Don Cavelli i sycylijska modlitwa: Misja druga - David Conti - E-Book

Don Cavelli i sycylijska modlitwa: Misja druga E-Book

David Conti

0,0

Beschreibung

Watykan. Sycylia. Mafia. Trzy potęgi, trzy tajemnice, jedno śledztwo, które może wstrząsnąć fundamentami Kościoła i państwa. Don Cavelli nie nosi koloratki, ale zna Kościół od podszewki. Tym razem profesor historii zostaje rzucony na Sycylię, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach ginie boss lokalnej mafii. Wdowa po przestępcy zdecydowała się mówić – pod jednym warunkiem: chce azylu w Watykanie. Co mogło łączyć brutalnego mafioso z państwem kościelnym? W miarę rozwoju śledztwa, Cavelli nie wie już, kto jest jego wrogiem, a kto sojusznikiem. Czy profesor będzie w stanie rozwikłać zagadkę w Stolicy Apostolskiej, gdzie wiele można ukryć niemal doskonale? Druga część serii "Don Cavelli" jest doskonała dla miłośników mafijnych intryg i tajemnic Kościoła. Może być czytana bez zachowania kolejności serii.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 177

Veröffentlichungsjahr: 2026

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



David Conti

Don Cavelli i sycylijska modlitwa: Misja druga

 

Saga Egmont

Don Cavelli i sycylijska modlitwa: Misja druga

 

Tłumaczenie Saga Egmont

Pod redakcją Magdalena Liebner

 

Tytuł oryginału Don Cavelli und das Sizilianische Gebet

 

Język oryginału niemiecki

 

Copyright © 2026, 2026 David Conti i Saga Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788727215792 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

 

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

„[…] W imię Garibaldiego, Mazziniego i La Marmory, w pełnej pokorze, dołączam do świętego stowarzyszenia.”

 

Fragment rytuału przyjęcia do mafii

Prolog

– Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego…

Podczas gdy stary ksiądz o wąskiej twarzy odmawiał modlitwę, cenna trumna wykonana z polerowanego drewna różanego była uroczyście opuszczana do ziemi.

– …Stworzyciela nieba i ziemi, i w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego, narodził się z Maryi Panny…

Słońce sięgało zenitu tego upalnego czerwcowego dnia, paląc niemiłosiernie tłum zgromadzony na największym rzymskim cmentarzu – Campo Verano. Choć oddalony od innych zabytków Rzymu, po raz kolejny przyciągał licznych turystów swymi malowniczymi grobowcami, które inni nazywali niesmacznie przeładowanymi. Gdzieś w oddali zadzwonił kościelny dzwon.

– …umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł…

Ktoś, kto dobrze znał księdza, mógł zauważyć, że tego dnia nie odmawiał modlitw jak zwykle – lecz niemal żarliwie akcentował każde słowo.

– …trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa…

Zdawało się, że żałobnicy stanowią przekrój wyższych sfer Rzymu. Mężczyźni w drogich czarnych garniturach, panie w jeszcze droższych czarnych kostiumach, spowite w wytworne perfumy, wysocy rangą policjanci w mundurach z błyszczącymi złotymi guzikami, politycy, artyści i wyżsi rangą członkowie duchowieństwa. Wśród nich było wiele twarzy znanych z mediów.

– …siedzi po prawicy Boga Ojca Wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych.

Błogosławiony Rosario Canova był szanowanym biznesmenem, mecenasem sztuki, filantropem, mężem, wujem i stryjem. Nie sposób też pominąć jego głębokiej, katolickiej wiary.

Był również bossem jednej z czterech rzymskich rodzin mafijnych.

– Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

Ksiądz uczynił znak krzyża nad otwartym grobem, a żałobnicy, prowadzeni przez młodą wdowę, która ukryła twarz za czarnym welonem, zaczęli podchodzić jedna osoba za drugą, aby oddać ostatni hołd Rosariowi Canovie.

Teraz spoczywał w pokoju. Dla niektórych uczestników pogrzebu oznaczało to, że są odtąd w stanie wojny.

Księga pierwsza

Oskarżeniom nie było końca. Oskarżony w oszołomieniu słuchał, jak sędzia gromkim głosem ogłasza wyrok za niezliczone zbrodnie, których rzekomo się dopuścił. Były to niewyobrażalnie brutalne akty przemocy. I zawsze pojawiało się ono – morderstwo.

