Osobliwość rozmaitości - Grzegorz Bernatek - E-Book

Osobliwość rozmaitości E-Book

Grzegorz Bernatek

0,0
3,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Kilkoro moich znajomych, którzy przeczytali rękopis mojej książki stwierdziło, że ma ona w sobie coś! To owo coś, jak stwierdził najbardziej rozgarnięty z nich, to tzw. imponderabilia, o których nic nie wiem, i które nie wiadomo skąd znalazły się w mojej książce. Dodatkowo, ta moja grafomania podobno całkiem nieźle bawi i skłania do refleksji, a to już naprawdę skandal, bo czegoś takiego się po sobie nie spodziewałem. Nagabywany dodatkowo przez moją ukochaną, która z uporem twierdzi, że we mnie wierzy, chociaż myślę, że gada tak po to, żebym częściej sprzątał po sobie skarpetki i zamykał deskę od sedesu, zdecydowałem się na karkołomny krok i postanowiłem wydać swoją radosną twórczość!
„Osobliwość rozmaitości” jak wskazuje podtytuł to zbiór niezależnych opowiadań, które czytać można w dowolnej kolejności. Jest to idealna pozycja do czytania w podróży.
Książka ta skierowana jest do ludzi inteligentnych, obdarzonych poczyciem humoru, dystansem do siebie i do świata.
 

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2020

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Osobliwość rozmaitości

OPOWIADANIA CHAOTYCZNE

Grzegorz Bernatek

OSOBLIWOŚĆ

ROZMAITOŚCI

O P O W I A D A N I A C H A O T Y C Z N E

Seria wydawnicza

© Copyright by Grzegorz Bernatek

Projekt okładki

Grzegorz Bernatek

Korekta

Zofia Młynarczyk

Ewa Tokarz

Wydanie pierwsze

Printed in Poland

Wydawnictwo Dzika Oficyna, Łódź 2020

e-mail: [email protected]

tel. 784 258 329

ISBN 978-83-946921-1-7

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Efekt motyla

 

Adam był typowym przedstawicielem polskiej emigracji zarobkowej. Los rzucił go w północne rejony Europy, do skandynawskiej, jak do tej pory, Szwecji. Nie mógł narzekać. Trafił na ludzi przyjaznych i życzliwych. Pracował głównie przy renowacji starych domów. Dzięki poczcie pantoflowej zachowywał względną ciągłość pracy ... i nie narzekał.

Tego lata pracował u Tonniego i Gunilli, dwojgu staruszków, którzy zamieszkiwali samotnie gospodarstwo znajdujące się w Eggby, przy drodze prowadzącej do Öglunda. Na gospodarstwo składały się: budynek domu w kształcie litery L, stara potężna drewniana stodoło-obora na bielonej podmurówce i warsztato-garaż. Tworzyły one rodzaj zamkniętego czworoboku, którego część południową od strony drogi zamykał niewielki sad z jabłoniami i wiśniami. Z podwórza rozciągał się wspaniały widok na najbliższe jezioro i pobliskie wzniesienia. Właściciele, będący już na zasłużonej emeryturze, zajmowali się obecnie handlem obwoźnym. Przedmiotem ich handlu były produkowane przez nich sposobem chałupniczym maście i kremy pochodzenia roślinnego - przeciw komarom, na porost włosów, żeby się upięknocić, żeby lepiej trawić, żeby schudnąć, żeby usprawnić wypróżnianie etc., a hitem, jak dystansował się do tych wynalazków małżonk Tonni, był krem pod zegarek. Gunilla miała nawet lekkie aspiracje do bycia zielarką i budowała wokół produkcji tych specyfików otoczkę magii i tajemnicy. Tonni był mniej skomplikowany i pełnił, nazwijmy to, w tym związku funkcję techniczną. Oboje wszakże byli bardzo miłymi i ciepłymi ludźmi. Handel obwoźny jest bardzo popularny wśród szwedzkich seniorów. Wypełnia im aktywnością jesień życia. Jest niewątpliwie dużym zastrzykiem finansowym, i daje tak pożądaną w ich wieku możliwość kontaktu z innymi ludźmi oraz poczucie przydatności. Właściwie cały okres letni i jesienny, ale też i przedświąteczny czas zimą spędzali na licznych „marknadach”, których w Szwecji organizuje się bardzo dużo. Wyjeżdżali swoim kamperem, staruszkiem mercedesem M508 pełniącym rolę i mieszkania, i straganu, zapakowanym po brzegi towarem i jedzeniem do Örebro, na Gottlandię, ale też do Norwegii i Finlandii, czyniąc ze swojego zajęcia sposób na życie. Zabierali ze sobą swojego psa, który nosił imię jednego z wielkich wodzów mocarstwa wschodniego, z tej racji, że czworonóg był rasy rosyjskiej. Trudności w wymowie jego imienia spowodowały, że finalnie wabił się Kruszow. Zadowoleni byli, że na czas wyjazdu ktoś został w domu i stanowi pieczę nad całością.

