Na krawędzi ostrza - Lindsay Buroker - E-Book

Na krawędzi ostrza E-Book

Lindsay Buroker

0,0

Beschreibung

Pierwszy tom niesamowitej steampunkowej sagi, pełnej magii, akcji, miłości i przygód.  Pułkownik Ridge Zirkander nie jest co prawda wzorem wojskowego profesjonalizmu, ale jako najlepszy pilot armii iskandyjskiej, cieszy się pewną pobłażliwością ze strony przełożonych. A przynajmniej dopóki nie zada ciosu w nos niewłaściwemu dyplomacie, wskutek czego otrzymuje nowe rozkazy: oto teraz ma objąć dowództwo nad odludnym więzieniem w górach Lodowych Ostrzy. Nie dowodząc nigdy niczym większym od eskadry smoczych skrzydłolotów, co zrobi w forcie pełnym gwałcicieli i morderców? Nie wspominając nawet o tej dziwnej kobiecie, która pojawia się tuż przed jego przybyciem... Sardelle Terushan wybudza się po trzystu latach snu w magicznym schronie. Odkrywa, że jest ostatnią przedstawicielką Referatu, ludu starożytnych czarowników, który niegdyś chronił Iskandię przed najeźdźcami. Wszyscy, których znała Sardelle zginęli, a jedyna rozumna istota – ostrze duszy, z którym od młodości była w magiczny sposób związana – leży teraz pod zwałami gruzu w samym sercu góry. Aby ją odnaleźć, musi udawać więźnia i zdobyć zaufanie swojego dowódcy. Jeśli jednak pułkownik Zirkander dowie się, kim tak naprawdę jest Sardelle, czeka ją jedyną możliwą dla czarownika kara: śmierć. I highly recommend this book (and series) if you love steampunk, paranormal romance, low fantasy and epic fantasy genres. Amazon Reader

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 300

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Lindsay Buroker

Na krawędzi ostrza

Tłumaczenie Karolina Podlipna

Na krawędzi ostrza

 

Tłumaczenie Karolina Podlipna

 

Tytuł oryginału Balanced on the Blade's Edge

 

Język oryginału angielski

 

Zdjęcia na okładce: Shutterctock

Copyright © 2014, 2022 Lindsay Buroker i SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9781039461475 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

 

www.podiumaudio.com

Część I 

Rozdział 1 

Pułkownik Ridge Zirkander już tyle razy przemierzył korytarz wiodący do gabinetu generała Orta, że jak sądził, to jego buty odpowiadały za godny pożałowania stan szaroburego, wytartego dywanu. Dwaj szeregowi stojący na straży po obu stronach drzwi nie wymienili co prawda porozumiewawczych uśmieszków – nie pozwalało na to solidne żołnierskie wyszkolenie, jakie otrzymali – lecz bynajmniej nie znaczyło to, że jeszcze przed południem cała cytadela nie zahuczy od plotek o tym spotkaniu. Nie byłby to zresztą pierwszy raz. Na szczęście na mundurach widać tylko odznaczenia, a nie nagany.

– Dzień dobry, panowie – przywitał ich Ridge, zatrzymując się przed drzwiami. Rzucił okiem na broń żołnierzy – trzymali karabiny powtarzalne nowego typu – ale nie wyglądało na to, aby otrzymali rozkaz odprawiania gości z kwitkiem. Jaka szkoda. – A generał to dziś w jakim humorze?

– Podenerwowany, panie pułkowniku.

– A zatem dzień jak co dzień, nie? – rzucił Ridge, nie oczekując odpowiedzi. W końcu szeregowych nie zachęcano do plotkowania o starszych oficerach; w każdym razie nie wtedy, kiedy zainteresowany znajdował się w zasięgu słuchu. Młodszy ze strażników wyszczerzył się jednak i dodał usłużnie:

– W ubiegły czwartek podenerwowanie generała eskalowało do poziomu wzburzenia, panie pułkowniku.

– A to cieszę się, że akurat wtedy byłem w powietrzu. – Ridge klepnął szeregowego w ramię i położył dłoń na klamce.

Żołnierz uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Słyszeliśmy o tym krążowniku! To było fenomenalne, panie pułkowniku. Żałuję, że nie widziałem tego na własne oczy.

– Ważniejsze dla zwycięstwa było zniszczenie statku zaopatrzeniowego, ale przypuszczam, że to akurat nie wiązało się z dodatkową atrakcją w postaci ostrzału nieprzyjacielskich armat.

– Bardzo chciałbym o tym wszystkim posłuchać, panie pułkowniku. – Oczy szeregowego zabłysły z nadzieją.

– Może później u Rutty’ego, o ile generał nie wyśle mnie do kuchni siekać warzywa z rekrutami – powiedział Ridge, po czym bez pukania wszedł do gabinetu.

Na biurku generała Orta piętrzyły się sterty najrozmaitszych dokumentów i papierów. Ten jednak z dłońmi splecionymi za plecami wyglądał przez okno wychodzące na port. Z doków co rusz wypływały kolejne statki kupieckie, rybackie i wojskowe i wpływały następne, lecz uwagę Ridge’a przykuły, jak zresztą za każdym razem, smocze skrzydłoloty ustawione jeden obok drugiego na wzgórzu od południowej strony. Smukłe brązowe kadłuby, śmigła oraz działa lśniły w porannym słońcu, jakby nawołując go, by do nich wrócił. Stała tam również cała jego eskadra. Nadzorując prace konserwacyjne, czekali, aż Ridge przyniesie im najświeższe wieści. Sam zresztą miał nadzieję, że w trakcie tej przepychanki otrzyma także nowe rozkazy.

Kiedy generał nie odwrócił się od razu, aby go przywitać, Ridge opadł na miękki skórzany fotel stojący po drugiej stronie biurka, jedną nogę przerzucając swobodnie przez podłokietnik.

– Dzień dobry, panie generale, otrzymałem pańską wiadomość. Cóż takiego mogę dla pana zrobić w ten piękny dzionek? – Ridge skinął głową w kierunku czystego błękitnego nieba rozpościerającego się nad portem. Ani śladu nieprzyjacielskich statków powietrznych, ani jednej chmurki.

Ort wreszcie się odwrócił, a typowy dlań grymas pogłębił się jeszcze, kiedy generał wskazał znacząco na majtający się but Ridge’a.

– Ależ proszę, pułkowniku, zajmijcie miejsce. Nalegam.

– Dziękuję, panie generale. Te fotele są doprawdy nadzwyczaj wygodne. – Ridge poklepał przyjemnie miękką skórę. – Jeśli komuś kiedykolwiek uda się wcisnąć mi gabinet, mam nadzieję, że będę mógł liczyć na równie wspaniałe meble.

– Ridge, na siedmiu bogów! Za każdym razem, gdy tu do mnie przychodzicie, na nowo się zastanawiam, jakim cudem doczekaliście się tylu belek na pagonie.

– Stanowi to nieprzeniknioną zagadkę również dla mnie, panie generale.

Ort przeczesał palcami krótkie srebrzyste włosy, po czym usiadł i wyciągnął teczkę – grubą na trzy cale teczkę Ridge’a, którą do tej pory musiał już znać na pamięć.

– Macie już piąty krzyżyk na karku, pułkowniku. Czy wy w ogóle zamierzacie kiedykolwiek dorosnąć?

– Według niektórych prędzej zostanę zestrzelony.

Ort splótł palce i położył obie dłonie na zamkniętej teczce.

– Opowiedzcie mi, co się stało.

– Ale o co chodzi, panie generale? – zapytał Ridge. Co prawda doskonale wiedział, co tamten ma na myśli, ale już dawno temu nauczył się nie wyjawiać dobrowolnie żadnych informacji, które mogłyby wpędzić go w kłopoty.

– Co takiego, pułkowniku? Nie wiecie, o co chodzi? – Wieczny grymas generała pogłębił się teraz tak bardzo, że niewiele brakowało, a kąciki ust opadłyby mu poniżej brody.

– No cóż, w końcu moja eskadra jest na ziemi od czterech dni. Może chodzić o wiele rzeczy.

