Córy - Natalia Sobieska - E-Book

Córy E-Book

Natalia Sobieska

0,0
6,99 €

oder
Beschreibung

Nastia wiodła normalne życie nastolatki obfitujące w radości, smutki i młodzieńcze problemy, do momentu, kiedy w jej snach zagościła Sandra, kobieta z innych czasów. Nadia współprzeżywając sny, coraz częściej traci kontakt z rzeczywistością. Jej życie zaczyna komplikować się jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że nie została wybrana przypadkowo.
Dwie rodziny, które od lat toczą ze sobą spór chcą, by Nastia do nich dołączyła. A ze snów wyłania się świat, który istnieje w zupełnie innym wymiarze i czasoprzestrzeni – łączy ich jedno – osoba Nastii…
Nastolatce przypada w udziale niezwykle ważna misja – musi ratować swoją rzeczywistość, a także świat Sandry, jednak żeby to uczynić, musi najpierw odnaleźć ojca i doprowadzić do spotkania z głowami dwóch klanów…
Przyjaźń, miłość, nienawiść, smutek, walka, zwycięstwo, porażka i magia i wampiry to wszystko zjawia się w życiu Nastii z dnia na dzień.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Natalia Sobieska

 

 

Córy

 

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2021

Natalia Sobieska „Córy”

 

Copyright © by Natalia Sobieska, 2021

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Wioletta Tomaszewska

Redakcja i korekta: „Dobry Duszek”

Korekta: Robert Olejnik

Projekt graficzny i skład: „Dobry Duszek”

Projekt okładki: Jakub Kleczkowski

Skład epub i mobi: Adam Brychcy

ISBN: 978-83-8119-678-9

 

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Ludzie są słabi. Toną w swych słabościach,dbając tylko o siebie pod przykrywką emocji.A ci, którzy się zachowali w byciu dobrym,z łamiącym serce smutkiem i żalem dają się wykorzystywać.

PROLOG

Dźwięk dzwonka zostawił w uszach piskliwy pogłos jeszcze na chwilę po ucichnięciu. Korytarze zaczynały pustoszeć, a pan Garson, pieszczotliwie przezywany Pączkiem, zaganiał wszystkich do klas. Nastia wraz z koleżanką zeszła do szatni przed zajęciami z wychowania fizycznego, by chwilę później wyjść na rozgrzewkę. Śmiejąc się, obmyślały plan opuszczenia biologii i fizyki. Kiedy przechodziły obok nauczyciela, jak zwykle odprowadził je wzrok, pytający: „Co taka mądra i ambitna uczennica robi z tą niesforną dziewuchą?”. A ta dziewucha, Emma, właśnie próbowała wyperswadować grzecznej Nastii wyskakiwanie z okna na pierwszym piętrze. Ponieważ nie udało jej się zgromadzić wystarczającej ilości przekonywujących argumentów, musiała skoczyć zaraz za nią, aby nie zostać po złej stronie szkła. Zadowolone zbiegły z terenu szkoły.

Wolny czas spędziły w cukierni i sklepach z ubraniami. Mogłoby się wydawać, że przyjaźniąc się od 15 lat, nie mają sobie nic nowego do powiedzenia. Nic bardziej mylnego, chociażby ze względu na zupełnie różne zainteresowania i środowiska, w jakich dziewczyny się obracały, cały czas spędzały na plotkach i wydawaniu zarobionych w weekend pieniędzy.

W domu Nastia zastała swojego ojca – Andrzeja Warmuda – siedzącego na tarasie.

– Można wiedzieć, gdzie byłaś?

– Zaszłam do Emmy, miała mi pokazać nowego chomika – skłamała z grymasem na twarzy. – Jakiś problem?

– Owszem, dzwoniła dyrektorka z pytaniem, czy wróciłaś do domu, bo nie było cię na dwóch ostatnich lekcjach. Martwili się o ciebie, nie spodziewali się takich ucieczek po jednej z najlepszych uczennic.

„No tak, bo najlepsze uczennice to największe nudziary” – przeszło przez myśl Nastii.

– Pamiętasz, że jestem już pełnoletnia? W świetle naszego prawa nie mam już obowiązku uczenia się. Zostały dwa miesiące do matury, zwariować można – broniła się Nastia, lecz ojciec wydawał się rozgniewany jej odpowiedzią.

– Wyskoczyłaś z pierwszego piętra?!

Teraz dopiero dziewczyna zrozumiała, że powodował nim strach.

Nie wiedział, gdzie jest i dlatego był taki zły. Samotnie wychowując jedyną córkę, był przewrażliwiony na punkcie jej bezpieczeństwa. Jedną kobietę już stracił.

Nastii zrobiło się głupio, natychmiast skarciła się w duchu, że nie przewidziała, ile strachu będzie to kosztowało ojca, ale kto mógł się spodziewać, że z powodu takiej błahostki dyrektorka będzie dzwonić do rodzica…

– Nie pomyślałam, następnym razem dam ci znać, gdzie jestem. Spróbuję wyprzedzić policję nauczycielską w postaci dyrektorki. – Uśmiechnęła się przepraszająco.

Pan Andrzej spojrzał surowo na córkę, unosząc brew. Nie mógł się długo gniewać na swoją małą księżniczkę, a jego głos złagodniał:

– Następnym razem spróbuj użyć schodów, a teraz idź do pokoju nadrobić lekcje. Po schodach!

Wieczorem zeszła na dół, aby, jak co dzień, zjeść kolację i spędzić chwilę z tatą. Po śmierci matki uważali, że będzie to niezbędne do wzajemnego wsparcia. Z czasem wspólne wieczory zmieniły się w tradycję, dzielili się historiami i doświadczeniami dnia i chociaż pochodziły z różnych światów, dawały poczucie bliskości. Ojciec próbował nie okazywać dumy z ukochanej córki. Wiedział, że jest to niewychowawcze, ale nic nie mógł poradzić na to, że jego kochana Nastia była dla niego najidealniejszym dzieckiem na świecie i zawsze taka pozostanie.

Po kolacji Nastia przyjrzała się sobie w lustrze z większą dokładnością niż zazwyczaj. Zbliżała się studniówka, dziewczyny z klasy całymi dniami rozprawiały, z kim iść na tańce, jaką wysokość szpilek wybrać i jaką kieckę włożyć. Uśmiechnęła się do lustra, wspominając wykrzywioną minę Emmy na te rozważania. Jej przyjaciółka nigdy nie przejmowała się wyglądem, ubrania wybierała pod względem wygody, wszystko wyglądało na niej nonszalancko i pięknie. Mimo zaokrąglonych kształtów, albo właśnie ze względu na nie, emanowała czymś, co wzbudzało sympatię. Chłopcy nie bali się zagadać, bo przy niej trema nie istniała. Inaczej było z Nastią. Ujrzała przed sobą wymuskaną bladą buzię z lekkim rumieńcem. Kilka piegów zdobiło idealny nos, trądzik znała tylko z okładek magazynów dla nastolatek, szafirowe oczy mieniły się emocjami, a złote loki wystarczyło przeczesać szczotką, by wyglądały oszałamiająco.

„Co za szczęście… Nikt nie chce z tobą rozmawiać, bo jesteś tak uderzająco piękna, że nogi wiotczeją i niosą w drugą stronę”. – Nastia westchnęła. Przypominała bardziej wyśnioną rusałkę, rodem z baśni, niż realną postać. Nigdy nie przysporzyło jej to nic dobrego. Dziewczyny obrzucały ją zazdrosnymi spojrzeniami, chłopcy zaś odwracali wzrok spłoszeni, jakby ich parzyła.

Na szczęście zawsze miała Emmę, która zdawała się nie przejmować jej wyglądem. Może sprawił to fakt, że znały się odkąd skończyły 4 lata i razem bawiły żółtym śniegiem, odkrywały nieprzyjemne smaki i śmiały się ze stresujących sytuacji, które zdarzają się dzieciom.

Idąc do łóżka, Nastia obrzuciła smutnym spojrzeniem fotografię stojącą na biurku. Anita Warmud stała tam pochylona nad małą dziewczynką liżącą lizaka i wskazywała na fotografa, uśmiechając się do obiektywu. To był brzydki dzień, w tle widać chmury, ojciec opowiadał, iż lunął wtedy taki deszcz, że z mokrych ubrań w samochodzie zrobiła się kałuża. Jednak to było jej najszczęśliwsze wspomnienie z mamą. Nastia zapamiętała ten dzień bardzo radośnie: bieg między wybiegami dla zwierząt w zoo, rodzice trzymający ją z obu stron za ręce i latanie nad kałużami, gdy unosili swoją pociechę, żeby nie zamoczyła białych skarpetek w sandałkach.