Adam przebywał więc w gospodarstwie sam. Miał swój własny pokój na piętrze, ale praktycznie korzystał z całego mieszkania. Jego zadaniem było odnowienie wszystkich okien budynku mieszkalnego. Wstawał o siódmej rano, zjadał śniadanie i zabierał się do pracy. W starej stodole, otwartej na przestrzał, zorganizował sobie warsztat. W przerwach włóczył się pośród drzew owocowych, podjadał dojrzewające wiśnie i jabłka. Zaraz po pracy udawał się nad leżące jakieś trzysta metrów od zagrody jezioro, pławił się w czystej i ciepłej wodzie, bo lato tego roku było upalne. W soboty i niedziele robił sobie wolne i wędrował po Billingen. Często nie wracał na noc do domu. Spał gdzieś w lesie albo nad jeziorem przy niewielkim ognisku. Skałom i potokom nadawał własne nazwy. Ulubiony głaz nazwał, z racji kształtu, „uśmiechem idioty”. Potrafił ze swojej samotności stworzyć walor.

Miejscowość Egby, to niewielka wieś leżąca w gminie Skara(Skara kommun), która jest jedną z 290 szwedzkich gmin. Gmina położona jest w regionie Västra Götaland. Siedzibą jej władz jest miasteczko Skara. Rejon ten nazywano w przewodnikach turystycznych Vallevägen. Jest to pas niewielkich jezior ciągnący się od Axvall i Varnhem, ze strony południowej, a kończący na miejscowości Tmmersdala od północy. W Varnhem znajduje się znany na całą Szwecję zabytkowy kościół klasztorny. Obiekt ten stanowił pierwotnie część zespołu klasztornego cystersów założonego w XII wieku. Zachowany romański kościół klasztorny był w przeszłości nekropolią królów szwedzkich. Od południowego wschodu Vallevägen ograniczony jest polodowcowym wypiętrzeniem geologicznym o nazwie Billingen. Wikipedia twierdzi, że wiek tego tworu datuje się na jakieś 450 mln lat.

Jest to teren szalenie malowniczy, zróżnicowany krajobrazowo, o niespotykanym bogactwie flory i fauny. Spotkać tu można zarówno potężne łosie i jelenie, jak i całą drobnicę polno-leśną: borsuki, lisy, zające. Dla ornitologów to istny raj. Latem niebo wypełnione jest krzykiem gęsi i żurawi znajdujących tu idealne warunki do życia. Wspaniałe twory geologiczne Öglunda Grotta, wodospady: Jättadalen i Silvervallen - nagie skały o fantazyjnych kształtach tworzą niepowtarzalny klimat tego rejonu. Na obszarze tym spotkać można wiele rzadkich gatunków owadów, będących pod scisłą ochroną. Jednym z nich jest choćby Niepylak apollo (Parnassius apollo) - motyl z rodziny paziowatych (Papilionidae), o rozpiętości skrzydeł do 9 cm. Ten wspaniały owad zagrożony jest kompletnym wyginięciem, gdyż jego larwy żerują głównie na dość rzadkich gatunkach roślin: rozchodniku wielkim, rozchodniku białym i karpackim. Rozchodnik wymaga dobrze naświetlonych piarżysk wapiennych, a te zaczęły zanikać na skutek zalesiania i zaniechania wypasu. Apollo nie jest zbyt płochliwy, a gdy lata, słychać szum w powietrzu. Chętnie siada na fioletowych kwiatach ostów. Wapienne Billingen, u podnóża którego licznie wypasane są owce, bydło i konie, to obszar, gdzie relatywnie często można go spotkać.