– Zgodnie z raportem, który otrzymałem, złamaliście nos Dyplomacie Serensonowi, poobijaliście mu żebra, a na koniec zagroziliście, że wyrwiecie mu penisa. Brzmi znajomo?

– Och, a więc o to chodzi – powiedział Ridge, kiwając z namysłem głową. – Tak, tak, pamiętam, panie generale. Chociaż o ile się nie mylę, to zagroziłem, że wyrwę mu ptaka. Wśród obecnych były także damy, a niektórzy uważają, że terminy właściwe pod względem anatomicznym są jednakowoż w towarzystwie zbyt dosadne.

Szczęka generała poruszyła się kilka razy w tę i z powrotem; starszy oficer dopiero po chwili zebrał się na odpowiedź.

– Wytłumaczcie się.

– Ten oślizgły całuśny parszywiec osaczył poruczniczkę Ahn i zaczął ją obłapiać, próbując wyjść z nią na zewnątrz. Ahn już miała zdefasonować mu tę jego twarzyczkę sama, ale ponieważ uznałem, że mogłaby nie docenić mięciutkich skórzanych foteli generała w równym stopniu co ja, postanowiłem wkroczyć do akcji.

W rzeczywistości jego najlepsza poruczniczka, która w tym roku sprzątnęła niemal tyle samo wrogów swoim skrzydłolotem co Ridge swoim, wyglądała na rozdartą – jakby rzeczywiście rozważała, czy jednak nie należałoby pozwolić Serensonowi wywlec się na zewnątrz i dalej obmacywać, skoro był tak ważnym delegatem. Ale, na wszystkie piekła, żaden mundur nie wymagał aż takiego poświęcenia.

– Na Oddech Breyataha, Ridge, czy naprawdę nie mogłeś bronić swojej oficer, nie wszczynając międzynarodowej afery?

Może i tak, ale nie byłoby to już równie satysfakcjonujące. Poza tym…

– Jakiej międzynarodowej afery? Przecież z Kofahami i tak już jesteśmy w stanie wojny. A ta historia to świetna ilustracja, dlaczego wyrwaliśmy się spod ich rządów. Wydaje im się, że mogą dostać wszystko, czego tylko zapragną. No otóż nie! Nie oddam im ani mojego kraju, ani bodaj jednej osoby z mojej drużyny.

Ort westchnął ciężko i odchylił się na fotelu.

– Dobrze wiedzieć, że przy całej tej twojej niepohamowanej bezczelności na czymś jednak ci zależy. Problem w tym, że dziś rano sam król skoczył mi do gardła niczym wściekły pies. Ridge, to poważna sprawa. Serenson chce, żebyś trafił do Magrotha.

Ridge parsknął. Jego wykroczenie nie było aż tak  poważne. Do Kopalni Kryształów Magrotha trafiali tylko ci skazańcy, którzy w innym wypadku stanęliby od razu przed plutonem egzekucyjnym. Bardzo niewielu ludzi uważało wyrok dożywocia w kopalniach – bez szans na zwolnienie warunkowe – za lepszą alternatywę.

Ort wyciągnął z teczki Ridge’a pojedynczą kartkę i położył ją na biurku.

– Wyjeżdżasz z samego rana.

– Ja… co takiego? – Na te słowa Ridge po raz pierwszy poczuł w żołądku prawdziwe zdenerwowanie. Swoją świętą figurkę smoka zostawił w kokpicie, ale może powinien był zabrać ją ze sobą albo przynajmniej rano potrzeć nią na szczęście brzuch. – Panie generale, ten cholerny żart wcale nie jest śmieszny.

Pozbawione poczucia humoru szare oczy Orta wwierciły się w niego jak dwa wściekle pracujące wiertła.

– Król wyraził na to zgodę.

Co takiego? Przecież król nie wysłałby go na pewną śmierć! Jako pilot był zbyt cenny na wojnie.

Ridge zaczął z niedowierzaniem kręcić głową, gdy wtem jego wzrok padł na zadrukowaną kartkę papieru. Rozkazy! Nie wysyłano go więc jako przestępcy, ale oficera. Tajnych kopalni strzegł kontyngent ludzi, a lokalizację znali jedynie wysoko postawieni dowódcy – oraz ci, którzy tam stacjonowali.

– Wysyła mnie pan do pilnowania górników? Przecież to zadanie dla piechoty, i to co najwyżej dla grupy poborowych. – Jasne, trzeba kilku oficerów do kierowania administracją, ale to niemożliwe, żeby znalazło się tam stanowisko dla pułkownika. – Czy też generał ma zamiar mnie tą… tą zmianą przydziału zdegradować? – Ostatnie słowa niemal utkwiły mu w gardle. Zmiana przydziału! W jego przypadku? Poza lataniem i strzelaniem nie potrafił nic innego; od czasów ukończenia szkoły lotniczej zajmował się wyłącznie tym i niczym więcej. O lokalizacji kopalń miał co prawda pojęcie bardzo ogólne, ale wiedział tyle, że są w górach – setki mil od wybrzeża, od linii frontu.

– Degradacja? Nie, to nie degradacja. Przeczytajcie rozkazy, pułkowniku. – Po raz pierwszy, odkąd Ridge wszedł dziś do gabinetu, na twarzy Orta pojawił się uśmiech – czy raczej wredny uśmieszek przypominający minę szkolnego drania, który rzucił właśnie jakimś chuderlakiem o murawę boiska do gry w piłkę-odbijkę. – Bardzo długo rozmawiałem o tym rano z królem.

Ridge nieco uniósł kartkę, żeby lepiej widzieć, i przeleciał po tekście wzrokiem. A jednak zmiana przydziału. Na stanowisko… Opuścił rękę, w której trzymał dokument.

– Mam zostać dowódcą fortu?

– O ile się nie mylę, to właśnie jest tam napisane – potwierdził Ort, nie przestając się uśmiechać. Ridge już wolał ten jego wieczny grymas.

– Ale to stanowisko dla… dla generała. A przynajmniej dla kogoś zaprawionego w kierowaniu batalionami wojsk, nie mówiąc już o doświadczeniu administracyjnym, jakie w takim przypadku wypadałoby mieć. – Ridge natomiast dowodził tylko eskadrami inteligentnych, zarozumiałych, podobnych do niego oficerów. Co niby miałby począć z jakąś bandą żołnierzy piechoty? Nie mówiąc już o bogowie tylko wiedzą ilu więźniach zesłanych do wykuwania tuneli za popełnione morderstwo.

– W czasie wojny i tak bywa, że mniej doświadczeni oficerowie trafiają nagle do pracy na stanowisku ponad swoją rangę.

– A co się stało z dotychczasowym dowódcą? – wymamrotał Ridge, mając przed oczami obraz jakiegoś biednego generała z kilofem wbitym w środek czoła.

– Generał Bockenhaimer przechodzi zimą na emeryturę. Będzie niezmiernie wdzięczny, jeśli uda się to nieco przyspieszyć.

– O to akurat gotów jestem się założyć.

Ridge z powrotem spuścił wzrok na kartkę z rozkazem. Oczy miał jednak tak zamglone, że ledwo był w stanie rozszyfrować daty. Wysyłano go tam na rok! Kto w tym czasie przejmie jego drużynę? Kto zasiądzie za sterami skrzydłolotu, którym latał? Zawsze myślał, że… nie, zawsze kazano mu myśleć, że był… Cholera, no nie – wszyscy mu zawsze powtarzali, że tam w powietrzu po prostu jest niezastąpiony. Wojna jeszcze się nie skończyła – jeśli już, to walki w porównaniu do poprzednich czterech lat w tym roku zyskały na intensywności. Jak w tej sytuacji mogli wysyłać go do jakiejś odległej, zapomnianej przez bogów placówki hen, daleko w górach?

– Ridge, wiem, że trudno ci to przełknąć, ale naprawdę wierzę, że tak będzie najlepiej.

Na takie dictum Ridge pokręcił tylko głową. Nic więcej nie mógł zrobić. Tym razem – jak nigdy – po prostu zabrakło mu słów, nie mógł nawet zdobyć się na jakąkolwiek żartobliwą uwagę.

