7,49 €
Książka jest zapisem rozmowy Anity Werner z Włodzimierzem Cimoszewiczem, utrzymanej w tonie dziennikarskiego wywiadu.Główny bohater zdejmuje oficjalną maskę i opowiada, nigdy wcześniej nieujawniane, historie z życia osobistego i długiej, politycznej kariery.Odsłania kulisy wielkiej polityki i wydarzeń, które przeszły do historii. Kreśli „nieoficjalne” sylwetki znanych osobistości. Z humorem wspomina dyplomatyczne przygody, własne wpadki i gafy.Rozmowa ujawnia nieznane powszechnie oblicze Premiera. Ten poważny, zawsze oficjalny i profesjonalny w każdym calu polityk, okazuje się być człowiekiem z rozbrajającym poczuciem humoru i z dużym dystansem do świata.Książka jest bogato ilustrowana zdjęciami.Cimoszewicz znany i nieznany. Ze świetnym poczuciem humoru. Rewelacyjnie analizujący politykę. Przeczytałam jednym tchem.Monika Olejnik, dziennikarka TVN24 i Radia Zet
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2013
Copyright © 2012 Wydawnictwo Pointa
Copyright © 2012 Włodzimierz Cimoszewicz
Copyright © 2012 Anita Werner
Opracowanie graficzne i projekt okładki
Marek Sayan Skwarski
Zdjęcia na okładce i na stronie 8
Bartek Syta
Zdjęcie na stronie 102
Copyright © 2012 PAP/Tomasz Gzell
Zdjęcie na stronie 104
Copyright © 2012 PAP/Adam Hawałej
Zdjęcie na stronie 169
Copyright © 2012 PAP/Grzegorz Rogiński
Zdjęcie na stronie 172
Copyright © 2012 PAP/EPA
Zdjęcia na stronach 190, 312
Copyright © 2012 Zbigniew Krzywicki
Zdjęcie na stronie 207
Copyright © 2012 Marek Krupa
Pozostałe zdjęcia ze zbiorów własnych Włodzimierza Cimoszewicza
Redakcja
Aleksandra Boćkowska
WYDAWNICTWO
Joanna Berdyn, Iwona Zabielska-Stadnik
ul. Parkowa 11, 05-510 Konstancin
e-mail: [email protected]
www.pointa.com.pl
tel. 600 019 038
ISBN 978-83-924991-5-2
Łamanie i korekta
Anna Lis
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o. o.
To było wielkie zaskoczenie. Tym większe, im dłużej trwała nasza rozmowa. Oficjalny, poważny, zawsze profesjonalny polityk okazał się być po prostu ludzki. Włodzimierz Cimoszewicz ujawnił tajemnicę. Ukrywał ją doskonale przez całe lata, dzięki czemu zyskał miano „sztywniaka”. Szanowanego, ale jednak „sztywniaka”. A tu taka niespodzianka.
Nie był to zwykły wywiad. To była rozmowa. Pasjonująca, bo pasjonujące jest widzieć, jak rozmówca stopniowo się otwiera. Jak zdejmuje polityczną maskę i pokazuje więcej, niż chciałby pokazać. Na zewnątrz wychodzą emocje i ludzkie uczucia, które śpią gdzieś pod grubą skórą doświadczonego polityka. Na zewnątrz wydostaje się też rozbrajające poczucie humoru, które na co dzień zapięte jest w dobrze skrojonym garniturze i podduszone zawiązanym ciasno krawatem.
Ta książka to zapis prawie czterdziestogodzinnej rozmowy. O kulisach wielkiej polityki, wielkich przywódcach „po godzinach”, niemoralnych propozycjach, dyplomatycznych przygodach i spektakularnych gafach.
O tym, że nawet najpoważniejsza oficjalna podróż zagraniczna może wyglądać jak czeski film, a nawet najpoważniejszy zagraniczny polityk może napić się bimbru z prokuratorem generalnym w białowieskiej puszczy. O tym, jak można uciec oficerom BOR albo przemycić pieniądze przez granicę.
Włodzimierz Cimoszewicz ma odwagę mówić. Nie boi się żadnych pytań i na wszystkie odpowiada. W tej książce jest o trudnych wyborach, kłopotliwych relacjach, zasadach, których warto się trzymać i o ludziach, od których warto trzymać się z daleka. Są historie, które do tej pory były sekretne i emocje, które do tej pory były ukrywane. Są pasja, oddanie, żal, rozczarowanie. Jest honor i jest humor. Są spełnione marzenia i życiowe porażki. Jest człowiek.