Zasypiając, Nastia miała uśmiech na twarzy, lecz po policzku spłynęła łza. To było piękne wspomnienie.

Matka zginęła w wypadku samochodowym miesiąc później.

ROZDZIAŁ 1

Najdłuższe wakacje w życiu, matura napisana wzorowo, śmiech i zabawa pełna alkoholu i nowych ludzi. A ile koncertów! Nastia uczestniczyła we wszystkim, w czym tylko mogła, porywając Emmę często już o świcie i odstawiając późnym wieczorem.

Troski gdzieś odpłynęły, nie było szkoły, praca dorywcza nie sprawiała problemów. Wspaniały czas, nasycony wrażeniami, zaczął w końcu przygasać.

Dziewczyny szły popołudniem przez miasto, pożerając lody i plotkując. W domu czekał na nie Krystian, brat Emmy. Pili wino i oglądali stare zdjęcia Zrobiło się już ciemno, gdy Nastia nagle zbladła, a jej ciało przeszył dreszcz. Uczucie strachu sparaliżowało dziewczynę niespodziewanie. Czym było wywołane? Nim zdążyła się zastanowić nad przyczyną, minęło równie szybko, jak się pojawiło. „Może za dużo wina” – pomyślała i zadecydowała o powrocie do domu. Spacer trochę ją otrzeźwił.

Z nieśmiałym podejrzeniem, że to coś mocniejszego niż alkohol, jak najciszej wdrapała się po schodach do swojego pokoju, by nie obudzić taty. Zmęczona, legła na łóżku, nie trudząc się szukaniem piżamy, po czym zasnęła.

***

Wschodziło słońce, pokój wypełniał jasny blask. Sandra, mocząc delikatnie pióro w atramencie, zapisywała kolejne strony. Na blacie potężnego biurka leżały poukładane oddzielnie raporty ze stajni, zbrojowni, kuchni, od mieszkańców i wiele innych podgrup, które zarządczyni sumiennie dzień w dzień analizowała, a dane zapisywała w księgach. Nagle przeszedł ją dreszcz owocujący kleksem pod rzędem zapisów.

– Cholera – zaklęła cicho i omijając plamę, notowała dalej. – Licząc dziewięćdziesiąt dwa dni na każdą porę roku, mamy połowę jesieni… Ciekawe czy chłód w tym roku nas zaskoczy… Oby nie, możemy nie zdążyć przygotować zapasów, szczególnie że coraz więcej niepok ojących wieści przychodzi z północy – mruczała pod nosem Sandra.

Nim na zewnątrz zaczął się ruch, skończyła papierkową robotę i odłożyła księgi na miejsce. Raporty posegregowała, dokumenty schowała, przeciągnęła się na krześle i rozejrzała dookoła. Monotonia i rutyna, wcześniej nie doświadczała czegoś takiego.

Uczucie, które spowodowało zabrudzenie jej zazwyczaj nieskazitelnych zapisów, wdarło się głęboko pod skórę, powodując dziwne mrowienie. Usłyszała stukot butów za drzwiami gabinetu.

– Wejdź, Halanie – rzekła głośno, nim ktokolwiek zdążył zapukać. – Dzień dobry, pani. Salineit ma.

– Salineit. Co to za poruszenie przy drodze, ktoś przybył? – zapytała, zarzucając kamizelkę i wychodząc przed nim z gabinetu.

Poza kamizelką i okryciem przedramion miała na sobie jedynie kawałek materiału zakrywający biust, ciemne bryczesy z ozdobnym, wyposażonym we wszystkie potrzebne jej gadżety, pasem oraz zabłocone oficerki. Włosy od zawsze nosiła związane w warkocz długi prawie do pasa. Długość jej włosów nie była tak niesamowita jak ich kolor – niebieskie jak niebo w letni dzień i połyskujące jak odbicie księżyca w górskim jeziorze, tak niegdyś pisali poeci.

Idąc do zgrupowania przy bramie, rozmawiali o bieżących sprawach takich jak zbiorniki wody, które w zeszłym roku mało nie zamarzły zimą, nowych częściach, o których wymianę prosił młynarz, i treningach grupy młodzieżowej, której postępy przekraczały wszelkie normy rozwoju.

– Książę!? Jak mu tam? Reikan? Podobno uciął łapę niedźwiedziowi na polowaniu! Niemożliwe, by opuścił kraj. Ojciec by na to nie pozwolił. – Krzyczała grupa strażników i zwiadowców, którzy, jeszcze dysząc, zdawali relację z patrolu. Gdy Sandra podeszła bliżej, wszyscy się wyprostowali i pozdrowili ją uprzejmie.

– Pani, w mieście Gladensor widziano młodego księcia Karzanas, syna samego Williama.

– Co dwudziestoletni arystokrata mógłby robić w małej wiosce tak daleko od bezpiecznych murów zamku?

– Tego nie wiem, pani, ale mogę posłać zwiad do wioski. Tak się składa, że towar dla pana Mirka z młyna też możemy tam dostać.

– Świetnie, zwołaj kilku ludzi, za dwadzieścia minut ruszymy, też się chętnie przejadę.

Z kominów domów unosił się dym, ludzie zaczęli wychodzić na ulice, pozdrawiając swoją panią i życząc wszystkim spokojnego dnia, uśmiechy nie schodziły z twarzy mieszkańców Osady Rekrutów, czuło się tu spokój, dostatek i bezpieczeństwo.

***

„Las? Osada?” – Nastia niemal czuła promienie słońca na karku, gdy zadźwięczał budzik alarmujący, że czas do pracy. Nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą wydawało się tak realne, a okazało tylko snem. Z grobową miną przygotowała się do wyjścia i pożegnała z tatą.

Siedząc w biurze, zastanawiała się, co to za świat, z jakiej perspektywy go widziała? Kim była i kim były tak realne postaci oraz skąd wzięło się dziwne uczucie, którego nie umiała scharakteryzować?

W końcu szefowa podeszła do niej i, rzucając plik jakichś dokumentów, zapytała, czy dobrze się czuje.

– Wyglądasz nie najlepiej, może kawa cię obudzi?

– Nie trzeba, to tylko… Słabo spałam – przyznała niepewnie i spróbowała skupić się na pracy.

Przez kolejną godzinę udało jej się zrobić zestawienie, które zazwyczaj zajmowało parę minut. Przez rozkojarzenie musiała ciągle poprawiać błędy. Krytyczne spojrzenia współpracowników nie pomagały. W końcu wstała i stwierdziła, że idzie się przewietrzyć.

Nagle biurka, pracownicy i wszystkie meble zawirowały przed oczami Nastii…

***

Przed stajnią zaczął się większy ruch, wybrani mężowie siodłali konie i uzbrajali wozy, by uzupełnić zapasy. Sandra dosiadła swojej klaczy imieniem Roza i ruszyła na przedzie kompanii. W wesołej atmosferze dojechali do bram, dopięli ostatnie paski i ruszyli wolnym kłusem do miasta Gladensor.

Droga minęła bez przeszkód. Gwarząc radośnie, przejechali cały dystans w mgnieniu oka. W mieście zostali przyjęci równie wesoło i już po kilku minutach na wozach pojawiał się potrzebny towar. Rekruci rozmawiali ze znajomymi mieszkańcami Gladensor, popijając coś rozgrzewającego.

– Witaj, Harni. Jakie wieści? – zagadnęła Sandra jednego ze starszych sprawujących pieczę nad miastem, który również przyszedł przywitać się z przyjezdnymi.

– Och, pani Sandro, dzień dobry, dzień dobry – odrzekł starzec. – Wieści są, oczywiście. Wysyłaliśmy wiadomość do wioski o pobycie młodego księcia z Karzanas. Tak myślałem, że panią to zainteresuje. Młody książę, przystojny, a jak dumnie się nosi! W jedwabie odziany… Słyszałem jak nasze panny do niego wzdychały. – Starzec zaśmiał się chrapliwie. – Tylko ta hołota mu towarzysząca… Aj, mówię pani, jakie chamstwo! Pijacy, wandale… Nie panuje nad nimi młodziak. Mógłby się od szanownej pani, pani Sandro, wiele nauczyć.