Następnie ogłoszono wyrok na Cavellego: śmierć przez ścięcie. Drewniany młotek sędziego uderzył z dużą siłą, jak katowski topór spadający na kark skazańca…

 

Donato Cavelli obudził się. Serce waliło mu jak oszalałe i kilka chwil zajęło mu pogodzenie się z rzeczywistością. Pierwsze promienie słońca wpadały przez otwarte okno jego ogromnej sypialni, a poza ciepłym wiatrem szeleszczącym liśćmi magnolii w Ogrodach Watykańskich, na zewnątrz panowała kompletna cisza.

Sen.

Znów go nawiedził. Co kilka miesięcy Cavellemu śniło się, że staje przed sądem i zostaje skazany na śmierć. Ale to nie on był właściwym człowiekiem. Tym, który faktycznie popełnił serię krwiożerczych przestępstw, był capitano Umberto Cavelli – żyjący w szesnastym wieku, uważany za przodka dynastii Cavellich. Nie wiadomo, co dokładnie zrobił. Wiadomo tylko, że wyświadczył papieżowi Juliuszowi II pewne… no cóż, cenne przysługi. Przysługi dla człowieka, który bardziej przypominał watażkę niż Ojca Świętego – i o którym Niccolò Machiavelli, wysłany przez Republikę Florencji z misją szpiegowania, powiedział: „Biada każdemu, do kogo ten wściekły starzec żywi urazę.” A il terribile, jak nazywano go za plecami, żywił urazę do wielu ludzi. Umberto Cavelli, którego Michał Anioł uwiecznił na suficie Kaplicy Sykstyńskiej z mieczem w dłoni, działał w jego imieniu tak skutecznie, że Juliusz II nakazał mu być liberatus ab ullis calamitatibus, czyli „wolnym od wszelkich trudności.” Obejmowało to nie tylko ogromną ilość złota, ale także prawo do życia w Watykanie, dostęp do wszystkich pomieszczeń i inne przywileje, które miały obowiązywać jego i jego potomków aż do dnia Sądu Ostatecznego. Papieski dokument uroczyście to przypieczętował i od tamtej pory jest strzeżony przez rodzinę Cavellich jak brytyjskie klejnoty koronne.

Donato Cavelli – lub Don, jak nazywali go przyjaciele – był ostatnim z długiej linii przodków. Miał teraz czterdzieści lat i całe życie spędził w ogromnym mieszkaniu na trzecim piętrze wspaniałego pałacu w Ogrodach Watykańskich. Często żartował z rodzicami, kiedy jeszcze żyli, lub z przyjaciółmi o capitano Umbercie Cavellim, który był takim błogosławieństwem dla rodziny. A dlaczego nie? Jego występki miały miejsce pół tysiąclecia temu. Kto dziś by się przejmował czynami przodka sprzed tylu lat? Do tej pory owe czyny były tak nierealne jak film kinowy.

A jednak: te sny go dręczyły. Dlaczego wciąż powracały? Czy to dlatego, że Cavelli nadal cieszył się przywilejami uzyskanymi dzięki niecnym czynom? Że dysponował fortuną, która urosła do gigantycznych rozmiarów dzięki odsetkom i procentowi składanemu? Czy to była cena, którą Don Cavelli musiał zapłacić? Przez długi czas w ten sposób sobie to tłumaczył. Ale coraz bardziej uświadamiał sobie coś innego: głębi ducha czuł, że w jego żyłach płynie krew Umberta. I nie chodziło tylko o to, że od tamtej pory wszyscy pierworodni mężczyźni w rodzie Cavellich nosili to imię jako drugie. Czuł coś w rodzaju dziedzicznej winy. Dług, który nigdy się nie skończy i nigdy nie zostanie spłacony.

Z drugiej strony było kilka momentów w jego życiu, kiedy przeszedł samego siebie z siłą i lekkomyślnością, do której nikt, a przynajmniej on sam, nie wierzył, że jest zdolny. W takich chwilach czuł się całkowicie przesiąknięty nieznaną mocą i czuł bezpośrednią więź łączącą go z niesławnym przodkiem. Później regularnie się z siebie śmiał w obliczu takich ezoterycznych ekscesów. Nigdy nie powiedział o tym nawet swoim najbliższym przyjaciołom, a już na pewno nie swoim kolegom ani studentom, którzy znali go tylko jako poważnego profesora historii na czcigodnej Sapienzie – najstarszym uniwersytecie w Rzymie, założonym przez papieża Bonifacego VIII w XIV wieku. Przez wiele lat wykładał tam za symboliczną roczną pensję w wysokości jednego euro.

