Odłamki czasu - Włodzimierz Dajcz - E-Book

Odłamki czasu E-Book

Włodzimierz Dajcz

0,0
1,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Pamięć udostępnia nam zaledwie odłamki czasu, który przeżyliśmy. Z takich właśnie odłamków, które utkwiły w pamięci Włodzimierza Dajcza i które skrupulatnie pozbierał, powstała ta książka. A jednak z tych odłamków udało się zbudować autorowi pełny obraz pewnego miejsca na przestrzeni pewnego czasu. Miejscem tym jest Wola Krzysztoporska, miejscowość w województwie łódzkim, założona przez potężny i wpływowy ród Krzysztoporskich a czas to XX wiek. Odłamki czasu, to historia życia jednego człowieka wraz z tym, co stanowi jego tło, czy więcej jeszcze – jego istotę, a więc z ludźmi, którzy żyli wcześniej i jako przodkowie dali podstawę pewnemu systemowi wartości i nadali życiu określony koloryt, oraz z ludźmi współczesnymi autorowi, którzy stali się niezbywalną częścią jego losów. Jednak ta tak bardzo intymna, prywatna historia jest zarazem w jakiś sposób uniwersalna. W dzieciństwie i młodości autora, którą to część swego życia przede wszystkim wydobył, czujemy się swojsko, odnajdujemy tu nasz własny świat, bo choć miejsce i czas bywają różne, to emocje, intensywność przeżywania, relacje z najbliższymi czy choćby z kolegami i koleżankami z podwórka, magia świąt, ból po stracie tych, których kochamy, są w pewien sposób wspólne nam wszystkim. Jest więc po trosze tak, jakbyśmy czytali historię nas samych. Odłamki czasu to urzekająca opowieść zrodzona z tęsknoty za tym, co przeminęło.. Dzięki niej po części spełnia się pragnie autora, aby „nic nie ginęło ostatecznie, tylko zostało utrwalone w głębi największej tajemnicy wszechświata, do której poznania nieustannie dążymy od zarania świadomości”.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2014

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Autor: Włodzimierz Dajcz

Tytuł: Odłamki czasu

Korekta: Małgorzata Choszcz

Okładka: Paweł Lis

Wydawca” Amazon Edition

Data wydania: 2014

Motto:

Życie bez zmartwychwstania

nie miałoby sensu – Jan Paweł II

Wstęp

Ta książka powstała z poskładanych odłamków czasu a raczej ze śladów tych odłamków zapisanych w zanikającej pamięci, kogoś, kto był świadomym obserwatorem pewnego ciągu wydarzeń, czynnym uczestnikiem pewnego spektaklu, ale też bezwolnym jego rekwizytem. To przedstawienie ciągle trwa, choć inne jest już tempo akcji i scenografia a aktorzy tego widowiska zmieniają się sukcesywnie. Przychodzą nowi w miejsce tych, co odeszli w inną, może wirtualną przestrzeń. Fabuła tej opowieści osnuta została wokół spirali losów ludzkich z akcji, o której niewiadomo, kiedy się zaczęła, ani kiedy nastąpi jej kres.

Istotą tej akcji jest przemijanie, które jest jak się wydaje pasem transmisyjnym życia, wprawdzie naznaczonym przekleństwem śmierci, ale też nadzieją na nieskończoność istnienia, skoro wszystko na tym świecie ma swoje przeciwieństwo. Jeśli dobro jest odwrotnością zła a światło ciemności to uznając tę zasadę za uniwersalną nie można wykluczyć, że przemijanie ma swoje przeciwieństwo a więc nic nie ginie ostatecznie, tylko zostaje utrwalone w głębi największej tajemnicy wszechświata, do której poznania nieustannie dążymy od zarania powstania świadomości.