Sandra odpowiedziała starcowi miłym uśmiechem.

– Mam nadzieję, że w takim razie i nas pan książę zaszczyci swoją obecnością. Dołożę starań, aby więcej się nie naprzykrzał swemu gospodarzowi.

Nie musieli długo czekać, gdyż od strony centrum miasta wyjechał na drogę orszak obcych rycerzy. Różnili się od Rekrutów znacząco: poważne miny, sztywny siad na spiętych koniach, w pełni uzbrojeni, bez najmniejszego szeptu. Jeźdźcy patrzyli wyzywająco na roześmianych Rekrutów. Na przedzie tej gromadki jechał wyróżniający się ubiorem książę. Tak jak opowiadał starzec, ubrany w jedwabie, delikatne pancerze, zadbany i wypolerowany, ale za to z dużo weselszą miną niż jego kamraci. Wyjechał na środek i zatrzymał się, wodząc ciekawym wzrokiem po mężczyznach. W końcu wśród nich dostrzegł roześmianą kobietę. Była dla niego tak intrygująca, że chociażby chciał, nie mógł oderwać od niej oczu.

Sandra również skierowała wzrok na przybyłych i ochoczo wystąpiła przed swoich towarzyszy.

– Och, witamy, to zaszczyt spotkać księcia i jego zgraję. Nie mogliśmy się doczekać – zawołała Sandra, podchodząc tak blisko, że czuła na ramieniu oddech książęcego konia.

– To dla mnie zaszczyt poznać cię, pani, osobiście, a nie tylko ze sławnych plotek. Nazywam się Reikan, jestem najstarszym synem Williama, króla Karzanas.

– Wiem, kim jesteś. Twoja sława również cię wyprzedza, choć nie wiem, czy by ci się ona spodobała.

Sandra przyjrzała się z bliska młodej twarzy księcia. Rzeczywiście był bardzo przystojny, choć może trochę za bardzo przypominał sztuczną postać z obrazka w tych dworskich szatach. Jednakże jego czarne włosy i zielone oczy, przy jeszcze delikatnie chłopięcych rysach, lecz widocznym, muskularnym ciele, wzbudzały ciekawość.

– Czy ty się patrzysz w mój dekolt?! – krzyknęła i odeszła parę kroków, zasłaniając skrawek materiału kamizelką.

Sandra udała takie zbulwersowanie, że młody książę przez chwilę wyglądał, jakby naprawdę tam patrzył i zaczerwieniony zaczął kręcić głową. Po chwili jednak i on się roześmiał, a wraz z nim wszyscy Rekruci, a nawet na twarzach niektórych rycerzy z Karzanas pojawił się skrępowany uśmiech.

– Tak, Sandro… Zapewne jak każdy mężczyzna, któremu pozwolisz się zbliżyć na odpowiedni dystans – odpowiedział w końcu, trochę się jąkając.

Sandra posłała mu łobuzerski uśmiech i zawróciła w kierunku swoich ludzi.

– Żegnaj, książę. Jeśli usłyszę, że którykolwiek z twoich ludzi patrzy w dekolt którejś z dziewcząt nieproszony, to obawiam się, że przestanie być zaszczytem fakt, że się poznaliśmy, a może się ta znajomość okazać nieprzyjemnym doznaniem – dodała, zerkając przez ramię.

Sandra zapłaciła odpowiednim ludziom za towar. Ostatnie uściski dłoni, wozy zapakowane i już po chwili wszyscy Rekruci siedzieli na swoich koniach gotowi do wymarszu.

***

– Nastio! Kochanie, obudź się proszę! Nie wydurniaj się i wstawaj! – krzyczała wystraszona Emma, próbując ocucić koleżankę uderzeniem w policzek. I kolejnym.

– Wezwać karetkę? Czy wie pani, co mogło jej się stać? – zapytała z troską w głosie szefowa.

Całe szczęście, że Emma pracowała w przychodni piętro niżej, nie zostawiając Nastii na pastwę smoczycy, jak lubiły przezywać kierowniczkę.

– A właściwie to co się stało? – niepewnym głosem spytała Nastia, przecierając oczy. Gdzie była? Co widziała, a czego nie?

– Nastio! Jeżeli to głupi żart, to módl się, żebym cię nie dorwała! Dziewczyna zauważyła, że w pokoju było znacznie więcej świadków, patrzących na nią z ciekawością, jak podczas ulicznego wypadku, o którym można opowiedzieć żonie przy kolacji. Nastia powoli usiadła i trzymając się za głowę, próbowała przypomnieć sobie ostatnie godziny. To był sen, tak chyba trzeba to wytłumaczyć. Odpowiadając jedynie pomrukami na zadawane pytania, próbowała wstać i zebrać swoje rzeczy.

Po chwili do biura wszedł ojciec Nastii i otaczając ją ramieniem, wyprowadził, ciągle mówiąc, jak się martwił i pytając, co się stało. Dziewczyna spojrzała przelotnie na przyjaciółkę, a ta zrozumiała zaproszenie, aby ją odwiedzić po godzinach pracy.

Kilka godzin później Emma przybyła do domu pacjentki ubranej już w piżamę i leżącej w łóżku z ciągle podawaną przez ojca gorącą herbatą. Mimo licznych zapewnień Nastii, że czuje się dobrze, zmusili ją do wizyty w przychodni, co nominowało ją do roli osoby chorej.

– Wcale się nie dziwię, że dostałaś skierowanie do izolatki. Wyglądałaś jak duch, w dodatku przerażony duch – zagadnęła Emma, siadając na łóżku i wyciągającej z torebki ciastka z dużą ilością bitej śmietany.

– Chyba masz rację, musiało to wyglądać strasznie, skoro wszyscy tak wariują…

– Nie tak strasznie, jak mina twojej szefowej, Nastia chora? Pewnie nie chce jej się pracować! Wykręca się przed najważniejszymi dniami w pracy!

– Tak, dla niej każdy dzień pracy jest najważniejszy w życiu. Dziewczyny zaśmiały się i rozmawiały długo, jak gdyby nie widziały się tydzień, a nie zaledwie pół dnia. Kolejne godziny Nastia opowiadała o magicznym śnie, który wdzierał się do jej świadomości tak mocno, że nawet po obudzeniu musiała upewnić się, gdzie była i jak miała na imię.

– To dość ekscytujące, wcielać się w seksowną wojowniczkę i grozić przystojnym książętom – skwitowała opowieść żywo pobudzona Emma.

– Brawo, odmieniłaś trudny wyraz – zaśmiała się Nastia. Zbliżał się wieczór, więc dziewczyny musiały się rozstać, a powieki Nastii stawały się coraz bardziej ciężkie. Chociaż sny rzeczywiście były intrygujące, kończyły się wyczerpaniem i budziły w niej lęk. „Nie da się uniknąć spania, nawet gdybym bardzo chciała, ile bym wytrzymała? Dwa dni? Może trzy…” – zastanawiała się.

Zasnęła po kwadransie.

***

Wracając do domu, Sandra została z tyłu i mocno się zamyśliła. W końcu odprawiła spoglądające za nią oczy i wycofała się zupełnie, a gdy oddział zniknął z pola widzenia, odetchnęła głębiej i, wysilając zmysły, rozejrzała się wokół. Ścieżkę otaczało kilka drzew z lewej strony, a z prawej zaczynał się las, który sięgał niemal pod granicę. Poza oddalającymi się towarzyszami nie słyszała żadnych ludzkich głosów. Zsiadła z konia i skierowała się w stronę gęstego lasu. Na chwilę przystanęła, usłyszawszy tętent koni dochodzący od strony miasta. Uśmiechnęła się niechętnie i z powrotem wsiadła na Rozę. Kilka minut później natknęła się na oddział księcia.

Obie strony zatrzymały się w bezpiecznych odległościach, patrząc po sobie pytająco.

– Książę? – zagadnęła, zachęcając do wytłumaczenia swej obecności na drodze prowadzącej jedynie w stronę Osady Rekrutów.