Nigdy nie dowiemy się, dlaczego ten wspaniały kolorowy motyl zawędrował do stodoły Swenssonów. Być może z powodu gęsto rosnących za garażem ostów, a może zwiodły go jasne ściany budynku, zbliżone kolorem do jasnych skał wapiennych, albo też zwyczajnie schronił się przed deszczem – niepylak apollo moknie podczas deszczu. Gdy zdarzy się deszczowe lato, jego populacja jest mniejsza.

Adam wymieniał właśnie szybę w jednej z ram okiennych, gdy niespodziewanie, tuż przed oczami zatrzepotał mu skrzydłami potężny motyl. Najczęstszym efektem łuku odruchowego, czyli drogi, po której biegnie impuls nerwowy, jest skurcz mięśnia. Poprzez synapsy impuls dostaje się do pośredniczącego neuronu, w którym dochodzi do przekształcenia impulsu i wysłania go do efektora. Przechodzenie impulsu przez kolejne elementy łuku odruchowego następuje bardzo szybko. Reakcja efektora jest zazwyczaj niezależna od naszej woli. W przypadku Adama receptor wzrokowy wysłał impuls, który przebywszy opisaną wyżej drogę wywołał skurcz mięśnia. Chłopak wykonał gwałtowny, obronny ruch i z impetem uderzył ręką w stojące obok, przygotowane do renowacji, okno. Stłuczona szyba swoją ostrą jak brzytwa krawędzią rozcięła mu ramię. Trysnęła krew jasnym, pulsującym strumieniem. Przecięta została tętnica.

Adam działał jak automat. Szybkim ruchem zrzucił z siebie bawełniany podkoszulek, w którym pracował. Zwinął go jak najciaśniej, przycisnął do rany, a taśmą samoprzylepną, której używał w pracy, umocował prowizoryczny opatrunek. Był kiedyś harcerzem i wiedział, że opatrunek uciskowy to najrozsądniejsze rozwiązanie w takim przypadku. Biały podkoszulek błyskawicznie nasiąkał krwią. Adaś zdawał sobie sprawę, że przy uszkodzonej tętnicy konieczna będzie szybka pomoc lekarska. Tracił dużo krwi i każda sekunda była ważna. Pobiegł do domu, zdjął robocze ciuchy, założył czystą odzież. Do kieszeni spodni włożył dokumenty, prowizoryczny opatrunek owinął czystym bandażem. Przecież oficjalnie był gościem u Swenssonów, na letnim wypoczynku, a nie nielegalnym Gästarbeiterem. Zamknął dom i biegiem pognał do Gunnara, mieszkającego w pobliskim gospodarstwie. W głowie zaczęło mu się kręcić.

 

*

Jerzy Arndt pracował jako dziennikarz w poczytnej polskiej gazecie o zasięgu ogólnokrajowym. Gazeta ta była silnym medium opiniotwórczym dla znacznej części społeczeństwa. Informacje i nowinki zamieszczone w niej traktowane były jako materiał o najwyższym stopniu wiarygodności.

W wieku czterdziestu pięciu lat dopadł go kryzys zawodowy. Czy było to modne w społeczeństwie ponowoczesnym wypalenie zawodowe, czy raczej rodzaj niespełnienia, tego nawet nie próbował definiować. Pisał od tylu lat na tematy przeróżne i powoli dochodził do wniosku, że wszystkie te problemy i zagadnienia, które opisywał, to zaledwie ślizganie się po powierzchni spraw zasadniczych i kluczowych, ważnych dla tego świata i tej kultury. Był przekonany, że musi istnieć grupa zagadnień absolutnie podstawowych dla świata, w którym żyje, których nie można streścić dziennikarskim leadem, omiecionym zaledwie niecierpliwym wzrokiem przez mieszczucha podczas lektury przy porannej kawie. Życie artykułów bardzo się skróciło. Gazeta wraz z zawartymi w niej faktami i przemyśleniami trafiała do kosza. Praca włożona w jej opracowanie traciła rację bytu. Świat czekał zniecierpliwiony na kolejne wydanie po to, by z taką samą ignorancją jak jej poprzedniczkę umieścić w pojemniku na makulaturę. Jerzy sprawnie i szybko machał piórem, ale zaczynało brakować tematu godnego wzniesienia się na wyżyny sztuki literackiej i dziennikarskiej, a pisanina opowiadająca o kolejnych politycznych aferach, skandalach administracyjnych trąciła pospolitością i prostactwem. Przestawał wierzyć w sens tego, co robi. Niekiedy zastanawiał się, dlaczego wybrał ten zawód. Po skończeniu filologii i podyplomowej dziennikarce był to dość naturalny krok zawodowy. Zapewne na początku chodziło o prestiż, o kobiety, o pozycje towarzyską. Długo ostentacyjnie obnosił się ze swoim dziennikarskim pseudonimem. „JA” - inicjał, którym sygnował swoje pisarstwo, spotykał się z akceptacją, nosił w sobie bagaż pewności siebie i dumy zawodowej. Tak było dawniej.

