Ocalenie - Joseph Conrad - E-Book

Ocalenie E-Book

Joseph Conrad

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Ocalenie” (1920) to jedna z trzech powieści, zwanych trylogią Lingarda, opartych na doświadczeniach Conrada z czasów służby na parowcu Vidar. Wydarzenia opisane w powieści poprzedzają te zawarte w „Szaleństwie Almayera” (1895) i „Wyrzutku” (1896). Historia opowiada o kapitanie Tomie Lingardzie, który wyruszył w podróż na Archipelag Malajski, aby pomóc przyjacielowi odzyskać królestwo. Po drodze pomaga uratować jacht, który ugrzązł na mieliźnie, i ulega urokowi żony właściciela jachtu.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Joseph Conrad

Ocalenie

Opowieść z płytkiego morza

Warszawa 2020

[Motto]

„Alias!” quod she „that ever this sholde happe!

For wende I never, by possibilitee

That swich a monstre or merveille mighte be!”

The Frankeleyn’s Tale

„O, biada! – rzekła – że to się stać mogło,

Bo, jako żywo, nigdym nie sądziła.

By się rzecz taka cudowna zdarzyła”.

Opowieść ziemianina (Chaucer)

[Dedykacja]

Fryderykowi Courtland Penfieldowi

Ostatniemu ambasadorowi Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej w byłym Cesarstwie Austriackim poświęcam z wdzięcznością tę opowieść z dawnych czasów na wspomnienie pomocy okazanej pewnym stroskanym podróżnym podczas wielkiej burzy dziejowej roku 1914.

Przedmowa autora

Z trzech długich powieści, które pisałem z przerwami, Ocalenie musiało czekać najdłużej, aby los się nad nim zmiłował. Nie zdradzę tu żadnej tajemnicy, gdy stwierdzę, że powieść ta czekała okrągłe lat dwadzieścia. Odłożyłem ją pod koniec lata 1898 roku i również pod koniec lata roku 1918 podjąłem znów pracę z silnym postanowieniem, że dotrę do końca, wspomagany nagłym poczuciem, iż wywiążę się dobrze z podjętego zadania.

Nie znaczy to jednak, abym je podejmował z radosną dumą. Zdawałem sobie sprawę wyraźnie – może aż nazbyt wyraźnie – z niebezpieczeństw takiej przygody. Zdumiewająca, serdeczna życzliwość, którą ludzie o różnych usposobieniach, rozbieżnych zapatrywaniach i rozmaitych gustach literackich okazywali memu dziełu przez lata, dała mi wiele, dała mi wszystko – prócz jednego: tej przesadnej pewności siebie, która może być czasem pomocna dla miłośnika przygód, lecz – na dłuższą metę – doprowadza ostatecznie do szubienicy.

Ponieważ szczerość jest rysem zasadniczym, który pragnąłbym przede wszystkim nadać tym krótkim „przedmowom autora”, pisanym dla pierwszego zbiorowego wydania mych dzieł, pośpieszam oświadczyć, że nie liczyłem wcale na swe mniemane zasługi, lecz na stałą życzliwość czytelników. Powiem od razu, że moje nadzieje ziściły się w stopniu nie pozostającym w żadnym stosunku do tego, na co zasłużyłem. Spotkałem się z najwzględniejszą, najdelikatniej wyrażoną krytyką, wolną od wszelkiego antagonizmu i wykazującą w swych wnioskach głębię spojrzenia, która już sama przez się musiała głęboko mię wzruszyć, a łączyła się przy tym z takim uznaniem, że poczułem się władcą bogactw przewyższających najśmielsze marzenia skąpca – mam na myśli skąpca artystę, który poszukuje skarbów w sercach mężczyzn i kobiet.

Nie! Mimo wszelkich uprzednich niepokojów ta przygoda nie miała się smutno zakończyć. Raz jeszcze śmiałość została przez los nagrodzona; a jednak nie zapomniałem nigdy żartobliwego tłumaczenia Audaces fortuna iuvat – tłumaczenia, które wuj mi przytoczył, gdy byłem jeszcze małym chłopczykiem: „Śmiałkowie dostają w skórę”. Nadmienił mi jednak przy tym, że są różne rodzaje śmiałości. O tak, zaiste! Jest na przykład pewien jej rodzaj prawie równoznaczny z bezczelnością... Muszę uwierzyć, że w tym wypadku nie byłem bezczelny, ponieważ sobie nie przypominam, abym dostał w skórę.

Faktem jest, że gdym odkładał pracę nad Ocaleniem, nie skłaniała mnie do tego rozpacz. Wchodziło tu w grę kilka przyczyn, a główną z nich było na pewno wzrastające poczucie trudności w ujęciu samego tematu. Treść i przebieg opowieści rysowały się jasno przede mną. Ale jeśli chodzi o samo przedstawienie faktów i może w pewnej mierze o ich rodzaj, nasuwało mi się dużo wątpliwości. Mam tu na myśli najbardziej uderzające, wymowne fakty, pomocne przy rozwijaniu tematu; chodziło mi o ujęcie ich w taki sposób, aby uczynić zbytecznym szczegółowe opracowanie atmosfery, mogące oddziałać ujemnie na akcję. Otóż zdawało roi się, że nie potrafię uniknąć nudy w przedstawieniu szczegółów i w pogoni za jasnością. Sam przebieg akcji widziałem dosyć wyraźnie. Lecz zatraciłem wówczas poczucie, jak znaleźć odpowiednią formę dla ujęcia tematu, formę jedynie właściwą. To osłabiło oczywiście moją wiarę w istotną wartość tej opowieści i w zainteresowanie, które by mogła wzbudzić – w tej postaci, w jakiej ją pomyślałem. Ale podejrzewam, że w gruncie rzeczy na dnie tego wszystkiego leżała nieufność do własnego stylu, nieufność do jego ścisłości, do władania barwą i cieniem.

Trudno wyrazić skomplikowany stan mych uczuć, tak jak je sobie przypominam; ale czytelnicy, którzy się interesują artystycznymi zagadnieniami, zrozumieją mnie najlepiej, gdy powiem, że nie porzuciłem Ocalenia, aby się oddać bezczynności, żalom lub marzeniom, ale by zacząć Murzyna z załogi „Narcyza” – i ciągnąć tę opowieść bez wahań i bez przerwy. Porównanie którejkolwiek stronicy Ocalenia z pierwszą lepszą stronicą Murzyna może służyć za demonstrację, jaką była istota, jakim było wewnętrzne znaczenie tego pierwszego kryzysu w moim literackim życiu. Gdyż był to istotnie kryzys. Odłożyć dzieło tak daleko już posunięte to strasznie ciężka decyzja. Powziąłem ją pod presją nagłego przekonania, że to jest właśnie jedyna droga ratunku – jedyny sposób, aby położyć kres wyrzutom sumienia. Gdy skończyłem Murzyna, poczucie spełnionego obowiązku podniosło mię na duchu, dając mi po raz pierwszy świadomość pewnego mistrzostwa – świadomość, że będę mógł czegoś dokonać z pomocą sprzyjających mi gwiazd. Jeśli nie powróciłem wówczas do Ocalenia, to nie dlatego, abym zaczął się go bać. Umiałem już teraz przybrać stanowczą postawę i powiedziałem sobie z rozwagą: „Tamto może po – czekać”. A jednocześnie czułem z równą pewnością, że Młodość, opowiadanie, które miałem – że się tak wyrażę – na końcu pióra, czekać nie może. Nie mogłem również odłożyć Jądra ciemności, a to dla pewnego praktycznego powodu: p. W. Blackwood prosił, abym napisał coś dla tysiącznego numeru jego Przeglądu; musiałem tedy od razu zabrać się do tematu, który długo we mnie spoczywał; nie mogłem żadną miarą narazić na czekanie czcigodnego wydawnictwa, patriarchy liczącego tysiąc numerów. A potem znowu Lord Jim, którego prawie siedemnaście stron napisałem różnymi czasy, zwrócił się do mnie z nieodpartym wezwaniem. I tak każde pociągnięcie pióra oddalało mię od porzuconego Ocalenia, nie bez skruchy z mej strony, lecz ze słabnącym stopniowo oporem; aż wreszcie poddałem się zupełnie, jakby uznając jakiś wyższy wpływ, z którym walka jest bezcelowa.

Mijały lata; liczba stronic wciąż rosła, a długie zadumy, z których się te strony rodziły, rozpostarły się szeroko między mną a porzuconym Ocaleniem – jak gładka, zamglona przestrzeń sennego morza. A jednak w gruncie rzeczy nie straciłem nigdy z oczu tej ciemnej plamki w mglistym oddaleniu. Zmniejszyła się znacznie, ale dawała znać o sobie przyzywając mię dawnymi wspomnieniami. Zdawało mi się, że byłoby niecnie z mej strony, gdybym ten świat opuścił zostawiając ową plamkę hen w dali, samotną, czekającą na znak losu, znak, który nie objawi się nigdy!

Uczucie więc, tylko uczucie – jak z tego widać – skłoniło mnie ostatecznie do podjęcia trudów i ryzyka powrotu. Gdy ruszyłem zwolna ku porzuconemu zrębowi powieści, zamajaczył przede mną wysoko wśród lśniących płycizn wybrzeża, samotny, lecz nie odpychający. Nie przypominał wcale posępnych szczątków okrętu. Tkwiło w nim utajone życie. Rozróżniałem jedną po drugiej znajome twarze, oczekujące mnie z lekkim uśmiechem zadowolenia, świadczącym, że mię poznają. Wiedziały dobrze, że muszę do nich powrócić. Ale ich oczy patrzyły we mnie z powagą, czego się też należało spodziewać – ponieważ i ja sam byłem w bardzo poważnym nastroju, znalazłszy się znów między nimi po latach nieobecności. Od razu, nie tracąc czasu, wzięliśmy się razem do pracy nad wskrzeszeniem naszego życia. I z każdą chwilą czułem silniej, że Ci, co Czekali, nie mają żalu do człowieka, który – choć nawędrował się ongi po szerokim świecie – raz tylko w życiu wypuścił się na wagary.