– Fantastyczny z ciebie pilot, przecież o tym wiesz. Wszyscy o tym wiedzą. Ale bycie oficerem nie kończy się na zestrzeliwaniu celów. Na tym stanowisku będziesz musiał dojrzeć – zarówno jako żołnierz, jak i jako człowiek. – Ort klepnął go w ramię. – W przeciwnym razie już po tobie.

Ridge znów prychnął, ale Ort zbył go machnięciem ręki.

– Pułkowniku, otrzymaliście rozkazy. Odmaszerować.

Ridge wstał, ale zanim ruszył w stronę drzwi, zatrzymał wzrok najpierw na fotelu, a później na widocznym za oknem porcie. Został uziemiony. Na cały rok. Jakim cudem to wytrzyma?

– Och, pułkowniku, i jeszcze jedno – odezwał się nagle generał, gdy Ridge zmierzał już do drzwi.

Ten zatrzymał się natychmiast, przepełniony nadzieją, że za chwilę ten cały koszmar okaże się tylko kiepskim żartem, który miał mu dać nauczkę.

– Tak, panie generale?

– Spakujcie ciepłe ubrania. W górach już prawie po jesieni. – Na twarz generała powrócił uśmiech. – A Magroth znajduje się na wysokości dwunastu tysięcy stóp.

Nauczka, w rzeczy samej.

* * *

Sardelle gwałtownie wyrwała się ze snu. Serce waliło jej tak mocno, że omal nie wyskoczyło z klatki piersiowej. Otaczała ją gęsta ciemność. Po chwili usłyszała jakieś chrobotanie i szuranie. Natychmiast powróciły wspomnienia: odgłos wybuchu, rozkaz przejścia do komory bezpieczeństwa, gramolenie się do jednego z magicznych schronów, aktywowanie go i przerażenie, które pozbawiło ją tchu, gdy skały wokół niej runęły, niszcząc na zawsze świat, który znała.

Zaczęła macać ręką otoczenie, próbując wyczuć gładkie ściany kulistego schronu – te jednak zniknęły. Palce sondujące otoczenie natrafiły tylko na szorstką, lodowatą skałę. Szuranie tymczasem stawało się coraz głośniejsze. Czyżby współpracownicy spieszyli jej z pomocą? Ale ci przecież albo wypaliliby skałę, albo przesunęliby ją za pomocą magii; nie próbowaliby przekuwać się, pracując kilofami, czyż nie? Cóż, może czarodzieje Kręgu byli zbyt zaabsorbowani walką z własnymi napastnikami i dlatego wysłano do niej zwyklaków.

Sardelle?

Przesłane telepatycznie zapytanie sprawiło, że zalało ją poczucie ulgi. Jaxi! Czy jej ostrze duszy też leżało gdzieś nieopodal, przysypane odłamkami skał? Kiedy zaczęły się wstrząsy, zabrakło czasu, żeby biec po miecz.

Jestem tutaj – uspokoiła przyjaciółkę.

Bogom niech będą dzięki! Znajdowałaś się w stanie hibernacji okropnie długo. Nie masz pojęcia, jak bardzo czułam się samotna. W końcu nie ma aż tyle tematów, które można poruszyć ze skałami.

Czyli ciebie też gdzieś przysypało – stwierdziła Sardelle. Tymczasem delikatne z początku chrobotanie coraz bardziej przybierało na sile. Po chwili kilka stóp dalej mignął maleńki punkcik światła.

Głębiej niż ty. Zostawiłaś mnie w sali treningowej w piwnicy, pamiętasz?

Jasne, że tak. Przecież to było raptem dzisiaj rano. I o ile sobie dobrze przypominam, byłaś w siódmym niebie, kiedy ten przystojny młody praktykant oliwił twoje ostrze.

Sardelle czekała, spodziewając się ciętej riposty, lecz odpowiedziała jej długa cisza. Punkcik światła tymczasem powiększył się nieco. Kiedy Jaxi nareszcie przerwała milczenie, odezwała się nietypowym dla niej łagodnym głosem.

Sardelle?

Tak…?

To nie było dzisiaj rano.

A więc kiedy?

Trzysta lat temu.

Sardelle prychnęła.

Ale śmieszne, Jaxi. Bardzo śmieszne. Dobra, a tak na serio, to ile czasu minęło?

Saperzy wojskowi niezwykle skutecznie doprowadzili do zapadnięcia się góry. Najwyraźniej mieli jakieś osłony, a nasi ludzie ich nie wyczuli. Za to zapłaciliśmy… najwyższą cenę. En masse. Magiczny schron ocalił ci życie, ale zaprogramowano go w taki sposób, żeby nie wyprowadził cię ze stanu hibernacji, dopóki na zewnątrz nie powrócą sprzyjające warunki. W tym przypadku oznacza to tlen i możliwość wydostania się stąd, nie będąc zmiażdżoną.

W to akurat Sardelle wierzyła. Pamiętała wiadomość telepatyczną o saperach – coś na kształt mentalnego okrzyku przerażenia – którą Jetia wysłała jej dosłownie na kilka sekund, zanim doszło do eksplozji i skały zaczęły się kruszyć. Ale… trzy stulecia?

Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, wiedz, że ja przez te wszystkie lata byłam przytomna. Wpatrywałam się w tę górę z nadzieją, że w końcu przybłąka się tu ktoś z darem magii i zdołam do tej osoby dotrzeć z wezwaniem o pomoc. Co prawda udało mi się nawiązać połączenie z umysłami kilkorga pasterzy i badaczy minerałów, ale uznali moją obecność w swoich głowach za alarmującą – wyobrażasz sobie coś takiego? Zbiegli z góry, wrzeszcząc przeraźliwie. Chociaż to i tak bez znaczenia, bo według moich szacunków leżę pod grubą na prawie kilometr warstwą litego granitu. Nie ma szans, żeby jakikolwiek zwykły człowiek zdołał do mnie dotrzeć. Nawet ty… Byłabym wdzięczna, gdybyś znalazła sposób, by mnie stąd wydostać, ale bez mojej pomocy nie dasz rady przesunąć aż takiej ilości skały.

Czyżby? Sardelle obruszyła się w duchu, choć była to raczej odruchowa reakcja na żartobliwe docinki ze strony Jaxi niż faktyczny sprzeciw. Przecież Jaxi na pewno się tylko tak droczyła… W przeciwieństwie do większości czarodziejów, którzy zakonserwowali swoje dusze, przeżywszy w ciele wiele dekad, Jaxi zmarła na rzadką chorobę bardzo młodo, a przed odejściem zdecydowała się tchnąć swą istotę w ostrze duszy. Choć miała kilkoro dzierżycieli i przez setki lat jej egzystencja ograniczona była wyłącznie do miecza, zachowała właściwe sobie poczucie humoru nastolatki, często płatając Sardelle figle.

Nie tym razem, moja droga. Teraz mówię zupełnie serio.

Ja nie…

Za chwilę zobaczysz sama. Lepiej przyglądaj się bacznie otoczeniu. Świat się zmienił. Nasz lud uległ zagładzie, a ci, którzy przetrwali, boją się wszystkiego, co ma choćby posmak magii. Jakiś czas temu zobaczyłam u podnóża góry ciało dziewczyny oskarżonej o bycie wiedźmą. Utopiono ją w jeziorze, przywiązawszy do szyi ciężki głaz. Nie korzystaj ze swoich mocy tam, gdzie ktoś mógłby coś zauważyć.

Sardelle już chciała wdać się w sprzeczkę, przyłapać Jaxi na kłamstwie. Przede wszystkim pragnęła, żeby wszystko było dobrze – aby się okazało, że cała jej rodzina i wszyscy krewni przeżyli, a to wszystko jest jakimś jednym wielkim nieporozumieniem. Tymczasem chrobotanie nie ustawało i do wgłębienia, w którym siedziała, sączyło się coraz więcej światła – choć nie dało się stwierdzić, czy to migotanie świec, czy może płomień latarni. Ponieważ oczami wciąż jeszcze nie rozpoznawała wyraźnie kształtów, omiotła otoczenie zmysłami, co pozwoliło jej stwierdzić, że dwaj mężczyźni z łopatami i kilofami wbitymi w skałę to obcy. Chociaż często wyjeżdżała na misje, znała wszystkich czarodziejów i zwyklaków pracujących na górze Galmok – w końcu to właśnie tutaj znajdowały się siedziba rządu i centrum kultury i nauki dla tych, którzy mieli dar.