 

Spojrzał na staromodny prostokątny zegarek leżący na stoliku nocnym. Siódma dwadzieścia. Nie było sensu wracać do spania. Zwlókł się z łóżka i, odziany jedynie w spodnie od piżamy, wyszedł na taras, który był absurdalnie duży dla niego samego i zapewniłby wystarczająco dużo miejsca na wystawne bankiety Rodriga Borgii oraz oszałamiający widok na Ogrody Watykańskie. Po zakończeniu swojego zwykłego programu ćwiczeń na bicepsy, tricepsy i mięśnie brzucha Cavelli udał się do łazienki. Kiedy golił się na mokro, zauważył, że ta część jego brody, która składała się z białego zarostu, znów się trochę zwiększyła. Ale w jego czarnych włosach nadal prawie nie było śladu siwizny. Wciąż był uderzająco podobny do przedwcześnie zmarłego francuskiego gwiazdora filmowego z lat sześćdziesiątych, Gérarda Philipe’a, o którym od czasu do czasu mu wspominano. Głównie robili to starsi francuscy turyści, przekonani, że mają przed sobą samego aktora, nie zdając sobie sprawy, że gdyby naprawdę był Philipe’em, musiałby mieć grubo ponad dziewięćdziesiąt lat.

Przesunął palcem po pewnej części zlewu. Kilka tygodni temu szklana szczoteczka do zębów wypadła mu z ręki i spowodowała małą dziurę w umywalce. Zwykle był to powód do całkowitej wymiany umywalki, ale Cavelli wciąż się wahał. Podobnie jak większość Watykanu, duża część mieszkania była nadal w oryginalnym stanie z lat trzydziestych, co czasami oznaczało utratę nowoczesnego komfortu. Miało ono jednak wyjątkowy styl, który Cavelli tak bardzo lubił, więc nie zmusił się do uciekania się do tego ostatecznego środka. Zamiast tego co kilka dni brał białą kostkę mydła i parę razy pocierał nią dziurę, aż przestawała być widoczna. W takich chwilach zdawał sobie sprawę, jak bardzo był pod wpływem Watykanu. Tam również ludzie unikali radykalnych zmian i woleli wprowadzać małe modyfikacje – wystarczająco duże, by tymczasowo rozwiązać problem. Cavelli również zdecydował, że na razie nie ma potrzeby działania. Poszedł do kuchni, zaparzył poczwórne espresso, jedząc przy tym gruby plaster arbuza. Wlał napój do swojego – jak go nazywał – zrzędliwego kubka, którego trójwymiarowa, złośliwa twarz spoglądająca ze ścianki ostrzegała Cavellego każdego ranka, żeby sam tak nie wyglądał. Wypił espresso jednym duszkiem, założył szare ciuchy treningowe i ruszył na swój codzienny jogging do parku Villa Borghese. Aktywność ta stanowiła jego obowiązkowy punkt, który nie zawsze mu się podobał, ale którego trzymał się od lat. Zbiegł po schodach, opuścił palazzo, pozdrowił szwajcarskiego gwardzistę dyżurującego przy Porta Sant’Anna i spokojnym kłusem przekroczył Plac Świętego Piotra, który wciąż był prawie pusty. Zapowiadał się gorący dzień.

II 

Dziwny kształt odległego budynku na wschodzie Rzymu, wyglądem przypominający statek wycieczkowy zwinięty jak wąż, można by pomylić z awangardowym muzeum lub inną nieszkodliwą instytucją kulturalną. Jednak wszechobecne metalowe ogrodzenia zabezpieczone drutem kolczastym, niezliczone kamery oraz rygorystyczne kontrole bezpieczeństwa na podjeździe i wejściu, a także fakt, że na licznych drzwiach biurowych wewnątrz nie było żadnych tabliczek znamionowych ani nawet numerów, szybko ujawniły, że to pomyłka. W rzeczywistości była to siedziba DIA – Direzione Investigativa Antimafia – włoskiego antymafijnego wydziału śledczego. Miał on jedenaście innych oddziałów strategicznie rozmieszczonych w całym kraju i podlegał bezpośrednio Ministerstwu Spraw Wewnętrznych.

Pukanie do drzwi jego biura sprawiło, że colonnello Matteo Rietti spojrzał na mały, czarno-biały ekran zamontowany na ścianie. Dopiero po upewnieniu się, że gość jest kimś, kogo zna osobiście, nacisnął biały przycisk pod blatem biurka, a kuloodporne metalowe drzwi odblokowały się z przenikliwym kliknięciem. Posłaniec biurowy, który jak wszyscy w budynku nosił na kieszeni koszuli laminowaną plakietkę ze zdjęciem, wszedł do środka, w milczeniu wręczył Riettiemu wyściełaną kopertę i zniknął, uważając, by ponownie zatrzasnąć drzwi. W biurze unosił się subtelny zapach eau de travail (jak matka Riettiego z jadowitą rezerwą lubiła określać zapach potu). Podobnie jak wszystkie przesyłki otrzymane przez DIA, ta koperta również została sprawdzona. Od 2002 roku koperty były również sprawdzane pod kątem zawartości podejrzanych proszków, takich jak wysoce toksyczna rycyna lub inne trujące substancje. Wszystkie przesyłki, które były grubsze niż zwykły list, były otwierano i sprawdzano pod kątem urządzeń wybuchowych. Rietti wiedział, że nie ma się czym martwić, gdy wysypał zawartość otwartej koperty na biurko. Był to jednorazowy telefon komórkowy i kwadratowa kartka papieru. Napisany na niej drukowanymi literami tekst był krótki.