– Och, Sandro. Zapewne domyśliłaś się, że mam zamiar zatrzymać twój oddział. Co innego skłoniłoby mnie do zbrojenia ludzi? Czemu zatem psujesz zabawę i przychodzisz sama? Poddając się, nie dasz mi się wykazać.

Sandra uniosła brew, udając rozbawienie.

– Myślałam, że to u was naturalne, spędzać czas w zakutym łbie. Oddział szybko okrążył wroga, lecz Sandra nie zareagowała w żaden sposób na ich ruch. Roza zerknęła zaciekawiona na zmęczone konie nieprzyjaciół i z prychnięciem opuściła głowę.

– Oddaj broń, proszę – rzekł Reikan, co skutkowało naciągnięciem cięciw łuków ze strzałami przez sześciu rycerzy znajdujących się po prawej i lewej stronie Sandry.

Gdy tylko książę skończył zdanie, Sandra ujęła po trzy ostre strzałki w obie dłonie i wycelowała w gotowych do ataku łuczników. Bez wahania wypuściła ostrza, które prawie jednocześnie przecięły ramiona łuków.

Rycerze stali w osłupieniu, nadal trzymając niezdatną do niczego broń wycelowaną w kobietę. Ta zaś, nie kryjąc dumy z udanej sztuczki, ruszyła w stronę księcia. Był zaskoczony, ale szybko na jego twarz zawitała ponownie poważna mina. Jego towarzysze zaraz też oprzytomnieli i chcieli rzucić się na Sandrę w obronie swego pana.

– Stójcie! – wydał polecenie książę i sam ruszył w stronę przeciwniczki.

– Porozmawiajmy, towarzystwo nam niepotrzebne – zaproponowała Sandra, a książę skinął głową i kazał zostać swym podwładnym, ruszając z powrotem w stronę kobiety.

– Jest tyle ciekawych miejsc na wycieczkę młodego księcia, tydzień podróży w przeciwną stronę, a mógłbyś podziwiać na przykład jaskinie Arikolen. Wybrałeś tę drogę, wniosek jest taki, że przyjechałeś do mnie.

– Jesteś już prawie bóstwem w moim domu – wyznał książę, licząc zapewne, że komplementem wzbudzi zaufanie.

– I rosnący spór między władcami królestw nie ma tutaj związku? – zaśmiała się Sandra. – Książę, czego tak naprawdę szukasz?

– Wyzwania, pani – przyznał Reikan, spoglądając na przeciwniczkę. – Mało wyzwań stawiają przed księciem? Jestem pewna, że ojciec zapewnił ci robotę przy słuchaniu skarg, objazdach, wizytacjach i czym tam się jeszcze książęta zajmują.

– Można uznać to za rodzaj wizytacji. Chcę z tobą walczyć, Sandro.

Sandra roześmiała się w odpowiedzi, szczerze rozbawiona.

– Nie mam czasu na takie zabawy, książę. Wybacz, że cię zawiodłam.

– Spodziewałem się takiej odpowiedzi – odparł prawie bez emocji. – Szkoda byłoby jednak zmarnować okazję. A pojedynek tym ciekawszy, im wyższa stawka – mówił dalej, a napięcie w jego głosie rosło. – By cię zachęcić, proponuję umowę. Zwycięzca zdecyduje o losie przegranego. Odeślę swoich ludzi, by nie przeszkadzali.

Sandra chwilę się zastanawiała. Słyszała to i tamto… „Czyżby był aż tak dobry?” – Z politycznych względów powinna przyjąć propozycję. To jednak mogłoby przynieść więcej problemów w przyszłości, niż korzyści na chwilę obecną. Mimo to rozważała propozycję jeszcze chwilę, a ciekawość brała górę. Jednak pokręciła stanowczo głową, jakby przyjmując przeciwne stanowisko w swoich własnych rozmyślaniach.

– Wracaj do domu, książę.

Nie czekając na odpowiedź, zawróciła w stronę swojej osady. – Będę czekał za dwa dni na moście nad Chegarą! – krzyknął za nią książę i niepewny wyniku rozmyślań przeciwniczki również wrócił do swoich ludzi.

Sandra bez trudu dogoniła swoich kamratów i bez wyjaśnień zajęła miejsce na przedzie, prowadząc towarzyszy do domów.

Gdy wszystkie wozy zostały rozpakowane, a towary rozdane oczekującym na niego osobom, zaczęło się ściemniać. Po drodze do domu na Sandrę napadła trojka dzieci, obskakując ze wszystkich stron i wymuszając historyjkę. Dowódczyni udała niechęć, ale w końcu się zatrzymała i zaczęła opowiadać bajkę o złym niedźwiedziu:

Były to czasy dawne, gdy ludzie żyli ze zwierzętami w symbiozie, nie było wyniszczających bitew, drzewa i lasy rosły w spokoju, a ich mieszkańcy nie bali się wychodzić z kryjówek, a nawet interesowały ich dziwne zachowania ludzi. W czasie, kiedy miała miejsce historia, którą chcę wam opowiedzieć, ten spokój był zagrożony… Pojawiły się bowiem postacie, które kształtem przypominały ludzi, lecz ich charakter był żądny krwi. Zaczęło się od zabijania zwierząt. Natychmiast ludzie zauważyli, że ich mięso jest pyszne, kości twarde, a skóra ciepła. Era spokoju minęła, zwierzęta zaczęły bać się ludzi i coraz częściej próbowały się bronić. Na tym jednak złe czasy się nie zatrzymały… Wkrótce żądne krwi bestie zaczęły łaknąć więcej ofiar. Nie zwierzęcych, lecz ludzkich. Zdarzało się, że mężczyźni nie wracali z pola do domów, że kobiety, nazbierawszy ziół, przepadały gdzieś w lesie.

Pewnego razu młody chłopak imieniem Arnold przechadzał się leśną ścieżyną. Los chciał, że tego dnia niebo było pochmurne, a wiatr kołysał mocno drzewami, tworząc falę szumu, który uniemożliwiał dosłyszenie niebezpieczeństwa. Nagle na drodze Arnolda stanął niedźwiedź. Ogromny! Z pazurami i kłami wielkości dłoni i skórą grubszą niż wszelkie zbroje. Olbrzym stanął na tylnych łapach i z wściekłym rykiem przyglądał się młodzieńcowi.

– Ależ, panie niedźwiedziu, ja nie chcę panu zrobić krzywdy – rzekł Arnold.

Niedźwiedź jednak po latach straszenia i okrucieństwa ludzi zapomniał, jak można się z nimi porozumiewać i nie zrozumiał chłopca. Pełen złości zaatakował naszego małego bohatera.

Wtem nad głową Arnolda pojawił się zwinny jak kot mężczyzna. Z gołymi rękoma rzucił się na zwierzę i, dysponując nieziemską siłą, powalił niedźwiedzia na ziemię.

– Dziękuję, panie! Uratował mi pan życie! – Wzruszył się chłopiec wdzięczny za ocalenie.

– Teraz czas na ciebie – warknął mężczyzna i rzucił się na chłopca. Nagle pojawiła się trzecia osoba, kobieta o nadzwyczajnej sile. Powaliła mężczyznę i zabrała chłopca z powrotem do domu, do matki.

– A teraz wy, dzieciaki, powinniście szybko uciekać do matek, bo i was dorwie ten, który pokonał niedźwiedzia i który chciał porwać chłopca – ostrzegła Sandra, kończąc swą historię.

Dzieci uradowane głośno podziękowały i krzycząc, pobiegły bawić się gdzie indziej.

Resztę wieczoru Sandra spędziła w Sali, przyjmując interesantów i słuchając raportów z całego dnia. Nim zasnęła, spędziła parę godzin, zastanawiając się nad przyszłością: „Wojna jest nieunikniona. Karzanas i Tarizmar nie porzucą swoich idei, będą za nie walczyć i zginą z ręką na sercu”. – Dla Sandry wrogiem był jednak ktoś inny. I był tuż obok, bardzo blisko, niezauważalny. Musiała potwierdzić te domysły, bo jeśli okażą się prawdziwe, będzie musiało dojść do porozumienia między skłóconymi państwami, a nawet do współpracy. Westchnęła głośno.

„No i co zrobić z chłopakiem? Walczyć? Odesłać do domu?”

– Wiele dylematów nękało myśli Sandry. Kilkoma podzieliła się z Halanem, który jednoznacznie stwierdził, że skoro książę oddaje się w jej ręce, nie wolno tego zlekceważyć i należy wykorzystać.