W następnej chwili do jej uszu dobiegły szorstkie głosy, w których pobrzmiewał lekki akcent.

– … i co, Tace, widzisz coś?

– Nie jestem pewien. Może to jakaś komora? Tu, między skałami widzę szczelinę.

– Może znajdziemy kryształ. – Skała się obsunęła, a po zboczu potoczyły się kamyki. – Byłoby fajowo! Ostatni znaleziono ponad rok temu. Jak nam się uda, na pewno dostaniemy po browarze. A może nawet generał zaprosi nas na obiad.

Obaj mężczyźni zarechotali jednocześnie.

Na przestrzeni wieków wymowa i niektóre słowa trochę się zmieniły, ale masz szczęście, że język jako taki pozostał ten sam. Będziesz mogła komunikować się z nimi, nie buszując po umysłach. – Jaxi umilkła na chwilę, lecz Sardelle wyczuła przez połączenie nutkę niepokoju. – Tak w zasadzie to… wiesz, na twoim miejscu trzymałabym się od ich umysłów z daleka.

Poza sytuacjami krytycznymi wtargnięcie telepatyczne bez zaproszenia jest zabronione – przypomniała sobie Sardelle. Mantra ta pojawiła się w Pismach Referatu jako jedna z pierwszych, o czym Jaxi z pewnością wiedziała równie dobrze, co i ona.

Jeśli stulecia pogrzebania żywcem nie stanowią sytuacji krytycznej, zaoferuję się jakiemuś ledwo trzymającemu się na nogach starcowi, do końca swego istnienia służąc jako zwykła laska.

Sardelle westchnęła ciężko.

Wezmę… to wszystko pod uwagę – obiecała.

W końcu między głazami pojawił się na tyle duży wyłom, że Sardelle mogła się przyjrzeć mężczyznom na własne oczy. Czy zdawali sobie z tego sprawę czy nie, byli jej wybawicielami.

Nie mają o tym pojęcia. Ty z kolei masz teraz szansę na ucieczkę, ale musisz zachować najwyższą ostrożność.

Bez ciebie się nigdzie nie wybieram.

W szczelinie zamigotał szeroki teraz już na ponad stopę snop światła, a chwilę później ukazała się umorusana twarz mężczyzny o splątanych wąsach, brodzie zwisającej aż do piersi i tłustych ciemnych włosach, które nie wpadały do oczu tylko dzięki pokrytej pyłem bandanie.

– Stary, tu coś jest! – zawołał głośno do swojego kompana. – Widzę jakąś szmatkę i… eee… – urwał w pół słowa.

– Bądź zdrów – przywitała go Sardelle. – Tace, prawda?

Oczy mężczyzny rozszerzyły się w zdumieniu i po chwili cała sylwetka zniknęła z zasięgu wzroku. Nieźle się zapowiada.

– Co to było? – zapytał drugi górnik.

– Tam jest jakaś dziewczyna! – wypalił podekscytowany Tace.

– Robisz sobie ze mnie jaja? Na dole nie ma żadnych dziewczyn.

– Jestem kobietą – potwierdziła Sardelle – i byłabym wdzięczna, gdybyście odkopali jeszcze kawałek, żebym mogła stąd wyjść. – Rzuciła okiem na rozpościerający się za mężczyznami tunel. Co prawda z przeszkodą, która pozostała teraz, mogłaby już poradzić sobie sama, ale w głowie nadal rozbrzmiewało jej ostrzeżenie Jaxi. Ci ludzie boją się czegokolwiek, co ma choćby posmak magii.

– Kobieta – wyszeptał podekscytowany Tace. – Tu na dole jest kobieta!

– Skąd się wzięła?

– Nie obchodzi mnie to. – Obaj mężczyźni przystąpili do pracy z nową werwą, co wywołało kolejną lawinę spadających odłamków. – Nie ma tu przecie nikogo innego, no poza tymi żołnierzami obok windy. A tam nic nie usłyszą. Możemy się nią pozabawiać!

Słysząc te słowa – i czując przypływ pożądania emanującego od Tace’a niczym żar piekielny – Sardelle zrozumiała ostrzeżenie, jakie próbowała jej przekazać Jaxi.

– A co, jeśli jest brzydsza od twojej babki?

– Aaa tam, mam to gdzieś. – Machnął ręką. – Jak ostatnim razem próbowałem się dobrać do dziewuchy, to ta paskudna Wielka Bretta wypędziła mnie z koszar, jakbym był jaki zarażony czy co. Teraz to jakby moje modły nareszcie zostały wysłuchane.

Modły? Kto się tak modli i do jakiego boga wznosi prośby o kobietę, którą można by zgwałcić? A może łudził się, że Sardelle sama ochoczo rzuci mu się w ramiona, wdzięczna za wybawienie? Nie, taka myśl nawet nie postała mu w głowie – był po prostu ogarnięty żądzą, jak człowiek dokopujący się do żyły złota. Nie wtargnęła do jego umysłu – zresztą nie była na tyle utalentowaną telepatką, żeby robić to niepostrzeżenie, nie alarmując ofiary – ale jego emocje kłębiły się na samej powierzchni, i to tak silne, że musiałaby wznieść wokół siebie solidną barierę, żeby ich nie wyczuć.

Kolejne fragmenty skały ustąpiły pod naporem kilofów. Gdyby podeszła do przodu niszy utworzonej przez aktywujący się magiczny schron, znalazłaby się na tyle blisko, żeby ci dwaj mogli ją stąd wyciągnąć. Zawahała się jednak, analizując dostępne możliwości. Rozprawienie się z niedoszłym gwałcicielem nie stanowiłoby problemu, gdyby mogła wykorzystać swoje moce. Ale czy odważy się to zrobić? W tym tunelu było tylko ich dwóch, lecz w labiryncie kopalni wijących się we wnętrzu góry wyczuła obecność także innych ludzi. Nie zamierzała zabijać tego Tace’a i jego kompana, żeby zapobiec wyjawieniu swojej obecności. To właśnie taki sposób wykorzystywania magicznych mocy przeraził zwyklaków na tyle, że przypuścili atak z zaskoczenia, doprowadzając do zawalenia się góry.

Sardelle przepłynęła wokół buzujących emocji Tace’a, próbując wyczuć stan umysłu drugiego mężczyzny. Może ten ma więcej rozsądku i okaże się kimś, do kogo mogłaby się zwrócić, gdy ten pierwszy zacznie na nią nastawać? Nadzieje rozprysły się już w pierwszej chwili. Wokół tego człowieka roztaczał się upiorny mrok. Wyczuła w nim jakiś inny rodzaj żądzy – właściwej dla kogoś, kto lubi zadawać ból, ranić nożem, widzieć cierpienie na twarzy drugiej osoby. Teraz pracował z Tace’em ramię w ramię, lecz gdyby morderstwo uchodziło tu na sucho, równie dobrze mógłby go zabić. Ją zresztą również.

Sardelle natychmiast się cofnęła; serce gwałtownie przyspieszyło jej w piersi od przeszywającego lodem kontaktu. Roztoczyła wokół siebie magiczne osłony, aby nie dopuścić do ponownego zetknięcia z jego emocjami.

A nie mówiłam? – rzuciła Jaxi, choć zamiast triumfalnej nutki w jej mentalnym głosie pobrzmiewał raczej smutek.

W skale tymczasem powstał już na tyle duży wyłom, że mężczyźni mogli do niej dotrzeć. Najpierw unieśli nieco latarnie, żeby się jej lepiej przyjrzeć. Wystąpiwszy naprzód, Sardelle stanęła w kręgu światła. Zrobiła to bardziej z chęci zbadania wzrokiem tunelu – i drogi ucieczki – niż by znaleźć się bliżej któregokolwiek z nich. Cuchnęli obrzydliwie od potu i brudu i nawet ktoś pozbawiony daru potrafiłby wyczytać z ich twarzy rozpustną żądzę. Obaj byli postawni; widać, że pracowali tu od dłuższego czasu, dzięki czemu stali się tak silni. Czy to celowo, czy przez przypadek, blokowali wąski tunel.

