Marta - Eliza Orzeszkowa - E-Book

Marta E-Book

Eliza Orzeszkowa

0,0
1,49 €

oder
Beschreibung

Marta” to powieść autorstwa Elizy Orzeszkowej, jednej z najważniejszych pisarek polskich, epoki pozytywizmu. Powieść ta podejmuje bardzo ważną tematykę obecności kobiet na rynku pracy i w życiu społecznym.
Główną bohaterką powieści jest Marta Świcka, która po śmierci męża i utracie majątku została wraz ze swoją czteroletnią córeczką bez środków do życia. Bohaterka rozpoczyna poszukiwanie pracy. Okazuje się jednak, że nie posiada wystarczającego wykształcenia i umiejętności praktycznych. Problemem jest również dyskryminacja – na rynku pracy preferowani są mężczyźni oraz cudzoziemki.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-04-8
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Wstęp

Życie kobiety — to wiecznie gorejący płomień miłości, powiadają jedni.

 Życie kobiety — to zaparcie się, twierdzą inni.  Życie kobiety — to macierzyństwo, wołają tamci.  Życie kobiety — to igraszka, żartują inni jeszcze.  Cnota kobiety — to ślepa wiara, chórem zgadzają się wszyscy.  Kobiety wierzą ślepo; kochają, poświęcają się, hodują dzieci, bawią się... spełniają zatem wszystko, co świat spełniać im nakazuje, a jednak świat krzywo jakoś na nie spogląda i od czasu do czasu odzywa się w kształcie wyrzutu lub napomnienia: źle dzieje się z wami!  Z pomiędzy kobiet samych przenikliwsze, rozumniejsze lub nieszczęśliwsze, wglądając w siebie lub rozglądając się dokoła, powtarzają: źle dzieje się z nami.  Na wszelkie złe niezbędnym jest środek zaradczy; ci i owi upatrują go w tem lub w owem, ale choroba nie ustępuje przed receptą.  Niedawno jeden z najsłuszniej poważanych w kraju naszym pisarzy (pan Zacharyasiewicz w powieści p. t. Albina) podał do wiadomości publicznej, że kobiety fizycznie i moralnie chorują dlatego, że brak im wielkiej miłości (naturalnie dla mężczyzny).  Nieba! jakaż to olbrzymia niesprawiedliwość!  Niech różowy bożek Eros zleci nam ku pomocy i zaświadczy, iż całe życie nasze nie jest czem innem jak kadzidłem na cześć jego nieustannie palonem!  Zaledwie odrósłszy od ziemi słyszymy już, że przeznaczeniem naszem będzie kochać jednego z panów stworzenia: podlotki, marzymy o tym panu i władcy każdego wieczora, w którym na niebiosach księżyc świeci lub gwiazdy błyszczą, każdego poranku, w którym śnieżne lilie rozwijają ku słońcu wonne swe kielichy, marzymy i wzdychamy. Wzdychamy do chwili, w której wolno nam bedzie jak liliom ku słońcu zwrócić się ku temu, który z mgły porannych obłoków lub powodzi księżycowego światła wyłania się przed wyobraźnią naszą z postacią Adonisa, śpiącego na tajemnicy... Potem... cóż potem? Adonis zstępuje z chmur, wciela się, zamieniamy z nim obrączki i wychodzimy za mąż... Jestto także akt miłości, a chociaż wyżej nadmieniony pisarz, w bardzo zresztą pięknych swych powieściach, utrzymywać chce, iż zawsze i nieodmiennie jestto tylko akt rachuby, nie zgadzam się z nim w tej mierze. Akt rachuby w wyjątkowych sferach i okolicznościach, powszechnie bywa to akt miłości. Jakiej miłości? Wcale to już inna a wielce subtelna i długiego mówienia o sobie wymagająca materya, dość przecież, że gdy w białych muślinach, wstydliwą twarz słoniąc tiulowymi zwojami idziemy do ołtarza, śliczniutki Eros leci przed nami i wstrząsa nam nad głową pochodnią o różanych płomykach.  Potem? cóż potem? Kochamy znowu... jeżeli nie tego z panów stworzenia, który podlotkowi objawiał się w marzeniu a dziewicy obrączkę ślubną na palec włożył — to innego, jeżeli zresztą nie kochamy żadnego, to kochać pragniemy... usychamy, suchot dostajemy, jędzami częstokroć się stajemy z pragnienia kochania.  A z tego wszystkiego co wynika? Jedne z nas otulone skrzydłami bożka miłości przelatują wprawdzie przez całe życie uczciwie, cnotliwie i szczęśliwie, inne przecież, liczniejsze daleko liczniejsze, zakrwawionemi stopami chodzą po ziemi walcząc o chleb, o spokój, o cnotę, łzy lejąc obfite, cierpiąc straszliwie, grzesząc okrutnie, spadając w otchłanie wstydu, umierając z głodu...  Recepta tedy zamykająca się w słowie: kochajcie! nie na wszystkie służy choroby.  Możeby dodać jej jedną jeszcze ingredyencyą, aby skuteczniejszą była.  Jaką?  Powie nam to może karta wydarta z życia kobiety...