J.C.

1920

Część I

Człowiek i bryg

Płytkie morze, które się pieni i szemrze u wybrzeży tysiąca wielkich i małych wysp Malajskiego Archipelagu, było przez wieki widownią awanturniczych przedsięwzięć. Wady i zalety czterech narodów uwydatniły się przy zdobywaniu tej krainy, która aż po dziś dzień nie została odarta z tajemnicy i romantycznego uroku swej przeszłości – a rasa ludzi walczących ongi przeciw Portugalczykom, Hiszpanom, Holendrom i Anglikom nie uległa zmianie mimo nieuchronnej klęski. Ci ludzie zachowali po dziś dzień umiłowanie wolności, fanatyczne przywiązanie do wodzów, ślepą wierność w przyjaźni i nienawiści – wszystkie swe skłonności zgodne z prawem lub prawu przeciwne. Kraj ich z lądu i wody złożony – gdyż morze było ich krajem tak jak i ziemia tych wysp – stał się łupem zachodniej rasy jako nagroda za większą siłę, jeśli nie za wyższą moralność. Prąca naprzód cywilizacja za trze jutro ślady długiej walki dopełniając niezawodnego zwycięstwa.

Zdobywcy, którzy rozpoczęli tę walkę, nie mają już dziś następców. Pojęcia świata zmieniły się na to za szybko. Ale mieli naśladowców nawet jeszcze w drugiej połowie tego wieku. Widzieliśmy, jak jeden z nich, prawie nam współczesny – rycerski awanturnik wierny swym porywom, człowiek o wielkiej duszy i szlachetnym sercu – oparł podwaliny kwitnącego państwa na gruncie współczucia i sprawiedliwości. Uznał po rycersku roszczenia zwyciężonych; był zdobywcą bezinteresownym, a nagrodą jego szlachetnych instynktów jest cześć, z jaką obca, a wierna rasa miłuje jego pamięć.

Choć nie zrozumiano go i zniesławiono za życia, chwała jego dzieła świadczy o czystości jego pobudek. Dziś człowiek ten należy do historii. Ale byli jeszcze inni – nieznani awanturnicy nie mający za sobą jego urodzenia, pozycji i inteligencji; podzielali tylko jego uczucia dla leśnego i morskiego ludu, który on tak głęboko znał i kochał. Nie można powiedzieć o tych ludziach, że zostali zapomniani, skoro nie znano ich nigdy. Ginęli w pospolitym tłumie kupców-żeglarzy Archipelagu, a jeśli stawali się głośni, to tylko gdy ich skazywano za wykroczenia przeciw prawu. Roztrwonili życie dla sprawy, której nie wolno było istnieć w obliczu nieubłaganego, zorganizowanego postępu – roztrwonili swe bezmyślne życie, kierowane prostym uczuciem.

Lecz dla niewielu ludzi znających tamte dzieje ci marnotrawcy zabarwili romantyzmem krainę płytkich wód i wysp lasami okrytych, leżącą daleko na wschodzie między głębokimi wodami dwóch oceanów – i wciąż tajemniczą.

I

Z gładkiego błękitu morskiej płycizny dźwiga się Carimata, jałowa wyniosłość o szarym i żółtym zabarwieniu, o szczytach płowych i nieurodzajnych. Ku zachodowi widać Suroeton, oddzielony wąskim pasem wody, wysepkę o wygiętym zarysie przełęczy, podobnym do grzbietu pochylonego olbrzyma. A na wschód leży grupa drobnych wysepek, zatartych i niewyraźnych; mgliste ich kontury zdają się rozpływać w gromadzących się cieniach Noc postępuje od wschodu w ślad za cofającym się słońcem, posuwa się zwolna, chłonąc ląd i morze; ląd poszarpany, udręczony i stromy; morze równe, nęcące gładzią wygodnej, jednolitej powierzchni do wędrówek łatwych i nieskończonych.

Wiatru nie było i mały bryg, który stał przez całe popołudnie kilka mil na północo-zachód od Carimaty, posunął się w tym czasie zaledwie o pół mili. Spokój był zupełny – martwy, tępy spokój, cisza martwego morza i martwego powietrza Jak okiem sięgnąć, panował bezwład. Nic się nie poruszało ani na ziemi, ani na wodzie, ani ponad nimi w niezamąconej wspaniałości nieba. Na równej powierzchni cieśniny bryg tkwił spokojny i prosty, jakby spojony mocno, kilem w kil, z własnym wizerunkiem odbitym w olbrzymim, nieobramionym zwierciadle morza Na południu i wschodzie podwójne wyspy strzegły w milczeniu podwójnego okrętu, który zdawał się tkwić między nimi na zawsze – zwątpiały więzień bezruchu, nieporadny jeniec płytkiego morza.

Już od południa lekkie i kapryśne powiewy tych mórz rzuciły mały bryg na pastwę nierychłego losu; dziób statku obrócił się wolno na zachód, a koniec smukłej i wygładzonej rei bukszprytowej, wystający śmiało za wdzięcznie wygięty dziób okrętu, godził w wieczorne słońce jak włócznia ważąca się wysoko w dłoni wroga Z prawej strony juty, tuż przy kole, sternik malajski stał wparłszy mocno nogi w kratę i tęgim chwytem trzymał szprychy pod kątem prostym, jak gdyby okręt żeglował pod sztormowym wiatrem. Sternik stał bez drgnienia jak skamieniały, gotów puścić w ruch koło natychmiast, gdy los pozwoli brygowi ruszyć w drogę przez oleiste morze.

Drugą ludzką istotą obecną wówczas na pokładzie był oficer pełniący służbę, biały człowiek niskiego wzrostu, krępy, o wygolonych policzkach, siwiejącym wąsie i twarzy powleczonej szkarłatem przez palące słońce i ostre, słone wiatry mórz. Zrzucił poprzednio lekką kurtkę i miał na sobie tylko białe spodnie i cienką perkalową koszulę; skrzyżowawszy na piersi krzepkie ramiona, wyglądające jak dwa grube kawały surowego mięsa, krążył po jucie od burty do burty. Na bosych nogach miał słomiane sandały, a głowę osłaniał mu olbrzymi korkowy kapelusz – niegdyś biały, lecz teraz bardzo brudny – który nadawał całej postaci wygląd dziwacznego, poruszającego się grzyba. Niekiedy oficer przerywał swą niespokojną wędrówkę przez trap juty i stawał nieruchomo, utkwiwszy niepewny wzrok w spokojnej wodzie, gdzie się bryg odbijał. Mógł widzieć także tam w dole swą głowę i ramiona wychylające się znad burty; stał długo, jakby pociągnięty własnymi rysami, i mruczał niewyraźne przekleństwa na ciszę, która leżała na statku jak niewzruszony ciężar – niezmierny i palący.

W końcu westchnął głęboko, zmusił się do wielkiego wysiłku i oderwawszy się od burty zdołał się dowlec w swych sandałach aż do stojaka z busolą. Tu zatrzymał się znowu, wyczerpany i znudzony. Spod uchylonych szyb pobliskiego luku świetlnego nad kabiną dochodziło nikłe ćwierkanie kanarka, które zdawało się sprawiać marynarzowi pewną przyjemność. Przysłuchiwał się, uśmiechnął się z lekka, szepnął: „Dicky, biedny Dick” – i pogrążył się znów w niezmiernej ciszy świata. Oczy jego zamknęły się, a głowa zwisła nad gorącym mosiądzem pokrywającym wierzch stojaka z busolą. Nagle targnął się w górę i rzekł ostro zachrypłym głosem:

– Ty tam, śpisz, czy co? Ster na drugą stronę. Statek się cofa.

Malaj, bez najlżejszej zmiany w rysach czy pozie, jak gdyby był bezdusznym przedmiotem powołanym nagle do życia przez ukryty czar tych słów, obrócił szybko koło przepuszczając szprychy między rękami; a gdy ruch ustał ze zgrzytliwym hałasem, ujął je znów i trzymał ponuro. Jednak po chwili zwrócił zwolna głowę ku ramieniu, spojrzał na morze i rzekł upartym tonem:

– Nie chwycić wiatr – nie ma droga.

– Nie chwycić, nie chwycić; to wszystko, co wiesz – burknął marynarz o czerwonej twarzy. – Chwytaj ręka za ręką, mój Ali – ciągnął z nagłą pobłażliwością. – Za chwilę schwycisz wiatr, a wtedy ster będzie narychtowany jak trzeba. Rozumiesz?

Nieczuły wilk morski zdawał się nic nie słyszeć i nic nie rozumieć. Biały popatrzył z niesmakiem na niewzruszonego Malaja, obrzucił wzrokiem horyzont, spojrzał znów na sternika i rozkazał krótko:

– Z powrotem ster. Czy nie czujesz powiewu od rufy? Stoisz jak malowany.

Malaj obrócił znów szprychy ze wzgardliwym posłuszeństwem, a człowiek o czerwonej twarzy skierował się ku przodowi mrucząc coś pod nosem, gdy przez otwarty luk świetlny dobiegło go wołanie: „Hej, wy tam na pokładzie!” Stanął jak wryty, a wyraz jego twarzy zmienił się raptownie na uważny i pełen uprzejmości.

– Jestem, panie kapitanie – rzekł pochylając ucho ku otworowi.

– Cóż tam się dzieje na górze? – zapytał głęboki głos z dołu.

Mężczyzna o czerwonej twarzy rzekł zdziwionym tonem:

– Słucham, panie kapitanie?