Kolejny dzień również minął na rozmyślaniu. Sprzyjała temu ponura pogoda, podmuchy wiatru sprawiały, że odczuwalna temperatura była niska, a kropiący nieustannie deszcz zniechęcał do wyjścia. Mimo to Sandra wykonała codzienne czynności bardzo dokładnie, a dzień zleciał jej szybko.

Przestało padać dopiero następnego dnia, gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Czas uciekał, a Sandra nadal nie podjęła decyzji, czy chce walczyć z młodym księciem. Akurat naprawiała z Halanem cieknący dach w domu starszej kobiety, gdy jej brzuchem wstrząsnął grzmot.

– To twój brzuch? – zdziwił się Halan. – Brzmiało jak burza z piorunami. Jedliśmy przecież godzinę temu… Tak zgłodniałaś?

Sandra popatrzyła na niego z niechęcią.

– To głód. Skończymy i przejadę się do lasu.

Halan zdziwił się jeszcze bardziej.

– Myślałem, że TEN głód jest na tyle uporczywy, że do niego nie dopuszczasz? Twoje rany gorzej się goją, powinnaś o siebie bardziej dbać, pani – rzekł z wyrzutem.

– Obrażenia od magii goją się inaczej – odparła Sandra w obronie, chociaż była wdzięczna za troskę przyjaciela.

Skończyli pracę i, tak jak zapowiedziała, Sandra ruszyła sama do lasu na łowy. „Kogo upoluję dzisiaj, sarnę czy księcia?” – pytała się w duchu.

W końcu koń poniósł ją na most nad Chegarą.

ROZDZIAŁ 2

Tym razem obraz pokoju stał się wyraźny znacznie szybciej. Nastia wstała chwiejnie i poszła do łazienki, trochę jeszcze zamroczona. Spojrzała w lustro i ujrzała tam obcą twarz. Zamknęła oczy, nie dowierzając, i spojrzała znowu. Złote loki opadały na podkrążone oczy. Była potwornie zmęczona, nogi jej się trzęsły jak po maratońskim biegu. Przytrzymała się umywalki i, oddychając ciężko, próbowała opanować drżenie. Potrzebowała prysznica.

Minęło pół godziny od momentu, gdy ciepła woda otuliła jej ciało. Czuła się znacznie lepiej, objawy ustąpiły, ale za to zaczął jej dokuczać uporczywy głód. Burczenie w brzuchu musiał usłyszeć nawet ojciec, bo Nastia słyszała, jak wstawia wodę na herbatę i zaczyna smażyć jajka.

Gdy w końcu zeszła do salonu, śniadanie już czekało. Unosząca się para roznosiła przyjemny zapach po całym pokoju.

– Dziękuję – pisnęła Nastia, całując tatę w policzek.

– Za czterdzieści minut masz wizytę u doktora. Nie mogę pojechać z tobą, ale jeśli potrzebujesz podwózki, mogę poprosić sąsiadów albo zadzwonię do Krystiana…

– Nie trzeba – przerwała mu Nastia.

Krystian był starszym bratem Emmy, znali się zatem równie długo. Zawsze traktował ją jak siostrę, rozbawiał ją, dokuczał w dzieciństwie i stawał w obronie przed wścibskimi dzieciakami. Teraz, gdy dorosła i stała się piękna, był jedynym chłopakiem, który odważył się z nią normalnie rozmawiać. – Pojadę samochodem, czuję się dobrze – odpowiedziała.

Dom Warmudów otaczał niegdyś piękny ogród, o który Anita dbała prawie tak zawzięcie jak o rodzinę. Z boku domu dobudowali garaż mieszczący dwa samochody: firmowego forda ojca i małego citroena matki, który woził je na wszystkie wyprawy. Teraz ten samochód służył Nastii, odkąd rok temu zdała egzamin na prawo jazdy.

W gabinecie lekarz wysłuchał cierpliwie opowieści o ostatnich dolegliwościach, z którymi zmagała się dziewczyna. Na każde słowo kiwał odruchowo głową, w końcu wypisał receptę na środki nasenne i poprosił kolejną osobę z zatłoczonej poczekalni.

Wracając do domu, Nastia słuchała wywiadów w radiu. Akurat wszystkie stacje puszczały wiadomości, reklamy albo niesamowicie (nie)intrygujące wywiady z niepełnosprawnymi koszykarzami albo kobietami, które zwalczyły raka i teraz zbierają stare ubrania, żeby podarować je chorującym. Nastia skrzywiła się i zaczęła szukać płyt po kieszeniach drzwi. W końcu natrafiła na 30 seconds to mars. Włożyła krążek do stacji i zafałszowała kilka nut.

Dojeżdżała już do ostatniego skrzyżowania, gdy na drodze pojawiła się ni stąd, ni zowąd jakaś postać. Serce zabiło jej mocniej, gdy wdepnęła hamulec, lecz auto odmówiło posłuszeństwa i wjechało prosto w tajemniczego mężczyznę. Rozległ się trzask odpowiadający wyobrażeniu o runięciu ściany szkoły, które przewijało się w jej myślach za czasów szkolnych. Wydała z siebie przeraźliwy krzyk i po chwili zaczęła łkać, próbując przy tym złapać oddech. Wydawało się, że sekundy przeciągnęły się w całe godziny. Siedząc w bezruchu, patrzyła przed siebie jak zahipnotyzowana. Nigdzie nie mogła dostrzec mężczyzny, którego potrąciła. Powoli zdjęła trzęsącą się nogę z hamulca i wrzuciła jałowy bieg zaciągając ręczny hamulec. Spróbowała otworzyć drzwi, lecz rozdygotane ręce nie chciały jej słuchać, a wysiłek pchnięcia ich okazał się wymagający. W końcu wyszła z samochodu, rozglądając się niepewnie wokół. Nie dostrzegła nic niezwykłego, robiło się szaro, zaczynał zapadać zmierzch, latarnie już świeciły. Podeszła do samochodu z przodu, przeczesując wzrokiem asfalt w poszukiwaniu jakiegoś dowodu na to, co się wydarzyło. Droga była pusta, w oddali szczekał jakiś pies, poza tym nikogo nie było.

Serce zabiło jej znowu szybciej, bo jeśli to też jej się przewidziało, wpadała w paranoję. Z ust wyrwał się kolejny krzyk, więc odruchowo sięgnęła do nich dłonią, próbując go uciszyć. Maska jej samochodu była mocno wgnieciona, na zderzaku falował skrawek czarnego materiału. Wzięła go niepewnie do ręki i ponownie się rozejrzała. Czym prędzej wsiadła do samochodu i z piskiem opon odjechała z miejsca wypadku, którego ofiary nie było.

Wjechała po cichu do garażu, mając nadzieję, że ojciec nie odkryje śladów uderzenia na samochodzie, dopóki ona sama nie przeanalizuje, co naprawdę się wydarzyło.

W domu oddzwoniła do Emmy, która przez cały dzień nagrała jej kilkanaście wiadomości głosowych. Siląc się na spokój, słuchała przyjaciółki i próbowała jak najdokładniej odtworzyć wydarzenia, które tak ją przeraziły. Po godzinie rozmowy położyła się na łóżku wyczerpana i niepewna. Myślami powędrowała do torebki i leków, które przywiozła z przychodni. Zdecydowanym ruchem wyjęła jedną tabletkę i połknęła bez popijania. Zasnęła, tak jak stała, w ubraniu, bez żadnego okrycia.

***

Po całodniowych opadach powietrze było wilgotne, chmury odsłoniły część wieczornego nieba, ukazując księżyc i kilka gwiazd. Po drodze Sandra skończyła rozmyślania i podjęła decyzje, które miały nakreślić plan działania na nadchodzące miesiące.

Most nad Chegarą leżał dokładnie między granicami krajów. Pod nim płynęła dość szeroka rzeka, od której pochodziła jego nazwa, a oba wejścia strzeżone były przez cztery piękne dęby z bukietem barw na liściach wczesną jesienią, po których zostało teraz jedynie wspomnienie.

Gdy Sandra stanęła po tarizmarskiej stronie, wyczuła czyjąś obecność.

– Długo każesz na siebie czekać, pani – przywitał ją głos z naprzeciwka, należący do księcia.