I

Ulica Graniczna jest jedną z dość ożywionych ulic Warszawy. Lat temu parę, w bardzo piękny dzień jesienny, ulicą tą szło i jechało mnóstwo ludzi, z których każdy spieszył to do interesów swych, to do przyjemności; nie oglądał się ani na lewo ani na prawo i wcale nie zwracał uwagi na to, co działo się w głębi jednego z dziedzińców ulicy dotykających.

 Dziedziniec to był czysty, dość obszerny, z czterech stron otoczony wysokiemi murowanemi budowlami. Budowa znajdująca się w głębi była najmniejsza, ale po wielkich oknach, szerokiem wejściu i ładnym ganku, wejście to przyozdabiającym, wnosić można było, że znajdujące się w niej mieszkania były wygodne i ozdobne.  Na ganku stała młoda kobieta w żałobnej sukni z bladą bardzo twarzą. Blada również i w żałobę przyodziana czteroletnia dziewczynka czepiała się rąk jej, które nie złamane wprawdzie, zwisały jednak bezsilnie, nadając postaci kobiety pozór wielkiego smutku i znękania.  Z czystych, szerokich wschodów prowadzących na wyższe piętro budowli schodzili wciąż ludzie w grubej odzieży i grubem opylonem obuwiu. Byli tam tragarze niosący najrozmaitsze sprzęty, jakimi tylko napełnionem i przybranem być może mieszkanie, jeśli nie zbyt obszerne i wytworne, to przynajmniej ładnie i wygodnie urządzone. Były tam łóżka mahoniowe, kanapy i fotele obite pąsowym wełnianym adamaszkiem, kształtne szafy i komody, parę konsolek nawet z marmurowymi płytami, parę sporych zwierciadeł, dwa wielkie drzewa oleandrowe w doniczkach i datura, na której gałęziach zwieszało się jeszcze kilka niezupełnie okwitłych kielichów białego kwiecia.  Tragarze wszystkie przedmioty te znosili ze wschodów i mijając stojącą na ganku kobietę, ustawiali je na bruku dziedzińca, albo umieszczali na dwóch wozach w blizkości bramy stojących, albo jeszcze wynosili na ulicę. Kobieta stała nieruchomo i wiodła oczami za każdym z wynoszonych sprzętów. Znać było, że przedmioty te, z którymi rozstawała się widocznie, posiadały dla niej nietylko materyalną cenę; żegnała je ona tak, jak się żegna widome znaki kreślące przed oczami naszemi dzieje znikłej bezpowrotnie przeszłości, jak się żegna niemych świadków utraconego szczęścia. Blade czarnookie dziecię silnie pociągnęło suknię matki.  — Mamo! szepnęła dziewczynka, patrz, biórko ojca! Tragarze znosili ze wschodów i ustawiali na wozie obszerne bióro męskie, zielonem suknem obite i ładnie rzeźbioną galeryjką ozdobione. Kobieta w żałobie długiem spojrzeniem okryła sprzęt, wskazywany jej drobnym paluszkiem dziecka.  — Mamo! szeptała dziewczynka, czy widzisz tę wielką czarną plamę na biórku ojca?... Ja pamiętam, jak się to stało... Ojciec siedział przed biórkiem i trzymał mię na kolanach, ty mamo, przyszłaś i chciałaś mię ojcu odebrać. Ojciec śmiał się i nie oddawał mię, ja swawoliłam i rozlałam atrament. Ojciec nie gniewał się. Ojciec był dobry, nigdy nie gniewał się ani na mnie ani na ciebie...  