– Słyszałem, jak obracaliście ster z burty na burtę. Co pan tam robi, panie Shaw? Czy wiatr się pokazał?

– Ta-ak – przeciągnął Shaw wtykając głowę pod szyby i mówiąc do mroku w kajucie. – Zdawało mi się, że jest lekki wietrzyk, i... ale teraz już ustał. Nigdzie ani powiewu pod niebem.

Cofnął głowę i chwilę czekał przy luku, ale słyszał tylko ćwierkanie niestrudzonego kanarka, słabiuchny świegot, który zdawał się sączyć przez zwisające czerwone kwiaty geranii rosnące w doniczkach pod szybami. Odszedł powoli parę kroków dalej, kiedy głos z dołu zawołał prędko:

– Panie Shaw! Czy pan jest?

– Jestem, panie kapitanie – odrzekł wracając.

– Czy ruszyliśmy z miejsca tego popołudnia?

– Ani na cal, panie kapitanie, ani na cal. Zupełnie jakbyśmy stali na kotwicy.

– To tak zawsze – rzekł niewidzialny Lingard. Głos jego zmieniał natężenie stosownie do jego poruszeń w kajucie i wybuchnął niebawem jasnym dźwiękiem w chwili, gdy głowa jego ukazała się nad zasuwą tambuczy. – Zawsze tak jest! Prądy zaczynają się dopiero, gdy już ciemno i człowiek nie może zobaczyć, na jakie paskudztwo woda go niesie, no a wtedy przychodzi Wiatr. I to prosto od rufy – jakbym go widział.

Shaw wzruszył z lekka ramionami, Małaj u steru dał nurka w luk świetlny kabiny, aby spojrzeć aa zegar, po czym pociągnął dwa razy mały dzwonek na rufie Natychmiast z przodu na głównym pokładzie rozległ się ostry, przeciągły gwizd, który zmiękł i zamarł w ciszy. Władca brygu wynurzył się z luku schodni na pokład, spojrzał w górę na skantowane reje i z progu ogarnął horyzont przeciągłym spojrzeniem.

Miał lat około trzydziestu pięciu, prosty był i gibki. Poruszał się swobodnie, raczej jak człowiek zwykły przemierzać równiny i wzgórza niż jak ten, który od najwcześniejszej młodości przywykł do przeciwdziałania nagłymi zgięciami ciała wznoszeniu się i chybotom ciasnego pokładu na małych statkach, miotanych kaprysami gniewnego lub rozigranego morza.

Miał na sobie popielatą flanelową koszulę, a białe jego spodnie przytrzymywała błękitna jedwabna szarfa, owinięta ciasno wkoło smukłych bioder. Wyszedł z kajuty tylko na chwilę, ale przekonawszy się, że główny marsel rzuca cień na rufę, pozostał z gołą głową na pokładzie. Jasne, kasztanowate włosy wiły się z lekka na jego kształtnej głowie, a przystrzyżona broda mieniła się jaskrawo, gdy mijał wąski pas słońca, jakby każdy jej włosek był falistym i cieniuchnym złotym drucikiem. Usta Lingarda ginęły pod gęstymi wąsami; nos był prosty, krótki, o lekko stępionym końcu; szeroki pas mocniejszej czerwieni leżał pod oczami i przylegał do kości policzkowych. Oczy nadawały twarzy szczególny wyraz. Brwi, ciemniejsze od włosów, kreśliły prostą linię pod szerokim, gładkim czołem, znacznie bielszym od ogorzałej twarzy. Siwe oczy, gorejące jak gdyby blaskiem ukrytego ognia, mieniły się czerwonymi błyskami, co nadawało badawczość i zapał spokojnemu ich spojrzeniu.

Ten człowiek, tak dobrze niegdyś znany, a dziś zapomniany tak zupełnie wśród czarownych i nieczułych brzegów płytkiego morza, miał wśród kolegów przezwisko „Czerwonookiego Toma”. Dumny był ze swego szczęścia, ale bynajmniej nie ze swego rozsądku. Pysznił się swym brygiem, szybkością swego okrętu, który uchodził za najzwinniejszy statek na tych wodach; pysznił się także tym, co statek przedstawiał.

A bryg przedstawiał owoc szczęśliwej wyprawy na Wiktoriańskie pola złotodajne; przedstawiał przezorną wstrzemięźliwość właściciela, długie dni snutych przezeń planów i pełnego oddania trudu przy budowie; wielką radość jego młodych lat i niezrównanej wolności mórz; idealny, bo wędrowny, dom; niezależność Lingarda, jego miłość – i jego troskę. Słyszał często, jak ludzie mówili, że Tom Lingard nie dba o nic na świecie prócz swego brygu – i z uśmiechem poprawiał w myśli to zdanie, dodając, że nie dba o nic żywego – prócz brygu.

Dla niego bryg był równie pełen życia jak i szeroki świat. Czuł jego żywotność w każdym ruchu, w każdym chybnięciu się, w każdym przechyleniu ostrokończastych masztów, tych masztów, których malowane gałki dla oczu żeglarza poruszają się wiecznie na tle chmur albo na tle gwiazd. Ten statek był mu zawsze drogi – jak dawna miłość; zawsze pożądany – jak obca kobieta; zawsze pełen tkliwości – jak matka; zawsze wierny – jak ukochane dziecię ojcowskiego serca.

Lingard stał nieraz godzinami z łokciem na burcie, z głową wspartą na dłoni i słuchał – słuchał w sennej ciszy pieszczotliwego i pełnego obietnic szeptu morza, które sunęło w szybko niknących bańkach wzdłuż gładkich, pomalowanych na czarno boków statku. Co przewijało się w takich chwilach samotnej zadumy przez duszę tego potomka wielu rybackich pokoleń z wybrzeży Devonu – człowieka, który jak większość ludzi z jego sfery był głuchy na subtelne głosy świata i ślepy wobec tajemniczych jego przejawów, który zawsze był gotów zmierzyć się z konkretną rzeczywistością, bez względu na warunki jak najbardziej nieoczekiwane, przerażające lub groźne, ale jak dziecko był bezbronny wobec ukrytych porywów własnego serca; jakie były myśli tego człowieka, gdy popadł w marzący nastrój – trudno powiedzieć.

Zapewne i jego – jak większość z nas – unosił niekiedy poryw budzącego się liryzmu w krainy czarujące, puste i niebezpieczne. Ale – jak większość z nas – nieświadom był swych bezpłodnych podróży ponad absorbującymi troskami tej ziemi. Jednak owe chwile, niewątpliwie bezsensowne i stracone, rzucały na poprzednie życie tego człowieka coś na kształt gorejącej, pogodnej poświaty, która łagodziła kanty jego szorstkiej natury. Takie chwile zacieśniały więzy pomiędzy nim a brygiem.

Lingard zdawał sobie sprawę, że jego mały stateczek jest w stanie dać mu to, czego on sam nie mógłby uzyskać od nikogo i od niczego na świecie: coś, co stanowiło najistotniejszą jego własność. Zależność tego krzepkiego mężczyzny o wydatnych kościach i muskułach od posłusznej rzeczy z drzewa i żelaza nabierała przez to jego poczucie tajemniczego dostojeństwa miłości. Statek miał wszystkie zalety żywej istoty: szybkość, posłuszeństwo, ufność, wytrzymałość, piękno, zdolność do działania i cierpienia – wszystko prócz życia. Człowiek był natchnieniem tej rzeczy, którą uważał za najdoskonalszą w swoim rodzaju. Jego wola była wolą statku, myśl – impulsem; to on tchnął weń życie. Lingard czuł to wszystko niejasno, nie wyrażając nigdy tego uczucia w bezgłośnej formule myśli. Jedynym jego ukochaniem był ten statek, bryg o objętości trzystu czternastu ton – całe królestwo!

A teraz władca chodził miarowo po pokładzie swego królestwa – barczysty, z gołą głową Stąpał rozkołysanym krokiem, machając swobodnie ramionami jak człowiek wyruszający w pole na piętnastokilometrową przechadzkę; ale co dwanaście kroków musiał nagle zawracać i iść z powrotem aż do poręczy.

Shaw założył ręce za pas i wparł się obu łokciami w burtę; zdawało się, że spogląda na pokład między nogami. W rzeczywistości zaś wpatrywał się w domek z malutkim frontowym ogródeczkiem, zagubiony w labiryncie nadrzecznych ulic na wschodnim krańcu Londynu. Shawa męczyła trochę okoliczność, że nie mógł dotychczas zawrzeć znajomości ze swym synem liczącym osiemnaście miesięcy – i to właśnie wywołało odlot jego fantazji w mroczną rodzinną atmosferę. Lecz był to spokojny lot, po którym nastąpił szybki powrót. Nim upłynęły dwie minuty, Shaw znalazł się znów aa brygu – „w pogotowiu” – jak zwykle mawiał. Pysznił się tym, że jest zawsze „w pogotowiu”.

W stosunku do majtków był porywczy i szorstko się do nich odzywał. Każdemu ze swych zwierzchników okazywał na zewnątrz tyle uszanowania, ile tylko potrafił, wewnętrznie zaś był z zasady wrogo względem nich usposobiony; tak rzadko który z kapitanów należał według niego do gatunku ludzi „w pogotowiu”.

Co się tyczy Lingarda, z którym pracował dopiero od niedawna – a dostał się na bryg w Madras Roads rzuciwszy wskutek kłótni i bójki z kapitanem statek wracający do kraju – otóż dla Lingarda miał dosyć dużo uznania, choć stwierdzał z żalem, że i ten szyper – jak większość ludzi – miał pewne idiotyczne manie; Shaw określał je jako „kiełbie we łbie”.