– No, no, no, toż to naprawdę dziewczyna! – szepnął Tace, lustrując ją wzrokiem od stóp do głów.

Sardelle miała na sobie strój, jaki wybrała na uroczyste obchody z okazji urodzin prezydenta, które miały się odbyć tego poranka. W porządku, nie tego, tylko tamtego trzysta lat temu, poprawiła się szybko, powoli zaczynając wierzyć w to, co powiedziała Jaxi. W sandałach i odświętnej kiecce była gotowa na galę, a nie wędrówki po tunelach. Kruczoczarne włosy, które do pracy na ogół splatała w warkocz, opadały jej swobodnie na ramiona. Jasnozielona jedwabna sukienka nie odkrywała zbyt wiele ciała, ale dość wyraźnie podkreślała kształty. Misterny kołnierzyk rozdarł się zapewne wtedy, gdy biegła jak szalona do magicznego schronu. Obydwaj mężczyźni utkwili oczy w bladym, odsłoniętym ciele.

Tace wyszczerzył się i zrobił krok do przodu, wyciągając do niej rękę. Sardelle wyczuła z tyłu głowy obecność Jaxi – tak jak pantera szykuje się do skoku, tak ostrze duszy przygotowywało się do mentalnego ataku na umysły tych dwóch, na wypadek gdyby Sardelle nie znalazła sposobu, aby się obronić.

Choć nie miała wiele czasu, przypomniała sobie pewną prostą sztuczkę, której nauczyła się niegdyś od polowej uzdrowicielki – wykorzystywała ją już w przeszłości, gdy nieoczekiwanie znalazła się w trudnej sytuacji. Sprezentowała więc lubieżnym górnikom irytującą wysypkę.

Zanim dotarło do nich, że coś jest nie tak, minęła dłuższa chwila i Sardelle już zaczęła się obawiać, że będzie musiała przypuścić bardziej bezpośredni atak. Tace tymczasem wyciągnął ją zza skał na drugą stronę, pchnął na zimną, kamienną ścianę i przywarł do niej całym sobą. Już-już sięgał do paska, by go rozpiąć, gdy wtem zamarł, a na zdezorientowanej twarzy pojawił się bolesny grymas. Tuż za nim jego kompan, opierając się ciężko o swój kilof, zapamiętale drapał się po jajkach.

Gorący oddech Tace’a nieprzyjemnie łaskotał ją po twarzy. Chociaż pragnęła się jak najszybciej od niego odsunąć, zdołała zachować spokój i tylko uniosła pytająco brew. Mężczyzna poruszył biodrami; ręka, którą wyciągnął, by rozpiąć pasek, odruchowo zjechała niżej – i jemu także zaczęło nagle dokuczać obezwładniające swędzenie.

Kilof trzymany przez drugiego z górników upadł na ziemię z głośnym hukiem; ten zaś kręcił się i wiercił, drapiąc się już obiema rękami. Dłonie Tace’a znów powędrowały wyżej, lecz tym razem bez zamiaru opuszczenia spodni, by ją molestować. Zrobił parę kroków w tył, na przemian a to drapiąc się zawzięcie, a to gapiąc się na swoje krocze. Z nogawkami wokół kostek, obaj dokuśtykali jakoś do najbliższej latarni, żeby lepiej widzieć.

Na początku Sardelle zrobiła ostrożnie tylko parę kroków, oddalając się powoli i możliwie bezszelestnie, by nie zwracać na siebie ich uwagi. Gdy mężczyźni nie zareagowali, przeszła w trucht, uważając przy tym, żeby sandały nie kłapały zbyt głośno o kamienną posadzkę. Już zdążyła pożałować, że mimo wielkiej gali z okazji urodzin prezydenta nie założyła normalnych skórzanych butów, które nosiła w pracy. Choć w tunelu panował mrok, a podłoże było nierówne, kierowała się zmysłami, nie musiała więc wyczarowywać światła. Założyła, że mentalność innych górników, na których mogłaby się tutaj natknąć, nie różniłaby się zbytnio od tamtych dwóch.

Dobrze zakładasz – utwierdziło ją w tym przekonaniu ostrze duszy.

Jaxi, co to w ogóle jest za miejsce?

Z paroma brutalami o mrocznej duszy Sardelle mogła sobie poradzić, ale co, jeżeli… Co, jeżeli odzwierciedlało to, czym obecnie był świat? Wspaniała społeczność jej ludu uległa zagładzie, a ich miejsce zajęło coś takiego?Jej lud… Przyjaciele! Czy wszyscy zginęli, gdy góra zaczęła się zapadać? Tedzu, Malik, Yewlith? Jej brat i rodzice? Ale nawet jeśli przeżyli sam atak, odeszli z tego świata, gdy ona przez trzy stulecia tkwiła zahibernowana w magicznym schronie. Czy była teraz zupełnie sama?

Masz jeszcze mnie – chociaż raz Jaxi odpowiedziała bez ironii i przekomarzania się. Poprzez łączącą je mentalną więź przesłała Sardelle szczere wyrazy współczucia i zapewniła o swym wsparciu. Sardelle – choć wdzięczna – marzyła, by to wystarczyło. Niestety… Cieszyła się z panujących w tunelu egipskich ciemności, bo łzy spływały jej po policzkach, kapiąc aż po brodę.

Jakieś pięćdziesiąt lat temu założono tu kopalnię, teraz to również więzienie – wyjaśniła Jaxi. A co do reszty świata? Nie mam pojęcia. To za daleko, żebym mogła cokolwiek wyczuć.

Jasne.

Skoro to więzienie, może dowodzi nim ktoś na tyle rozsądny, że da się z nim porozmawiać o… W zasadzie nie wiedziała o czym. Jak w ogóle wyjaśniłaby, skąd się tutaj wzięła? No i jak mogłaby stąd odejść, pozostawiając Jaxi pogrzebaną pod tonami skał? A skoro już o tym mowa… Jak mogłaby stąd odejść, nie sprawdziwszy dokładnie, czy z jej ludu nie ocalał ktoś jeszcze? Co z wszystkimi przyjaciółmi? Skoro jej się udało dotrzeć do schronu, może innym również? Może Jaxi nie wyczuła ich dlatego, że wciąż znajdowali się w stanie hibernacji?

Sprawdziłam. Setki razy, naprawdę. To były trzy okropnie długie i okropnie nudne stulecia. Przeczytałam też wszystkie książki z tej ich niemiłosiernie zakurzonej, rzadko używanej biblioteki. Gdybyś kiedykolwiek potrzebowała omówienia treści któregoś z tych wspaniałych dzieł, które tam zebrali, tylko daj mi znać.

Sardelle nie była jednak w usposobieniu do żarcików. Nie w tym momencie.

Kiedy tkwiłam zahibernowana w magicznym schronie, wiedziałaś, że żyję?

Tak.

Sardelle usiłowała znaleźć jakiś logiczny argument, którym mogłaby zbić pewność Jaxi co do śmierci wszystkich pozostałych. Nie chciała porzucać nadziei.

Ale nas łączy przecież magiczna więź. Może to dlatego mogłaś wyczuć mnie, a…

Nie – ucięła zdecydowanie Jaxi.

Och…

Idąc dalej, Sardelle zobaczyła światło; padało ono z latarni wiszących na gwoździach wbitych w drewniane podpory. W przeciwieństwie do miejsca, w którym zaczęli ją napastować tamci dwaj, tutaj pod ścianami nie walały się bezładne stosy ziemi i odłamków skalnych. Po kamiennej posadzce biegły żelazne tory, a tu i ówdzie stały wagonetki. Pod ścianą trochę dalej leżały ułożone jeden na drugim kolejne odcinki szyn – tor czekał na przedłużenie.