- Daję Ci dwa tygodnie przymusowego urlopu. - zdecydował naczelny, Bogdan. - Najlepiej zmień klimat. Popatrz na to wszystko z boku. Zdystansuj się. Zarwij, (tu protekcjonalnie puścił oko) jakiś świeży towar. Odpocznij. Wyluzuj. Sponiewieraj się, zrób cokolwiek. Może trafi Ci się jakiś ciekawy temacik. Wrócisz - zabierzesz się ostro do roboty. Teraz znikaj mi z oczu, bo nie mogę patrzeć, jak się męczysz.

 

*

Głos wydobywający się ze słuchawki pełen był euforii i niekłamanej radości.

- Ale oczywiście, jasne. Po prostu super. Czekam na ciebie. No ... spotkam się z Tobą z dziką przyjemnością, to przecież tyle lat. Nareszcie! Już nie pamiętam, ile razy cię zapraszałem, zawsze coś wypadało, a tu teraz taka niespodzianka. Ale się cieszę. Ekstra! Wsiadaj w samolot i przylatuj.

Airbus A320 linii lotniczych Wizzair to samolot krótkiego i średniego zasięgu. Zabiera na pokład 180 osób. Linie są tanie, niekiedy ceny promocyjne plasują się na poziomie stu - stu pięćdziesięciu złotych wraz z opłatami portowymi. Trudno się więc dziwić, że maszyna wypełniona była niemal po brzegi. Prędkość przelotowa A320 wynosi 840 km/h, co pozwala z lotniska Chopina w Warszawie dotrzeć do Göteborg City Airport w jakieś półtorej godziny i taki czas lotu nie powoduje większego zmęczenia, nawet gdy wnętrze maszyny wygląda jak zapchany autokar. Niewielkim dyskomfortem okazała się dla Jerzego godzina odlotu z Okęcia. Nawet jeśli jego praca zawodowa bywała czasami męcząca, to na pewno nie z konieczności zrywania się skoro świt. Zgodnie z planem, samolot wystartował o godzinie szóstej piętnaście czasu warszawskiego.

Lotnisko Göteborg City oddalone jest od centrum miasta o około piętnaście kilometrów i swoim wyglądem nie zapiera tchu w piersiach podróżnikowi, który widział w życiu kilka portów lotniczych. Budynek to niewielki blaszak, w jakimś wyliniało-żółtym kolorze; na zewnątrz parking, pokrojony wydeptanymi trawnikami. W przeszłości było to lotnisko wojskowe. Zupełnie podświadomie porównał Jerzy tę placówkę z naszym Modlinem i z dumą stwierdził, że nie mamy się czego wstydzić.

W korytarzu, który pełnił tu funkcję hali przylotów, czekał na niego rozpromieniony Poręba. Studiowali razem dziennikarstwo i wtedy mocno się zaprzyjaźnili. Ich drogi rozeszły się, gdy kilka lat po zakończeniu nauki Marcin wyemigrował na stałe do Szwecji. Widywali się później sporadycznie podczas dziennikarskich spotkań i konferencji, ale za każdym razem wydawało im się, że ostatni kontakt miał miejsce wczoraj. Zawsze nadawali na tej samej częstotliwości i to zapewne było powodem tak trwałej przyjaźni.

- No, to mamy teraz jakieś półtorej godziny do domu. - Poręba ostro ruszył z parkingu. - Mieszkam w Skövde; to jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów. Bardzo jesteś zmęczony?

Gadali na przemian przez całą drogę. Jeszcze zanim wyjechali z miasta Jurek zorientował się, że till vänster wydobywające się z nawigatora znaczy tyle, co polskie „skręć w lewo”, a barbarzyńsko dla ucha brzmiące till hörger - „w prawo”.

- Jak ty się mogłeś nauczyć tego dzikiego języka? Ja, jak słyszę ten charkot albo jak patrzę na te napisy przy drodze, to powiem ci, nie dostrzegam żadnych asocjacji z innym cywilizowanym narzeczem.

