W klatce - Eliza Orzeszkowa - E-Book

W klatce E-Book

Eliza Orzeszkowa

0,0
1,49 €

oder
Beschreibung

W klatce” to romans autorstwa Elizy Orzeszkowej, jednej z najważniejszych pisarek polskich, epoki pozytywizmu. Po przypadkowym spotkaniu w pociągu główny bohater usiłuje dowiedzieć się, kim jest piękna kobieta przedstawiająca się jako „Kameleon”.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-00-0
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

CZĘŚĆ I. Kameleon.

W podróży

Było to w miesiącu Wrześniu, przy schyłku krótkiego jesiennego dnia.

 Przed jedną z największych stacyi kolei żelaznéj, wiodącéj z Wilna do Warszawy, stał długi szereg wagonów, a w jednym z nich, zasunięta w głąb powozu, z książką w ręku i gęstą zasłoną z czarnéj koronki na twarzy, siedziała kobieta.  Zmrok zapadał coraz ciemniejszy. Pod dużym gmachem stacyi błyskały latarnie, chodzili i gwarzyli ludzie, — w górze między chmurami wypływały gdzieniegdzie gwiazdy, a w dali ciemniał las, szerokim i nieruchomym pasem łącząc szare niebo z szarą ziemią.  Zadzwoniono po raz piérwszy.  Do wagonu, w którym siedziała kobieta z zasłoną, lekko i zręcznie wskoczył młody mężczyzna. Postać jego zgrabna i smukła, mimo zmroku, wdzięcznie zarysowała się na otaczającém ją ciemném tle; błysnęły stalowe ozdoby przewieszonéj przez ramię jego podróżnéj torebki i widać było wymykające się z pod czapeczki gęste i bardzo jasne włosy. Wskoczył do wagonu, stanął przy drzwiczkach i obejrzał się, jakby pytając losów, jakie towarzystwo zsyłają mu na długą może podróż.  Kobieta zwróciła twarz na wchodzącego i z po-za zasłony swojéj patrzyła na młodego człowieka.  I on patrzył na nią, ale, niestety! nic nie widział, oprócz niewyraźnéj postaci kobiecéj. Byłaż ona młoda czy stara, piękna czy brzydka? — nie mógł dojrzéć, bo siedziała w głębi powozu, a cienie były za nią, przed nią, wkoło niéj.  Znowu rozległ się głos dzwonka.  Na stopniu, prowadzącym do wagonu, w którego drzwiach rysowała się postać młodego mężczyzny, ukazała się otyła kobieta, od chłodu jesiennéj nocy zaopatrzona w futro z ogromnym lisim kołnierzem i w kaptur watowy z czarnego atłasu, zasłaniający część jéj czoła i twarzy. W ręku trzymała niemałéj objętości wór podróżny, dwa dosyć spore pudełka i drugi mniejszy worek, z którego sterczały, jak się zdawało, rogi oprawnych książek. Bagaże te i niepomierna tusza utrudniały jéj dźwignięcie się na wysoki stopień wagonu.  Młody człowiek nie zwracał uwagi na mozolne wspinanie się podróżnéj, gdy nagle słuch jego uderzyły słowa, dość ostrym wymówione głosem:  — Mój panie kochany! a bądź-że łaskaw podać mi rękę!  Odwrócił się, spojrzał, lekki, ledwie dojrzany uśmiech przebiegł mu po ustach; ale z grzecznością człowieka, należącego do oświeconych towarzystw, schylił się, jedną ręką ujął wór podróżny zakłopotanéj pani, drugą jéj pudła i, postawiwszy to wszystko w głębi wagonu, podał jéj obie dłonie.  Podróżna dźwignęła się z ciężkiém westchnieniem; po chwili cała masa podniosła się do wysokości drzwiczek, a zawsze wsparta na silnych i usłużnych dłoniach młodego człowieka, wtoczyła się do wagonu.  W czasie téj operacyi, kobieta z zasłoną na twarzy siedziała ciągle nieruchoma, przez szybę powozu patrząc gdzieś daleko, może na wielką złotą gwiazdę, która sama jedna wypłynęła z pod chmury i zawisła nad pasem dalekich lasów, jakby świecić chciała ciemnym ich głębiom.  Zadzwoniono po raz trzeci.  Ze stukiem zaczęły zamykać się drzwi wagonów, rozległy się dwa ostre, przeciągłe gwizdnięcia i po chwili poważna, wspaniała, niby królowa, wojsko na bój wiodąca, ruszyła się lokomotywa i, coraz szybsza, coraz silniejsza, żelazną piersią poczęła pruć gęste i mgliste powietrze, rzucając pod obłoki kłęby dymu, jakby słane ku niebu potęgi ziemskiéj świadectwa.  W wagonach zapalono lampy. Przy jednéj z nich młody człowiek, o jasnych, kędzierzawych włosach, z ciekawością patrzył na siedzącą w głębi powozu kobietę, któréj twarz kryła gęsta czarna koronka. A tak gęstą była ta zasłona, że przez nią dojrzéć mógł tylko wielką białość gładkiego, wysokiego czoła kobiety i, przeciskający się przez tkankę koronki, blask jéj oczu. Ale kolor tych oczu, ich kształt, wielkość, ale reszta twarzy, usta, nosek i, co ważniejsze od tego wszystkiego, wyraz fizyognomii, zostawały dla ciekawie przypatrującego się tajemnicą. Widział tylko jeszcze grube warkocze ciemno - kasztanowatych włosów, wypływające z pod czarnego kapelusika, drobną, bardzo kształtną, zamkniętą w rękawiczce rękę i niedbale, a zarazem wdzięcznie, o poduszki powozu opartą postać.  Kobieta z po-za zasłony swojéj patrzyła na towarzysza podróży, a ponieważ on zasłony takiéj nie miał, z łatwością więc widziéć mogła świeżą, o regularnych rysach twarz jego, z pełnym młodzieńczéj swobody wyrazem, mały, jasny wąsik, ocieniający łagodne usta, i duże błękitne oczy, które zdawały się patrzéć na świat z młodą, niczém niezawiedzioną jeszcze, nadzieją, i z młodą, nigdy jeszcze niezłamaną, a ufną w swoję potęgę, wolą.  Trzecia obecna w wagonie osoba, otyła pani z lisim kołnierzem, z ciekawością przyglądała się i kobiecie, i mężczyźnie, i zdawało się, że się namyślała, jak ma z nimi rozpocząć rozmowę.  Przez kilka minut w wagonie panowała cisza, przerywana tylko jednostajnym szmerem kół, uderzających o żelazne szyny...  Po chwili, kobieta z zasłoną na twarzy usiadła bliżéj lampy, otworzyła książkę i zaczęła czytać; młody człowiek miał bardzo dobry wzrok i dojrzał na okładce książki tytuł: Poezye Słowackiego.  Otyła pani ujęła także swój mniejszy woreczek, rozsunęła zamykające go sznurki włóczkowe z ponsowemi kutasikami na końcach i wydobyła książkę. Młody człowiek dostrzegł mimowoli, że był to „Złoty Ołtarzyk”.  Zasłona gęsta utrudniała snać czytanie, a może i lampa za słabe dawała światło, bo kobieta zamknęła książkę, zasunęła się znowu w swój kącik i siedziała cicha, nieruchoma.  