Tym razem bez jedwabiów, a w lekkim pancerzu, z nagim mieczem wydawał się jeszcze dostojniejszy.

– Chciałam dać ci czas, abyś ostatni raz to przemyślał i jednak zawrócił.

Chłopak się uśmiechnął. Pozwolił sobie na chwilę dekoncentracji, przyglądając się oszałamiającej barwie jej włosów, niebieskich w świetle słońca i tak srebrnych przy księżycu.

– I wzajemnie, ale ja nie mam zamiaru pozwolić ci zawrócić. – A zatem zaczynajmy – odparła, wyciągając z pochwy kord[1]. Reikan ruszył do ataku, przebiegając most. Dwoma rękoma trzymał duży i masywny miecz błyszczący w blasku księżyca. Sandra delikatnie się wycofała na większą przestrzeń, nadal nie podnosząc broni i czekała na kontakt. Książę siłą rozpędu naskoczył na wroga, rażąc mieczem po ukosie z lewej strony. Spudłował, ale zgrabne ruchy nogami umożliwiły następny atak z drugiej strony z dołu, chybiając zaledwie o kilka centymetrów. Kolejnym z serii atakiem sięgał do twarzy, lecz i tym razem minął się z celem. Odskoczył na chwilę, szykując kolejny ruch, a Sandra uważnie go obserwowała. Był szybki, zwinny i pewny siebie. Jego ataki były przemyślane i wyćwiczone. Większość przeciwników powaliłby co najwyżej drugim ciosem.

Ona jednak nie była jak większość. Dobrze się bawiąc, unikała kontaktu z ostrzem księcia, od czasu do czasu parując uderzenie karwaszami lub własnym mieczem. Czekała na moment, w którym ruchy Reikana staną się chaotyczne, lecz taki nie nadchodził. W końcu z uznaniem wyprowadziła własny atak.

Książę, cofając się, sparował wszystkie uderzenia, coraz bardziej sapiąc z wysiłku. Spróbował raz jeszcze zaatakować, tym razem serią czterech uderzeń: z prawej, z góry, z prawej po ukosie i z lewej strony.

Sandra, nie robiąc uniku, sparowała ostatni cios mieczem, a drugą ręką wyjęła zza pasa sztylet i raniła nim księcia w bok.

Reikan odskoczył, chwytając się za krwawiące miejsce. Wziął kilka głębszych oddechów, na które Sandra mu pozwoliła. Czuł się oszukany, gdyż pojedynek powinien obejmować jeden rodzaj broni. Nie miał jednak zamiaru wytykać tego Sandrze. Zastanowił się nad swoim położeniem, musiał zmienić taktykę, uważając na obie ręce przeciwniczki. „Ciekawe, ile jeszcze asów ma w rękawie… Czy też w pasie, w jej przypadku” – pomyślał, szykując się do kolejnego ataku.

Walka trwała kolejne minuty, Sandra zadała kolejne ciosy w okolicach ramienia, a następnie uda. Książę mimo to nie odpuszczał, atakował silnie, szybko i rozsądnie. Zauważył jej tendencję do ataku sztyletem zaraz po sparowaniu mieczem. W końcu udało mu się sięgnąć mieczem do jej ramienia. Z wyrazem triumfu podwoił natarcie, ale nieskutecznie.

Walka się przedłużała, minęło sporo czasu, gdy oboje, ciężko dysząc, przystanęli, mierząc się wzrokiem. Nie padły żadne słowa. Książę czuł ból. Im dłużej odpoczywał, tym intensywniej go odczuwał. Skrzywił się, ale brak tchu nie pozwolił mu jeszcze ruszyć do ataku.

Sandra miała inny problem. Była głodna. Tak bardzo głodna… Czuła w sobie tę żądzę, tę, która prowadziła do brutalnych wspomnień. Była tak niepohamowana… Wiedziała, że zaraz straci kontrolę. Każda minuta walki stanowiła olbrzymie zagrożenie. Dla niej, ale w szczególności dla Reikana. Na jej twarzy co chwilę pojawiały się i znikały czarne, nabrzmiałe żyły. Czuła, jak krew pulsuje w ciele jej przeciwnika, czuła jej zapach, gdy powoli sączyła się z ran, miała taką ochotę wytrzeć swoje ostrza i zlizać z nich czerwoną maź. „Nie myśl o tym” – upomniała się w duchu. Wzięła kolejny głęboki oddech i rzekła, ledwo łapiąc powietrze:

– Dobrze walczyłeś, książę, ale czas kończyć. – Mówiąc to, powoli zaczęła podchodzić do przeciwnika, szurając mieczem po ziemi.

Książę bez słowa zaatakował i zadał jej poważną ranę w okolicy brzucha. Sandra nawet nie czuła bólu, była tak skoncentrowana na palącym pragnieniu. Mężczyzna, zaskoczony celnym ciosem i brakiem reakcji, próbował zadać kolejny. Jednak w jego przeciwniczce zaszła zmiana, na nic nie zważała, stała się demonicznie silna. Ręką trzymającą miecz zatrzymała nadchodzący cios z góry, jednocześnie drugą dłonią łapiąc za nadgarstek przeciwnika i wykręcając go w bok. Pod księciem ugięły się kolana, wypuścił miecz z ręki, a w tym samym czasie ostrze sztyletu znalazło się aż po rękojeść w jego brzuchu. Na ułamek sekundy spojrzał w jej oczy, po czym, przerażony, opadł z sił i zemdlał.

Minęło kilka godzin. Sandra rozpaliła ognisko i przywlekła księcia w pobliże ognia, opierając go o drzewo. Nadal był nieprzytomny i oddychał płytko. Zdjęła z niego pancerz i używając skrawków koszuli, przemyła rany wodą z rzeki. Przy okazji przemyła również swoją twarz i brzuch. Teraz wyglądała niezgorzej, prawie jak na początku starcia. Nie zawdzięczała tego jednak kąpieli. Jak tylko zadała ostateczny cios, uciekła w las, dopadła bezbronne zwierzę i z furią zatopiła w nim swoje kły, pozbawiając je każdego mililitra krwi. Dopiero to ukoiło jej nerwy, przywróciło równowagę, pozwoliło ranom się zasklepić i poczuć olbrzymią ulgę. Gdy tylko zaspokoiła pragnienie krwi, czym prędzej wróciła do księcia.

Podczas gdy przeciwnik nadal nie odzyskiwał przytomności, a jego rany przestały już krwawić, udała się na poszukiwanie jego konia. Stał niedaleko mostu, pasąc się spokojnie. Przyprowadziła go do ogniska i przywiązała obok Rozy. Po kilku prychnięciach szukały już razem pożywienia wśród ściółki.

Sandra wróciła do ogniska, akurat gdy książę się ocknął i rozejrzał nieprzytomnie. Gdy jego wzrok natrafił na oblicze kobiety, aż podskoczył. Przestraszony próbował się cofnąć, ale rany i skrępowane ręce nie pozwoliły na żaden ruch.

– Spokojnie, bo zaraz znowu mi odpłyniesz – powiedziała uprzejmym tonem Sandra i podała mu bukłak z wodą.

Książę pił chciwie, nie spuszczając z niej wzroku. Po dłuższej chwili znowu spróbował poprawić pozycję siedzenia. To, co widział tuż przed omdleniem, nie było Sandrą, nie było nawet człowiekiem. Wwierciło się we wspomnienie tak mocno, że ten obraz pojawiał się za powiekami za każdym razem, gdy te opadały.

– Powinienem nie żyć – wyszeptał niepewnie.

– Żyjesz, nie ma co narzekać… – odparła. posyłając mu krzepiący uśmiech.

Książę nic nie odpowiedział, ale bacznie obserwował każdy jej ruch. Stracił do niej zaufanie w kwestii człowieczeństwa, rozważał, kim mogła być, próbował sobie przypomnieć, co naprawdę wydarzyło się kilka godzin temu. Bolało go całe ciało, ale ścisk w żołądku spowodowany był strachem, nie obrażeniami. To było dla młodego księcia zupełnie nowe doznanie. Owszem, liczył na nowe wrażenia po walce z wielką wojowniczką Tarizmaru, ale tego się nie spodziewał.

Sandra, milcząc, pomogła mu się usadowić na koniu i sprowadziła do osady. Halan czuwał przy bramie, oczekując jej powrotu. Poza nim i strażą cała wioska pogrążona była we śnie.