- To nieprawda. Jak znasz niemiecki i angielski, to szwedzki jest banalny. Ty wiesz, oni tu mają tylko dwa przypadki - mianownik i dopełniacz. - uśmiechnął się Marcin.

Wspominali trochę studia. Marcin odniósł na obczyźnie sukces. Zawsze interesowały go mechanizmy, które rządzą społeczeństwem i tu znalazł doskonałe eksperymentatorium dla swojej pasji. Napisał dwie książki, delikatnie mówiąc, demaskatorskie, obnażające patologie i zwyrodnienia państwa opiekuńczego. Z charakterystyczną dla niego skrupulatnością i mrówczą pracowitością zebrał i zbadał pokaźną ilość przykładów na poparcie swojego oskarżenia pod adresem systemu. Pozycja wywołała nawet skandal w środowiskach prawniczych i wśród elit rządzących, ale to tylko przysporzyło mu czytelników i zwiększyło nakład.

- Piękna ta wasza Szwecja – Jerzy kontemplował widok za oknem samochodu.

- Piękna nasza Szwecja cała, piękna, żyzna i niemała - parafrazował Marcin. - Tak, to jest właściwie ten jeden z niewielu argumentów, żebym tu jeszcze siedział. Cała reszta - to jedna wielka paranoja.

Jurek nie do końca rozumiał, co przyjaciel miał na myśli. Rozmowa znowu zeszła na inne tory. Zaczęły się wspominki o starych kumplach i znajomych dziewczynach.

Dojechali do celu. Skövde to średnie, jak na warunki szwedzkie, miasto liczące około trzydziestu pięciu tysięcy mieszkańców. Linia kolejowa z Götteborgu do Sztokholmu biegnąca z południowego wschodu na północny zachód, dzieli to miasto na część mieszkalną i przemysłową. Znajdują się tu: należące do Volvo Group, zakłady Volvo Powertrain i Volvo Cars produkujące części do silników tej motoryzacyjnej wizytówki Szwecji, Cementa – ogromny zakład produkcji cementu, należący do Grupy Heidelberga i fabryka znanej w całej Europie wełny mineralnej „Paroc”. Drobne zakłady specjalizują się w hydraulice siłowej.

Miasto jest też sporym ośrodkiem studenckim. Högskolan i Skövde (Uniwersytet w Skövde) kształci studentów na takich kierunkach jak: biologia, informatyka, ekonomia, nauki kognitywne, pielęgniarstwo i pedagogika. Istnieją tu liczne kluby sportowe. Piłkarze ręczni klubu IFK Skövde HK odnieśli w latach 2005-2007 znaczne sukcesy na szwedzkiej arenie sportowej. Siedzibę mają tu też dwie jednostki wojskowe: pancerna i logistyczna. Wizerunek miasta dopełniają Skövde`s City Museum, starówka powstała po 1790 roku, po wielkim pożarze, który strawił doszczętnie drewniane centrum i Kärnsjukhuset - szpital centralny o zasięgu gminnym.

Dom Marcina znajdował się na obrzeżach miasta przy Lerdalavägen 7, w pobliżu niewielkiego wyciągu narciarskiego. Ulica ta pnie się pod górę w kierunku wschodnim i z okien na piętrze rozciąga się widok na całe miasto. Przybysz stwierdził z ulgą, że pod względem stylu i estetyki mieszkanie nie jest miejscem sterylnym, takim, w którym kubek z niedopitą kawą pozostawiony na minutę bez opieki budzi grozę w oczach właściciela, a przelatująca mucha kojarzy się z epidemią dżumy i eboli. Pod tym względem stary kumpel nie zmienił się. Pomieszczenia były ciepłe, lekko zagracone, umeblowane w stylu rustykalnym, a miejscem centralnym domu był niewielki salon połączony z aneksem kuchennym. Porządek panował mniej niż umiarkowanie i Jerzy poczuł się swojsko.

- Moja propozycja jest taka. - zagaił Marcin. - Ty teraz połóż się spać na dwie, trzy godziny. Odpocznij. Później skoczymy na jakiś obiadek, a wieczorem, jeśli nie masz nic przeciwko, dokonamy rytualnego resetowania twardych dysków. - tu wykonał charakterystyczny i rozpoznawalny dla rodaka gest dłonią w kierunku szyi.