Pani w kapturku wydobyła z worka drugą jeszcze książkę do nabożeństwa, i trzecią, i czwartą, a uszykowawszy je wszystkie na kolanach, nie zaczynała jednak się modlić. Przenosiła wzrok z kobiety na mężczyznę; widocznie trawiona była żądzą dowiedzenia się, co to za jedni. Myślała więc nad tém, jakby zaspokoić swoję ciekawość, a „Złoty Ołtarzyk”, „Łza Chrześcijanina”, „Westchnienie Duszy” i t. d., czekały sobie tymczasem na jéj kolanach.  Młody człowiek z torebki podróżnéj wyjął cygaro i, grzecznie zwracając się do otyłéj pani, zapytał:  — Czy pani nie zaszkodzi dym cygara?  — A gdzież-by tam miał mi szkodzić, mój panie kochany! — odpowiedziała z widoczną radością, iż rozmowa się zaczyna. — A gdzież-by tam — powtórzyła — miały mi szkodzić cygara! Nieboszczyk mąż, świéć Panie nad jego duszą (tu złożyła pobożnie ręce), codzień kilkanaście faj wypalił, to się przyzwyczaiłam do dymu tytuniu, panie mój kochany! Pal-że sobie, pal z Bogiem!  Młody człowiek zwrócił się do drugiéj kobiety i powtórzył:  — A pani nie szkodzi dym cygara?  — Nie, panie — odpowiedziała krótko z po-za zasłony swojéj i znowu zapadła w milczenie.  Ale tym razem pani w kapturku nie pozwoliła ciszy zakrólować w wagonie. Spojrzała bystro na młodego człowieka, potém na zasłonioną kobietę i, uznawszy ją snadź za ciekawy przedmiot badania, zwróciła się ku niéj i, poprawiając kapturek, ozwała się z rodzajem przymilenia:  — A pani dobrodziejka, czy z daleka?  Kobieta powoli zwróciła ku niéj głowę i, po chwilce milczenia, zawsze z po-za zasłony swojéj, odrzekła:  — Z daleka, pani.  — Pewno do Warszawy? — spytała otyła pani, obydwiema już rękoma zsuwając z czoła kapturek.  — Tak, pani — była znowu odpowiedź.  — Czy pani dobrodziejka z okolic Warszawy może?  — Nie, pani.  — A z jakich? czy wolno spytać?  — Z dalekich.  Interlokutorka, widocznie zniecierpliwiona lakonicznemi odpowiedziami, poruszyła się tak żywo, że aż z kolan jéj spadł „Złoty Ołtarzyk”, a młody człowiek ze zdwojoną ciekawością wpatrywał się w zasłonioną kobietę. Uderzył go młody i świeży dźwięk jéj głosu i zaciekawiły krótkie odpowiedzi.  — Pani dobrodziéjka dawno już w podróży? — rozpoczęła się na-nowo indagacya.  — Od dnia wczorajszego.  — Pewno na zimę do miasta... dla zabawy?  — Tak, pani.  Tą razą „Łza Chrześcijanina” poszła śladem „Złotego Ołtarzyka” i w drodze rozsypała tuzin obrazków i przepisanych modlitewek.  Młody człowiek grzecznie się schylił i pomógł właścicielce w zebraniu rozsypanych skarbów pobożnych.  — A, dziękuję, panie mój kochany, dziękuję ślicznie! — mówiła otyła pani — grzeczny z pana kawaler! To rychtyk jak nieboszczyk mąż, świéć Panie nad jego duszą. Bywało, jak robię pończochę, to niech mi tylko kłębek upadnie, zaraz mi go podniesie, choćby się pod samiuteńką kanapę potoczył. Pan dobrodziéj kubek w kubek będziesz taki, jak mój nieboszczyk Wicuś, świéć Panie nad jego duszą. Zaraz znać po grzeczności, żeś pan dobrodziéj z Warszawy. Czy zgadłam, jeżeli wolno spytać?  — Tak, pani, jestem w Warszawy — odpowiedział młody człowiek.  — A dokąd-że to pan dobrodziéj podróżował?  — Byłem w okolicach Wilna.  — A w jakiém miejscu, czy wolno spytać?  — W miasteczku N.  — Ach, panie mój kochany, toć ja ztamtąd jadę i tam mieszkam; że téż nie zobaczyłam tak ślicznego kawalera! A u kogoż tam był pan dobrodziéj, czy wolno spytać?  — Jeździłem do mego kolegi i przyjaciela, doktora Dolewskiego.  — Ach, panie mój kochany! znam, znam jak własne oko. No, proszę! Lucyś Dolewski, to pana dobrodzieja kolega! na ręku go nosiłam! Ależ on, panie mój kochany, sam w Warszawie jest teraz.  — Tak; to téż, nie wiedząc o tém, wybrałem się do niego i rozminęliśmy się w drodze.  — Pewno pan dobrodziéj krótko bawił w N.  — Parę godzin tylko. Na stacyi pocztowéj dowiedziałem się o wyjeździe Lucyana i zaraz wróciłem, aby go choć w Warszawie znaléźć.  — No, proszę! — powtórzyła raz jeszcze otyła pani — Lucyś Dolewski, to przyjaciel pana dobrodzieja, no proszę!  — Złoty to chłopiec — ciągnęła daléj — anioł-stróż wszystkich biednych ludzi w N. i całéj okolicy. Bo to głowa, panie mój kochany, co się nazywa. Nieboszczyk mój mąż, świéć Panie nad jego duszą, bywało, mówi: z tego chłopca będzie ministyr, a serce u niego, to, panie mój kochny, lepsze jeszcze od głowy. Czy-by to on nie mógł, jak i drugi jaki, rozsiąść się w wielkiém mieście, nie mówię już o Warszawie, ale w Wilnie naprzykład a choć-by w Grodnie, albo w Mińsku, i brać pieniądze, i królować, i hulać sobie, panie mój kochany. Ale on, biedaczysko, pracuje i haruje i tyra swoje młode lata między nami biednymi i, za pozwoleniem, głupimi ludziskami; a wszystko to dlatego, żeby staréj matki nie porzucać, bo-by umarła chyba z tęsknoty za swoim jedynakiem, któremu dała edukacyą, panie mój kochany, kawałek chleba od własnéj gęby odrywając.  Ostatnie słowa wymówiła z rozrzewnieniem, wydobyła chustkę do nosa, otarła oczy i spocone pod kapturem czoło i w zapale wydobyła z worka jeszcze jednę książkę do nabożeństwa, podobno „Cichą łzę”.  — Cieszę się — po krótkiéj chwili ozwał się młody człowiek — słysząc tak pochlebne słowa o moim przyjacielu.  — Ach, panie mój kochany — odpowiedziała pani — to-żem ja na rękach jego nosiła. Nieboszczyk mąż, świéć Panie nad jego duszą, był komisarzem u hrabiego S., o wiorstę od N., a nieboszczyk ojciec Lucysia był w N. aptekarzem. To, panie mój kochany, w przyjaźni żyli z sobą, jak bracia. Jestem Anna Owsicka, do usług pana dobrodzieja.  Młody człowiek skłonił się w milczeniu.  — A pana dobrodzieja godność, czy wolno spytać? — podchwyciła pani Anna.  — Cypryan Karłowski — odrzekł z lekkim ukłonem i uśmiechem mężczyzna.  Na dźwięk tego imienia, kobieta z zasłoną na twarzy poruszyła się lekko i, mimo koronki, znać było jak błyszczące oczy zwróciła na młodego człowieka. Nic jednak nie rzekła i na chwilę umilki wszyscy.  — Która téż to godzina, panie mój kochany? — spytała znowu pani Owsicka.  — Dziewiąta — odpowiedział pan Karłowski, patrząc na zegarek.  — O Chryste Panie! to-żem ja jeszcze nie zmówiła godzinek do Opatrzności Bozkiéj. A jadę do Częstochowy, panie mój kochany; grzechem duszy obciążać nie można, w takie święte miejsce jadąc. Całe życie wybierałam się do Częstochowy, aż, chwała Bogu, postawili koléj żelazną i teraz człowiek jak siądzie sobie na maszynę, to tak frrrrrr... i poleci, gdzie tylko zamyśli. Daj Boże zdrowie tym ludziom, co to mają rozum i takie piękne rzeczy robią, panie mój kochany!  To powiedziawszy, otworzyła Złoty Ołtarzyk, przeżegnała się i z głębokiém westchnieniem poczęła się modlić półgłosem.  Znowu cisza zapanowała w wagonie. Młody człowiek spojrzał na kobietę, siedzącą w głębi i jednę tylko dostrzegł w niéj zmianę: zdjęła rękawiczkę, a na kształtnéj i niezmiernie białéj jéj ręce lśnił pierścień z wielkim brylantem. Rączkę tę podnosiła niekiedy do ust, jedząc karmelek, a rzutem tym odkrywała nieco zasłonę, tyle jednak tylko, że młody człowiek ujrzał parę razy białą, okrągłą bródkę. W myśli złorzeczył temu, kto piérwszy fabrykować zaczął gęste zasłony dla kobiet i błagał losy, aby Poezye Słowackiego zrzuciły z kolan nieznajoméj, bo grzeczność nakazywała-by mu je podnieść, a przy téj sposobności podjęła-by się może zasłona kobiety. Niestety! książka leżała spokojnie na kolanach swéj właścicielki, a zaciekawiony młodzieniec pytał myślą losów, dla czego przed chwilą z kolan pani Owsickiéj spadł „Złoty Ołtarzyk”, a Poezye Słowackiego leżały spokojnie? Ale los nie uznaje nigdy potrzeby tłómaczenia się z niesprawiedliwości i nielogiczności swoich.  Blada lampa drżała, niepewne światło rzucając w kąty wagonu, a milczenie przerywane było tylko pobożnemi westchnieniami pani Owsickiéj i chrzęstem karmelka, odzywającym się niekiedy w ząbkach nieznajoméj.  O prozo XIX wieku! Kobieta ubrana w czerni, z zasłoną na twarzy, milcząca, zamyślona, zamiast wzdychać, jé karmelki. Niegdyś tak wyglądająca kobieta bywała istotą z mgły i zefiru, za pokarm jéj służyły marzenia, a ziemskie jadło odtrącała drżącą dłonią, gwiazdom się skarżąc na prozę żywota. Dziś jé ona karmelki! Gdzież poezya? gdzie tajemniczość? gdzie tragiczność awantury? gdzie czysty, brzydzący się materyą idealizm?! Młody podróżnik wszakże nie żałował tajemnicą owianych zjawisk dawnych czasów i z miłém wrażeniem słuchał chrzęstu karmelków w ustach nieznajoméj, bo był mu on świadectwem jéj młodych i zdrowych ząbków, które, sądząc podług przedziwnie białéj rączki, jaką widział, przedziwnie téż białemi być musiały.  Pani Owsicka skończyła godzinki do Opatrzności Bozkiéj, wycałowała wszystkie obrazki, przeżegnała się krzyżem różańca i, na worku podróżnym złożywszy głowę, głęboko usnęła.  W ustach nieznajoméj kobiety ustał po chwili chrzęst karmelków, ale znać było, że nie spała, bo niekiedy białemi paluszkami machinalnie przewracała karty książki.  I pan Karłowski téż nie spał, czoło oparł na dłoni i myślał.  I pogrążeni w milczeniu, kołysani jednostajnym ruchem wagonu, oboje młodzi ludzie utonęli w zamyśleniu. O czém oni myśleli? Niech odpowiedzią na to będzie wyraz: byli młodzi! A młode myśli, to orły szerokoskrzydłe, co lecą nad ziemią i orlim wzrokiem szukają kwiatu wesela i owocu szczęścia. I któż je zliczy, i któż je opowié, gdy rojami wylatują z głowy młodością wrzącéj, gdy jedném ich skrzydłem wiara, drugiém nadzieja, a atmosferą, w któréj się unoszą... miłość. Z ognia stworzone, w pragnieniu skąpane, wiarą w przyszłość strojne, gdzie-żeście wtedy, o myśli młode, kiedy czoło człowieka pochyli się smutne pod wspomnieniami doznanych zawodów? gdzie-żeście wtedy, gdy w sercu jego tchnienie życia zmrozi młodzieńcze zapały i porywy, gdy, po dniach minionych chodząc, jak po grobach, i myśl swą, i czoło chyli on ku ziemi? ...  Ale, jadący z Wilna do Warszawy, młodzi ludzie nie mieli skroni smutnie schylonych pod ciężarem dni już przebytych i nie chodzili jeszcze po wspomnieniach, jak po grobach. To téż młodzi oboje, piękni pewno oboje, myślami pobiegli w świat szeroki, a oczyma często spoglądali z zajęciem na siebie, dopóki... dopóki... nie usnęli.  Usnęli? i któż odważy się twierdzić, że oni spali? Młody człowiek siedział wprawdzie nieruchomy, ale czy spał, czy snuł wątek różanych myśli, nie wiadomo; a młoda kobieta bodaj mało téż spała, bo z poza czarnéj koronki często błyskały wyraźnie otwarte jéj oczy. Trudno téż ręczyć, czy pan Karłowski nie zapytywał sam siebie, co bardziéj silnym lśniło blaskiem, czy przysłonięte, a jednak tak błyszczące oczy, kobiety, czy wielki na jéj palcu brylant.  Na świecie zaczęło szarzéć, cienie nocy zwolna ustępowały przed wschodzącym dniem. Na bladobłękitném niebie gasły jedna po drugiéj gwiazdy, i w wagonie zgasła blada lampa. Parę razy gwizdnęła lokomotywa i pociąg stanął.  — Stacya Tłuszcz! pięć minut! — wołał posługujący, otwierając drzwi wagonów.  Pani Owsicka ocknęła się i zaczęła prędko mówić:  — W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ojcze nasz, któryś jest w niebiesiech... czy daleko jeszcze do Warszawy, panie mój kochany?  — Jednę już tylko stacyą przebyć mamy — odpowiedział pan Karłowski.  — Przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja... — szeptała znowu pani Owsicka i, otworzywszy jedno z pudełek, zaczęła, modląc się i wzdychając ciągle, przekładać w niém i układać różne drobiazgi, wypłowiałe wstążeczki, pomięte koronki, nici, szpilki i t. d.  Nieznajoma kobieta ujęła téż niewielki i piękny woreczek podróżny, otworzyła go kluczykiem, wyjętym z kieszeni okrycia, i zaczęła czegoś szukać, lub cóś układać. Młody człowiek zauważył, że ruchy jéj były bardzo wdzięczne i harmonijne.  — Prześliczna być musi! — pomyślał — bodaj tę zasłonę! Byłaż-by Turczynką? — I uśmiechnął się sam z przypuszczenia swojego a uśmiech jego był taki swobodny, taki młodzieńczy, tak mu twarz rozświecił, błysnął w oczach i na białém czole zajaśniał, że aż pani Owsicka, mówiąc litanią, zamiast: „zmiłuj się nad nami”, dwa razy powtórzyła: panie mój kochany! a gdyby jaki drobny sylf zakradł się był pod koronkową zasłonę milczącéj kobiety, ujrzał-by i na jéj ustach rozkwitający uśmiech. O uśmiechy młode! wy, akordy wtórujące pieśniom młodych myśli! rozkwitajcie i ulatujcie w świat, póki wam pora nie minie; bo życie wasze, to żywot motylka... radosny, ale krótki!  Długo nieznajoma układała w woreczku jakieś małe pudełka, papiery i książki, a gdy nakoniec zamknęła go i kluczyk do kieszonki schowała, młody człowiek spostrzegł, że na palcu nie miała brylantowego pierścienia.  — Musiała go schować — pomyślał — i w istocie nie potrzebuje ona brylantów na palcach, mając dwa, przez naturę dane, a tak, przez gęstą nawet koronkę, żywo błyszczące brylanty oczu.  I znowu się uśmiechnął i, uśmiechając się, dostrzegł, że blaski tych dwóch brylantów, o których myślał, wyraźnie skierowane były ku jego twarzy.  Znowu gwizdnęła lokomotywa, znowu pociąg stanął.  — Warszawa! — ozwał się głos donośny, i ze stukiem poczęły otwierać się drzwi wagonów.  Pani Owsicka wstała najpiérwsza, choć nieco z trudnością, i jęła zabierać swoje wory i pudła.  — Niech pani wysiada — grzecznie rzekł pan Karłowski, — ja pani podam wszystkie te rzeczy.  — Dziękuję, dziękuję ślicznie, panie mój kochany — mówiła, sapiąc i wysiadając, pani Anna. — Grzeczny, bardzo grzeczny z pana kawaler. Powiem Lucysiowi Dolewskiemu, że grzecznego ma kolegę, panie mój kochany.  To mówiąc, wygramoliła się z trudnością z wagonu, wzięła z rąk „grzecznego kawalera” swoje manatki i, obciążona niemi, powoli zmieszała się z tłumem ludzi, zalegających platformę.  Ujrzawszy przejście już wolne, nieznajoma kobieta powstała, owinęła się okryciem i, ująwszy swój woreczek, zręcznie zeskoczyła na ziemię.  Młody człowiek, rozciekawiony, zachwycony jéj ruchami, patrzył na nią i, gdy zstępowała ze stopnia, wiódł oczyma za długiemi i ciężkiemi fałdami jéj sukni ciemno-brunatnego koloru. I ujrzał, jak fałdami temi pociągnięty, ze stopnia wagonu na ziemię zsunął się brylantowy pierścionek, przed chwilą błyszczący na ręku kobiety, a ona poszła daléj, nie wiedząc, że go zgubiła.  Karłowski w jedném mgnieniu oka wyskoczył z wagonu, podjął pierścień i w kilku skokach dobiegł do piérwszéj sali dworca. Niedaleko drzwi stała nieznajoma kobieta i podawała urzędnikowi jakąś kartkę.  — Przepraszam panią! — rzekł młody człowiek, obok niéj stojąc.  Z lekkiém zdziwieniem i jakby pytająco, zwróciła ku niemu warkoczami obciążoną głowę.  — Zdaje mi się, że ten pierścionek do pani należy. Znalazłem go u stopni wagonu.  Lekki wykrzyk wydobył się z ust kobiety; końcem paluszków wzięła z ręki młodego człowieka pierścionek i rzekła:  — Dziękuję panu, bardzo dziękuję! Tak jest, to mój pierścionek. Musiał mi spaść z palca wtedy, gdym układała rzeczy w woreczku. Bardzo dziękuję!  Mówiąc to, parę razy wdzięcznie skinęła głową, a zarazem podniosła rękę i odrzuciła z twarzy zasłonę.  Młody człowiek stanął olśniony, urokiem do miejsca przykuty.  Piękna téż była ta twarz, która nagle zajaśniała przed nim, a piękna nie posągową pięknością klasycznych, regularnych rysów, ale ogniem, który z niéj tryskał, ale życiem na niéj rozlaném. Czoło miała gładkie i białe, jak marmur greckich posągów; po skroni jéj wiła się siatka żyłek i znać było, jak te błękitne niteczki pulsowały szybko, poruszane wrzącém tętnem młodego życia. Usta jéj, dość duże i wydatne, ponsowe, wilgotne, były nieco otwarte, jakby im ciągle braknęło powietrza; pod ciemnemi, w regularny łuk zagiętemi brwiami, blaskiem żaru płonęły wielkie oczy a takie dziwne były to oczy, że w jednej chwili zmieniały wyraz i barwę, ale jakkolwiek się ukazywały, płonęły ciągle wewnętrznym ogniem niezmordowanego, pełnego sił, życia.  Młody człowiek stał i patrzył, i kobieta patrzyła na niego przez chwilę.  — Niech-że wiem — ozwała się w końcu, swoim srebrnym, miękkim głosem — komu jestem winna znalezienie mojego pierścionka.  I dodała szybko:  — Słyszałam już pana nazwisko, ale radabym wiedziéć, czy jesteś pan synem pana Michała Karłowskiego, właściciela ziemskiego z okolic Warszawy, który tak zaszczytnie dał się poznać na polu przemysłu naszego.  — Tak pani — odpowiedział młody człowiek; — jestem synem Michała Karłowskiego. Ale pozwoli pani zapytać siebie... — i zawahał się z dokończeniem swojéj myśli.  — Pan chcesz pewnie dowiedziéć się o mojém nazwisku — z uśmiechem rzekła kobieta.  — Tak pani — odpowiedział pan Karłowski — byłbym bardzo szczęśliwy...  Po twarzy kobiety przemknął się dziwny wyraz, a raczéj zaigrały tysiące odcieni, śród których wprawne oko mogło-by dostrzedz i figlarność młodzieńczą, i smutek jakiś, i nieco szyderstwa. Tak stała przez chwilę, jedną ręką podtrzymując opadającą jéj na twarz zasłonę, drugą z wdziękiem podnosząc fałdy ciężkiéj sukni; aż wreszcie spojrzała w twarz młodego człowieka i rzekła:  — Nazywam się... nazywam... Kameleon.  Potém ukłoniła się lekko i, zostawiając pana Karłowskiego w osłupieniu, oddaliła się szybkim krokiem.  Młody człowiek, jakby magnetycznym wiedziony pociągiem, bezwiednie poszedł za nią, wyszedł na wschody, wznoszące się nad szerokiém podwórzem stacyi, stanął śród tłumu i obejrzał się. Na najniższym stopniu stała piękna towarzyszka jego podróży, a przed nią z kapeluszem w ręku, w pełnéj uszanowania postawie, wysoki, w bogatą liberyą ubrany lokaj. Po chwili podjechała mała, zaprzężona dwoma siwemi końmi karetka, lokaj otworzył drzwiczki powozu, kobieta doń wskoczyła, powóz potoczył się szybko i... wszystko zniknęło.