Dziecko szeptało słowa te kryjąc twarzyczkę w fałdy żałobnej sukni matczynej, całem drobnem ciałkiem swem tuląc się do jej kolan. Znać i nad tem dziecinnem sercem wspomnienia wywierały już moc swoją, ściskając je bólem nieświadomym samego siebie. Z suchych dotąd oczu kobiety spłynęły dwie łzy grube; chwila wywołana przez pamięć jej słowami dziecka, zagubiona niegdyś w milionach chwil podobnych jej, codziennych, uśmiechnęła się teraz ku nieszczęśliwej czarującą goryczą utraconego raju. Być może, iż pomyślała także, że swoboda, wesołość owej chwili opłaconą została dziś utratą jednego z ostatnich kęsów chleba pozostałych jej i jej dziecku, opłaconą zostanie jutro — głodem; plama atramentowa, powstała wśród śmiechu dziecka i pocałunków rodziców, kilkanaście złotych ujęła wartości sprzętu. Po biórku ukazał się na dziedzińcu ładny Kralowski fortepian, ale kobieta w żałobie obojętniej już za nim wzrokiem powiodła. Nie była znać wcale artystką, instrument muzyczny najmniej obudzał w niej żalów i wspomnień, zato malutkie mahoniowe łóżeczko orzucone nakryciem z kolorowej włóczki wyrabianem, wyniesione z domu i ustawione na wozie przykuło do siebie spojrzenie matki, napełniło łzami oczy dziecięcia.  — Łóżeczko moje, mamo! zawołała dziewczynka, ludzie ci i łóżeczko moje zabierają, i tę kołderkę, którąś mi sama zrobiła! Ja nie chcę, aby oni to zabierali! Odbierz, mamo, od nich łóżeczko moje i kołderkę.  Za całą odpowiedź kobieta przycisnęła silniej do kolan głowę płaczącego dziecka, oczy jej czarne, piękne, zapadłe nieco, suche były znowu, blade, delikatne usta zwarte i milczące.  Ładnie dziecięcie łóżeczko owo było już ostatniem z wyniesionych sprzętów. Otworzono na oścież bramę, wozy naładowane sprzętami wjechały w ładną ulicę, za nimi odeszli tragarze, niosąc na barkach resztę ciężarów, a z za szyb kilku sąsiednich okien poznikały głowy ludzkie, ciekawie dotąd na dziedziniec wyglądające.  Ze wschodów zstąpiła młoda dziewczyna w okryciu i kapeluszu i stanęła przed kobietą w żałobie.  — Pani, rzekła, załatwiłam już wszystko... zapłaciłam, komu było potrzeba... oto jest reszta pieniędzy...  Mówiąc to młoda dziewczyna podawała kobiecie w żałobie mały zwój asygnat.  Kobieta zwolna zwróciła twarz ku niej.  — Dziękuję ci, Zosiu, rzekła cicho, byłaś dla mnie bardzo dobrą.  — Pani, ty byłaś zawsze dobrą dla mnie, zawołała dziewczyna, służyłam u pani cztery lata i nigdzie nie było mi i nie będzie już lepiej, jak u pani.  Rzekłszy to przeciągnęła po oczach zwilżonych łzami rękę, na której znaczne były ślady igły i żelazka, ale kobieta w żałobie pochwyciła rękę tę zgrubiałą i uścisnęła ją silnie w swych białych drobnych dłoniach.  — A teraz, Zosiu, rzekła, bądź zdrowa...  — Ja panią odwiozę do nowego mieszkania, zawołała dziewczyna, zaraz zawołam dorożki.  W kwadrans po tej rozmowie dwie kobiety i dziecię wysiadały z dorożki przed jedną z kamienic przy ulicy Piwnej stojących.  Kamienica ta była wązka od frontu, ale wysoka trzypiętrowa, pozór miała stary i dość smutny.  Mała Jancia szeroko otwartemi oczami patrzyła na ściany i okna budowy.  — Mamo, czy tu mieszkać będziemy?  — Tu, moje dziecko, cichym zawsze głosem odparła kobieta w żałobie i zwróciła się do stojącego w bramie stróża.  — Proszę pana o klucz do mieszkania, które dwa dni temu najęłam.  — A! na facyatce zapewne, odparł stróż i dodał: niech pani idzie na górę! otworzę zaraz.  