 

PIN: 230592 

 

Na chwilę serce Riettiego przestało bić. Ten konkretny PIN z pewnością został wybrany celowo. Żaden pracownik DIA nigdy nie zapomniałby tego numeru – daty najczarniejszego dnia w historii włoskiej walki z mafią. Dwudziestego trzeciego maja 1992 roku sędzia Giovanni Falcone, jego żona i trzech ochroniarzy zostało zamordowanych na autostradzie A29 w drodze do ich weekendowego domu w Palermo przez zdalnie zdetonowaną pięćsetkilogramową bombę TNT ukrytą w rurze kanalizacyjnej. Falcone był jak dotąd najskuteczniejszym i najsłynniejszym łowcą mafii. Był legendą. Cieszył się powszechnym uznaniem. W 1992 roku sycylijskie lotnisko zostało przemianowane na Aeroporto Palermo-Punta Raisi Falcone e Borsellino na cześć jego i jego kolegi, Paola Borsellina, który również zginął w ataku z użyciem materiałów wybuchowych.

Środki bezpieczeństwa i tajności w ściganiu mafii były już wówczas bardzo wysokie. Na przykład tak zwany maksiproces w Palermo w 1986 roku, podczas którego sądzono około czterystu mafiosów, odbył się w bunkrze zbudowanym wewnątrz więzienia, który mógł wytrzymać nawet ostrzał rakietowy. Obszar wokół niego był chroniony przez pięciuset przedstawicieli służb bezpieczeństwa oraz przez czołg. Przestrzeń powietrzną na dużej długości zamknięto.

Od tego czasu ochronę rozszerzano na coraz większe obszary i jeszcze bardziej zaostrzano do tego stopnia, że niektórzy kręcili głowami na taką paranoję. Z pewnością ci ludzie nie pracowali dla DIA.

Rietti chwycił komórkę, włączył ją i wprowadził PIN. Odchylił się na swoim obrotowym krześle i w zamyśleniu przeczesał dłonią trzydniowy, siwiejący zarost. Kto mógł mu wysłać ten telefon? Wiedział już co najmniej dwie rzeczy o tej osobie. Był to ktoś, kto wiedział coś interesującego, i ktoś, kto był niezwykle ostrożny. I słusznie. Czcigodne Towarzystwo miało swoich informatorów wszędzie: w polityce, wojsku i policji. Nawet w DIA Rietti nie dałby sobie uciąć ręki za wszystkich pracowników. W rzeczywistości zrobiłby to tylko w przypadku dwóch mężczyzn. Nie dlatego, że byli jego najbliższymi współpracownikami, ale dlatego, że przyjaźnił się z nimi od ponad trzydziestu lat. Rietti wstał i spojrzał przez okno na opustoszały parking pod nim. Zmusił się do obniżenia swoich oczekiwań. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy gangster, który spodziewał się, że wkrótce zostanie aresztowany, próbował w ostatniej chwili zapobiec oskarżeniu, obiecując obszerne zeznania przeciwko bossom, ale potem, kiedy przyszło do realizacji, wymyślił tylko nieistotne ciekawostki, które prawie nie doprowadziły do aresztowań. Zwykle tak było, ale jak wszystkim wiadomo, nadzieja umiera ostatnia. Kiedy po ponad godzinie komórka w końcu cicho zawibrowała, Rietti odczekał pół minuty, zanim odebrał połączenie.

– Pronto?

Kobiecy głos po drugiej stronie był cichy i spięty.

– Colonnello Rietti?

– Tak. – Rietti nie pytał, z kim ma do czynienia. W tym momencie należało unikać wszystkiego, co mogłoby zdenerwować drugą stronę. Jednak jego rozmówczyni wydawała się być wyłączona z gry. Prawdopodobnie spodziewała się pytań. Słuchawka ucichła na kilka chwil. Potem kobieta odezwała się ponownie, tym razem jeszcze ciszej i jeszcze ostrożniej:

– Chcę złożyć pełne zeznania. Powiem wszystko, co wiem.

Rietti przewrócił oczami. Nie brzmiało to zbyt obiecująco.