Doktor

W popołudniowych godzinach, tego samego dnia, w którym pan Karłowski wrócił z wycieczki swojéj w wileńskie okolice, w niewielkim pokoju jednego z warszawskich hotelów, stał przed oknem młody mężczyzna. Wyglądał na lat dwadzieścia siedm, wzrost miał dość wysoki, pierś szeroką, a cała jego postać, choć nie nacechowana wytworną elegancyą, jaką nadaje ciągły pobyt w wielkiém mieście, miała przecież pełne męzkiéj piękności kształty. Twarz jego, o ściągłych i regularnych rysach, bladą była tą gorącą, namiętną bladością, jaka pokrywa zwykle ogniste, a ciągle zwalczane uczucie. Gęste, czarne włosy opadały nieco na gładkie czoło, a z pod brwi, gęstych także i czarnych, duże, ale głęboko osadzone, ciemno-szafirowe oczy myślącém i łagodném spojrzeniem zgadzały się z wyrazem kształtnie zarysowanych ust. Niewielki czarny zarost otaczał to męzkie i piękne oblicze.

 Po-za oknem, na szerokiéj ulicy wielkiego miasta, wrzał tłum różnorodny; z głuchym turkotem przesuwały się powozy, pełne niekiedy pięknych twarzy kobiecych. Nagle, nawpół stłumiona ulicznym gwarem, ale niedaleka, zabrzmiała muzyka ulicznego instrumentu, grająca aryą z opery. Na odgłos ten, patrzący oknem mężczyzna, jakby się ze snu obudził; brwi lekko mu drgnęły, a w miarę jak instrument śpiéwał coraz boleśniéj, z pod powiek jego i długich rzęs coraz żywsze i gorętsze błyskały promienie. W chwili owéj twarz jego nabrała wyrazu namiętnéj wrażliwości, i kto-by nań wówczas spojrzał, bardziéj niż kiedy musiał-by się w nim domyślić natury gwałtownéj, tłumionéj wprawdzie wolą, ale za lada dźwiękiem, za lada dotknięciem wybuchnąć gotowéj pożarem pragnień i porywów. Widząc go tak bladym, wsłuchanym w muzykę, ze ściągniętemi brwiami i oczyma pałającemi w głębi, można było odgadnąć, że jest to jeden z ludzi, co we własnéj piersi noszą zarody fatalizmu, dla których w życiu niéma środka między rajem i piekłem, i którzy, ulegając prądowi namiętności, znajdują śmierć tam, zkąd inni czerpią zaledwie drobną, przelotną łezkę.  Otworzyły się drzwi i stanął w nich, z wytworną miejską elegancyą ubrany, Cypryan Karłowski.  Odwrócił się od okna zamyślony mężczyzna i, postępując kilka kroków, zawołał:  — Cypryan!  — A! nareszcie znalazłem cię, Lucyanie, — wołał Karłowski — z otwartemi rękoma idąc do przyjaciela.  — Wracam z N., — mówił daléj Cypryan, po przywitaniu. — Chciałem skorzystać z niedawno w tych stronach ułatwionego podróżowania i odwiedzić cię. Ale powiedz, jak mogliśmy tak nieszczęśliwie się rozminąć?  — Nie byłem uwiadomiony o twoich dobrych chęciach — odpowiedział Lucyan Dolewski — i przyjechałem tu w sprawie mojéj matki, która poleciła mi odebrać od jednego z tutejszych mieszkańców, pożyczoną mu przez ojca mego, sumę pieniężną. Serdecznie żałuję, żem nie mógł przyjąć cię, ale rad jestem, że się choć tutaj spotykamy nareszcie.  Dwaj młodzi ludzie usiedli obok siebie. Sprzeczność między nimi zachodziła wielka. Młody syn bogatego właściciela i przemysłowca był obrazem swobodnéj, pełnéj wiary w przyszłość i w siebie, niczém jeszcze nie zawiedzionéj młodości. Znać było, że życie słało mu dotąd drogę kwiatami tylko, że patrzył na świat okiem Cezara, biorąc za dewizę przyszłości swojéj: veni, vidi, vici. Młody doktor, zaledwie może o rok starszy od kolegi i przyjaciela swojego, miał na sobie cechę przebytych walk i zapowiedź przyszłych burz. On także czuł się silnym; ale gdy w samego siebie spojrzał, zdawało mu się, że w piersi własnéj czyta ręką ciemnego anioła kreślone wyrazy: Mane, Tekel, Phares. Mimo téj sprzeczności jednak, wiązała ich ścisła przyjaźń, oparta na wspólnéj miłości dla piękna i światła, na wspólnych wspomnieniach dziecięcych i młodzieńczych zabaw i prac. Połączeni byli ze sobą braterstwem przeszłości i wyrazem: czy pamiętasz? którym wzajemnie tę przeszłość wywoływać mogli.  — No, mój poczciwy Lucyanie — mówił Cypryan — powiédz mi, jak ty żyć możesz w téj mieścinie N.? Nigdym sobie nie wyobrażał podobnie szkaradnego miejsca. Samo żydostwo włóczy się po błotnistych ulicach. Nie macie tam chyba ani koncertów, ani teatru, ani księgarni, ani żadnych zebrań publicznych, bo nie widziałem nawet budynków, które-by mogły ku tym celom służyć. Jak ty tam żyć możesz, biedny mój Lucyanie?  Uśmiechnął się Lucyan swoim łagodnym, poważnym uśmiechem.  — Nie jestem ja tak biedny, jak ci się zdaje — odpowiedział zwolna. — Prawda, że N. jest bardzo nędzną mieściną, że o koncertach i teatrze nikomu się tam nie śni, że założenia księgarni spodziewać się możemy, chyba za lat sto; ale czyż nie przypuszczasz, nawet śród pustyni takiéj, spokojnego i użytecznego życia, dla ludzi, którzy mają tam do spełnienia jakieś zadanie?  — Zapewne, zapewne — żywo przerwał Cypryan — przypuszczam, że niejeden Lejba lub Szymel prowadzić może w téj błotnistéj dziurze byt spokojny i po swojemu użyteczny; że niejedna Sura lub Leja, świętobliwie i ku zadowoleniu swemu, przepędza tam życie, robiąc czarne pończochy z szafirowemi klinami i hodując izraelską progeniturę; stara nawet dewotka jaka może tam przebyć długie lata, klepiąc pacierze i nie jedząc mięsa przez trzy czwarte części roku, bo ryby na ulicach musicie tam poławiać. To wszystko przypuszczam; ale ty, mój Lucyanie, ty, rozkochany zawsze we wszelkich objawach piękności ducha i formy, ty, oświecony, ze smakiem wykształconym, jak ty tam żyć możesz?  Wesołość zniknęła na chwilę z twarzy Cypryana.  — Pisałeś mi wprawdzie o tém — mówił daléj Lucyan — że mieszkasz w małém i biedném miasteczku: ale rzeczywistości nigdym sobie wyobrazić nie mógł. Dziecię okolic Warszawy, tu wzrosłem, tu żyłem i nigdy nie widziałem nic podobnego; a nie widząc, trzeba miéć chyba wyobraźnią romansopisarzy francuzkich, aby stworzyć sobie obraz twego siedliska. Powiadam ci, Lucyanie, że gdybym tam rok przemieszkał, albo-bym umarł, albo z rozpaczy przyjął żydowską wiarę i pojął za małżonkę najpiękniejszą z całego miasta Surę.  — Otóż widzisz — śmiejąc się, odpowiedział Lucyan — że, choć mieszkam w N. od lat trzech, anim umarł, anim się zapisał pod izraelski sztandar. Nie powiem zapewne, że mi tam jest jak w raju, i nie uwierzył-byś nawet, gdybym ci mówił, że nie mam pragnień, przekraczających ciasny zakres, w którym się zamknąłem. Wszakże zostanę w N., długo może, bo mam do spłacenia dług serca, w przekonaniu mojém święty.  — Chcesz mówić pewnie o twojéj matce?  — Tak, Cypryanie. W dzieciństwie nieraz mawiałem tobie o téj mężnéj, z mało oświeconym umysłem, ale bohaterskiém sercem, kobiecie; nie potrzebuję ci więc wszystkiego, co wiész, powtarzać. Powiem ci tylko, że jeżeli dziś w hierarchii społecznéj należę do rzędu stojących na wyższym szczeblu oświaty, jéj to winieniem; rozum mój — jéj łzami zdobyty, moja wiedza — okupiona jéj pracą. Kiedy ojciec mój umarł i zostawił mnie kilkoletniém dzieckiem, matka stała się silną swojém macierzyńskiém uczuciem. Jak pracowała? co robiła? nie wiem i niepodobna zapewne zliczyć wszystkich jéj nocy, bez snu, i dni, bez wytchnienia spędzonych. Aż wreszcie miłość matki dokonała cudu: jak Chrystus chleb na pustyni, tak ona tysiąckrotnie pomnożyła pracę swoję i wychowała mnie takim, jakim jestem. Dziś na mnie przyszła koléj...  — Ależ, mój drogi — przerwał Cypryan — nie widzę w tém wszystkiém powodu, dla czego-byś z nią razem nie miał opuścić N., i posiąść w świecie stanowiska właściwszego dla twych usposobień i zdolności.  — Ha, kochany mój — odparł doktor — probowałem już parę razy myśl podobną nasuwać mojéj matce. Raz nawet, — było to w rok po przyjeździe moim z uniwersytetu, — matka sama mi powiedziała, że pragnie, abym, dla dalszych studyów nad medycyną i dla otrzymania szerszéj drogi, na któréj mógłbym postępować z większym pożytkiem dla innych i dla siebie, wyjechał gdzie w świat dalszy. Przytém powiedziała mi także, iż nie chce rozłączać się ze mną i będzie mi towarzyszyła. Mówiąc to, wydawała się zupełnie spokojną i tak zawładnęła sobą, że zdołała wprowadzić w błąd moje synowskie oko. Cieszyłem się z tego jéj usposobienia, myśl moja rwała się z całym popędem piérwszéj młodości w sferę światła, szerszego czynu. Wszakże okoliczności materyalne, w których zostawaliśmy, wymagały kilkunastu dni zwłoki, a w przeciągu ich, kilka razy zwrócił uwagę moję dziwny jakiś wyraz twarzy mojéj matki, jakiś żal tajony, nie mogący jednak ukryć się całkiem przede mną, przywykłym do jéj jednostajnéj, spokojnéj dobroci. Stawałem się niespokojny, ale zmianę jéj twarzy przypisywałem jeszcze przez chwilę trudom, towarzyszącym wybieraniu się w daleką podróż. Aż pewnego dnia zobaczyłem scenę, która nigdy nie zatrze się w pamięci mojéj. Było to w lecie: jechałem do jednego z pacyentów konno i sam jeden obok cmentarza, leżącego w oddaleniu wiorsty od miasteczka. Na godzinę przed moim wyjazdem, matka opuściła mieszkanie. Dokąd poszła, nie wiedziałem. Gdym mijał cmentarz, przyszło mi na myśl wejść tam na chwilę. Lubię niekiedy rozmawiać z umarłymi. Tam zresztą jest mogiła mojego ojca: chciałem ją pożegnać. Zsiadłszy z konia, przeszedłem nizką furtkę, zamykającą ogrodzenie, i w pobliżu grobu mojego ojca posłyszałem tłumione łkanie. Zbliżyłem się śpiesznie i ujrzałem matkę moję, stojącą obok krzyża i obejmującą go ramionami. Była tak pogrążona w rozmyślaniu i łzach, że nie usłyszała szelestu moich kroków. Po bladéj jéj twarzy toczyły się dwa strumienie łez, wzrok miała utkwiony w murawę mogiły, ramiona z całém wytężeniem obejmowały drzewo krzyża, a usta poruszały się szeptem. Stanąłem za nią niepostrzeżony, przerażony. Patrzyłem i słuchałem, i posłyszałem — cóż? posłyszałem, że się żegnała z ukochnym grobem. Matka moja kochała mego ojca jedyną miłością swego życia. Byli oni jedném z tych małżeństw o cichéj pracy i cichém szczęściu, których miłości nie tłumi i związku nie rozrywa żaden hałas, żaden gorączkowy zachód życia. Po śmierci mego ojca, matka poślubiła grób jego; i miałże-bym od niego ją oderwać?!... Nigdy! — odrzekłem sam sobie i wróciłem do domu niepostrzeżony, z sercem pełném uroczystego wzruszenia. Wieczorem ukląkłem u stóp jéj i powiedziałem: Matko! ja ztąd nie wyjadę, mnie tu dobrze, zostańmy!... I zostaliśmy, i nie żałuję tego, i próby nie powtórzę nigdy.  — Dziwna rzecz... — zaczął Cypryan.  — O, nie tak dziwna, jak się zdawać może — przerwał Lucyan. — Dla starych, mój drogi, wspomnienia są całą treścią życia; niemi karmią się oni wtedy, gdy wszelkie ziemskie nadzieje przyświecać im przestają. A matka moja jest już starą; do miejsca, w którém urodziła się, żyła, kochała i cierpiała, przyrosła, jak kamień do gruntu, w którym mchem się okryje. W N. stoi dom, do którego po raz piérwszy weszła, jako młoda i szczęśliwa żona mego ojca; w domu tym jest kącik, w którym długie godziny przesiadywała nad kołyską moją. Tuż za miasteczkiem jest mogiła mojego ojca, a w kościele ołtarz, przed którym modliła się całe życie. Ma ona tam dawnych znajomych swoich, którzy znali ją młodą i z którymi przez długie lata dolę i niedolę dzieliła; słowem, po-za tém nieznośném dla innych miasteczkiem dla niéj niéma życia. A gdybym ja ruszył w świat, ona-by nie została, bo bardziéj, niż do wszystkiego na ziemi, sercem przykuta jest do mnie. Osądź więc sam, Cypryanie, czy mnie należy niepokojem zatruwać ostatnie dni matki, któréj tyle wienienem? Czy nie powinieniem raczéj zwyciężyć i stłumić własnych porywów, zwalczyć własnych bólów, aby ją spokojną i ufną we mnie doprowadzić do mogiły?  W jasném oku Cypryana błysnęła szybko powściągnięta łza; wyciągnął rękę do przyjaciela i rzekł:  — Jesteś najpoczciwszy z ludzi, Lucyanie. Ale żebyś się tam dla rozrywki choć zakochał w kimkolwiek — dodał — wracając do dawnéj wesołości.  — Jestem już zakochany — z uśmiechem odpowiedział Lucyan.  — W kimże? w kim? mów prędzéj, mój drogi.  — W pracy — odpowiedział doktor.  — Hm! poważną masz kochankę! Ale wiész, sprobuj wielożeństwa, pozostań wierny pracy, a par dessus le marché, zakochaj się w jakim ładnym buziaczku. Ale à propos zakochania i buziaczków — zawołał nagle, zrywając się z krzesła — mam zapytać cię o rzecz wielkiéj wagi. Bywają u was niekiedy dziwne nazwiska. Macie naprzykład Komara, Mola, Żabę, Koziełła. Czyś nie słyszał kiedy o nazwisku: Kameleon?  — Nie, o takiém nazwisku nigdym jeszcze nie słyszał — śmiejąc się, odpowiedział Lucyan.  — Mój Boże! jedna już tylko zostaje rada. Ztąd prosto idę do księgarni i kupuję herbarz Niesieckiego. Jeżeli w nim nie znajdę tego nazwiska, to chyba ona jest cudzoziemką.  — I któż-to, ta ona? — poważnie spytał Lucyan, zapalając cygaro, i dodał: — a raczéj powinieniem-bym powiedziéć, ta dziesiąta, czy dwudziesta twoja ona? — Piérwsza w życiu, tak powabna! — zawołał Cypryan, cały rozpromieniony wspomnieniem porannego zjawiska. — Wiész co, Lucyanie, ani w Paryżu tak zgrabnéj, ani we Włoszech tak ognistéj nie widziałem kobiety. Nie nazwę jéj piękną, bo to wyraz oklepany, przedstawiający głównie regularność rysów, a u niéj rysy spostrzegają się ostatnie, znikają przed dziwnym wyrazem twarzy. Tę kobietę nie z gliny, ale z płomieni, Bóg utworzył; to téż zwyczajnego glinianego człowieka pali, jak istny płomień.  — Ale w każdym razie — odezwał się znowu Lucyan — powiedz-że mi nareszcie, kto to ta ona? — Ba! gdybym sam wiedział! Wczoraj wieczorem o kilka stacyi od Warszawy, przesiadając się dla rozmaitości z jednego wagonu do drugiego, znalazłem ją w głębi powozu, zamyśloną, z zasłoną na twarzy, nie tak jednak gęstą, abym nie mógł dojrzéć, że jest prześliczna. Przez całą drogę nie mówiliśmy do siebie ani słowa i skończyło-by się może na milczącéj mojéj admiracyi, gdyby nie karmelki, tak, mówię wyraźnie: gdyby nie karmelki! Nie darmo ktoś mądry powiedział, że małe przyczyny rodzą często wielkie skutki; bo i tą razą jadła ona karmelki i dla téj czynności uznała widać za potrzebne zdjąć rękawiczkę; potém układała sobie różne graciki i przy tém zajęciu musiał zsunąć się z jéj palca piękny brylantowy pierścionek. Wysiadając, pociągnęła go fałdami sukni: ja zobaczyłem, podniosłem, oddałem i fakt ten doprowadził moje interesa do tego pomyślnego stanu, że raczyła mnie zapytać, czy jestem synem mojego ojca, to jest Michała Karłowskiego, o którym musiała słyszéć. Pytanie to ośmieliło mnie zapytać o jéj nazwisko. Pomyślała chwilkę, i odpowiedziała: nazywam się Kameleon! Sądzę, że gdy odeszła, zostałem niemniéj zgłupiały i zdumiony, jak nieszczęsny Papkin, skazany na wyszukanie krokodyla. Gdybym wierzył w metempsychozę, a raczéj w migracyą dusz zwierzęcych w ludzkie ciała, mógłbym zaprawdę uwierzyć, że Kameleon oblókł się w formy téj kobiety; bo wyraz jéj twarzy mieni się, jak barwy tego zwierzęcia. Zdaje mi się, że oczy jéj w mgnieniu oka kilka razy zmieniły kolor: były i piwne, i ciemno-zielone, i czarne jak węgiel. Kameleon! Kameleon! czy słyszałeś kiedy, aby się tak kto nazywał? Przecież myślałem sobie: jeżeli można nazywać się Żabą, dla czegóż-by nie można nazywać się Kameleonem? Miałem więc nadzieję, że dowiem się czego od ciebie.  — Nigdym nie słyszał o tém nazwisku — odrzekł Lucyan — i wątpię, czy ktokolwiek w świecie mógł o niém słyszéć, bo myślę, że musi w tém być jakaś mistyfikacya. Ale powiédz mi, mój drogi, jak możesz zaprzątać sobie głowę kobietą, którą raz tylko widziałeś i z którą ledwie kilka słów zamieniłeś?  — O, poważny medyku! — odparł patetycznie, stając przed Lucyanem, Cypryan; — alboż dla ciebie niezrozumiałe są takie wrażenia, co to uderzają jak gromy, jak błyskawice wdzierają się w samę głąb' istoty człowieczéj? Spojrzysz w białą twarz, wpatrzysz się w błyszczące oczy, dotkniesz drobnych paluszków i, ani się spostrzeżesz, jak w tém jedném mgnieniu oka wkradnie się do serca twego miłość.  — Miłostka, Cypryanie — zarzucił Lucyan.  — Czemuż nie miłość?  — Tak, miłostka tylko: bo miłość ma szersze podstawy, niż rzut oka na białą twarzyczkę i błyszczące oczy, niż dotknięcie drobnych paluszków. Za piękną twarz i białą rączkę kochać możesz dziś pannę Helenę, jutro pannę Klarę, pojutrze panią Zofią, Maryą lub Adelę; a jeśli każde z tych uczuć o motylowym żywocie zwać będziesz miłością, cóż będzie miłostką?...  — Surowo sądzisz młode i tak zwyczajne u ludzi porywy, mój Lucyanie. Ale, mówiąc na seryo, wyznaję, że, i według mojego zdania, niegodną człowieka jest rzeczą robić ciągłą zabawę z tego, co ma być jedną ze składowych części poważnéj treści całego życia. Nie sądzę, aby dobrze było rzucać serce na wszystkie wichry i, w téj kosztownéj igraszce, tracić fizyczne i moralne siły. Lecz, mój Lucyanie, grzechy i wady pojedynczych ludzi biorą źródło z ogólnego ustroju społeczeństwa. I czyż nie widzisz, że wielu z nas pije ambrozyą łatwych miłostek, jako antydot przeciw poczuciu wielkich bólów, którym zapobiedz nie jesteśmy w mocy? że gdy przed nami zamykają się szranki, w których moglibyśmy w ruch i czynność wprawić żywotne siły nasze, składamy skarby myśli i serca na bank pięknych oczu i drażniących wrażeń, aby nie udusić się własném wewnętrzném bogactwem i nie zmartwiéć całkiem przy jedzeniu obiadów i paleniu cygar, dwóch działaniach, jakie ze wszelką swobodą wykonywać możemy?  — To jest — odpowiedział Lucyan — aby rozerwać próżnowanie i zapomniéć o rzeczywistości, upajacie się miłością, jak, śród próżniactwa haremu i pod groźbą jedwabnego stryczka, Turek upaja się narkotykiem. Ale strzeżcie się! bo jak Turcy po zażyciu opium usypiają ze skrzyżowanemi nogami, tak wy, pijąc ciągle słodką truciznę, możecie usnąć z założonemi rękoma, a wtedy biada wam, bo na długo zamienicie się w Turków, i jedyném szczęściem, jedyną nagrodą, o jakiéj wam marzyć będzie wolno, będą czarne oczy hurysek.  — O mój ty filozofie, czyżeś nigdy nie kochał? — śmiejąc się, zapytał Cypryan.  — Dotąd nie miałem na to czasu ani sposobności.  — Tém gorzéj dla ciebie. Przyjdzie kréska na Matyska. Rozkochasz się kiedy okropnie.  — Więc czemuż tém gorzéj?...  — Ha! bo to widzisz, mój drogi, należymy podobno w tym względzie do dwóch przeciwnych biegunów świata. Ja, w mojém swobodném i hulaszczém życiu, niejednę już ogniową przebyłem próbę i żadna jakoś nie oparzyła mnie bardzo. Kochałem, szalałem, zalecałem się, porzucałem, mnie porzucano, a z tego wszystkiego wyszedłem, jak widzisz, zdrów i cały, i gotów znowu jak motyl leciéć w płomień. Ale z tobą inaczéj być musi.  — Zkąd to wnosisz?...  — Primo ztąd, żeś dotąd nigdy nie kochał, a wybuch materyi palnych, im dłużéj wstrzymywany, tém silniejszy; secundo, że ci z oczu Werter patrzy; tertio, że, siedząc tam w swojéj mieścinie, zakochasz się z rozpaczy, a wierz mi, że niéma straszniejszéj miłości, jak ta, któréj się człowiek uchwyci, wedle poetów, jak deski zbawienia, a według energicznego wyrażenia ludu, jak pijany płotu.  — A wola i rozum od czego?  — A namiętności i młodość od czego?  — W imię zdrowego rozsądku, odejdź ode mnie, szatanie, z dyabelską mową twoich przepowiedni! — zaśmiał się wesoło Lucyan. — Szkoda, że niéma tu wody święconéj, abym cię mógł odżegnać.  — A może jeszcze i wierzby święconéj, co? to śliczna perspektywa. Ale wolę nie czekać, abyś mię jak złego ducha ztąd wypędził i sam umknę. Mam wiele do załatwienia na mieście, a około wieczoru przyjdę po ciebie i pójdziemy razem do Teatru Wielkiego; dają dziś Trubadura. Do zobaczenia, stoiku, medyku, filozofie, a nadewszystko przyjacielu!...  Kiedy zamknęły się drzwi za Cypryanem, Lucyan usiadł przy stole i zaczął pisać list, na którego początku były słowa: „Moja droga matko!”  Skończył, ale nie wypuszczał z ręki pióra; przez chwilę bawił się niém machinalnie, pogrążony w myślach, aż nakoniec z kieszeni surduta wydobył czarno oprawną, wpół zapisaną książeczkę i począł w niéj pisać drobném i szybkiém pismem, te słowa:  „Cypryan mówił, że ludzie, mający dla władz swoich zbyt ciasny zakres działania, umieszczają żywotne siły swoje na banku łatwych miłostek, dla tego, aby uzewnętrznić cośkolwiek ze swéj treści wewnętrznéj, aby się nie udusić wewnętrzném, własném bogactwem. Nie, on nie ma słuszności, w ten sposób usprawiedliwiając to trucie się powolne i bezużyteczne. Z wolą i wytrwałością każdy pole działania wynaléźć sobie może i powinien. Tak, powinien; ale znowu z drugiéj strony, czyż może być sroższa męczarnia, jak żyć w sferze za ciasnéj dla myśli swojéj i siły, jak widziéć marnujące się bez użytku skarby działalności swojéj? I czy wówczas, gdy zewnętrzne okoliczności krępują rozwój człowieczego ducha, niby w żelazną klatkę okuwając lot jego, czy wówczas duch ten nie zawrze zgubnemi namiętnościami i nie zbuntuje się przeciw woli, która zechce go poddać spokojnym warunkom codziennych spraw i tak zwanych codziennych cnót? Bodaj i tą razą, jak zawsze, potępić należy tylko źródło, z którego grzech płynie, a o grzesznikach rzec słowa Chrystusa: „kto z was bez grzechu, niechaj rzuci kamieniem”. Bo któż, niewinny i silny wczoraj i dziś, zaręczyć może w sumieniu własném, że takim zostanie jutro, jeśli go zgubne okoliczności ku téj saméj, co innych, otchłani pociągać będą?  „Ileż razy w bezbarwném, ciemném, gorzéj niż to, bo w brudném otoczeniu, w jakiém postawiła mnie powinność, ileż razy, śród odgłosów i widoków tak bardzo rażących wszystkie sympatye i pragnienia moje, czułem wrzącą w piersi głuchą niecierpliwość. Ileż razy myślą wychodziłem po-za ciasny obręb mojego działania i w marzeniu widziałem otwierające się przede mną pole szerokiego czynu, pole działania, pełne zapór i trudów, ale w których końcu był cel, zrodzony z wielkiéj jakiéjś idei. Ileż razy, w długich marzeniach takich, podnosiłem myślą zasłonę przeszłości i widziałem, jak na krańcu widnokręgu każdego dziesiątka lat niebo coraz bliżéj było ziemi, dobro i prawda coraz bliższe ludzi. I drżałem cały żądzą oddania sił moich wszystkich dla zbliżenia błogosławionéj chwili, którą widziałem oczyma proroczego ducha, i obejmowało mnie pragnienie pójścia w świat, wzmożenia się wolą i wiedzą i torowania sobie drogi śród tłumów. I pragnąłem wówczas walczyć i cierpiéć, choćby wszystkiemi mękami potępieńca, byle żyć całą pełnią myśli i czynu, byle działać! działać!...  „Pytałem nieraz samego siebie, dla czego inni spokojnie, szczęśliwie nawet żyją, w tych samych warunkach, w których mnie tak duszno i ciasno? Wszak i tam, gdzie jestem, czuję się użytecznym i potrzebnym, czas mój nie mija marnie w próżniactwie, bieda materyalna mnie nie dotyka. Połowa tego, co posiadam, moralnie i materyalnie, zadowoliła-by wielu ludzi; czemuż więc mnie dziwna jakaś siła gna w szersze przestrzenie? Niejeden gdyby znał moje myśli i targania się wewnętrzne, nazwał-by mnie szaleńcem, marzycielem. A jednak, nie jestem ani jednym, ani drugim; wiem, czego pragnę, znam właściwe dla siebie drogi, i dla tego, że te drogi zamknięte są przede mną, duszę się, jak w klatce. Każdy, kto badał otchłanie, jakie natura ludzka zawiera w sobie, pojmie, co to jest męka skrępowanego ducha, męka energii, która, nie znajdując pola dla siebie, jak rdza żelazo, najhartowniejsze nawet serce przejada.  „Niekiedy czuję, jak mi w piersi rwie się coś i jęczy, jak niezaspokojone pragnienia obejmują mi szyję krogulczemi szpony, jak cała moc mojéj istoty domaga się jakiegoś wielkiego czynu, albo jakiéjś wielkiéj miłości.  „I w chwilach owych, opanowany szałem, z głową rozsadzoną płomieńmi, z piersią pełną burz, pragnąłem znaleźć antydot przeciw truciźnie własnych myśli i ponieść do ust czarę choć-by z mętem i żółcią, aby tylko uciec od straszniejszéj nad wszelkie inne żądze, żądzy czynu i światła.  „Wtedy tyś przechodziła koło mnie, matko moja, poważna twemi srebrnemi włosy, święta cierpieniem dla mnie poniesioném; patrzyłem na ciebie i nakazywałem milczenie burzom moim, i stawałem się znowu silnym i mężnym.  „Tak dotąd bywało; ale czy zawsze tak będzie? czy, na synowskiéj miłości wsparty, zawsze zwyciężać będę?  „Patrzę w siebie! Tam, w saméj głębi piersi, czuję ciągle niezużytą jakąś siłę. Zgaśnież ta siła, czy pierś mi rozsadzi i serce mi pęknie?...  „O, matko moja!”

W teatrze

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Z dziennika kobiety

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

W kościele

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Nie mów hoc, póki nie przeskoczysz

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

W miasteczku

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Kobieta-zagadka

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Na co się przydał Konwalius-Konwaliorum

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

CZĘŚĆ II. Wrażenie i miłość.

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI.

Podziękowania

Wydawnictwo Avia Artis dziękuje serdecznie wszystkim ludziom zaangażowanym w powstanie tej książki.

*****

Eliza Orzeszkowa

W KLATCE

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano portret Elizy Orzeszkowej.

Autor: Aleksander Tadeusz Regulski

Wszystkie prawa do tego wydania zastrzeżone.

©Wydawnictwo Avia Artis

2020