Anita Werner
Stres, brak czasu, wieczne zmęczenie – oto, co towarzyszy władzy. Ale też poczucie, że zmienia się rzeczywistość. Włodzimierz Cimoszewicz przyznaje, że dziś we władzy już nic go nie pociąga i zdradza, czego żałuje. A to dopiero początek...
Kiedy przestaje się być ministrem lub premierem, nagle po prostu brakuje stresu.
Smutny jest dzień, kiedy przestaje się być premierem lub ministrem?
Nie, jest po prostu zaskakująco inny i trzeba zacząć sobie układać życie na nowo.
Czego nie ma? Limuzyny, dworu?
Nie o to chodzi. Choć przyznaję, miałem problem, bo wcześniej zawsze sprzedawałem swój stary samochód.
A widzi Pan.
Trzeba więc było kupić z dnia na dzień auto, na które było mnie stać. Ale to jest drobiazg. Nagle po prostu brakuje stresu.
Władza deprawuje?
Nie musi, ale bardzo łatwo może. To kwestia charakteru człowieka, jego wyobraźni, wykształcenia. Jeśli wie się więcej, to łatwiej o dystans, samokontrolę.
Pana nie zdeprawowała?
Jestem przekonany, że nie.
Co jest we władzy pociągającego?
Zależy. Każdy odbiera to indywidualnie.
Kobiety inaczej patrzą na mężczyzn u władzy?
(śmiech)
Częściej się uśmiechają?
(śmiech) Coś w tym jest. To prawda.
Władza jest sexy?
Pewnie tak, chociaż nie powiedziałbym, że wyłącznie władza.
Co Pana pociągało we władzy?
Ministrem sprawiedliwości zostałem z przypadku, ale miałem pogląd na temat funkcjonowania prawa w państwie. Miałem wiele uwag, wydawało mi się, że wiem, co zrobić, żeby to lepiej zorganizować. To mnie pociągało.
A w czasie, kiedy był Pan premierem?
Nikt z nas tak w pełni samego siebie nie zna. Na koniec dnia okazuje się, że w każdym z nas tkwi na dnie trochę próżności.
W Panu też?
Jasne, że miałem satysfakcję, ale ona schodziła na dalszy plan. W tej chwili już nie bardzo cokolwiek pociąga mnie we władzy.
Dlaczego?
Jeśli od twórcy jajek Fabergé oczekuje się wykonywania zwykłych pierścionków, to nie będzie mu pewnie przynosić to satysfakcji.
Polityk na szczycie władzy staje się samotny?
Trochę tak. Ja lubię i cenię sobie swoją samotność. Ona daje mi poczucie niezależności, nie tylko osobistej, ale także przy podejmowaniu decyzji. Tylko jednocześnie mam świadomość ograniczeń własnej wiedzy. Mam pełną świadomość tego, w jakich obszarach są lepsi ode mnie. Na szczęście nigdy nie miałem problemów z pozyskiwaniem takich ludzi do współpracy.
Lubił Pan towarzyszący polityce stres?
Mojej pracy non stop towarzyszyło niebywałe napięcie, intensywność, presja psychiczna, silne emocje. Do tego zawsze na początku sporo bezsensownych obciążeń wynikających z niedobrej organizacji pracy. Gdy zostałem premierem, dostawałem początkowo po 10 grubych skoroszytów poczty, która rzekomo była bardzo ważna. Później zorientowałem się, że wielu urzędników ułatwia sobie życie, nie chcąc oceniać wagi dokumentu i na wszelki wypadek przesyłając to wyżej. I to trafiało do mnie jako do premiera.
Pana podwładni spychali na Pana swoje obowiązki?
Tak to wyglądało, bo kiedy nagle zacząłem domagać się uzasadnienia, dlaczego to wszystko do mnie trafia, to przychodziły już tylko trzy skoroszyty.
To i tak dużo czytania.
Wyjątkowo dużo było dokumentów tajnych, pochodzących od służb. Trzeba było przeczytać to wszystko. Zwykle z dziesięciu takich dokumentów, może jeden był przyzwoitej wagi. Jednak z góry tego nie wiadomo.
Służby wypuszczały bezwartościowe dokumenty?
Jak wszędzie i zawsze. Do tego stała presja oczekiwań związanych z działaniami pozornymi, reprezentacyjnymi, dopieszczającymi.
Co to znaczy?
Wiele osób, instytucji i środowisk oczekuje obecności zapominając, że premier jest od czego innego.
Pan nie lubi blichtru?