Sardelle zwolniła, wyczuwając przed sobą obecność jakichś ludzi. Po chwili do jej uszu dotarły odgłosy obijających się od siebie wagonetek i odgarnianego gruzu. Przez latarnie oświetlające ten odcinek trudno będzie przekraść się obok pracujących górników… Ten cały Tace gadał coś o jakichś wagonikach. Chodziło o windę czy o kolej podziemną? Wspomniał też o strażniku. A strażnik mógłby zaprowadzić ją do osoby, która tu dowodziła.

Dochodziła już do miejsca, w którym przecinały się dwa korytarze, gdy wtem przed oczami minęła jej sylwetka jakiegoś człowieka przebiegającego szybko na drugą stronę. Przywarła mocno do ściany, wybierając punkt między dwiema lampami z nadzieją na to, że cienie ukryją jej obecność. Może powinna przyczaić się w jakimś mrocznym zakamarku i poczekać na koniec zmiany? Ale nie, to nie wchodziło w grę. Prędzej czy później dwie ofiary dziwacznej wysypki przestaną się drapać i pobiegną szukać pomocy medycznej, a Sardelle wciąż jeszcze nie dotarła do żadnego rozgałęzienia, by móc się schronić w innym korytarzu.

Ponownie podkradła się do przodu. Łomotanie ustało i zapadła cisza. Czyżby górnicy mieli właśnie przerwę na lunch? Może szczęście jednak jej dopisze.

Sardelle dotarła do rogu i rozejrzała się uważnie. Nie było to skrzyżowanie korytarzy, lecz otwarta komora, w której zarówno z wysokiego sklepienia, jak i ze ścian zwisały liczne lampy. Windy z klatką wykonaną z siatki stalowej strzegło dwóch strażników. Stała ona na końcu wznoszącego się pod kątem szybu, w którym poprowadzono tory oraz kabel. W głębi komory, na prawo od korytarza, w którym się przyczaiła, zauważyła ogromne metalowe ustrojstwo. Koła i wyciągi przyśrubowano do kamiennej posadzki. Kopalniana kolej podziemna. A więc znalazła wyjście – rzecz jasna o ile tylko zdoła się stąd wykraść, nie zwracając na siebie uwagi strażników. Czy może raczej powinna spróbować z nimi porozmawiać?

Sądząc po schludnych fryzurach, gładko ogolonych twarzach i czystych mundurach – na które składały się szare spodnie ze srebrzystymi lamówkami i granatowe kurtki – na pierwszy rzut oka sprawiali lepsze wrażenie od tamtych oprychów. Z drugiej strony zło może przecież kryć się pod różnymi postaciami… Niepokoiło ją też, że nie rozpoznawała ich mundurów. Nijak nie przypominały oliwkowego umundurowania Gwardii Iskandyjskiej, żołnierzy, razem z którymi pracowała kiedyś na rzecz obrony kontynentu. Co gorsza, nie rozpoznawała także broni. Oczywiście widywała sztylety podobne do tych, które mieli przypasane do bioder, oraz wysadzane ćwiekami maczugi na krótkich łańcuchach zwisające z pasów wojskowych, ale oprócz tego trzymali też broń palną. I nie, nie były to znane jej nieporęczne muszkiety, z których wielu żołnierzy chętnie rezygnowało na rzecz łuku albo kuszy, ale coś lśniącego i czarnego, nieprzypominające niczego, co znała. O ile wzrok jej nie mylił, broń nie była wyposażona w stempel, a mężczyźni w pojemniki na proch.

Proch i kule muszkietowe zastąpiono nabojami zawierającymi w środku ładunki wybuchowe –usłużnie pospieszyła z wyjaśnieniem Jaxi. – Każdy z tych karabinów może pomieścić ich aż sześć, ta przekładnia na dole zaś służy, by załadować je do komory. Strzela się naprawdę błyskawicznie, wyrzucając nawet po dwa naboje na sekundę.

Sardelle miała szczęście, że strażnicy prowadzili cichą rozmowę i nie zwracali większej uwagi na korytarze wiodące do komory, bo przez dłuższą chwilę uważnie przyglądała się tej dwójce. Nawet bez wyjaśnienia podsuniętego jej przez Jaxi ta broń – te ich karabiny – mówiła sama za siebie. Niezależnie od tego, jak bardzo próbowała odepchnąć od siebie tę myśl, teraz stało się to jasne – to już nie było jej stulecie.

Przykro mi – powiedziała Jaxi.

Wiem.

Sardelle zamrugała szybko parę razy, znów walcząc z napływającymi do oczu łzami. Nie teraz, teraz nie ma na to czasu – zganiła się w duchu. Później, owszem, znajdzie miejsce, gdzie będzie mogła opłakać przyjaciół i wszystko, co utraciła.

Znajdowała się już na skraju tunelu, gdy strażnicy nagle urwali pogawędkę, milknąc w połowie zdania. Obaj utkwili wzrok w jednym z korytarzy, choć nie w tym, w którym stała Sardelle. Co prawda za zakrętem zebrała się grupka mężczyzn, ale Sardelle zdziwiła się, że strażnicy mogli dostrzec ich z miejsca, w którym sami stali. Czyżby ci górnicy coś kombinowali? Przeszło jej przez myśl, by przekazać żołnierzom ostrzeżenie – może w ten sposób zaskarbiłaby sobie ich wdzięczność na później – ale nie zdążyła.

W tunelu na lewo od windy coś wybuchło. Ziemia pod stopami Sardelle zadrżała. W miejscu eksplozji pojawiły się kłęby czarnego dymu, wypełniając szybko całą komorę. Chwilę później podejrzana grupka wybiegła zza zakrętu.

Sardelle otworzyła usta, by krzykiem dać strażnikom znać, lecz ci zareagowali błyskawicznie. Aby zapewnić sobie osłonę, stanęli u wylotu szybu, po czym upadłszy na jedno kolano, wymierzyli lufy karabinów – jeden w kierunku korytarza, w którym doszło do wybuchu, drugi w stronę tego, w którym przyczaili się górnicy. Z pierwszego tunelu poza kłębami dymu nie wyleciało już nic więcej, za to drugi ze strażników – ten zwrócony ku nacierającym więźniom – otworzył ogień. Wyczuwając spazmy bólu, w miarę jak pociski trafiały kolejnych mężczyzn, Sardelle na własne oczy zobaczyła możliwości tej straszliwej broni. Mimo ognia trzem oprychom udało się dotrzeć do strażników i starcie przerodziło się w walkę wręcz. Krzepcy górnicy, dzierżąc w łapach kilofy i łopaty, wściekle rzucili się do walki. Szybko jednak dało się poznać doskonałe żołnierskie wyszkolenie. Strażnicy manewrowali tak, by przez cały czas mieć windę za plecami, uniemożliwiając napastnikom podejście ich od tyłu. Precyzyjnymi uderzeniami nabijanych ćwiekami pałek zręcznie odparowywali kolejne ataki zadawane kilofami i łopatami. Wreszcie zaś wbili metalowe ćwieki w szczęki i klatki piersiowe przeciwników. Nie minęło wiele czasu, nim trzej górnicy leżeli nieruchomo na ziemi.

Z korytarzy wolno zaczęły wynurzać się kolejne osoby, choć nikt nie zbliżył się tak bardzo jak Sardelle. Ci więźniowie nie wydawali się wrogo nastawieni – sprawiali raczej wrażenie zaciekawionych. Niewinnie przyglądali się przedstawieniu z nadzieją na to, że sytuacja obróci się na korzyść górników? Naraz Sardelle poczuła ostrzegawcze trącenie w struny zmysłów. Nie wszyscy byli tylko niewinnymi obserwatorami.

– Uwaga! – krzyknęła, by ostrzec strażników przed kolejnym napastnikiem wyłaniającym się właśnie z tunelu, w którym wcześniej doszło do eksplozji. Wciąż unosiły się w nim kłęby dymu, teraz zaś wyleciał stamtąd jeszcze jakiś długi, walcowaty przedmiot, który z płomieniem skrzącym się wesoło na końcu lontu wylądował tuż przed windą. Na to pierwszy z żołnierzy natychmiast strzelił do więźnia, który rzucił laskę dynamitu, drugi tymczasem spokojnie zgasił lont, jakby rozdeptywał niedopałek cygara.