– A to by było?

– Jestem wdową po Rosariu Canovie.

Przetrawienie tej informacji zajęło Riettiemu kilka sekund. Przełożył telefon z prawej ręki do lewej i otworzył akta Rosaria Canovy na swoim komputerze. Niecierpliwie przewinął w dół, aż trafił na zdjęcia żony Canovy, Theresy. Niektóre z nich zrobiono z ukrycia, jak to przedstawiające kobietę, która wychodziła z butiku z odzieżą. Wśród fotografii znajdował się też bardzo dobry portret Theresy, na którym uśmiechała się do aparatu. Nie wiadomo, jak trafił do akt. Wszystkie zdjęcia przedstawiały raczej atrakcyjną blondynkę po trzydziestce. Zwykle zakrywał jej twarz dłonią, z wyjątkiem oczu, które teraz, w przeciwieństwie do ust, wyglądały raczej smutno. Rietti wziął głęboki oddech. Jeśli ta osoba naprawdę była tym, za kogo się podawała, prawdopodobnie miała jakieś daleko idące informacje. Oczami wyobraźni Rietti widział, jak DIA zadaje cios mafii, który wstrząsnąłby Czcigodnym Towarzystwem do samych fundamentów. Starał się nie okazywać swojego podekscytowania, ale jego głos stał się o kilka stopni bardziej przyjazny.

– Zamieniam się w słuch, signora Canova.

– Powiem panu wszystko, co wiem, i może być pan pewien, że to więcej, niż może pan sobie wyobrazić. – Głos kobiety brzmiał nieco sztywno, jakby już wcześniej ułożyła sobie w myślach to zdanie. Znów zapadła cisza i przez kilka chwil słychać było tylko zepsuty wentylator sufitowy.

Rietti również zamilkł, bo miał wrażenie, że kobieta po drugiej stronie słuchawki jeszcze nie skończyła. Instynkt go nie zwiódł i teraz w jej głosie słychać było nieistniejącą dotąd determinację:

– Ale zrobię to pod jednym warunkiem. Jeśli go pan nie spełni, nie będę zeznawać. To wszystko!

– Jestem pewien, że dojdziemy do porozumienia.

– Taką mam nadzieję.

Następnie przeszła do konkretów.

III 

Colonnello Rietti powoli wspiął się po dwudziestu kamiennych stopniach do słynnej bramy z brązu. W ciągu trzydziestu lat służby w policji, z czego osiemnaście spędzonych w Direzione Investigativa Antimafia, doświadczył całej serii trudnych sytuacji. Musiał jednak sięgnąć pamięcią dość daleko wstecz, aby przypomnieć sobie moment, w którym czuł się tak niespokojnie jak teraz. Czy dlatego, że jedyne, co mógł zrobić, to rozmawiać, by osiągnąć swój cel? Wtedy wszystko zależałoby wyłącznie od łaski przeciwnika. Był to scenariusz, którego w przeszłości prawie zawsze udawało mu się uniknąć. Starał się nie dać tego po sobie poznać. Musiał myśleć pozytywnie, w końcu dokładnie przygotował się do tej rozmowy, pójdzie dobrze, po prostu musi.

Jego wizyta w Pałacu Apostolskim była zapowiedziana, ale kiedy pokazał swoją legitymację szwajcarskiemu gwardziście pełniącemu służbę ze staroświecką halabardą, Rietti poczuł się wobec młodego mężczyzny – w zasadzie kolegi, który również stał od niego znacznie niżej w hierarchii – jak petent. Normalnie legitymacja była czymś w rodzaju magicznej różdżki, za pomocą której można było wzbudzić szacunek, a nawet strach. Nie tutaj. Włoska policja nadal mogła być aktywna na Placu Świętego Piotra, ale musiała się zatrzymać na schodach Bazyliki Świętego Piotra. Od tego miejsca tylko siły watykańskie były upoważnione do działania. Gwardzista grzecznie, ale uważnie przestudiował legitymację, po czym pozwolił Riettiemu wejść przez spiżową bramę. Zapanowała cisza. Inny gwardzista z halabardą stał u podnóża Scala Regia, zaprojektowanej przez Berniniego, i zasalutował Riettiego po wojskowemu. Trzeci gwardzista poprosił go, by poszedł za nim. Gdy Rietti wspinał się po długich schodach wyłożonych kolumnami po lewej i prawej stronie, jego plan wydawał się bardziej szalony z każdym krokiem, którego echo odbijało się od wysokich marmurowych ścian. Czy wybór rozmówcy nie był pierwszym wielkim błędem? Oficjalną drogą byłoby szukanie wywiadu z wysoko postawionym pracownikiem Gubernatoratu, rządu Państwa Watykańskiego. Ale właśnie tej oficjalnej drogi starał się uniknąć. Nie znał osobiście nikogo w Gubernatoracie, ale jego wrażenie z zewnątrz było takie, że tamtejsi ludzie nie byli otwarci na wszystko, co niezwykłe. Wpadł więc na pomysł skontaktowania się z pierwszym sekretarzem papieża. Nie znał go osobiście, ale istniało wiele przychylnych artykułów prasowych na jego temat – zwykle opatrzonych zdjęciem, na którym złośliwie się uśmiechał – które sugerowały, że monsinior Joseph Mattlin, pomimo wysokiego stanowiska u boku Ojca Świętego, wcale nie stracił kontaktu z rzeczywistością, lecz pozostawał w samym centrum życia. Człowiek, z którym można było porozmawiać. Początek wyglądał bardzo obiecująco. Po kilku rozmowach z watykańskim operatorem telefonicznym, Mattlin nie tylko osobiście odebrał telefon Riettiego, ale także zgodził się poświęcić mu pełne dziesięć minut swojego ograniczonego czasu tego samego dnia. I to pomimo faktu, że Rietti robił tylko bardzo ogólne aluzje co do tego, o czym będzie rozmowa.