– Gdzie są twoi ludzie? – zapytała Sandra, gdy tylko ulokowali księcia na łóżku w części sanitarnej dworku.

Oczekując odpowiedzi, wraz z Halanem jeszcze raz przemyli i opatrzyli rany.

– Nie zaatakują cię. Jeśli nie wrócę do świtu, pojadą do zamku. Książę dostał talerz z resztkami po kolacji i przy cieple kominkowego ognia zasnął.

– Nie możemy go tu zostawić – zauważył Halan.

– Masz rację, trzeba będzie użyć celi w podziemiach.

– Mamy więzienie? – zapytał naprawdę zdziwiony podwładny. – Ciężko to tak nazwać, ale tak, jedno pomieszczenie jest zakratowane.

Halan ostrożnie podniósł księcia i podążył za Sandrą w tę część dworku, w której był zaledwie kilka razy. Rzeczywiście były tam schody prowadzące w dół. Sandra zapaliła pochodnię i poszła przodem, traktując ogniem świece po bokach. Podziemie składało się z dwóch sal i zakratowanej celi. Było to pomieszczenie bez żadnych okien, panował tam groźny nastrój, wilgotne i lodowate powietrze wdzierało się do nozdrzy, a jedynym źródłem światła były świece grające mrocznymi cieniami.

Położyli księcia na słomianym posłaniu i zamknęli zań kratę. W jednym z pomieszczeń znajdowało się biurko i kilka zakurzonych regałów. Na jednym z nich leżały wyglądające na bardzo stare księgi, na innych flakoniki wypełnione przeróżnymi substancjami, gdzie indziej zbiór różnych roślin i narzędzi. Halan z ciekawością przeglądał zawartość półek. Drugie pomieszczenie stało zupełnie puste.

Zostawili pod celą garnuszek z ziołowym wywarem i poszli do gabinetu. Za chwilę miało świtać. Usiedli naprzeciwko siebie po obu stronach biurka i zamyślili się na moment.

– Gratuluję zwycięskiego pojedynku – rzekł w końcu Halan, aby zacząć rozmowę.

– Dziękuję. Skupmy się na konsekwencjach. Książę przybył z niewielkim oddziałem. Kilkudziesięciu ludzi to za mało, by zaatakować cokolwiek, co jest bronione, więc byli tu jedynie dla ochrony i na pokaz. Wnioskuję z tego, że zrobił to bez wiedzy ojca, gdyż ten nie pozwoliłby mu opuścić kraju z tak nielicznym oddziałem.

– Król William nie pozwoliłby swojemu najstarszemu synowi opuścić własnego zamku, gdyby tylko mógł go utrzymać.

– Nietrudno w takim razie przewidzieć jego reakcję. Wpadnie w szał. Reikan odesłał swoich ludzi o świcie. Powrót do zamku zajmie im trzy dni, jeśli będą przemieszczać się w dość szybkim tempie. Jakie król podejmie decyzje?

Halan przez chwilę zastanawiał się, jakby wierząc, że Sandra naprawdę uważa, że może znać odpowiedź. Po chwili ciszy zrobił się blady na twarzy. Kobieta spojrzała na niego pytająco.

– Młodszy syn naszego króla gości w Inagalu. To pięć dni drogi stąd, a dwa z zamku Williama.

– Mogą próbować porwać go na wymianę. Bardzo dobrze… – Przyklasnęła teatralnie Sandra.

– Bardzo dobrze?

– Nie możemy trzymać księcia jako zakładnika. Nie zdążymy uprzedzić króla, więc jego syn wpadnie w pułapkę. Nie zagraża to niczyjemu życiu.

– Dlaczego nie możemy więzić księcia? Daje nam przewagę nad Williamem!

– Na pewno? Zastanów się, król przestaje być racjonalny, kiedy wpada we wściekłość. Jeśli nie uda mu się odzyskać syna, za miesiąc będziemy w środku wojny. Wojska Tarizmaru są równie nieprzygotowane na taką ewentualność jak Karzanas. Ci którzy zginą w pierwszych bitwach, będą mieli szczęście, bo bardzo szybko skończą się zapasy na utrzymanie wojsk w gotowości bojowej i mnóstwo ludzi będzie umierać z głodu.

– Jeśli William zaatakuje nieprzygotowany, odniesiemy zwycięstwo! Broniąc się w ufortyfikowanych miastach i zamkach, możemy przetrwać o wiele dłużej.

– Poza szaleństwem król nie jest głupi, nie będzie atakował miast, a wsie, osady, zwykłych mieszkańców, zabierając im jedzenie i paląc domy, aby wykurzyć nas z ukrycia.

– Nie ma wojen bez ofiar, Sandro.

Ta uwaga chwilę ją zastanowiła.

– Nie ma potrzeby rozpoczynać wojny teraz. Może da się jej w ogóle uniknąć – odparła zagadkowo. Dopiero po chwili znowu spojrzała na przyjaciela i kontynuowała: – Musimy znaleźć pewne miejsce, może to pozwoli zakończyć spór. Nie ukrywam, że przydałaby się współpraca młodego księcia, aby wykonać to zadanie. Jestem jednak pewna dwóch rzeczy: książę nie będzie współpracował, gdy poprosimy go o zdradę swego kraju oraz, że prędzej czy później wróci tutaj, szukając zemsty albo też informacji.

– Pewne miejsce? Informacji?

Sandra skinęła głową w odpowiedzi. Mimo że byli przyjaciółmi i ufała Halanowi w kwestii jego lojalności i zachowania milczenia, niechętnie wyjaśniała niektóre sprawy.

– Co więc zamierzasz?

– Niech sprawy same się rozwijają, mamy trzy, cztery dni, aby ugościć księcia. Potem będziemy gotowi oddać go tatuśkowi.

Po tej naradzie udali się na spoczynek, Sandra wzięła kąpiel i założyła nowy strój, chociaż nieróżniący się znacznie wyglądem od poprzedniego. Minęła noc i chociaż jeszcze nie świtało, robiło się powoli jasno. Nie kładąc się spać, dowódczyni zeszła do podziemi. Zerknęła do celi. Młody książę spał głęboko, stękając z bólu co jakiś czas.

Udała się do pustego pomieszczenia i rozstawiła świece po okręgu, usiadła pośrodku i założyła nogę na nogę. Uspokoiła oddech, wyrównała rytm bicia serca i pogrążyła się w myślach, porządkując je i próbując nadać im sens.

Po skończeniu medytacji zgasiła świece i wróciła na górę, aby zająć się codziennymi sprawami. Kończyła spisywać dane z raportów, gdy przyszedł Halan z informacją, że książę się obudził. Dokończyła pisanie i zeszła do podziemi, aby sprawdzić, jak czuje się pojmany.

***

Nastia przebudziła się zdezorientowana i przerażona. To było jak koszmar, tylko gorsze. Czuła tak wiele naraz: żądzę Sandry, której nie umiała ukierunkować, i strach księcia, który paraliżował jej ruchy. Podniecenie na myśl o konfrontacji, skupienie na zadaniu i wiele innych uczuć, które bardzo powoli uchodziły z niej wraz z kolejnymi minutami. Gdy upewniła się, że nogi utrzymają jej ciężar, spróbowała wstać. Ktoś zdjął jej kapcie z nóg i przykrył kołdrą. Chciała skupić się na dobroci ojca, który tak się o nią troszczył, lecz myśli płynęły w różnych kierunkach, zupełnie nie zważając na jej próby ukierunkowania ich odpowiednio.

Był środek nocy, przez okno wlewało się brudne, żółte światło z latarni ulicznej. Nastia była zła, przeszło jej odrętwienie i zaczęła się denerwować ostatnimi wydarzeniami. Podeszła do okna, aby zasłonić żaluzje i stanęła jak wryta. To, co tam ujrzała, było jak zmaterializowanie wszystkich obaw, które ją dręczyły. Sprawiło, że nie mogła się ruszyć. Strach wypełniał ją całą i całkowicie paraliżował. Najpewniej by krzyknęła, ale bała się, że złamie to cienką granicę, którą stanowiło szkło.