Nie. I dziś wiem, że 30-40 procent mojego czasu było marnotrawione. Starałem się, żeby inni czuli się uhonorowani, usatysfakcjonowani, ale powinienem był w tym czasie robić coś innego.
Na przykład?
Chociażby rozmawiać z ekspertami, żeby decyzje rządowe były bardziej kompetentne, głębsze, bardziej przemyślane.
Posypuje Pan sobie teraz głowę popiołem.
Niezupełnie. Z reguły byłem bardzo dobrze przygotowany do wszystkich obowiązków. Moi ówcześni współpracownicy często to wspominają. Jednak zawsze może być lepiej.
Był pan bezwzględnym szefem wobec współpracowników?
A co to znaczy? Mam swoje zasady. Uważam, że całkowicie racjonalne.
Jakie?
Wymagam dużo od siebie i od nich. Ale staram się być uprzejmy wobec ludzi, nawet jeśli wyprowadzają mnie z równowagi. Zawsze szanuję ludzką godność. Mogę się z kimś nie zgadzać, mogę uznać, że trzeba go wyrzucić, ale nikogo nigdy nie poniżam. Nigdy chyba nie podniosłem głosu na podwładnego czy współpracownika, ale nigdy też nie pozostawiałem żadnych złudzeń, co do poziomu moich wymagań.
A wymagania Pan ma wysokie.
Tak. Służba publiczna to nie jest akt łaski. Nikt nie musi tego robić. Ale jak się za to bierze, to powinien robić to maksymalnie dobrze. Szefowie otaczający się przeciętniakami, żeby na ich tle jako tako wyglądać, przegrywają. Wymagałem od moich współpracowników wiele i być może ich wspomnienia są mniej różowe niż moje.
Pan miał spin doktorów?.1
Nie. Choć czasem dochodzę do wniosku, że ktoś w mojej ekipie powinien był o tym myśleć.
Byliście kiepscy PR-owo?
Rzeczywiście, nie byliśmy wystarczająco sprawni informacyjnie, biuro prasowe rządu nie funkcjonowało najlepiej.
Jakby Pan określił swój wizerunek?
Wiem, że zawsze miałem wizerunek człowieka raczej chłodnego, zdystansowanego.
Sztywniaka.
Proszę bardzo.
Uwierało to Pana?
Nie. To jest wizerunek w jakimś stopniu prawdziwy, jeżeli chodzi o sprawy związane z działalnością państwową. Prywatnie sztywniakiem nie jestem.
Naprawdę? Zmienia się Pan w przytulankę?
Życiem prywatnym rządzą inne zasady.
Ale jedną z umiejętności sprawnego polityka jest uwodzenie wyborców.
Przyznaję, że w kwestii uwodzenia wyborców mój wizerunek nie był najlepszy. W polityce nie kieruję się chęcią uwodzenia kogokolwiek.
I nie lepiłby Pan bałwana w kampanii wyborczej?
Nie.
Może Pan powiedzieć o swoim życiu jak Edith Piaf „niczego nie żałuję” ?
Nie. Wiele razy mogłem pójść inną drogą, czasami dokonywałem nierozsądnych wyborów.
Proszę opowiedzieć chociaż o jednym.
Pamiętam takie zgromadzenie PZPR w 1976 roku, gdzie wygłoszono całkowicie kłamliwe wystąpienie na temat protestów, które doprowadziły do wydarzeń w Ursusie i w Radomiu, po kolejnej decyzji o podwyżce cen żywności. Byłem jednym z pięciuset ludzi na sali. Prowadzący obrady zapytał, czy ktoś chce zabrać głos. Po trzech sekundach powiedział, że nikt i przeszedł do innego punktu. Mimo że miało to miejsce 36 lat temu, pamiętam te trzy sekundy.
Dręczy Pana, że nie zareagował?
Tak, dręczy mnie, że nie zgłosiłem się natychmiast, a miałem coś do powiedzenia.
Co Pan chciał wtedy powiedzieć?
Że nie mamy do czynienia z wichrzycielstwem, tylko z głupim systemem, w którym władza centralna decyduje o cenie kilograma kiełbasy.
1 spin doktor – określenie specjalisty od Public Relations, zazwyczaj pracującego przy prominentnym polityku w roli rzecznika prasowego. Spin doktorzy dbają o wizerunek medialny polityka, podsuwają pomysły zachowań publicznych, sposobu mówienia, nawet sposobu ubierania się. Wymyślają dla polityków scenariusze postępowania w kampaniach wyborczych.
