Nie, ale to comiesięczny rytuał. Tak ustalił prezes ponad miesiąc temu na pierwszym spotkaniu z załogą. Prezes Nowak faktycznie nie miał takich pomysłów.

− Jaki, kurwa, rytuał? W normalnych firmach organizuje się takie wyjazdy raz, dwa razy do roku, a nie co miesiąc – mówię sama do siebie, ale tak, że sekretarka to słyszy. Nie komentuje jednak, tylko spogląda na mnie z dziwnym przerażeniem w oczach, nerwowo pocierając obrączkę, na której nie ma już śladu szczotkowanego złota. Cała świeci się ze starości i nerwowego jej pocierania przez właścicielkę. Próbuje sobie dodać pewności siebie albo coś przede mną ukrywa. Obawiam się, że niestety i jedno, i drugie. Nie mnie ją oceniać, jednak jest mniej więcej w moim wieku, a Lenkiewicz to zwyczajny dziad po pięćdziesiątce, który mógłby być naszym ojcem. Jest lekko otyły i nieprzystojny, nawet nie jest wysoki, nie ma w sobie nic poza dobrze skrojonym garniturem i władzą, którą wykorzystuje na każdym kroku. Trudno, jeśli z nim sypia, to jest zwyczajnie głupia. Mnie do łóżka nie zaciągnie.

− Prezes podpisał pani aneks i prosi, aby również pani go podpisała w obecności radcy prawnego naszej firmy. Za chwilę poproszę państwa do gabinetu prezesa Lenkiewicza.

− W takim razie czekam na radcę – odpowiadam lekko poirytowana.

− Witam panią, pani Karewicz.

Do gabinetu prezesa wszedł radca prawny. Niedbale ubrany, w trochę za małym garniturze w brązowym odcieniu modnym wieki temu.

− Jacek Padewski – przedstawia się i podaje mi swoją niezgrabną dłoń. Palce ma małe i grube, dłoń spoconą.

Wstaję, nie mając wyjścia odwzajemniam uścisk dłoni.

− Przejdźmy zatem do sedna sprawy, panie mecenasie. Mamy podpisać aneks do mojej umowy – dodaję szybko.

− Tak, proszę tu złożyć podpis. Prezes Lenkiewicz już podpisał.

− Proszę dać mi chwilę. Muszę jeszcze raz przeczytać to, co za chwilę mam podpisać.

− Jest pani bardzo nieufna.

− Owszem – odpowiadam, zerkając na niego chłodno.

− Zawsze? – pyta.

− Zawsze, panie mecenasie.

Faktycznie aneks nie różni się niczym od aneksu zaproponowanego mi w poniedziałek.

− No dobrze, podpisuję.

− Witam na pokładzie. Zapraszam jeszcze raz na wyjazd integracyjny. Autokar podjedzie o 12. na parking przed firmą. – Chyba autokary?

− Nie, wyjazdy pracownicze nie są organizowane dla wszystkich. Zwykle zapraszane są na nie pracownicy, jakby to powiedzieć, biurowi.

− Firmę stać na taki wydatek co miesiąc?

− Stać. Jest świetnie zarządzana, szczególnie od ponad miesiąca, od kiedy mamy na pokładzie prezesa Lenkiewicza.

Proszę się niczego nie obawiać.

− Proszę przeprosić prezesa, nie mam okazji zrobić tego osobiście, ale dzisiaj nie będę obecna na wyjeździe integracyjnym z przyczyn niezależnych ode mnie.

− Jak to? Prezesowi się nie odmawia, będzie bardzo zagniewany. To nie wróży dobrze na początek. Jeśli mogę coś pani doradzić, radzę się zastanowić nad swoją decyzją raz jeszcze.