W porządku, wychodzi na to, że jej ostrzeżenie było zbędne…

Jeden ze strażników ukląkł obok nieprzytomnych mężczyzn i kolejno przytknął im palce do szyi. Drugi wbił w nią wzrok. Nawet nie próbowała się ukrywać – nie miało to sensu, skoro sama zdradziła swoje położenie – ale nie wyszła też za róg. Najpierw chciała wybadać, jak zareagują na jej widok.

– A co ty tu robisz, kobieto?

Ładne podziękowanie, nie ma co!

Sardelle już-już miała odpowiedzieć, gdy tymczasem drugi ze strażników wyciągnął nóż i bezceremonialnie, nie tracąc czasu ani na modlitwę, ani błaganie skierowane do czczonych przez górników bóstw – kimkolwiek te były – poderżnął gardło jednemu z nieprzytomnych więźniów.

– Co pan wyprawia? – wypaliła Sardelle, gdy strażnik zbliżał się do następnego. – Już nie stanowią żadnego zagrożenia. Po co ich zabijać?

Strażnik dzierżący w dłoni zakrwawiony sztylet ledwo na nią spojrzał. Drugi z żołnierzy ruszył w jej stronę.

– Tacy jak wy już dokonali wyboru, decydując się na życie ponad prawem, a ci idioci tutaj dokonali ostatecznego wyboru właśnie teraz. Tutaj się z wami nie cackamy. Gdybyśmy byli pobłażliwi, musielibyśmy sobie radzić z takimi wybrykami codziennie – powiedział, wskazując kciukiem na leżących mężczyzn, czy raczej na ich ciała. Życiodajna krew spływała już z nich na ciemną kamienną posadzkę. W przeciwieństwie do Tace’a i jego kumpla ci tutaj byli szczupli – wręcz wychudzeni – o pociągłych twarzach i zapadniętych policzkach. Niezależnie od okoliczności i tak nie mieliby z tymi żołnierzami żadnych szans.

Sens wypowiedzianych na początku słów dotarł do niej z opóźnieniem. Tacy jak wy . Wziął ją za jedną z nich, za jedną z górniczej grupy. Sardelle przywarła do winkla, gotowa znów się bronić, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czy ten strażnik spróbowałby poderżnąć gardło także jej, podobnie jak postąpił z tamtymi?

Żołnierz jednak ponownie przypiął sobie nabijaną ćwiekami pałkę z powrotem do pasa i ruszył w jej stronę. Ponieważ nie wycelował w nią lufy karabinu, tylko szedł, trzymając go u boku, Sardelle nie reagowała. Nie płynęły od niego ciepłe myśli, ale też nie wyczuła w nim pragnienia, by ją skrzywdzić.

– Niech idzie za mną. – Skinął na nią. – Nie powinna się tu w ogóle zaplątywać, przecież o tym wie. – Złapał ją za ramię i zaciągnął do rozległej komory. Na widok sukienki i sandałów zmarszczył brwi. – Wie czy nie wie? Przyleciałaś tu wczoraj z grupą nowych więźniów? Nie byłaś na orientacji?

Orientacja, jak gdyby chodziło o spotkanie na kampusie uniwersyteckim, kiedy oprowadza się nowo przyjętych studentów po akademikach i salach wykładowych. Ale jeśli w ten sposób mogła wytłumaczyć swoją obecność, zamierzała z tej okazji skwapliwie skorzystać.

– Nie, nie byłam.

Tymczasem drugi ze strażników, wciąż mocno dzierżąc w dłoni sztylet, ruszył w głąb jednego z korytarzy, żeby sprawdzić stan tych, których wcześniej postrzelili.

Żołnierz prowadzący ją za ramię potrząsnął jednak przecząco głową.

– My idziemy tędy. Randask – tu zwrócił się do swego towarzysza – zabieram ją do strefy dla kobiet. Zgłoszę ten incydent kapitanowi, ten może poinformować generała, który z kolei będzie siedział i chlał w swoim gabinecie tak jak zwykle. Poradzisz sobie tutaj?

– Jasne – zapewnił kompana, wychodząc z tunelu ze sztyletem powalanym krwią. Sardelle nie mogła oderwać oczu od szkarłatnego ostrza. Żołnierz wszedł z kolei do korytarza po drugiej stronie, choć Sardelle wyczuwała, że górnik, który rzucił dynamitem, dawno nie żył. – Hałastra już wróciła do roboty.

Tak, gapie, których wcześniej zauważyła Sardelle, rozeszli się z powrotem do swoich korytarzy. Z oddali znów dobiegał szczęk kilofów. Przez jakiś czas nie dojdzie do kolejnego ataku. Zaczęła się zastanawiać, co spowodowało ten, którego właśnie była świadkiem.

Desperacja – podsunęła Jaxi. –Udręka. Ci ludzie nie mają już nic do stracenia.

A my mamy?

Za ciebie się nie wypowiadam, ale jeżeli chodzi o mnie, to owszem, żyję nadzieją, że moja sytuacja ulegnie poprawie. Może przynajmniej dorzucą trochę nowych książek do tej ichniejszej biblioteki.

– Tędy. – Strażnik wepchnął Sardelle do klatki windy, po czym zatrzasnął drzwi i zasunął rygiel. Cały czas trzymał ją za ramię, jakby z obawy, że mu się wyrwie i popędzi z powrotem w głąb tych okropnych tuneli. Zacisnęła zęby i nawet nie pisnęła, chociaż nie mogła powstrzymać się od myśli, że jeszcze wczoraj – nie, trzysta lat temu – bardzo niewiele osób, czy to mężczyzn, czy kobiet, odważyłoby się dotknąć jej bez wyraźnego pozwolenia. Dotyczyło to nawet wysokich rangą dowódców wojskowych, z którymi pracowała od lat. Nie chodziło nawet o to, że była wyniosła czy miała w zwyczaju ganić tych, którzy to zrobili, ale osoby pozbawione daru zawsze odnosiły się do ich posiadaczy z szacunkiem – a w niektórych przypadkach,może nawet w większym stopniu, niż Sardelle zdawała sobie z tego sprawę, ze strachem i rezerwą.

Po chwili do maszyny podszedł drugi ze strażników i pociągnął za dźwignię. Rozległo się turkotanie i winda ruszyła, wznosząc się po szynach w gęste czeluście mroku. Sardelle wykręciła szyję, próbując zerknąć na tory. W oddali zamigotało słabe światełko, niewiele większe od główki szpilki. W miarę jak wagonik jechał w górę, Sardelle czuła, jakby coraz bardziej odciągało ją się od Jaxi. Łącząca je magiczna więź była wystarczająco silna, by mogły komunikować się z odległości wielu mil – odkąd połączyła się ze swym ostrzem duszy, nigdy nie znalazły się na tyle daleko od siebie, by dało się sprawdzić dokładny zasięg – lecz symbolika tej chwili sprawiała, że problem wydawał się bardziej dramatyczny niż w rzeczywistości. Tak naprawdę nic się nie zmieniało, a jednak… Czuła się tak, jakby właśnie porzucała jedyną przyjaciółkę, jaka jeszcze na tym świecie jej została.

Nie martw się – rzuciła cierpko Jaxi. – Daleko się nie wybierasz.

No tak, Jaxi przecież powiedziała jej, że to więzienie. Wymaszerowanie przez drzwi wejściowe, bramę, czy co tam się na górze znajdowało, raczej nie wchodziło w grę. Sardelle wierzyła jednak, że da radę prześlizgnąć się przez wszelkie zabezpieczenia, jakie ci ludzie wymyślili, i uciec z tego miejsca.

Zapomnij o tym, chyba że nauczyłaś się latać. Lodowe Szczyty są równie wysokie co trzysta lat temu, a droga nad przełęczą uległa zniszczeniu, gdy przodkowie tych ludzi połowę góry obrócili w pył. Zresztą pomijając nawet wszystko inne, i tak spadł już pierwszy śnieg.