Jerzy kiwnął głowa na zgodę, bo faktycznie ten wczesny lot trochę dał mu się we znaki.

- Jutro natomiast, na spokojnie, gdy już dane odzyskamy, proponuję wyjazd nad wodę. Mam taki niewielki kamping nad jeziorem. Zaproszę Jolę i Monikę. Zrobimy grilla i przebaletujemy do niedzieli.

Sen trwał dłużej niż planował i Arndt przebudził się dopiero po południu. Obiad zjedli we włoskiej knajpie Bella Italia przy Rädhusgatan, w centrum Skövde. Po obiedzie Poręba pokazał mu starą cześć miasta. Wypili kawę i pieszo wrócili do domu. Zgodnie z planem gry zasiedli do męskiego wieczoru. Po kilku głębszych gospodarz narzucił temat, którym właśnie zajmował się zawodowo.

- Żal mi tej cywilizacji, ale co robić. Losy Okcydentu są policzone. Nas to nie dotyczy, ale myślę, że najbliższe pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat sprawi, że staniemy się mniejszością etniczną w tej części świata. - mówił Marcin. - Przyjdzie islam. Zburzy nasze świątynie i zaprowadzi swój ład. Już zresztą tak się dzieje. Pokonają nas, jak twierdził, Panie świeć nad jego duszą, Kadafi, bez jednego wystrzału. Osobiście wolałbym religię z kręgu kosmocentrycznych, bo to i mniej szowinizmu, i większa tolerancja. Ale niestety - Chińczycy i Hindusi ciut za daleko. To co, po dziabągu? - uniósł kieliszek do góry.

- Po dziabągu. - Jerzyk energicznym ruchem opróżnił szkło.

- Cała ta liberalna demokracja - Marcin zaczynał się rozgrzewać - doprowadziła do tego, że nie potrafimy się bronić. Przychodzi beduin z maczetą i z okrzykiem: „Allah akbar” zarzyna białasa, a my zamiast stawać solidarnie w obronie ziomala i zajebać barbarzyńcę, odwracamy głowy. Bo się boimy o swoje marne życie, usprawiedliwiamy się prawem i co najwyżej dzwonimy po policję. Dlaczego? Bo liberalna demokracja nauczyła nas, że nasze życie jest najważniejsze i sramy ze strachu, żeby go nie narazić na szwank.

- A nie jest najważniejsze? - zagadnął Jurek, już lekko wcięty.

- Oczywiście, że nie! Jest owszem bardzo ważne, ale wcale nie najważniejsze. Tak jest nawet w świecie zwierzęcym. Pierwsze prawo biologiczne nakazuje przetrwać za wszelką cenę, ale już drugie, o tym samym stopniu ważności, mówi o przedłużeniu gatunku. Samica często poświęca życie w obronie potomstwa. Popatrz! Jeśli masz, dajmy na to, dziecko albo ukochaną kobietę, za które jesteś skłonny oddać życie, to już z tej logiki wynika, że są większe wartości niż własne trwanie. O honorze i ojczyźnie nie wspomnę, bo w społeczeństwie zachodnim to już rudymenty. Dopóki będziemy drżeć ze strachu o własne życie, muzułmanie będą robić z nami, co chcą. Nasze pokolenie ma jeszcze odrobinę jaj, ale to się kończy. Program unijny proponujący oduczania chłopców agresji, to dobrowolne złożenie broni i oddanie się w jasyr. To kto, pytam, kto będzie nas bronił, jeśli po ulicach chodzić będzie grzeczne, bezjajeczne ono, spod znaku gender? Jäwla helvete. - Zakończył szwedzkim bluzgiem swoją wypowiedź.

- No to siup. - zgodził się z przedmówcą Jurek.

- Siup. Już nie wspomnę o demografii, która wydaje się kluczowa. W Pakistanie rocznie przybywa netto połowa Polski, a w Niemczech współczynnik przyrostu naturalnego - jeden koma trzy. To samo zresztą nad Wisłą. A nie ma cywilizacji bez ludzi.

- Ale co można ...?

- Powiem tak. Nasz świat zmierza ku przepaści, a naszą rolą …

- ???

- … a naszą rolą jest sobie tę drogę uprzyjemnić. Co niniejszym czynimy. No to, za upadek. Wio!

- Wio!

Wlali w siebie kolejną porcję alkoholu. Rozmawiali jeszcze długo, tematów nie brakowało.

- Te panny, które zabieramy na grilla, to kto?