Z małego kwadratowego podwórka z dwóch stron otoczonego ślepym murem ceglastej barwy, a z dwóch innych staremi drewnianemi drwalniami i spichrzami, kobiety i dziecię weszły na wschody wązkie, ciemne i brudne. Młoda dziewczyna wzięła dziecię w objęcia i poszła przodem, kobieta w żałobie zwolna postępowała za nią.  Izba, której drzwi stróż otworzył, była dość obszerna, ale nizka i ciemna, jedno niewielkie okienko otwierające się nad dachem źle ją oświetlało, sufit pochylający się z góry na dół w ukośnej linii, zdawał się uciskać ściany, od których wiał wilgotny zapach wapna, jakiem świeżo je znać pobielono.  W kącie obok pieca z prostej cegły był tam niewielki komin do gotowania, naprzeciw pod jedną ze ścian stała niewielka szafka, dalej jeszcze łóżko bez poręczy, kanapka podartym perkalem obita, stół na czarny kolor umalowany i kilka żółtych krzesełek ze słomianą siatką, w części porwaną i wklęsłą.  Kobieta w żałobie zatrzymała się chwilę na progu, orzuciła izbę powolnem spojrzeniem, poczem postąpiwszy kilka kroków opuściła się na kanapkę.  Dziecię stanęło przy matce i nieruchome, blade, wodziło dokoła oczami, w których malowało się zdziwienie i przestrach.  Młoda dziewczyna odprawiła dorożkarza, który wniósł do izby dwa małe tłomoczki, i krzątać się zaczęła koło uporządkowania rzeczy z tłomoczków wyjętych.  Nie było ich wiele, porządkowanie więc trwało krótko, dziewczyna nie zdejmując okrycia i kapelusza ułożyła w jednym z tłomoczków parę sukienek dziecinnych i troszkę bielizny, drugi wypróżniony usunęła w kąt izby, łóżko zasłała dwoma poduszkami i wełnianą kołdrą, u okna zawiesiła białą firankę, w szafie ustawiła kilka talerzy i garnuszków, dzbanek gliniany do wody, takąż miednicę, mosiężny lichtarz i mały samowarek. Uczyniwszy to wszystko wzięła jeszcze z za pieca wiązkę drewek i rozpaliła na kominie wesoły ogień.  — Ot tak, rzekła, powstając z klęczek i twarz zarumienioną od rozdmuchiwania płomienia zwracając ku nieruchomej kobiecie: rozpaliłam ogień i zaraz tu będzie pani cieplej i widniej. Drzewo na opał, mówiła dalej, znajdzie pani za piecem, będzie tam jego pewnie na jakie dwa tygodnie, suknie i bielizna w tłomoku, naczynia kuchenne i kredensowe w szafie, świeca wprawiona w lichtarz także w szafie!  Mówiąc to poczciwa sługa zdobywała się widocznie na ton wesoły, ale uśmiech zsuwał się z ust jej, a oczy napływały łzami.  — A teraz, rzekła ciszej, składając ręce, a teraz pani moja, trzeba mi już iść!  Kobieta w żałobie podniosła głowę.  — Trzeba ci już iść, Zosiu, powtórzyła, to prawda, dodała rzucając spojrzenie za okno, zmierzchać już zaczyna... będzie ci straszno iść wieczorem przez miasto.  — O nie to, droga pani! zawołała dziewczyna, ja dla pani poszłabym w noc najciemniejszą na koniec świata... ale... nowi moi państwo jutro bardzo rano wyjeżdżają z Warszawy i kazali mi przyjść przed zmrokiem. Muszę iść, bo będę im dziś jeszcze potrzebną...  Przy ostatnich wyrazach młoda służąca schyliła się i ująwszy białą rękę kobiety, chciała podnieść ją do ust. Ale kobieta podniosła się nagle i oba ramiona zarzuciła na szyję dziewczyny. Obie płakały, dziecię rozpłakało się także, i obiema rączkami pochwyciło sukienne okrycie służącej.  — Nie idź, Zosiu! wołała Jancia, nie idź! tu tak straszno jakoś, tak smutno!  Dziewczyna całowała dawną panią w ramiona, w ręce, przyciskała do piersi płaczące dziecię.  — Muszę, muszę iść! powtarzała łkając, mam biedną matkę i małe siostry, muszę dla nich pracować...  Kobieta w żałobie podniosła twarz bladą i wyprostowała wiotką kibić.  — I ja także, Zosiu, pracować będę, wyrzekła głosem pewniejszym niż ten, którym przemawiała dotąd, i ja mam dziecię, na które pracować powinnam...  — Niech Pan Bóg cię nie opuszcza i błogosławi, najdroższa pani moja! zawołała młoda służąca i raz jeszcze ucałowawszy ręce matki i zapłakaną twarzyczkę dziecka, nie oglądając się wybiegła z izby.  Po wyjściu dziewczyny zrobiła się w izbie wielka cisza, przerywana tylko trzaskiem ognia palącego się na kominie i gwarem ulicy głucho i niewyraźnie dochodzącym na wysokie poddasze. Kobieta w żałobie siedziała na kanapce, dziecko płakało zrazu, potem przytuliło się do piersi matki, ucichło i zmęczone usnęło. Kobieta wsparła głowę na dłoni, ramieniem opasała drobną kibić śpiącego na kolanach jej dziecięcia i nieruchomemi oczami wpatrzyła się w migotliwy blask płomienia. Z odejściem wiernej i przywiązanej sługi odeszła od niej ostatnia twarz ludzka, która była świadkiem jej przeszłości, ostatnia podpora, pozostała jej po zniknięciu wszystkiego, co wprzódy służyło jej wsparciem, pomocą i usługą. Pozostała teraz sama, oddana na moc losu, trudy samotnej doli, siłę własnych dłoni i głowy, a z nią razem była tylko ta mała, słaba istotka, która mogła tylko przy piersi jej szukać spoczynku, od ust żądać pieszczoty, z dłoni jej wyglądać pożywienia. Dom jej niegdyś urządzony dla niej kochającą ręką męża, opuszczony przez nią przyjmował teraz w ściany swe nowych mieszkańców: dobry, ukochany człowiek, który dotąd otaczał ją miłością i dostatkiem, od kilku dni spoczywał w mogile...  Wszystko minęło... miłość, dostatek, spokój i pogoda życia, a jedynym śladem znikłej jak sen przeszłości były dla nieszczęśliwej kobiety bolesne wspomnienia i to blade, wątłe dziecię, które teraz otworzywszy oczy ze snu chwilowego, zarzuciło jej rączęta na szyję i drobne usteczka przyciskając do jej twarzy szepnęło: Mamo! daj mi jeść! Teraz jeszcze prośba ta nie miała w sobie nic takiego, coby obudzić mogło obawę lub smutek w sercu matki.  Wdowa sięgnęła do kieszeni i wydobyła pugilares zawierający kilka asygnat — cały majątek jej i córki.  Zarzuciła chustkę na ramiona, i powiedziawszy dziecku, aby na powrót jej spokojnie czekało, wyszła z izby.  W połowie wschodów spotkała stróża, który wiązkę drzewa niósł do jednego z mieszkań, znajdujących się na pierwszem piętrze.  — Kochany panie, rzekła wdowa uprzejmie i nieco nieśmiało, czy nie mógłbyś pan mi przynieść z jakiego blizkiego sklepiku mleka i bułek dla dziecka?  Stróż nie zatrzymując się, słów tych wysłuchał, poczem odwrócił głowę i odparł z zaledwie tajoną niechęcią:  — A kto tam ma czas chodzić po mleko i po bułki... Ja tu nie dlatego jestem, abym lokatorom jedzenie przynosił.  