Był to człowiek – wielu się takich spotyka – mający istotną wartość tylko dla siebie samego i pozbawiony znaczenia poza tym, że pełnił obowiązki głównego pomocnika na brygu i był jedynym białym z załogi obok kapitana. Czuł się nieskończenie wyższy od żeglarzy malajskich, z którymi miał do czynienia, i traktował ich z wyniosłą pobłażliwością, choć był przekonany, że w razie czego okaże się dobitnie, i wszystkie te draby nie są „w pogotowiu”.

Z chwilą gdy duch jego wrócił ze swego domowego urlopu, Shaw oderwał się od burty i posunąwszy się naprzód stanął przy trapie juty spoglądając wzdłuż sztymborku głównego pokładu. Lingard ze swej strony zatrzymał się także i patrzył przed siebie z roztargnieniem. Na śródokręciu, między wąskimi belkami przymocowanymi z każdej strony luku ładunkowego, mógł widzieć gromadkę ludzi przycupniętych wkoło drewnianej tacy naładowanej kopiasto ryżem i stojącej na świeżo zamiecionej podłodze. Milczący mężczyźni o ciemnych twarzach i łagodnych oczach siedzieli w kucki i pojadali godnie z przejęciem, które nie wyłączało powściągliwości.

Z całej gromadki tylko dwóch czy trzech miało sarongi, gdyż pozostali ulegli – przynajmniej na morzu – poniżającemu zwyczajowi: nosili europejskie spodnie. Dwóch siedziało na belkach. Jeden z nich – mężczyzna o dziecinnej, jasnożółtej twarzy i zarozumiałym, głupkowatym uśmiechu pod kosmykami twardych, prostych wąsów, zabarwionych na kolor mahoniowy – był tindalem załogi – czymś w rodzaju pomocnika bosmana, czyli seranga. Drugi, siedzący na bomie obok niego, był prawie zupełnie czarny, niewiele większy od dużej małpy, a pomarszczona jego twarz miała wyraz komicznej dzikości, która charakteryzuje często ludzi z południowo-wschodniego wybrzeża Sumatry.

Był to kassab, czyli szafarz, piastujący godność wygodną i pełną dostojeństwa. Kassab był jedynym spośród wieczerzającej załogi, który zauważył obecność dowódcy na pokładzie. Szepnął coś do tindala; ten zsunął natychmiast na bok głowy swój stary kapelusz, który to bezsensowny gest nadał mu minę skończenie głupkowatą. Pozostali usłyszeli również szept kassaba, lecz w dalszym ciągu pożywiali się sennie, podnosząc pajęczymi ruchami chude ramiona.

Słońce znajdowało się mniej więcej o stopień nad horyzontem i z nagrzanej powierzchni wód zaczęła się podnosić lekka mgła; nikła mgiełka, niewidzialna dla ludzkiego oka, dość jednak silna, aby zmienić słońce w czerwoną, rozżarzoną tarczę, pionową i gorącą, która staczała się powoli na kraniec poziomej i zimnej na pozór tarczy połyskliwego morza. Oba krańce zetknęły się i krągła przestrzeń wód nabrała nagle tonu mrocznego jak zmarszczenie brwi, głębokiego jak ponura zaduma o złym.

Zdawało się, że senne wody zatrzymały na chwilę spadające słońce, z którego strzelił ku nieruchomemu brygowi po ciemnej powierzchni morza szlak światła prosty i jaśniejący, równy i wspaniały, ścieżka ze złota, purpury i fioletu – olśniewająca i straszliwa – która prowadziła jak gdyby z ziemi prosto w niebo przez wrota chlubnej śmierci. Jaśniejący szlak zwolna płowiał. Światło zostało pokonane przez morze. Wreszcie pozostał w oddali tylko szczątek słońca, jak czerwona iskra unosząca się na wodzie. Ociągała się jeszcze czas jakiś i nagle – bez ostrzeżenia – zagasła, jakby zduszona zdradziecką ręką.

– Zaszło! – krzyknął Lingard, któremu wymknęła się ta ostatnia chwila zachodu, choć cały czas patrzył bacznie na słońce. – Zaszło! Panie Shaw, popatrz no pan, fetor a jest na zegarze w kabinie!

– Zdaje mi się, że czas prawie zupełnie się zgadza, panie kapitanie. Trzy minuty po szóstej.

Sternik uderzył ostro w dzwon cztery razy. Inny bosy majtek przesunął się po dalszej stronie rufy, aby zluzować człowieka przy kole, a serang brygu wszedł po trapie, gdyż miał objąć po Shawie pieczę nad pokładem. Podszedł do kompasu i czekał stojąc w milczeniu.

– Serangu, weźmiesz kurs południowo-wschodni, jak będzie wiatr – rzekł Shaw wyraźnie.

– Południowo-wschodni – powtórzył podstarzały Malaj z głęboką powagą.

– Dasz mi znać, gdy statek ruszy – dodał Lingard.

– Ya, tuan – odrzekł Malaj spoglądając szybko na niego. – Wiatr się zbliża – mruknął.

– Ja też tak myślę – szepnął Lingard jakby do siebie.

Cienie gromadziły się szybko wkoło brygu. Mulat wytknął głowę z kajuty i zawołał:

– Gotowe, panie kapitanie.

– Panie Shaw, chodźmy coś przegryźć – rzekł Lingard. – Ale, ale, rozejrzyj no się pan przed zejściem na dół. Ciemno już będzie, gdy wrócimy.

– Z pewnością, panie kapitanie – rzekł Shaw biorąc lunetę i przykładając ją do oczu. – Cóż to za przeklęta sztuka – mówił urywanym głosem, majstrując przy szkłach, wsuwając je i wysuwając – jakoś nie mogę, ani rusz. No! utrafiłem nareszcie!

Obrócił się zwolna na pięcie, trzymając koniec rury na widnokręgu. Potem zamknął instrument z trzaskiem i rzekł stanowczo:

– Nie widać nic, panie kapitanie.

Zszedł na dół za Lingardem zacierając wesoło ręce. Przez długą chwilę milczenie panowało na rufie. Potem majtek u koła odezwał się sennie:

– Czy malim powiedział, że nie ma nic na morzu?

– Tak – mruknął serang nie patrząc na stojącego za nim człowieka.

– Między wyspami była łódź – wyrzekł majtek bardzo cicho.

Serang stał wyprostowany i sztywny obok kompasu, z rękami splecionymi na plecach i z lekka rozstawionymi nogami. Jego twarz, którą trudno już było rozróżnić, nie wyrażała nic zgoła – jak drzwi kasy.

– Słuchajże, co mówię – nalegał sternik łagodnym tonem.

Zwierzchnik nie poruszył się wcale. Wilk morski pochylił się nieco z wysokości kraty przy kole.

– Widziałem łódź – szepnął z odcieniem tkliwego uporu jak kochanek błagający o łaską. – Widziałem łódź. Hadżi Wasub! Ya! Hadżi Wasub!

Serang był ongi po dwakroć pielgrzymem i nie okazał się obojętny na dźwięk należnego mu tytułu. Posępny uśmiech zjawił się na jego twarzy.

– Widziałeś płynące drzewo, o, Sali – rzekł ironicznie.

– Ja jestem Sali i moje oczy są lepsze od zaczarowanej mosiężnej rzeczy, która rozciąga się na wielką długość – rzekł uparty sternik. – Łódź była tam, tuż za wyspą lezącą najdalej na wschód. Tam była łódź, a ci, co w niej siedzieli, mogli widzieć statek pod zachodnie światło – chyba że są ślepcami zagubionymi na morzu. Widziałem łódź. Czy widziałeś ją także, o Hadżi Wasub?

– Czy ja jestem tłustym białym mężczyzną? – warknął serang. – Byłem człowiekiem morza przed twoim urodzeniem, o Sali! Mamy rozkaz milczeć i pilnować steru, aby okrętowi nie stało się nic złego.

Po tych słowach wrócił do swej nieugiętej wyniosłości. Stał z nogami nieco rozstawionymi obok kompasu, bardzo sztywny i wyprostowany. Oczy jego wędrowały nieustannie od oświetlonej róży kompasu do mrocznych żagli brygu i z powrotem, a ciało było nieruchome, jakby wycięte z drzewa i wbudowane w okręt. Tak to Hadżi Wasub, serang brygu „Błyskawica”, pełnił kapitańską wachtę z wytężoną i baczną gotowością, niestrudzony i czujny – niewolnik obowiązku.

W pół godziny po zachodzie ciemność objęła ziemię i niebo w niepodzielne panowanie. Wyspy rozpłynęły się w nocy. A mały bryg, tkwiący tak spokojnie na gładkiej wodzie cieśniny, zdawał się spać głęboko, otulony wonnym płaszczem gwiezdnego blasku i ciszy.

II

Było wpół do dziewiątej, gdy Lingard zjawił się znów na pokładzie Shaw – teraz już w kurtce – dreptał tam i z powrotem po rufie, ciągnąc za sobą zapach tytoniowego dymu. Iskra żarząca się niejednolicie zdawała się biec w ciemności przed okrągłym zarysem jego głowy. Nad masztami brygu kopuła czystych niebios pełna była świateł, które migotały jak gdyby pod wpływem potężnych oddechów, miotających tam wysoko płomieniami gwiazd. Zupełna cisza objęła pokłady, a gęste cienie zalegające statek miały wygląd tajnych zakątków, w których się kulą postacie czekające w głuchym milczeniu na jakiś fakt decydujący. Lingard potarł zapałkę, aby zapalić cygaro; potężna jego twarz ze zmrużonymi oczami wystąpiła na chwilę z ciemności i znikła raptownie. Potem już dwie ciemne postacie i dwie czerwone iskry krążyły po rufie tam i z powrotem. Większe, lecz bledsze i podłużne plamy światła od lamp kompasu leżały na mosiężnych okuciach steru i na piersi Malaja stojącego przy kole. Głos Lingarda, jakby niezdolny do opanowania olbrzymiej ciszy morza, zabrzmiał głucho i bardzo spokojnie, bez zwykłego głębokiego tonu.