Gwardzista poprowadził go szerokimi schodami na najwyższe piętro Pałacu Apostolskiego. Przeszli przez długi korytarz, potem przez dwa puste przedsionki i w końcu dotarli do wysokich podwójnych drzwi, przed którymi stał kolejny halabardnik. Rietti przełknął ślinę. Zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje. Il Appartamento. Komnaty papieża.

 

Rietti nie był szczególnie religijny, ale coś wewnątrz niego sprawiło, że jego ręka zapukała ostrożniej niż zwykle. Ochrypłe „Avanti” zaprosiło go do wejścia. Rietti przeszedł przez maleńką poczekalnię z wystarczającą ilością miejsca na cztery obite czerwonym materiałem zabytkowe krzesła i wszedł przez otwarte drzwi do gabinetu monsiniora Mattlina. Poza obrazem papieża na ścianie i srebrnym krzyżem na biurku, nic nie wskazywało na to, że znajduje się w centrum władzy. Rietti od niechcenia zauważył, że pachniało świeżymi kopiami. Coś w jego wnętrzu było zaskoczone. Czego się tu spodziewał? Kadzidła?

Monsinior Mattlin wstał zza biurka zawalonego stertami akt i przywitał Riettiego wyciągniętą dłonią i ciepłym uśmiechem, który nie wydawał się sztuczny. Jego sposób słuchania rozmówców i poważne traktowanie ich problemów były częścią sekretu, który wyjaśniał jego wielką popularność. Rietti był zaskoczony niezwykle mocnym uściskiem dłoni duchownego. Następną rzeczą, którą zauważył, były jego zaciekawione, ale zmęczone oczy i pomyślał, że przypomniał sobie, że dzień pracy w Watykanie czasami zaczynał się o czwartej trzydzieści rano. Mattlin wskazał mu jedno z dwóch krzeseł naprzeciwko biurka. Oczywiście człowiek na jego stanowisku nie miał czasu na pogawędki, więc natychmiast przeszedł do rzeczy:

– W czym mogę pomóc, colonnello Rietti?

Rietti odchrząknął.

– Cóż, to trochę skomplikowane.

Monsinior Mattlin uśmiechnął się pobłażliwie. Najwyraźniej nie pierwszy raz słyszał to zdanie.

– Ja, a raczej DIA poprosiła Watykan o udzielenie azylu pewnej osobie na kilka tygodni. – Rietti wolał na razie zachować dla siebie fakt, że może to być kilka miesięcy.

Mattlin skinął uważnie głową. Jak dotąd nie wydawało mu się, by ta prośba była czymś niezwykłym. Podczas kryzysu uchodźczego Watykan również przyjął wiele rodzin, z których część nadal tam mieszkała.

Rietti wziął głęboki oddech.

– Chodzi o Theresę Canovę.

Nawet to zdawało się nie denerwować Mattlina – prawdopodobnie tylko dlatego, że niczego z tym nazwiskiem nie kojarzył.

– Theresa Canova – kontynuował Rietti – jest wdową po niedawno zmarłym bossie mafijnym, Rosariu Canovie.

Brwi Mattlina uniosły się powoli i pozostały tam przez kilka sekund. Na jego twarzy pojawiła się nutka niepokoju. Ale wciąż nic nie powiedział. Najwyraźniej czekał na powód tej dość bezczelnej prośby. Teraz okaże się, czy przygotowania Riettiego były wystarczająco dokładne.

