3,49 €
Bułhakow odmalowuje biurokratyczną sowiecką rzeczywistość, wychodząc od humoru prowadzącego aż do absurdu, kończąc na pesymistycznym, tragicznym obrazie radzieckich realiów. Nasilenie dziwaczności, w którą uwikłany jest sowiecki człowiek, budzi skrajne emocje – od chęci walki, która szybko przytłacza beznadzieją, aż do całkowitej uległości i bezradności wobec mechanizmów radzieckiej administracji.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2017
Michaił Bułhakow
Diaboliada
Powieść o tym, jak bliźniacy zgubili referenta
Tłumaczenie Edmund Jezierski
Warszawa 2016
Rozdział I
Wypadek dnia 20
W czasie owym, kiedy wszyscy ludzie skakali z jednej posady na drugą, towarzysz Korotkow mocno siedział w Gławcentrbazspimacie (Główna Centralna Baza Materiałów Zapałkowych) na etatowym stanowisku referenta i przesłużył w nim całe 11 miesięcy.
Zagrzawszy miejsce w Spimacie, delikatny, cichy blondyn Korotkow w zupełności wypędził z swej duszy myśl, że istnieją na świecie tak zwane przewrotności losu, i zaszczepił sobie w zamian przekonanie, że on – Korotkow – urzędować będzie w bazie do końca życia na kuli ziemskiej. Lecz, niestety, wyszło zupełnie nie tak...
20 września 1921 r. kasjer Spimatu nakrył głowę swą wstrętną uszatą czapką, włożył do portfelu pręgowaną asygnatę i wyjechał. Działo się to o godz. 11 po północy.
Powrócił zaś kasjer o godz. 4 i ½ po południu, zupełnie mokry. Po przyjeździe, otrząsnąwszy z czapki wodę, położył czapkę na stole, a na czapce – teczkę i rzekł:
– Nie napierajcie, panowie.
Potem szukał czegoś na stole, wyszedł z pokoju i powrócił po kwadransie z wielką martwą kurą z ukręconą szyją. Kurę położył na teczce, na kurze prawą rękę i wyrzekł:
– Pieniędzy nie będzie.
– Jutro? – chórem zawołały kobiety.
– Nie – kasjer pokręcił głową – i jutro nie będzie, i pojutrze. Nie napierajcie, panowie, a to wy mi, towarzysze, stół przewrócicie.
– Jak to? – zawołali wszyscy i w tej liczbie naiwny Korotkow.
– Obywatele! – płaczliwym głosem zaśpiewał kasjer i łokciem odepchnął Korotkowa – przecież proszę!
– Więc jakżeż? – krzyczeli wszyscy i najgłośniej ze wszystkich ten komik Korotkow.
– No, proszę bardzo – ochryple zamruczał kasjer i wyciągnąwszy z portfelu asygnatę, pokazał ją Korotkowowi.
Nad tym miejscem, na które wskazywał brudny paznokieć kasjera, na ukos napisane było czerwonym atramentem:
„Wydać. Za S. Subbotnikowa – Senat”.
Niżej fioletowym napisane było:
„Pieniędzy nie ma. Za tow. Iwanowa – Smirnow”.
– Jak to? – krzyknął sam Korotkow, a pozostali, sapiąc, naparli na kasjera.
– Ach, ty, Boże! – w zmieszaniu zawołał tenże – cóż jam tu winien? Mój ty Boże!
Spiesznie wsunąwszy asygnatę do teczki, nakrył się czapką, teczkę wsunął pod pachę, machnął kurą, krzyknął:
– Przepuśćcie, proszę bardzo! – i zrobiwszy wyłom w żywej ścianie, znikł w drzwiach.
Za nim z piskiem pobiegła blada dziennikarka na wysokich spiczastych obcasach, lewy obcas przy samych drzwiach z chrzęstem odpadł, dziennikarka zachwiała się, podniosła nogę i zdjęła pantofel.
I w pokoju pozostała ona – bosa na jedną nogę i wszyscy pozostali, w tej liczbie i Korotkow.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