Wymawiając ostatnie słowa zniknął za załomem muru. Wdowa zstąpiła niżej.  — Nie chciał mi oddać przysługi, myślała, bo domyśla się, że jestem biedną... tym, od których spodziewa się otrzymać zapłatę, ciężką wiązkę drzewa poniósł.  Zeszła aż na dziedziniec i rozejrzała się dokoła.  — A czego to pani tak się ogląda? zabrzmiał koło niej głos kobiecy chropowaty i niemiły.  Wdowa ujrzała stojącą przed nizkiemi drzwiczkami znajdującemi się w pobliżu bramy kobietę, której twarzy w zmroku nie rozpoznawała, ale której krótka spódnica, wielki płócienny czepiec i gruba chustka krzywo na plecy zarzucona, a także dźwięk głosu i ton mówienia oznajmiały kobietę z ludu.  Wdowa domyśliła się w niej żony stróża.  — Moja dobra pani, rzekła, czy nie znajdę tu kogo, ktoby mi przyniósł mleka i bułek?  Kobieta namyślała się chwilkę.  — A z którego to piętra? zapytała, cościś ja pani jeszcze nie znam.  — Dziś zamieszkałam na facyatce...  — A, na facyatce! To pocóż asani gadasz o przynoszeniu ci tam czegoś? nie możesz sama pójść do miasta?  — Zapłaciłabym za fatygę, szepnęła wdowa; ale żona stróża nie słyszała, czy udała, że nie słyszy słów jej, otuliła się lepiej chustką i zniknęła za małemi drzwiczkami.  Wdowa stała przez chwilę nieruchoma, nie wiedząc widocznie, co czynić i do kogo się już udać, westchnęła i opuściła ręce; po chwili jednak podniosła głowę i wszedłszy w bramę, otworzyła furtkę wiodącą na ulicę.  Wieczór nie był jeszcze późny, ale dość ciemny, rzadkie latarnie źle oświecały ulicę wązką i napełnioną tłumami ludzi; na chodnikach były szerokie miejsca w zupełnych prawie pogrążone cieniach. Fala chłodnego jesiennego wiatru wpłynęła w bramę przez otwartą furtkę, rzuciła się w twarz wdowy i zakręciła końcami czarnej jej chustki; turkot dorożek i gwar zmięszanych rozmów ogłuszył ją, cienie zalegające chodniki przeraziły. Cofnęła się kilka kroków w głąb bramy i stała znowu chwilę ze spuszczoną głową, nagle jednak wyprostowała się i postąpiła naprzód. Przypomniała sobie może dziecko swe, które czekało pożywienia, albo uczuła, iż powinna była zdobyć od woli swej i odwagi to, co odtąd zdobywać już jej przyjdzie w każdym dniu, w każdej godzinie. Zarzuciła chustkę na głowę i przestąpiła próg furtki. Nie wiedziała, w której stronie szukać należało sklepiku z wiktuałami. Uszła spory kawał, przyglądając się wystawom okien sklepowych, minęła parę dystry-bucyi cygar, jakąś kawiarnię, jakiś sklep z bławatnymi towarami i wróciła. Nie śmiała dalej zapuszczać się w ulicę, ani prosić kogoś o objaśnienie. Udała się w inną stronę, po kwadransie wracała z kilku bułkami w białej chusteczce.  Mleka nie przynosiła, nie było go w sklepiku, w którym znalazła bułki, nie chciała, nie mogła szukać dłużej, niespokojną była o dziecię, wracała szybko, biegła prawie. Była już o kilka kroków od bramy, gdy tuż za sobą usłyszała głos męski, nucący piosenkę: „Stój, zaczekaj moja duszko, skąd drobniutką strzyżesz nóżką.“ Usiłowała w duchu upewnić siebie, że piosenka nie do niej się stosuje, przyspieszyła kroku i już dotykała furtki, gdy głos śpiewający przemienił się w mówiący.  — Dokąd tak pilno? dokąd? wieczór piękny! możeby trochę pospacerować!  