– Niewiele się zmieniło, panie Shaw.

– Niewiele, panie kapitanie. Widzę już tylko wyspę, tę wielką – ciągle w tym samym miejscu. Przychodzi mi na myśl, że pod względem ciszy to jest psia okolica.

Rozciął na dwie części słowo okolica przedzielając je dobitną pauzą. Takie ładne słowo. Zadowolony był z siebie, że przyszło mu na myśl. Ciągnął dalej:

– Więc... już od południa ta wielka wyspa...

– Carimata, panie Shaw – przerwał Lingard.

– Tak, panie kapitanie, właśnie – Carimata. Muszę zaznaczyć, że będąc obcym w tych stronach, nie wprawiłem się w te wszystkie...

Chciał powiedzieć „nazwy”, ale zatrzymał się i zamiast tego rzekł „miana” wymawiając z lubością obie sylaby.

– W ciągu ostatnich piętnastu lat – ciągnął dalej – żeglowałem regularnie na dużych statkach linii wschodnio-indyjskiej. Czuję się bardziej u siebie tam – w zatoce.

Wyciągnął rękę w ciemność ku północo-zachodowi i patrzył z natężeniem w tym kierunku, jakby mógł dojrzeć z pokładu tę Zatokę Bengalską, gdzie – jak twierdził – czułby się o tyle bardziej u siebie.

– Przyzwyczai się pan szybko – mruknął Lingard mijając swego pomocnika prędkim, rozkołysanym krokiem. Potem zawrócił i spytał ostro, idąc z powrotem:

– Mówił pan, że po zachodzie nie było nic widać na morzu?

– O ile mogłem dojrzeć, panie kapitanie. Kiedy o ósmej objąłem pokład, spytałem tego seranga, czy co się nie pokazało; o ile zrozumiałem, odpowiedział, że akurat to samo jest na morzu co i przedtem, kiedy schodziłem o szóstej z pokładu. To morze bywa czasem bardzo puste, prawda, panie kapitanie? A tymczasem zdawałoby się, że o tej porze statki wracające z Chin do kraju powinny się trafiać często gęsto.

– Tak – rzekł Lingard – spotkaliśmy mało statków od czasu, gdy „Pedra Branca” została za rufą. Tak jest, morze było puste. Ale mimo wszystko, panie Shaw, to morze – nawet puste – nie jest nigdy ślepe. Każda wyspa jest okiem. A teraz, odkąd nasza eskadra wyruszyła na chińskie wody...

Nie skończył zdania. Shaw włożył ręce do kieszeni i oparł się wygodnie plecami o pokrywę luku świetlnego.

– Mówią, że będzie wojna z Chinami – rzekł plotkarskim tonem – i że Francuzi będą po naszej stronie, tak jak pięć lat temu na Krymie. Zdaje mi się, że coraz bardziej kumamy się z Francuzami. Nie mam o tym wyraźnego zdania. A co pan myśli, panie kapitanie?

– Spotykałem ich statki wojenne na Oceanie Spokojnym – rzekł zwolna Lingard. – Statki były piękne, a ludzie na nich obchodzili się ze mną dość grzecznie – i bardzo się interesowali tym, co robię – dodał ze śmiechem. – Ale nie jeździłem tam, aby z nimi wojować. Miałem wtedy stary zbutwiały kuter handlowy – ciągnął z ożywieniem.

– Doprawdy, panie kapitanie? – rzekł Shaw bez cienia zapału. – Żeby tak mieć duży statek – uważa pan, taki duży statek, z którym można by...

– A później już, przed kilku laty – przerwał mi Lingard – zaprzyjaźniłem się z francuskim szyprem w Ampanamie; było nas tylko dwóch białych w całym mieście. To był dobry chłop i nie żałował swego czerwonego wina. Trudno było zrozumieć, gdy mówił po angielsku, ale umiał śpiewać pieśni w swoim języku o ah-mur. Ah-mur, panie Shaw, to znaczy po francusku miłość.

– Aha – właśnie, panie kapitanie Kiedy byłem drugim oficerem na barce sunderlandzkiej, w czterdziestym pierwszym, na Morzu Śródziemnym, równie mi było łatwo władać ich mową jak na przykład panu pięciocalową cumą przerzuconą przez bok okrętu.

– Tak, to był człowiek jak się patrzy – ciągnął Lingard w zamyśleniu jak gdyby do siebie. – Nie znałem lepszego kompana do lądowych wycieczek. Miał raz historię z dziewczyną z Bali, która rzuciła mu z progu czerwony kwiat; szliśmy właśnie złożyć uszanowanie bratankowi radży. Francuz był doprawdy bardzo przystojny, ale dziewczyna należała do bratanka radży i zrobiła się z tego poważna sprawa. Stary radża rozgniewał się i powiedział, że dziewczyna musi umrzeć. Zdaje mi się, że bratankowi nie zależało specjalnie na tym, aby ją zasztyletowali, ale stary zrobił wielką awanturę i posłał jednego ze swych głównych zauszników, żeby tego dopilnować – a dziewczyna miała nieprzyjaciół; właśni jej krewni byli przeciwko niej! Nie mogliśmy nic zrobić. Pomyśl pan, między nimi dwojgiem nie było nic prócz tego nieszczęśliwego kwiatu, który Francuz przypiął sobie do kurtki – a potem, po śmierci dziewczyny, nosił pod koszulą zawieszony na szyi w małym pudełeczku Zdaje mi się, że nie miał nic innego, w czym by to mógł nosić.

– Czyżby te dzikusy zabijały za taką rzecz kobietę? – spytał Shaw niedowierzająco.

– Oho! Oni tam są bardzo moralni. Wtedy to pierwszy raz w życiu o mało co nie rozpocząłem wojny na własną rękę. Nie umieliśmy trafić do przekonania tym ludziom. Nie można ich było przekupić, choć Francuz oddawał wszystko, co miał najlepszego, a ja byłem gotów poprzeć go do ostatniego dolara, do ostatniego skrawka bawełny! Nic nie pomogło – tacy byli przeklęcie cnotliwi. No więc Francuz mówi do mnie: „Mój drogi, jeśli nie chcą przyjąć w darze naszego prochu, spalimy go i obdarujemy ich ołowiem”. Byłem uzbrojony tak, jak pan teraz widzi: sześć ośmiofuntowych armatek na głównym pokładzie i długa osiemnastofuntowa na przednim pomoście – a dalibóg, chciało mi się ją wypróbować. Może mi pan wierzyć! Ale Francuz miał tylko kilka starych muszkietów; te szelmy wykręcały się pięknymi słówkami – aż wreszcie pewnego dnia rano załoga łodzi ze statku Francuza znalazła dziewczynę martwą na wybrzeżu. To pokrzyżowało nam plany. Dla niej wszystkie zmartwienia były skończone, a żaden rozsądny człowiek nie będzie się bił za nieżywą kobietę. Ja tam nigdy nie byłem mściwy i – Bogiem a prawdą – przecież nie mnie rzuciła ten kwiat. Ale Francuza złamało to zupełnie. Zaczął się gryźć, nie robił żadnych interesów i wkrótce potem odpłynął. Pamiętam, że z tej wycieczki miałem ładny kawał grosza. Zdawało się, że z tymi słowami wyczerpały się wspomnienia Lingarda o owej wyprawie. Shaw stłumił ziewnięcie.

– Kobiety bywają przyczyną wielu kłopotów – rzekł beznamiętnie. – Przypominam sobie, że na „Morayshire” mieliśmy pasażera – starego pana – który opowiedział nam raz historię o starożytnych Grekach, co walczyli dziesięć lat o jakąś kobietę. Porwali ją Turcy czy też coś w tym rodzaju. W każdym razie walczyli w Turcji, w co mi łatwo uwierzyć Ci Grecy i Turcy to ciągle się bili. Mój ojciec był pierwszym oficerem na trzypokładowcu w bitwie pod Navarino – wtedy właśnie, gdyśmy szli na pomoc tym Grekom. Ale tamta historia o kobietę zdarzyła się długo przedtem.

– Naturalnie – mruknął Lingard przechylając się przez balustradę i śledząc przelotne błyski, które migały głęboko w wodzie wzdłuż dna statku.

– Tak. Świat się zmienił. W tamtych dawnych czasach ludzie byli jeszcze nieoświeceni. Mój dziadek był kaznodzieją i choć ojciec służył w marynarce wojennej, nie trzymam za wojną. Bić się to grzech; tak mówił staruszek i ja myślę tak samo Chyba że z Chińczykami i Murzynami czy też w ogóle z ludźmi, których trzeba ostro trzymać albo którym nie można przemówić do rozumu, bo za mało mają sensu w głowie, żeby pojąć, co dla nich jest dobre, choć tłumaczą im to ludzie o wiele od nich lepsi – misjonarze i tym podobne powagi Ale bić się dziesięć lat... I to o kobietę!

– Czytałem tę historię w jakiejś książce – rzekł Lingard; mówił w dół, przechylony przez burtę, jakby spuszczał delikatnie słowa na morze. – Czytałem o tym. Ta kobieta była bardzo piękna.

– To jeszcze gorzej, panie kapitanie. Ręczę panu, że to była taka sobie nicpotem Te pogańskie czasy nigdy już nie wrócą, Bogu dzięki. Dziesięć lat mordów i nieprawości! I to wszystko o kobietę Czyżby kto zrobił dziś coś podobnego? Czyby pan co zrobił? Czy pan...

Dźwięk dzwonu szarpniętego ostro przerwał przemowę Shawa. Wysoko w górze jakiś suchy blok pisnął krótko i rozpaczliwie niby z bólu. Ten dźwięk przeniknął spokój nocy aż do samego rdzenia i jak gdyby usunął powściągliwość, która hamowała głosy obu mężczyzn; zaczęli teraz mówić głośno.