– Theresa Canova zgodziła się na współpracę z Direzione Investigativa Antimafia. Dzięki wieloletniemu małżeństwu z Rosario Canovą wie prawie wszystko, co wiedział on, między innymi o trzech innych wielopokoleniowych rodzinach Rzymu. Cigno, Castellani i Scalfari. – Rietti zatrzymał się na chwilę, by nadać kolejnemu zdaniu większą wagę. – I jest gotowa złożyć obszerne zeznania. To może być największy cios dla mafii od czasu maksiprocesu z 1986 roku, ale zebranie jej zeznań, które będą bardzo obszerne, i przygotowanie się do procesu zajmą trochę czasu. W tej chwili signora Canova jest wyjątkowo bezbronna. Trzy rodziny zrobią wszystko, by ją uciszyć. Oczywiście zaoferowaliśmy jej całodobową ochronę policyjną, ale stanowczo odmówiła. Obawia się, że DIA jest również infiltrowana przez mafię i choć przykro mi to mówić, rozumiem ją. Nie mogę sobie tego wyobrazić u nikogo, kogo znam osobiście, ale signora Canova, co zrozumiałe, nie chce postawić na to swojego życia. Zatem jej własna willa i wszystkie kryjówki DIA nie wchodzą w grę.

Chociaż monsinior Mattlin znał odpowiedź, i tak zapytał:

– Rozumiem, ale dlaczego ta pani myśli, że jest bezpieczna w Watykanie?

Odpowiedź Riettiego była zgodna z oczekiwaniami:

– Ponieważ to święta ziemia. Choć brzmi to szaleńczo, zdecydowana większość mafiosów we Włoszech jest bardzo religijna. Przynajmniej stara gwardia. Prawdopodobnie pamiętasz skandal, kiedy wyszło na jaw, że z jakiegoś powodu boss mafijny – Enrico De Pedis – został pochowany w krypcie Sant’Apollinare. Nie wiem jak, ale w jakiś sposób tym ludziom udaje się nie widzieć w swoich działaniach sprzeczności z wiarą katolicką. Wręcz przeciwnie, są nawet przekonani, że mafia wywodzi się od świętego Piotra, ale bez wątpienia sam ksiądz o tym wie.

Mattlin niepewnie skinął głową. On też to słyszał. To było nie do zniesienia. Dopiero niedawno Watykan sprzeciwił się rozpowszechnionemu w kraju zwyczajowi zatrzymywania się procesji maryjnych i kłaniania się przed domem lokalnego szefa mafii.

– Być może nie jest ksiądz tego świadomy, monsignore – kontynuował Rietti – ponieważ było to przed czasami księdza, ale na początku lat dziewięćdziesiątych Jan Paweł II wygłosił dwa kazania na Sycylii, w których wezwał mafię do pokuty. Muszę przyznać, że my w policji się wtedy z tego śmialiśmy. Ale w rezultacie ponad tuzin mafiosów dołączyło do programu łagodzenia kar, w tym szef Camorry, Carmine Alfieri, zabójca Salvatore Grigoli oraz…

– Wiem, wiem – Mattlin podniósł rękę w zamyśleniu. – Watykan robi wszystko, co w jego mocy, by walczyć z mafią. Ojciec Święty wielokrotnie publicznie podkreślał, że członkostwo w tej organizacji jest bluźnierstwem i bez wątpienia pomogło to niektórym ludziom wrócić na właściwą ścieżkę. Ale również w tym przypadku nasza ścieżka jest duchowa. Z drugiej strony azyl dla…

– Nie byłby to pierwszy raz – przerwał mu Rietti najgrzeczniej, jak potrafił. – Czy mogę przypomnieć monsignore, że podczas drugiej wojny światowej Watykan schronił ponad dwanaście tysięcy uchodźców w Pałacu Apostolskim i innych miejscach w Watykanie? Wśród nich było wielu Żydów i członków opozycji, którzy byli poszukiwani przez nazistów. Pod tym względem jest to czcigodna tradycja, że Ojciec Święty przyjmuje prześladowanych ludzi.

– Prześladowanych, tak… oczywiście – sprzeciwił się Mattlin z uniesionym palcem wskazującym – ale żonę i niewątpliwie także wspólniczkę przestępcy? To coś zupełnie innego.

– Bez wątpienia nią była, o tak, ale teraz żałuje. Jest skruszoną grzesznicą – czy może być coś bardziej chrześcijańskiego? – Rietti wpatrywał się wiernie w oczy Mattlina, zanim zadał ostateczny cios. – Czyż nie jest powiedziane, że Bóg nienawidzi grzechu, ale kocha grzesznika?