Rozdział I Wspomnienia Józefa

W Sądzie Pokoju

W przeddzień Świętego Mikołaja, 5 grudnia 1927 roku wyznaczył notariusz Grzankowski wizytę Józefowi w swoim piotrkowskim biurze. Zbieżność terminu spisania aktu w Repetorium numer 2034 z wizytą świętego, rzekomo rozdającego prezenty mogła sugerować, że Józef z notariuszem działając wspólnie i w porozumieniu szykują się do wręczenia komuś jakiegoś suweniru. Wprawdzie powszechnie wiadomo, że nie święci garnki lepią a na pewno niczego materialnego nie rozdają, niemniej trudno byłoby Józefowi o lepszy moment do sporządzenia aktu darowizny na rzecz swoich dzieci: Józefy i Wojciecha. Darczyńca zbliżając sie do połowy ósmego krzyżyka, czując chłód i mrok nadciągającej śmierci postanowił podzielić między swoje dzieci wszystko, co posiadał, czyli chłopskie gospodarstwo z ziemią, budynkami oraz żywym i martwym inwentarzem. Oddawał swoim następcom nie tylko to, co odziedziczył po ojcu Filipie, ale także to, co dokupił za ruble i złote zdobyte ciężką harówką całego swojego i żony Katarzyny życia. Od dziecka służył ziemi, rodzicielce, obdarzony nadzwyczajnym zdrowiem, tężyzną fizyczną i rozumem nie od parady. Dokupując gruntu powiększył niewielką zagrodę, którą ojciec otrzymał na własność mocą carskiego ukazu z 2 marca 1864 roku a wcześniej zrosił krwią i potem, podobnie jak jego przodkowie przybyli tu na Równinę Piotrkowską w XIV wieku z magnackim rodem Krzysztoporskich. W dniu uwłaszczenia Józef miał zaledwie jedenaście lat, ale pamiętał tak jakby to było wczoraj, tę powszechną radość licznych rodzin w całej, składającej się z 21 zagród wiosce, wielką satysfakcję skażoną może nieco nutką tradycyjnej, chłopskiej nieufności. A dziś zawinięty w kożuch do samej ziemi z wysoko postawionym kołnierzem w barankowej czapie imitującej karakułę siedział na wozie obok syna Wojciecha i zięcia Józefa Gąsiora. Wóz podskakiwał na grudzie raźno ciągniony przez parskające na mrozie konie po wyboistej drodze do Piotrkowa. Mieli do przebycia 12 wiorst traktem pełnym zamarzniętych kałuż z koleinami wyrzeźbionymi przez żelazne obręcze kół jeżdżących tędy pojazdów. Droga była w fatalnym stanie, chyba od zawsze. Wydawała mu się dziś równie trudna do przebycia jak przed trzydziestoma siedmioma laty. Tyle tylko, że wtedy był ciepły lipiec a on miał w kościach o tyle właśnie lat mniej.