– Spuść pan pokrywę na kompas – rzekł Lingard tonem zwierzchnika. – Świeci to jak księżyc w pełni. Należy pokazywać tylko te światła, które są konieczne, gdy stoimy nocą tak blisko lądu. Nie trzeba, aby nas widziano, gdy sami widzieć nie możemy – czy nie? Niech pan o tym pamięta, panie Shaw. Jakieś włóczęgi mogą się tu wałęsać...

– Myślałem, że skończono z tym raz na zawsze – rzekł Shaw majstrując koło pokrywy – odkąd sir Thomas Cochrane ze swą eskadrą zrobił porządek przed kilku laty wzdłuż wybrzeży Borneo. Ten to się nawojował, co? Słyszałem o tym od chłopców z szalupy „Diany”, którą naprawiano w Kalkucie, kiedy tam byłem na „Warwick Castle”. Wzięli tu w tej okolicy jakieś królewskie miasto leżące wyżej nad rzeką. O niczym innym nie gadali.

– Sir Thomas sprawił się porządnie – odrzekł Lingard – ale upłynie jeszcze dużo czasu, zanim to morze będzie równie bezpieczne jak kanał angielski w czasie pokoju. Mówiłem o tym świetle głównie po to, aby pouczyć pana o wszystkim, na co trzeba zwracać uwagę na tych morzach. Czy pan zauważył, jak mało statków malajskich widzieliśmy przez te wszystkie dni, co się – że tak powiem – włóczymy po tym morzu?

– Nie mogę powiedzieć, panie kapitanie, abym przywiązywał do tego faktu jakieś specjalne znaczenie.

– To znak, że coś się dzieje. Kiedy się puści jakąś wieść na te wody, wędruje od wyspy do wyspy; nie trzeba na to żadnego wiatru, który by ją pędził.

– Jestem sam marynarzem głębokich wód i przez całe życie żeglowałem spokojnie z portów angielskich – rzekł Shaw z wielką rozwagą – nie mogę więc twierdzić, że znam wszystkie szczególne właściwości tych okolic leżących poza uczęszczanymi drogami. Ale umiem pełnić wachtę w zwykły sposób i zauważyłem, że statki trafiały się rzadko w ostatnich dniach; zważywszy, że prawie co dzień mieliśmy ląd w pobliżu – to z tej, to z tamtej strony.

– Zapozna się pan prędko z tymi szczególnymi właściwościami, jak pan je nazywa, jeśli pan pozostanie ze mną jakiś czas – zauważył niedbale Lingard.

– Mam nadzieję, że pan kapitan będzie ze mnie zadowolony bez względu na to, czy pozostaniemy razem długo, czy krótko! – rzekł Shaw podkreślając te słowa dobitnym ich wymawianiem. – Człowiek, który spędził na słonej wodzie trzydzieści dwa lata swego życia, nie może nic więcej powiedzieć. Byłem oficerem na statkach angielskich przez ostatnich lat piętnaście i nie znam się na pogańskich obyczajach tych tu dzikusów, ale jeśli chodzi o obowiązki marynarza, znajdzie mnie pan kapitan zawsze w pogotowiu.

– Z wyjątkiem... sądząc z tego, co pan mówił przed chwilą... z wyjątkiem, jeśli trzeba będzie się bić – zaśmiał się Lingard.

– Bić się! Nie wiem o nikim, kto by chciał się bić ze mną. Jestem spokojnym człowiekiem, panie kapitanie, ale gdyby co do czego przyszło, potrafiłbym walczyć równie dobrze jak każdy z tych płaskonosych drabów, którymi musimy się zadowalać w braku porządnej załogi, złożonej z przyzwoitych chrześcijan. Bić się! – ciągnął z niespodzianą bojowniczością w głosie – bić się! Jeśli zjawi się ktoś, kto będzie chciał bić się ze mną, znajdzie mnie w pogotowiu – przysięgam!

– To doskonale. Doskonale – rzekł Lingard wyciągając ramiona nad głową i poruszając łopatkami. – Słowo dają, chciałbym już, aby przyszła bryza i pomogła nam stąd się wydostać. Dosyć mi spieszno, panie Shaw.

– Doprawdy, panie kapitanie; choć właściwie nie spotkałem jeszcze nigdy prawdziwego marynarza, któremu by nie było spieszno, gdy obrzydłe zaklęcie ciszy trzyma go za pięty. Jak przyjdzie bryza... niech pan posłucha, panie kapitanie!

– Słyszę – rzekł Lingard. – To krótka fala przypływowa, panie Shaw.

– I ja tak przypuszczam, panie kapitanie. Ale co za hałas. Rzadko kiedy słyszałem takie...

Na morzu pojawiło się w najdalszym polu widzenia pasmo kipiącej piany podobne do wąskiej, białej wstęgi ciągnionej szybko po gładkiej powierzchni wody za dwa końce zagubione w ciemności. Dotarło do brygu, przeszło pod nim, rozciągając się z obu stron – i z obu stron woda stała się hałaśliwa i rozbiła się na mnóstwo drobnych falek – mimikry niezmiernego wzburzenia. Lecz okręt wśród tego nagłego i głośnego zamieszania pozostał tak niewzruszony i spokojny, jak gdyby stał bezpiecznie uwiązany między kamiennymi ścianami zacisznego doku. Po krótkiej chwili smuga piany i szum, sunąc szybko na północ, znikły nagle dla wzroku i słuchu nie zostawiając śladu na niezmożonej ciszy.

– Otóż to jest bardzo ciekawe – zaczął Shaw. Lingard gestem nakazał mu milczenie. Zdawał się wciąż nasłuchiwać, jakby szum fal mógł odbić się echem, które spodziewał się usłyszeć. A męski głos, co przemówił na przodzie, miał w sobie istotnie coś z nieosobowego dźwięku głosów odbitych od twardych, wyniosłych skał i padających na puste przestrzenie morza, Głos odezwał się cicho w malajskim języku.

– Co tam? – zawołał Shaw. – Co takiego? Lingard powstrzymał go dotknąwszy jego ramienia i ruszył żwawo naprzód. Shaw poszedł za nim zdziwiony. Szybka wymiana niezrozumiałych słów, rzucanych w tył i naprzód poprzez cienie głównego pokładu od kapitana do wachtowego majtka i z powrotem, sprawiła, że oficer uczuł się z przykrością wyłączony z rozmowy. Lingard zawołał ostro na majtka:

– Co tam widzisz?

Odpowiedź natychmiastowa i szybka brzmiała:

– Ja słyszę, tuanie. Słyszę wiosła.

– Z której strony?

– Noc nas otacza. Słyszę je blisko.

– Ze strony bakortu czy sztymborku?

Tym razem nastąpiła zwłoka w odpowiedzi. Na rufie pod tylnym pomostem zaszurały bose nogi Ktoś kaszlnął. Wreszcie głos na przedzie rzekł niepewnie:

– Kanan.

– Zawołaj pan seranga, panie Shaw – rzekł Lingard spokojnie. – Trzeba zebrać załogę. Porozkładali się wszyscy na pokładach. Uważaj pan teraz. Coś jest blisko nas. To nieprzyjemnie czuć się tak zaskoczonym – dodał z rozdrażnieniem.

Przeszedł na prawą stronę statku i stanął nasłuchując z uchem zwróconym ku morzu, ująwszy jedną ręką więź tylną najwyższego masztu, ale nie mógł schwycić z tej strony żadnego dźwięku. Szaniec pełen był tłumionych szmerów. Nagle wzniósł się długi, ostry gwizd, rozbrzmiał głośno między płaszczyznami nieruchomych żagli i osłabł stopniowo, jak gdyby wymknął się i uszedł biegnąc po wodzie. Hadżi Wasub był już na pokładzie gotów wykonać rozkazy białego Cisza zapadła na brygu; wreszcie Shaw odezwał się spokojnie:

– Pójdę teraz na dziób, panie kapitanie razem z tindalem. Jesteśmy wszyscy na stanowiskach manewrowych.

– Dobrze, panie Shaw Bardzo dobrze. Uważaj pan, żeby nie dostali się na statek – ale ja nic nie słyszę. Żadnego szmeru. To musi być coś małego.

– Temu człowiekowi przyśniło się z pewnością Mam także dobre uszy, a...

Poszedł ku przodowi i koniec zdania zagubił się w niewyraźnym pomruku Lingard stał skupiwszy uwagę. Trzech majtków z dolnej wachty zjawiło się na tylnym pomoście i zakrzątnęło koło wielkiej skrzyni stojącej obok osłony kajutowego zejścia. Rozległ się grzechot i brzęk stalowej broni wydobywanej na pokład, ale ludzie nie zaszeptali nawet do siebie. Lingard patrzył spokojnie w noc, wreszcie potrząsnął głową.

– Serangu! – zawołał półgłosem.

Chudy, stary Malaj wbiegł po trapie tak zręcznie, że kościste jego stopy zdawały się nie dotykać schodów Stanął obok swego dowódcy z rękami założonymi za plecy – postać niewyraźna, lecz prosta jak strzała.

– Kto stał na wachcie? – spytał Lingard.

– Badrun, Bugis – rzekł Wasub w swój ostry, szarpany sposób.

– Nie słyszę nic! Badrun słyszał hałas w swojej głowie.

– Noc kryje łódkę.

– Widziałeś ją?

– Tak, tuanie. Mała łódka. Przed zachodem. Blisko lądu. Teraz kieruje się tutaj – jest już blisko. To ją właśnie słyszał Badrun.

– Więc dlaczego nie zameldowałeś? – spytał ostro Lingard.

– Malim meldował. Powiedział: „Nie ma nic” – ale ja ją widziałem. Skąd mogłem wiedzieć, jakie są jego myśli albo twoje, tuanie?