Na kilka chwil zapadła cisza i słychać było tylko ciche tykanie złotego zegara stołowego. Wtedy mężczyzna w czarnej sutannie westchnął z rezygnacją. Na argumenty Riettiego nie można było nic poradzić. Monsinior Mattlin wciąż miał do spełnienia kilka formalnych warunków, ale w głębi duszy już dawno zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy: po pierwsze, że nie może odmówić signorze Canovie azylu w Watykanie, a po drugie, że nie będzie niepokoił Ojca Świętego tą nieprzyjemną wiadomością.

Il Appartamento podjął decyzję.

IV 

Wszyscy mężczyźni mniej lub bardziej dobrowolnie poddali się badaniu wykrywaczem kłamstw. Poddał się mu również sam colonnello Rietti. Paradoksalnie, popularna nazwa urządzenia była myląca, ponieważ poligraf, jak go oficjalnie nazywano, w rzeczywistości nie był w stanie wykrywać kłamstw. Rejestrował jedynie wzorzec pobudzenia organizmu badanej osoby, który odbiegał od normy. Rietti wiedział, że istnieje wiele sposobów na oszukanie takiego urządzenia – od przyjmowania różnych środków uspokajających, przez wkłucie szpilki z przodu buta, które wywoływało ten sam ból i związane z nim pobudzenie przy każdym pytaniu, aż po technikę zastępowania zadawanych pytań innymi w myślach i odpowiadania zgodnie z prawdą na te, w których wolało się kłamać. W przypadku socjopatów i psychopatów, którzy stanowili około dwóch procent populacji, poligraf i tak był bezużyteczny. Ludzie ci kłamali tak naturalnie, jak oddychali, bez żadnych wymiernych zmian fizycznych.

Niemniej jednak wszyscy zaangażowani poczuli się tego dnia pewniej, a w szczególności osoba, która liczyła się najbardziej: Theresa Canova.

Wszyscy mężczyźni nosili kamizelki kuloodporne i byli w stałym kontakcie z całym zespołem i centralą DIA, skąd zastępca Riettiego, Orso Zizola, technicznie koordynował całą operację przy pomocy słuchawek.

 

O trzeciej dwadzieścia sześć nad ranem konwój ośmiu czołgów dotarł do rozległej, luksusowej posiadłości Canovów na obrzeżach Rzymu. Ostatnie osiemset metrów przejechali bez świateł. Wszystko było skrupulatnie zaplanowane. Rietti spojrzał na zegarek. Były cztery minuty przed umówionym czasem. Ziewnął. Była to godzina, w której ludzie czuli się najbardziej zmęczeni i właśnie dlatego Rietti ją wybrał. Theresa Canova opuści swoją posiadłość bez wiedzy pracowników, a przede wszystkim lojalnych żołnierzy zmarłego męża, którzy teoretycznie byli jej teraz posłuszni. Rietti żuł gumę z kofeiną i zastanawiał się, nie po raz pierwszy, jak sobie z tym poradzi. Bez wątpienia strażnicy byli tam przez całą dobę. Jak więc miała przejść obok nich niezauważona? Mógł mieć tylko nadzieję, że nie zlekceważyła niebezpieczeństwa. Fakt, że mężczyźni w domu lojalnie służyli jej zmarłemu mężowi, nie oznaczał, że ta lojalność zostanie automatycznie przeniesiona na wdowę po nim. Stłumił w sobie myśl, że to wszystko może się skończyć, zanim jeszcze się tak naprawdę zacznie. Pukanie w szybę samochodu tuż obok jego głowy sprawiło, że się wzdrygnął. Theresa Canova stała na ulicy i nikt jej nie zauważył. Czy opuściła posiadłość tajnym tunelem ewakuacyjnym? Krążyły plotki, że większość mafijnych bossów przygotowała takie rozwiązania. A Theresa Canova najwyraźniej o tym wiedziała. Rietti musiał przyznać, że jej nie docenił. Przypomniał sobie, żeby nie robić tego ponownie, mimo że robiła wszystko, co w jej mocy, by wyglądać na absolutnie nieszkodliwą. Miała na sobie elegancki, ciemnoszary garnitur, jej blond włosy były spięte, a makijaż – subtelny. Z niewątpliwie oryginalnymi diamentowymi klipsami w uszach i walizką Louis Vuitton w dłoni wyglądała bardziej jak ktoś, kto wyrusza w luksusowy rejs, niż jak kluczowy świadek przeciwko mafii. Gdyby to był film, Rietti roześmiałby się, ale teraz nie przyszło mu to do głowy, chociaż zastanawiał się, jak tak cholernie atrakcyjna kobieta mogła zostać żoną takiego kretyna jak Rosario Canova.