Stała tak jeszcze chwilę po tym, jak to monstrum zniknęło zza szyby. Przełknęła ślinę i szybko pobiegła do łazienki, aby sprawdzić w lusterku, czy nic jej się nie stało. Dotknęła dłonią policzka, jakby musiała upewnić się, że jest sobą. Jej wielkie, szafirowe oczy były teraz jeszcze większe, wpatrywały się w jej odbicie, oczekując odpowiedzi. W końcu Nastia przybrała groźną minę i postanowiła coś sprawdzić. Wytężyła umysł i próbowała sobie przypomnieć jak najdokładniej twarz Sandry. Jej rysy, wyżej uniesiony prawy kącik ust w uśmiechu, którym obrzucała mężczyzn, niesforny kosmyk włosów wysuwający się pod koniec dnia z warkocza. I te niebieskie włosy! W końcu w odbiciu ukazała się dokładnie ta twarz, która prześladowała ją w snach.

Anita? – zapytało odbicie.

Nastia stała zdumiona, gdy jej odbicie przestało należeć do niej, a w dodatku poruszało ustami i wypowiadało słowa, jakby jednak było nią.

Nie, jesteś za młoda – dodała Sandra, krzywiąc się.

Jej obraz zafalował, jakby odbijał się w tafli wody.

Minę masz, jakbyś zobaczyła ducha. Nie wiesz, co się dzieje, prawda? – nie ustępowała Sandra. – Jak ci na imię?

– Nastia – szepnęła dziewczyna, nie do końca wiedząc, czy powinna to tylko pomyśleć, czy powiedzieć na głos. Rozmawiała z odbiciem w lustrze, to wariactwo.

Miło mi cię poznać, Nastio. Anita zdradziła mi twoje imię dawno temu. Nie mam teraz czasu wytłumaczyć ci, co się dzieje, ale nie przejmuj się, na pewno niedługo stanie się coś, co sprawi, że poznasz prawdę. Jesteś wyjątkowa, dziewczyno, pamiętaj o tym. – Na chwilę zamilkła. Spojrzała za siebie i pospiesznie dodała: – I o tym, że matka bardzo cię kochała.

Obraz zafalował mocniej i zniknął, a w na jego miejscu pokazała się twarz zapłakanego dziecka. „Anita zdradziła mi twoje imię… Co to ma znaczyć?! To na pewno ją miała na myśli Sandra?” – Nastia poczuła ucisk w żołądku i, ulegając przytłaczającym uczuciom, zaczęła kaszleć, jakby chciała pozbyć się guli z gardła.

Wracając do pokoju, upewniła się, że okno i drzwi były zamknięte. Zegarek wskazywał godzinę trzecią. Była tak zmęczona i niepewna czegokolwiek. Nie chciała zasypiać. Gdyby mogła, nie zasnęłaby już nigdy więcej, aby uwolnić się od przeklętej Sandry, potwora pijącego krew zwierząt.

***

Książę siedział oparty o ścianę i spoglądał gdzieś wysoko. Zostawili mu jedną świecę, daleko poza zasięgiem rąk, i herbatę ziołową, która powinna przyspieszyć gojenie się ran. Gdy Sandra stanęła naprzeciwko niego, spojrzał na nią lodowatym wzrokiem. Wydawało jej się, że powinien być nadal przerażony tym, co ujrzał podczas walki. Tym bardziej, że nie wahał się w to uwierzyć. Znaczyłoby to również, że był całkiem odważny, gdyż jego zacięta mina nie wskazywała na strach.

Halan otworzył drzwi celi i wpuścił Sandrę do środka, zostając w tyle.

– Opatrzę twoje rany. Zaniesiemy cię do pokoju i nakarmimy, ale mam jeden warunek.

– Czemu starasz się być miła? – odparł książę, zaciskając zęby. – Już spuściłam ci manto, nie potrzebuję się pastwić.

– Jaki warunek?

– Gdy wrócisz do ojca, przyjrzyj mu się uważnie. Jemu, radzie, bliskim i tym, których uważasz za przyjaciół. I pamiętaj o mnie. Jeśli kiedyś się spotkamy, chętnie posłucham, jeśli dojdziesz do jakichś wniosków.

– Nie chcesz mnie o nic konkretnego wypytać?

– Jesteś zbyt arogancki, aby coś z ciebie wydusić w tak krótkim czasie – odparła Sandra z uśmiechem.

Bez dalszych pytań przenieśli się wszyscy na górę. Sandra zmieniła opatrunki księcia. Rana uda ładnie się goiła, brzuch był w kiepskim stanie, choć wszelkie zabiegi, którym został poddany, sprawiły, że dziura ładnie się zasklepiła. Po dłuższej chwili Sandra i Halan podali młodemu księciu śniadanie i zostawili go samego w czystym, świeżym pokoju.

Kobieta przydzieliła mu do ochrony dwóch strażników, zabroniła chociażby na chwilę rozwiązywać węzły, ale w gruncie rzeczy dała swobodę poruszania się. Mógł więc spacerować po osadzie, przypatrywać się ćwiczeniom, słuchać wesołych rozmów, a nawet przyłączyć się do nich.

Sandrę spotkał dopiero po kolacji, gdy większość ludzi zbierała się do swoich domów lub pokoi. Czekał na dowódczynię w jej gabinecie, a gdy się zjawiła, strażnicy rozwiązali więzy i wyszli.

– Jak ci minął dzień? – zapytała, siadając za biurkiem i wyciągając z barku dwa kieliszki oraz butelkę. Nalała trunku i podsunęła jedno z naczyń w stronę księcia.

– Nie piję.

– Twoja strata – odparła Sandra, pociągając łyk ze swojego kieliszka i grupując dzienne raporty.

– W głównym korytarzu latają ci myszy.

Sandra podniosła głowę, ze zdziwieniem przypatrując się gościowi. – Naprawdę, sam widziałem.

– Hm, dziękuję, książę, pewnie szukają schronienia przed zimnem. Wszystkie znaki na ziemi i niebie zapowiadają srogą zimę.

Książę skinął głową, a w pokoju zapadła niezręczna cisza.

– Co zamierzasz dalej ze mną zrobić? – zapytał, siląc się na obojętność. – Nic nie zamierzam, mam wystarczająco dużo obowiązków związanych z przygotowaniem do zimy, młody książę.

– Czy w takim razie mogę o coś zapytać?

Sandra skinęła głową, patrząc zaciekawionym wzrokiem.

– Dlaczego zgodziłaś się na pojedynek, skoro nie czerpiesz korzyści z zatrzymania mnie jako jeńca?

– Chyba z ciekawości – odparła, wzruszając ramionami. – Jednak nie zgodzę się z tobą, że nie czerpię korzyści. Wszystko ma swój cel, przyczynę i określony czas i miejsce.

– Co to znaczy?

– Dokładnie to, co powiedziałam. Teraz muszę cię niestety odesłać z powrotem do lochu.

Do gabinetu wszedł Halan i łapiąc księcia za ramię, odprowadził do celi, nie wypowiadając ani jednego słowa po drodze. Tam porządnie zamknął za sobą kraty, wcześniej upewniwszy się, że świeca nie zgaśnie przez całą noc, i wyszedł.

Do Sandry przyszło kolejno trzech interesantów oraz cztery osoby z raportami. Wszystko zostało dokładnie spisane, ułożone i przemyślane.

Następnego dnia czynności wyglądały podobnie. Reikan szwendał się ze strażnikami, Sandra pomagała ludziom, przeprowadziła dwugodzinny trening dla najmłodszych, jedenastoletnich chłopców i wiele dyskusji z podwładnymi.

Kolejnego dnia, z samego rana, przyszedł list z pogróżkami i warunkami wymiany więźniów. Rekruci, którzy przynieśli wieści Sandrze, drżeli ze strachu przed tą wiadomością i konsekwencjami. Dopiero gdy zostali zapewnieni o całkowitej kontroli sytuacji, przestali zamartwiać się o los króla i jego młodszego syna.

Wymiana miała się odbyć piątego dnia pobytu księcia wśród Rekrutów, równo w południe. Pod wieczór do osady zajechał oddział wysłany przez króla z rozpaczliwymi prośbami o ratowanie jego dziecka. Sandra wystosowała odpowiednie pismo i ugościwszy zbrojnych, posłała po strażników z więźniem.

– Teraz, kiedy twój ojciec porwał syna mojego króla, osobiście dotrzymam ci towarzystwa – zagadnęła, uśmiechając się, jakby nic się nie stało.