– Słyszysz co teraz?

– Nie. Zatrzymali się. Może zgubili z oczu okręt – kto wie? A może boją się...

– No, no – mruknął Lingard poruszając niespokojnie nogami. – Zdaje mi się, że kłamiesz. Jaka to łódź?

– Łódź białych. Czteroosobowa, zdaje mi się. Mała. Tuanie, słyszę ją znowu! Tam!

Wyciągnął ramię w kierunku poprzecznym do statku, potem opuścił je zwolna.

– Zbliżają się z tej strony – dodał stanowczo. Od przodu Shaw zawołał przestraszonym głosem:

– Coś jest na wodzie, panie kapitanie! Widać wyraźnie – przybija do przodu!

– Dobrze! – zawołał w odpowiedzi Lingard. Bryła czarniejszego mroku pojawiła się przed jego oczami. Płynęły od niej po wodzie angielskie słowa wypowiadane z rozwagą, jedno po drugim, jakby każde z nich musiało torować sobie własną, uciążliwą drogę poprzez głęboką ciszę nocy:

– Co – to – jest – za – okręt?

– Angielski bryg – odpowiedział Lingard po krótkiej chwili namysłu.

– Bryg! Myślałem, że wasz statek jest większy – ciągnął głos z morza z odcieniem rozczarowania w tonie pełnym rozwagi. – Wejdę na pokład, jeśli pan pozwoli.

– Nie! nie wchodź pan! – odkrzyknął ostro Lingard. Powolne cedzenie słów przez nie widzianego człowieka wydawało mu się obrażające i budziło nieprzyjazne uczucie. – Nie! nie wchodź pan, jeśli pan dbasz o całość swej łódki. Skąd się wzięliście? Kto jesteście? Ilu was tam jest?

Po tych dobitnych pytaniach nastąpiła chwila ciszy. Tymczasem zarys łodzi stał się nieco wyraźniejszy. Widać posunęła się jeszcze naprzód, gdyż zamajaczyła teraz większą sylwetą prawie na wprost miejsca, gdzie stał Lingard. Spokojny głos dał się znów słyszeć.

– Pokażą panu.

Potem, znów po krótkiej przerwie, głos rzekł mniej głośno, lecz bardzo wyraźnie:

– Uderz o burtę. Uderz mocno, John! – i nagle rozbłysło niebieskie światło rozjaśniając sinym płomieniem okrągły płat ciemności. W dymie i szumie tej upiornej aureoli ukazał się biały czterowiosłowy gig z pięciu ludźmi siedzącymi rzędem. Głowy ich były zwrócone w stronę brygu i wielkie zainteresowanie malowało się na twarzach, które nabrały martwego wyglądu w tym blasku jaskrawym i ponurym, przypominając twarze zaciekawionych trupów. Majtek stojący na oku w przodzie łodzi upuścił w wodę światło, które trzymał nad głową, i ciemność rzuciła się z powrotem na łódkę chłonąc ją z głośnym i gniewnym sykiem.

– Jest nas pięciu – rzekł spokojny głos z głębi nocy, która wydała się teraz ciemniejsza niż przedtem. – Czterech majtków i ja. Jesteśmy z jachtu – brytyjskiego jachtu.

– Niechże pan wejdzie na pokład! – krzyknął Lingard. – Dlaczego pan tego nie powiedział? Przypuszczałem, że jesteście przebranymi Holendrami z wałęsającej się kanonierki.

– Czy ja mówią jak parszywy Holender? Jeszcze jedno uderzenie, chłopcy. Wiosła złóż! Uważaj na dziób, John!

Łódka zbliżyła się uderzając lekko o bryg i ludzki kształt zaczął od razu wspinać się po kadłubie z pewnego rodzaju masywną zręcznością. Przez chwilę utrzymywał się w równowadze na poręczy, mówiąc w dół do łódki „Odbijcie cokolwiek, chłopcy”, po czym skoczył na pokład z głuchym łoskotem i rzekł do Shawa, który podszedł od strony rufy: „Dobry wieczór... Czy to pan kapitan?”

– Nie. Kapitan jest na jucie – burknął Ehaw.

– Niech pan pozwoli tu na górę, proszę, proszę – zawołał niecierpliwie Lingard.

Malaje zeszli ze swych stanowisk i stali koło głównego masztu, zbici w milczącą grupę. Ani jedno słowo nie rozległo się na pokładach brygu gdy nieznajomy zdążał do czekającego kapitana Lingard zobaczył krępego, zwinnego mężczyznę który zbliżył się, dotknął czapki i powtórzył chłodno słowa powitania, cedząc sylaby:

– Dobry wieczór. Pan jest kapitanem?

– Tak, jestem kapitanem O co panu chodzi? Zniosło was od statku? Co się stało?

– Nie! Nie zniosło nas. Opuściliśmy statek przed czterema dniami i od tego czasu wiosłowaliśmy prawie cały czas w zupełnej ciszy. Moi ludzie dłużej nie wytrzymają. Wody już nie mamy. To szczęście, że was wypatrzyłem.

– Wypatrzył pan nas! – wykrzyknął Lingard. – Kiedy? O której godzinie?

– Nie w ciemności, zapewniam pana Tłukliśmy się między tymi wyspami, kierując się na południe – wiosłowaliśmy, aż nam płuca pękały – to w jednym przesmyku, to w drugim – chcieliśmy się wydostać na pełne morze. Objechaliśmy wkoło jakąś wysepkę – kawał jałowej skały w kształcie głowy cukru – i wtedy dostrzegłem bardzo daleko statek. Wziąłem w pośpiechu jego kierunek i zabraliśmy się do roboty; ale widać jakiś przeciwny prąd musiał nas trzymać, bo długi czas nie mogliśmy oddalić się od tej wysepki. Sterowałem przy świetle gwiazd i – do diaska – zacząłem myśleć, że was gdzieś wyminąłem – bo to chyba na pewno was dojrzałem.

– Tak, pewnie że nas. Nie widzieliśmy nic przez cały dzień – przyznał Lingard. – Gdzie wasz statek? – zapytał skwapliwie.

– Siedzi mocno i pewnie na ławicy miękkiego błota – ze sześćdziesiąt mil stąd – tak mi się zdaje. Jesteśmy drugą z kolei łódką wysłaną po pomoc. Rozstaliśmy się z tamtą pierwszą we czwartek. Musiała przejechać dziś na północ od was. Pierwszy oficer prowadzi ją i ma rozkaz dotarcia do Singapuru. Ja jestem drugim oficerem i zostałem wysłany w kierunku tej cieśniny na chybił trafił, aby złapać jakiś okręt. Mam list od właściciela. Nasi państwo są znudzeni tym siedzeniem w błocie i chcą pomocy.

– Jakąż pomoc spodziewał się pan tu znaleźć?

– Dowie się pan o tym z listu. Czy mogę pana prosić, panie kapitanie, o trochę wody dla chłopców w łódce? A i ja będę wdzięczny, jeśli pan mi da się czego napić. Od południa nie przełknęliśmy ani łyku. Okazało się, że nasza beczka przecieka.

– Panie Shaw, proszę się tym zająć – rzekł Lingard. – Niechże pan zejdzie do kajuty, panie...

– Nazywam się Carter.

– Ach tak – panie Carter. Proszę, proszę – ciągnął Lingard idąc naprzód po kajutowych schodach.

Steward zapalił wiszącą lampę i postawił na stole karafkę i butelki. Kajuta wyglądała wesoło; pomalowana była na biało, a naokoło ścian biegły złote gzymsy. Naprzeciw zamkniętej kotarą niszy z oknami wychodzącymi na rufą stał kredens z marmurowym blatem, a nad nim wisiało lustro w złoconej ramie. Na półokrągłej kanapie naokoło steru leżały poduszki z karmazynowego pluszu. Stół był nakryty czarnym indyjskim obrusem haftowanym jaskrawymi kolorami. Między pokładnicami juty umieszczono stojaki na muszkiety, których lufy błyszczały w świetle. Było ich dwadzieścia cztery między czterema belkami. Tyleż bagnetów starego typu otaczało politurowane, tikowe obudowanie steru podwójnym pasem mosiądzu i stali. Wszystkie drzwi do kajutkompanii były wyjęte z zawiasów i w odrzwiach wisiały tylko zasłony jak gdyby z żółtego chińskiego jedwabiu. Zatrzepotały naraz wszystkie cztery, gdy dwaj mężczyźni weszli do kajuty.

Carter objął wszystko jednym spojrzeniem, ale oczy jego przylgnęły do okrągłej tarczy zawieszonej ukośnie nad mosiężnymi rękojeściami bagnetów. Na czerwonym jej polu odcinał się wypukłe jaskrawo złocony snop stylizowanych błyskawic, godzących przez środek tarczy ku dołowi między dwiema dużymi literami T.L. Lingard patrzył ciekawie na swego gościa. Miał przed sobą człowieka młodego, lecz wyglądającego jeszcze młodziej, o chłopięcej, gładkiej twarzy, mocno opalonej, o błyszczących niebieskich oczach, jasnych włosach i małym wąsiku. Lingard zauważył przykuty wzrok gościa.

– Aha, patrzy pan na tę historyjkę. Dał mi to budowniczy tego brygu, najlepszy z ludzi, jacy kiedykolwiek spuszczali okręty na morze. To ma przedstawiać nazwę okrętu między moimi inicjałami – błysk piorunu – widzi pan? Bryg nazywa się „Błyskawica”, a ja Lingard.

– Bardzo ładna rzecz; tak ozdabia kajutę – mruknął grzecznie Carter.

Wychylili szklanki, przepijając do siebie, i usiedli.