Słabo. – Ale jeden ze strażników wspomniał przecież o jakimś transporcie nowych więźniów. – A więc w jaki sposób ci ludzie się tu dostają?

Latają, gdy pogoda sprzyja.

Oni latają? – Sardelle ogromnie cieszył panujący mrok, dzięki któremu żołnierz nie widział, jak opadła jej szczęka.

Mają statki powietrzne, które nie spadają dzięki podtrzymującym je gigantycznym balonom, a oprócz tego jeszcze takie mniejsze, bardzo zwrotne maszyny, których projekt powstał na cześć smoków z Eld. Jak już ci powiedziałam, świat się zmienił.

– Jak ty się w ogóle tu dostałaś? – zapytał tymczasem strażnik, odrywając ją od obrazów, które próbowała sobie uformować.

Sardelle wzruszyła lekko ramionami.

– Po prostu zeszłam na dół.

– Aha.

W zdawkowym mruknięciu wyczuła nutkę irytacji. Urażona duma? Bo między wierszami oznaczałoby to, że jakimś cudem zdołała niezauważenie przemknąć albo obok niego, albo obok innego ze strażników? Sprawiali wrażenie niezwykle kompetentnych; sugestia, że doszło do pewnego zaniedbania, mogła zapewne poruszyć czułą strunę. Ale z dwojga złego już lepiej niech ten człowiek myśli, że się jakoś prześlizgnęła, niż miałby brać pod uwagę scenariusze zakładające magię.

Odnosiło się wrażenie, że winda mknie dość szybko – w klatce czuło się podmuchy chłodnego świeżego powietrza – choć znajdowali się dopiero w połowie drogi. Sardelle zastanawiała się, jak głęboko sięgają wydrążone w górze tunele. Może zdołałaby jakoś przekonać tych ludzi, żeby dotarli do miejsca, w którym leżała zagrzebana Jaxi. Przy pracy łopatami i kilofami trwałoby to zapewne całe wieki, ale musiała spróbować.

– Zabiera mnie pan do strefy dla kobiet – odezwała się wreszcie na głos. – Ale tak naprawdę muszę zobaczyć się z dowódcą. – Miała przy tym nadzieję, że nie okaże się nim wspomniany przez żołnierzy amator wódki. – Może mnie pan do niego, albo do niej, zaprowadzić?

Strażnik prychnął tylko.

– Generał nie widuje się z więźniami.

– Nigdy?

– Nigdy – potwierdził krótko, urywając dalszą dyskusję.

Rozdział 2 

Sardelle wyszła z klatki windy i zatrzymała się tak gwałtownie, że niewiele brakowało, a strażnik wpadłby prosto na nią. Na zewnątrz powitał ją lodowaty wiatr, bezlitośnie smagając poły sukni i przyprawiając o gęsią skórkę na ramionach. Sardelle z rozdziawionymi ustami utkwiła wzrok w okalającym niewielką dolinę murze z czarnego kamienia. W przeszłości każdego lata kupcy sprzedawali tu płody rolne oraz sery. Szeroki trakt i most prowadziły przez rzekę aż do tylnych wrót, skąd rozciągała się droga na górę Galmok. Przez rozległy teren, ograniczony teraz murami fortu, wciąż przebiegała na wpół oblodzona Kozia Rzeka, lecz ani w niej samej, ani w dolinie nie było już nic zapraszającego. Blanki i broń armatnia na murach obronnych sprawiały wrażenie równie groźnych i odpychających co same Lodowe Ostrza. Szczyty okalające dolinę ze wszystkich czterech stron oprószył już śnieg. Strzeliste wierzchołki wzbijały się wysoko, zdając się dotykać nieba – górowały bowiem o jakieś pięć tysięcy stóp nad położoną już i tak dość wysoko doliną. Większość szczytów nie zmieniła się nic a nic, ale Galmok… Sardelle wpatrywała się weń z niemym przerażeniem. W większym stopniu przypominał wulkan niż majestatyczną górę, którą był w przeszłości. Górne partie zapadły się do środka, a to, co niegdyś stanowiło szczyt, teraz wyglądało jak wielka zniekształcona masa.

Żołnierz pchnął ją naprzód.

– No już, ruszże się, dziewczyno.

Sardelle w końcu oderwała wzrok i chwiejnie ruszyła ścieżką, której ostatnim razem z całą pewnością tu nie było. Jej umysł chciał dodać, że przecież szła tędy zaledwie dzień wcześniej, choć sama pogodziła się już z myślą, że to naprawdę nie było wczoraj. Pomijając już różnicę trzech stuleci, przybyła na Galmok latem, gdy pogoda pozwalała na tak zwiewną sukienkę. Teraz, skulona, objęła się ramionami i posłusznie ruszyła dalej szlakiem prowadzącym wzdłuż torów do serca fortecy. Zauważyła, że w górze wydrążono więcej tuneli – w przepastnych czeluściach ginęły szyny jeszcze jakiejś innej linii. Jaki był cel tej ich eksploatacji? Szukali kryształów? Bo to o nich wspomniał jeden z tych zboczeńców, czyż nie? Sardelle nie potrafiła sobie wyobrazić, o jakie kryształy mogłoby tu chodzić, choć o ile pamięć jej nie zawodziła, na tym obszarze znajdowały się żyły srebra i złota. Huta wzniesiona po drugiej stronie fortu zdawała się więc potwierdzać teorię o wydobywaniu metali szlachetnych.

Kolejne szturchnięcie sprawiło, że o mały włos się nie potknęła.

– Zachowujesz się tak, jakbyś wszystko to widziała pierwszy raz na oczy. No już, muszę przygotować raport. Ruchy, ruchy. – Strażnik machnął ręką w kierunku dużego murowanego budynku. Rozwieszone na sznurach pranie furkotało na wietrze, susząc się w wątłym blasku słońca.

– Tam idziemy?

W tej samej chwili z sąsiedniego budynku wyszły dwie kobiety w ciężkich wełnianych sukniach, grubych onucach, czapach, szalikach i futrzanych kapotach. Niosąc kosze na bieliznę, skierowały się do budynku, wzdłuż którego biegły sznury do suszenia prania.

– Tak, właśnie tam – odpowiedział żołnierz powoli i wyraźnie, jakby mówił do kogoś niespełna rozumu.

Sardelle westchnęła ciężko i obróciła się we wskazanym kierunku. Przynajmniej były tu też kobiety. Od nich zapewne zdoła jakoś wyciągnąć więcej informacji. Może z czasem uda się także załatwić małą pogawędkę z generałem.

Ruszyła dalej przez most. Kiedy dotarła do szczytu, zatrzymała się jednak, uświadomiwszy sobie, że jej gburowaty strażnik został w tyle. Stał nieruchomo, wpatrując się w zachodnie niebo. Wokół Góry Bandyty krążył jakiś dziwaczny statek powietrzny. Wyglądało na to, że zmierzał w stronę fortu. Leciał, naprawdę leciał… Sardelle nie do końca wierzyła przyjaciółce, gdy jej o tym wspomniała, ale tak, ta stalowa maszyna w brązowawym kolorze z całą pewnością nie była ptakiem. Dzięki rozpostartym szeroko skrzydłom i przypominającym szpony dziwnym zagięciom na ich końcach wyglądała trochę jak smok – przynajmniej jeden z takich, jakie Sardelle znała z książek. Stworzenia te wymarły jednak tysiące lat temu. Wynalazek utrzymywał się w przestworzach dzięki błyskawicznie obracającemu się wiatraczkowi.

To jest śmigło – wyjaśniła cierpko Jaxi.

Przymknij się! To, że ty przez ostatnich parę wieków oddawałaś się lekturom, nie oznacza, że ja robiłam to samo. Jak to działa?

Uwagę Sardelle odwrócił jednak strażnik, który gadał teraz sam do siebie, tak więc nie dosłyszała odpowiedzi Jaxi.

– O co tutaj chodzi? – zastanawiał się mężczyzna. – Nowych więźniów i zaopatrzenie przywieziono wczoraj, a następna dostawa zgodnie z planem jest za dwa tygodnie, więc co do…

Cokolwiek by to było, dla ciebie może się okazać szansą na ucieczkę.