Sam wtedy powoził koniem siedząc na wozie wyposażonym w pleciony kosz. Jadąc sięgał, co jakiś czas do miejsca na piersiach, gdzie pod koszulą ukrył woreczek przywiązany do tasiemki przewieszonej przez szyję jakby nie dowierzał, ze jest na swoim miejscu, mimo iż czuł chłodny dotyk i ciężar srebrnych monet. Mimo wybojów droga w środku lata była bardziej przejezdna niż w innych porach roku, więc w niespełna dwie godziny stanął przed rogatkami kolei warszawsko – wiedeńskiej. Natenczas właśnie przejeżdżał po lśniących w słońcu szynach pociąg zwalniając przed dojazdem do piotrkowskiego dworca. Dymiąca i parskająca lokomotywa ciągnęła kilka wagonów oznaczonych cyframi według klas od pierwszej do trzeciej, zależnie od komfortu oferowanego podróżnym. W otwartych oknach Józef widział ufryzowane głowy wytwornych kobiet obwieszonych widoczną z daleka biżuterią. Doskonale rozróżniał kolory szlachetnych kamieni w złotej oprawie naszyjników, bowiem z natury był dalekowidzem, więc z dalszej odległości widział lepiej jak z bliska. Od kolejowej rogatki do właściwego miasta dzieliło go jeszcze półtorej wiorsty, choć za sprawą kolei tu i ówdzie, niemal w szczerym polu wyrastały wzdłuż torów jakiś składy, warsztaty i małe fabryczki. Właściwe miasto zaczynało się dopiero za mostem na Strawie przecinającej wyjazdową ulicę nazywaną Krakówką. Stary gród skoncentrował się na niewielkim pagórku otoczony był do niedawna murami obronnymi zburzonymi przez gubernatora przekonanego, że bramy i baszty trzymają w okowach kipiący miejski żywioł. Musiał mieć rację, bo wkrótce po tym substancja miejska zaczęła się wylewać z ciasnego gorsetu Starego Miasta tworząc nowe enklawy i łączące je ciągi uliczne. Józef z zainteresowaniem przyglądał się panoramie miasta z dominującej po prawej stronie sylwetą farnego kościoła pod wezwaniem św. Jakuba z charakterystyczną wieżą ceglaną na tle błękitnego nieba. Po lewej, zachodniej stronie pyszniła się potężna bryła klasztoru Bernardynów, mając obok kolumnę z figurą św. Antoniego. Nie było jeszcze wtedy wspaniałego pałacu gubernatora, który później wielokrotnie budził w nim podziw, jeszcze podczas budowy i podczas poświęcenia w 1905 roku. Wtedy dość często jeździł na Świński Rynek. Wprawdzie bliżej mu było do miasteczka Rozprza, ale gdzie tam było upadającej osadzie do gubernialnego Piotrkowa, liczącego już czterdzieści tysięcy mieszkańców. Wśród całej plejady budynków i kamienic szczególnie przyciągał jego uwagę zwalisty gmach na tyłach kościoła Pijarów, gdzie według opowiadań mieszczan mieściła się słynna szkoła, w której nauki pobierali tak sławni ludzie jak Stanisław Konarski i Stanisław Małachowski. Dziwnym zrządzeniem losu pół wieku później absolwentami tej szkoły mieli zostać trzej jego prawnukowie, co Józef jakby instynktownie przeczuwał. Teraz jednak kolebał sie swym zaprzęgiem po nierównych miejskich brukach i przyglądał się ludzkiej gromadzie zaludniającej ulice stolicy guberni. Ten ruch i gwar fascynował go w mieście najbardziej, więcej niż wysokie domy i potężne świątynie. Z potęgą i pięknem świątyni był przecież oswojony we własnej parafii, do której chodził jak inni w niedzielę, jeśli tylko stan drogi z Woli do Bogdanowa na to pozwalał. Niestety droga była kręta, nierówna, pocięta koleinami. Obok biegła wydeptana przez pieszych ścieżka. Tą ścieżka szli pięć wiorst parafianie do starego, słynnego, potężnego, bogdańskiego kościoła. Latem szli boso. Nie z fanaberii, lecz z konieczności. Tuż przed kościołem myli nogi w stawie i zakładali buty, które należało oszczędzać, bo często musiały wystarczyć na całe życie. W niedziele i święta Bogdanów stawał się ludnym miejscem, szczególnie w czerwcowy odpust obchodzony pod wezwaniem Świętej Trójcy, ale gdzie tam mu było do Piotrkowa. Józef bardzo lubił przyglądać się ludziom chodzących ulicami. Dziwił się mężczyznom spacerujących w odświętnych tużurkach, choć był to wtorek, zwykły, powszedni dzień. Zauważył też dwie strojne damy wysiadające z powozu na zakurzoną ulicę. Ubrane były zbytkownie w jedwabne, powłóczyste suknie, przemyślnie uszyte. Na taką suknię musiało wyjść z piętnaście łokci jedwabiu po rublu za łokieć – oceniał w myślach. Licząc za kunsztowne szycie ze dwadzieścia pięć rubli taka kreacja musiała kosztować około 40 rubli, tyle samo, co dwie morgi ziemi, ziemi żywicielki. Miasto było miejscem ogromnych kontrastów. Obok elegancko ubranych mieszczan wegetowali tu okryci łachmanami i oblepieni brudem żebracy. Nazywano ich też dziadami kościelnymi, bo trzymając w rekach sękate kostury wystawiali przed kościołami swoją nędzę na widok publiczny licząc na wrażliwość tych lepiej przez los obdarzonych. Kiedy taka wytworna kobieta wstępowała na schody świątyni ciągnęła za sobą smugę wonnych perfum przez wydzielany z ciał i łachmanów straszliwy odór żebraczej nędzy. Przeganiani przez stójkowych po pewnym czasie wracali albo przenosili się pod inne kościoły, bo nie mieli, dokąd pójść. Zadziwiał i fascynował Józefa ów ruch, ta wrzawa, gwar rozmów toczonych niekiedy w tempie gwałtownej gestykulacji, niczym na targowisku. Całe miasto było w pewnym sensie jednym wielkim targowiskiem. Po bruku turkotały koła wyładowanych, ciężkich wozów, ale też lekkich dorożek wożących bogato ubranych pasażerów. Obrazu miasta dopełniali żandarmi stojący przed cyrkułem oraz paradujący w barwnych, galowych mundurach sołdaci z miejskiego garnizonu, chroniący rosyjskiego gubernatora Piotrkowa. Na Placu Mikołajewskim nazwanym tak ku czci Najjaśniejszego Pana, cara Mikołaja II w budynku pod numerem 73 mieścił się Sąd Pokoju i Kancelaria Hipoteczna.Obok kancelarii funkcjonowało biuro Notariusz Floriana Dąbrowskiego. To biuro było celem podróży Józefa, ale zanim wszedł do budynku sądu musiał zająć się koniem. Wyprzągł Gniadego i uwiązał przodem do wozu, zdjął mu wędzidło i odkrył żłóbek z obrokiem. Zdrożony koń zrazu powoli a z czasem bardziej ochoczo zabrał się do jedzenia a gospodarz dokładnie zlustrował swoje ubranie przed wejście do urzędu. Z powodu lipcowego upału Józef był bez marynarki. Do czarnych spodni i butów nosił kamizelkę tej samej barwy założoną na białą koszulę, świeżo odprasowaną, zawiązaną po szyją ozdobną tasiemką. W miejsce guzików były przyszyte były małe, ozdobnie, z drewna wykonane kołeczki. Ubranie było porządnie skrojone i uszyte u dobrego krawca. Józef, bowiem przywiązywał dużą wagę do wyglądu osobistego i nosił się tak jak gospodarzowi przystało. Chłop to był na schwał i prezentował się adekwatnie do opinii wójta gminy Krzyżanów w wydanym przez pisarza gminnego zaświadczeniu. A tam stało po rosyjsku, że Józef Filipowicz Motyka, poddany rosyjski należy do stanu chłopskiego, jest wyznania rzymsko-katolickiego, zajmuje się wiejskim gospodarstwem rolnym, jako stały mieszkaniec wsi Wola Krzysztoporska oraz jest właścicielem zagrody, którą zapisał mu ojciec Filip Pawłowicz Motyka. Upewniwszy się, że prezentuje się godnie wszedł Józef do budynku sądu, odnalazł biuro notarialne i nacisnął ozdobną, mosiężną klamkę. Drzwi otworzyły się i wszedł do przedpokoju notariusza.

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!