– A teraz proszę pana o list – rzekł Lingard. Carter podał list nad stołem i rozglądał się dalej, podczas gdy Lingard wyjmował arkusik z otwartej koperty zaadresowanej do komendanta pierwszego z brzegu brytyjskiego statku na Morzu Jawajskim. Papier był gruby, miał wypukły nagłówek: „Szkuner-jacht Hermit”, i nosił datę sprzed czterech dni. List donosił, że pewnej mglistej nocy jacht wjechał na jakąś mieliznę w pobliżu brzegów Borneo. Ląd tam jest niski. Oficer nawigacyjny twierdzi, że statek osiadł na mieliźnie w czasie największego wiosennego przypływu. Wybrzeże wygląda w tym miejscu na zupełnie opustoszałe. Przez cztery dni – odkąd jacht tam ugrzązł – można było dojrzeć w oddali tylko dwa małe statki krajowców, które się nie przybliżyły. Właściciel brygu kończył list prośbą zwróconą do kapitana jakiegokolwiek statku wracającego do Anglii, aby doniósł o sytuacji brygu czy to władzom w porcie Anjer – gdy będzie przejeżdżał przez Sunda Straits – czy też pierwszemu lepszemu spotkanemu na drodze krążownikowi angielskiemu albo holenderskiemu. List kończył się wyrażonym z góry podziękowaniem, propozycją zwrócenia kosztów związanych z wysłaniem posłańców z Anjeru oraz zwykłymi grzecznościami.

Składając zwolna papier w dawne załamki, Lingard rzekł:

– Nie jadę ani do Anjeru, ani też w jego pobliże.

– Zdaje mi się, że każde inne miejsce będzie równie dobre – rzekł Carter.

– Ale nie miejsce, dokąd jadę – odrzekł Lingard otwierając list ponownie i zaglądając do niego z nie – pokojem. – Wybrzeże nie jest dokładnie opisane, a podana szerokość geograficzna bardzo niepewna – ciągnął dalej. – Nie zdaję sobie sprawy, gdzieście właściwie utknęli. A jednak znam każdy cal tego lądu – w tamtej okolicy.

Carter odchrząknął i zaczął mówić po swojemu, cedząc sylaby. Zdawało się, że wydziela skąpo fakty, że odsłania w oszczędnych słowach charakter wybrzeża, lecz każdy wyraz wykazywał drobiazgowość jego obserwacji i przytomny wzrok marynarza umiejącego zdać sobie szybko sprawę z nieznanego lądu i nieznanego morza. Przedstawił z treściwą jasnością obraz plątaniny skał i mielizn, przez które jacht przedostał się po ciemku jakimś cudem, zanim się oparł o dno.

– Zdaje się, że na morzu dosyć jest pogodnie – zauważył w końcu i zatrzymał się, aby pociągnąć długi łyk. Lingard, pochylony nad stołem, słuchał uważnie i skwapliwie. Carter mówił dalej po swojemu, zwięźle i rozważnie.

– Zauważyłem od strony południowej kilka wysokich drzew na wybrzeżu, które jest według mnie lądem; ktoś, kto ma coś do czynienia z tą zatoką, był na tyle dowcipny, że pobielił dwa z tych drzew: jedno na przylądku, a drugie głębiej. Przypuszczam, że to są znaki nawigacyjne... Co panu, panie kapitanie?

Lingard zerwał się na równe nogi, ale po zdumionym okrzyku Cartera siadł z powrotem.

– Nic, nic... Niech mi pan powie, ilu macie ludzi na tym jachcie?

– Dwudziestu trzech, poza chlebodawcami: właścicielem, jego żoną i jednym Hiszpanem – znajomym, którego zabrali w Manili.

– Więc jechaliście z Manili?

– Aha. Do Batawii. Właściciel nasz chce studiować holenderski system kolonialny. Zamierza wykazać jego błędy. Pan wie, jak to jest – nie można słyszeć wielu rzeczy, kiedy się trzyma wartę na rufie. Potem pojedziemy na Cejlon na spotkanie parowca. Nasz właściciel wróci do domu tą samą drogą, którą przyjechał – lądem przez Egipt. A jacht, oczywiście, pojedzie naokoło przylądka.

– Więc tam jest kobieta? – rzekł Lingard. – Pan mówi, że macie na jachcie kobietę. Czy jesteście uzbrojeni?

– Nieszczególnie – odparł niedbale Carter. – Jest tam parę muszkietów i dwie myśliwskie strzelby na rufie. To mniej więcej wszystko; zdaje mi się, że to albo za dużo, albo za mało – dodał z lekkim uśmiechem.

Lingard spojrzał na niego z bliska.

– Czy pan przyjechał z kraju na tym jachcie? – zapytał.

– Ależ nie! Nie jestem właściwie oficerem jachtowym. Dostałem się na ten jacht prosto ze szpitala w Hongkongu. Przedtem byłem dwa lata na chińskim wybrzeżu.

Zatrzymał się, po czym dodał szeptem wyjaśnienie:

– Uważa pan, służyłem na kliprach handlujących opium. Nie mam nic wspólnego z brązowymi guzikami. Mój statek zostawił mnie i potrzebowałem pracy. Wziąłem tę robotę, ale nie zależało mi specjalnie na tym, aby wracać do domu. Taki jacht to nudziarstwo dla człowieka, który żeglował ze starym Robinsonem na „Ly-e-moonie” To był mój okręt. Słyszał pan o nim, panie kapitanie?

– Tak, tak – rzekł spiesznie Lingard. – Niech pan posłucha, panie Carter. Którędy pojechał wasz pierwszy oficer do Singapuru? Przez cieśninę Rhio?

– Tak mi się zdaje – odparł Carter nieco zdziwionym tonem. – A dlaczego pan pyta?

– Po prostu żeby wiedzieć... A co tam, panie Shaw?

– Czarna chmura podnosi się od północy, panie kapitanie, i zaraz będziemy mieli wiatr – rzekł Shaw stojąc na progu.

Ociągał się, z oczami zwróconymi na karafki.

– Napije się pan szklankę? – rzekł Lingard podnosząc się z krzesła. – Idę na górę się rozejrzeć.

Poszedł na pokład. Shaw zbliżył się do stołu i zaczął przygotowywać sobie napój manewrując butelkami w głębokim milczeniu i z przesadną ostrożnością, jakby z kruchych naczyń odmierzał jakąś śmiertelną truciznę. Carter siedział z rękami w kieszeniach, oparty o tylną poręcz krzesła, i oglądał go chłodnym wzrokiem od stóp do głów. Pomocnik Lingarda podniósł szklankę do ust; wpatrzony znad jej brzegu w nieznajomego, wysączył powoli zawartość.

– Pan to ma nosa do znajdowania po ciemku okrętów, mój panie – rzekł dobitnie, stawiając szklankę na stole z niezmierną delikatnością.

– Co? Cóż to znowu? Zobaczyłem was zaraz po zachodzie.

– I wiedział pan dobrze, w którą stronę patrzeć – ciągnął Shaw spoglądając ostro na Cartera.

– Patrzyłem na zachód, gdzie było jeszcze jasno, co każdy rozsądny człowiek zrobiłby na moim miejscu – odparł tamten z pewną niecierpliwością. – O co panu właściwie chodzi?

– I ma pan obrotny język do rozpowiadania cudów o sobie, może nie?

– Nigdy jeszcze nie widziałem podobnego człowieka – oświadczył Carter wracając do niedbałego tonu. – Zdaje mi się, że panu coś nie w smak poszło.

– Nie lubię, jak łódź zjawia się nie wiadomo skąd chyłkiem milczkiem koło okrętu, kiedy jestem odpowiedzialny za pokład. Umiem trzymać straż równie dobrze jak i każdy inny marynarz z portów angielskich, ale nie znoszę, aby mię podchodzono za pomocą obwiniętych wioseł i tym podobnych brzydkich kawałów. Oficer jachtu – ho, ho! Na tym morzu roi się pewno od takich oficerów. Uważam, że pan zrobił mi brzydki kawał. Powiedziałem staremu o zachodzie, że nie ma nic na morzu – i rzeczywiście nic nie było. Jestem przekonany, że pan natknął się na nas przypadkiem – pomimo wszystkich pańskich przechwałek o zachodach i kierunkach. Bzdury! Wiem, że pan wpadł na nas na oślep, i to jeszcze z obwiniętymi wiosłami. Pan nazywa takie postępowanie przyzwoitym?

– Jeżeli obwinąłem wiosła, to miałem ku temu wystarczające powody. Chciałem prześlizgnąć się koło zatoki, gdzie były przycumowane jakieś statki krajowców. To najzwyklejsza ostrożność, gdy się jedzie taką małą łódką, i to bez broni, jak ja. Widziałem was bardzo dobrze, ale nie miałem zamiaru nikogo straszyć. Mogę panu dać na to słowo.

– Czemuż nie trafiliście gdzie indziej – warknął Shaw. – Oświadczam panu, że nie zniosę, aby zbieg okoliczności i czyjeś kłamstwa stawiały mię w złym s świetle. Ale słyszę, że mój stary woła...

Opuścił spiesznie kabinę; wkrótce potem Lingard zszedł na dół i siadł znów naprzeciw Cartera po drugiej stronie stołu. Twarz jego była poważna i stanowcza.

– Zaraz będziemy mieli wiatr – rzekł.

– Zatem, panie kapitanie – rzekł Carter wstając – zechce pan oddać mi ten list, a ja będę w dalszym ciągu krążył po tej okolicy, aby porozumieć się z jakim innym okrętem. Ufam, że pan doniesie o nas tam, dokąd pan pojedzie.

– Jadę do jachtu i zatrzymuję list przy sobie – odparł stanowczo Lingard. – Wiem dokładnie, gdzie się jacht znajduje, i muszę jechać na ratunek tych ludzi. To bardzo szczęśliwie, że pan natknął się na mnie, panie Carter. Szczęśliwie i dla nich, i dla mnie – dodał ciszej.