Chłopak z Grochowa, który kieszonkowe wydaje na tomiki poezji i nigdy nie ma problemów z nauką. Wkracza w dorosłość, gdy zaczyna się gierkowska mała stabilizacja. Studiuje prawo, kupuje fiata, wstępuje do PZPR. Aż, nieco okrężną drogą, przez Stany Zjednoczone, opuszcza Warszawę, by zamieszkać na wsi. Dopiero Okrągły Stół zrobi z rolnika polityka.
W szkole i na studiach nauka szła mi diablo łatwo.
Jaki był Pana dom rodzinny?
Na kołach.
Co to znaczy?
Ojciec był wojskowym, często był przenoszony do różnych miejsc. Zdzieciństwa pamiętam więc nieustanne przeprowadzki. Urodziłem się wŚródmieściu Warszawy, potem mieszkaliśmy na Bemowie, później przenieśliśmy się na ulicę Chłodną, anastępnie na Grochów.
Jakie wspomnienia zdzieciństwa są dla Pana ważne?
Pierwsze budynki wzniesione po wojnie na terenie dawnego getta. Mieszkałem tam do 12. roku życia, do dziś pamiętam widok tych ruin. Tam bawiliśmy się wwojnę.
Oglądał Pan „Pianistę” Romana Polańskiego?
Tak, iw tym świetnym filmie znalazłem tylko jedną fałszywą scenę. Kiedy bohater, Władysław Szpilman, po upadku Powstania Warszawskiego, idzie przez zniszczone miasto iwidać po horyzont ruiny. To była oczywiście komputerowa animacja ibardzo odbiegała od tego, co ja wciąż pamiętam.
Potem mieszkał Pan na Grochowie. Praga miała wtedy wątpliwą sławę gorszej części Warszawy?
Tak było, gdy tam mieszkałem. Stąd moje powiedzenie otym, że prokuratura prowadzi sprawę smoleńską tak, jakby to było włamanie do garażu na Grochowie.
Kto wdomu trzymał kasę?
Mama. Każdego dnia robiła zapisy zwydatków, również groszowych. Nie wolno było naruszyć dyscypliny, bo pod koniec miesiąca nie byłoby pieniędzy. Rodzice nie mieli żadnych oszczędności.
Pana ojciec często był poza domem?
Tak, bo przez pewien czas służył poza Warszawą. Ja zostałem zMamą iprzez wiele lat Ojca widywałem raz wtygodniu. Wtedy nie było weekendów, Ojciec przyjeżdżał wsobotę wieczorem lub wniedzielę rano iwieczorem wyjeżdżał.
Było Panu bliżej do mamy niż do taty?
Oczywiście. Wwieku pięciu-dziesięciu lat byłem maminsynkiem. Mój Ojciec był zresztą człowiekiem dosyć surowym. Był mi jednak bliski, bo gdy byłem nastolatkiem, często rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy, apotem kłóciliśmy się.
Czy Pana dom był tradycyjny?
Trudno powiedzieć. Moja Matka pochodzi zWołynia, mój Ojciec zterenów dzisiejszej Białorusi ite rodziny zostały kompletnie rozbite przez wojnę.
Co się dokładnie stało?
Od rodziny Ojca byliśmy przez wiele lat odcięci, bo oni zostali wZSRR. Pierwszy raz widzieliśmy się znimi, gdy miałem siedem lat.
A rodzina matki?
Rodzina Mamy uciekła po tragedii wołyńskiej iwszystko się rozsypało. Rodzeństwo Matki wylądowało we Wrocławiu, wZielonej Górze, wSzczecinie, wOstródzie. Przez długi czas nie mieliśmy żadnych kontaktów. Wtakich warunkach trudno ozwiązki rodzinne.
Dom rodzinny Pana mamy był wŁucku.
Od czasu ucieczki w1944 roku nikt zrodziny tam nie był. Kiedy byłem ministrem sprawiedliwości, premier Waldemar Pawlak akurat tam umówił się na rozmowy gospodarcze zpremierem Ukrainy. Trochę wprosiłem się do tej delegacji idzięki temu miałem godzinę na podróż sentymentalną.
Zobaczył Pan ten dom?
Tak. Jako jedyny przetrwał zokresu przedwojennego, bo dziadek pokrył go blachą, więc się nie rozleciał. Kiedyś ta wieś była wpołowie ukraińska, wpołowie polska. Gdy oglądałem dom, poschodzili się dawni sąsiedzi izaczęli wspominać moją Matkę, moje ciotki. Starzy ludzie, arewelacyjnie wszystko pamiętali. Wzruszyło mnie to.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