Bez tchu, drżąca cała z trwogi i obrazy, młoda wdowa wpadła w bramę i furtkę za sobą zatrzasnęła. W parę minut potem Jancia widząc wchodzącą do izby matkę, rzuciła się ku niej, tuląc się w jej objęcia.  — Tak długo nie wracałaś, mamo! zawołała, ale nagle umilkła i wpatrzyła się w matkę: mamo, ty znowu płaczesz i znowu wyglądasz tak... tak jak wtedy, gdy ojca wynoszono w trumnie z naszego mieszkania.  Młoda kobieta drżała w istocie całem ciałem, łzy obfite płynęły po rozognionych jej policzkach. To co przeniosła przez kwadrans wycieczki swej na miasto, walka z trwożliwością własną, szybki bieg po ślizkiej ulicy, śród tłumu ludzi i zimnych fal wichru, obelga nadewszystko doznana od nieznanego wprawdzie człowieka, ale doznana po raz pierwszy w życiu, wstrząsnęły znać nią do głębi. Znać było jednak, że postanowiła zwyciężać samą siebie na każdym kroku, bo szybko uspokoiła się, otarła łzy, pocałowała dziecko i rozniecając ogień na kominie, rzekła:  — Przyniosłam ci bułek, Janciu, a teraz nastawię samowar i urządzę herbatę.  Wzięła z szafy gliniany dzbanek i zaleciwszy dziecku ostrożność z ogniem, zeszła znowu na dziedziniec do studni. Wróciła niebawem zdyszana i zmęczona, z ramieniem uginającem się pod ciężarem dzbanka napełnionego wodą; nie spoczęła jednak ani chwili, tylko zaraz wzięła się do nastawiania samowaru. Czynność ta, którą spełniała widocznie po raz pierwszy w życiu, szła jej z trudnością, niemniej przeto w niespełna godzinę herbata była wypitą, Jancia rozebraną i uśpioną. Równy, cichy oddech dziecka, oznajmiał sen spokojny, z bladej twarzyczki zniknęły ślady łez tak obficie przez dzień cały wylewanych.  Ale młoda matka nie spała; w żałobnej sukni swej z rozpuszczonymi czarnymi warkoczami, z twarzą opartą na dłoni, siedziała nieruchoma naprzeciw dogasającego ogniska i myślała. Zrazu gryząca boleść sfałdowała białe czoło jej w kilka zmarszczek głębokich, oczy zaszły łzami, pierś podnosiła się ciężkiem westchnieniem. Po chwili jednak wstrząsnęła głową, jakby odpędzić chciała oblegające ją tłumy żalów i obaw, powstała, wyprostowała kibić i rzekła z cicha:  — Nowe życie!  Tak, kobieta ta, młoda, piękna z białemi rękami i wiotką kibicią, wstępowała w nowe dla siebie życie, dzień ten miał być dla niej początkiem nieznanej przyszłości.  Jakąż była jej przeszłość?

II

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

III

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

IV

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

V

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

VI

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

VII

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

VIII

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

IX

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Podziękowania

Wydawnictwo Avia Artis dziękuje serdecznie wszystkim ludziom zaangażowanym w powstanie tej książki.

*****

Eliza Orzeszkowa

MARTA

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Elizy Orzeszkowej.

Autor: Aleksander Tadeusz Regulski

Wszystkie prawa do tego wydania zastrzeżone.

©Wydawnictwo Avia Artis

2020