Popioły Ellen. Cień i stal - Mateusz Libera - E-Book

Popioły Ellen. Cień i stal E-Book

Mateusz Libera

0,0

Beschreibung

Każda wielka pożoga ma swój początek w ledwo tlącym się płomyku. Starożytne Imperium Elleńskie wiele lat temu rozpadło się na liczne królestwa. Włodarze poszczególnych krain starają się utrzymać pokój, ale każdy z nich ma ambicje, które trudno utrzymać w ryzach. Podczas urodzinowej uczty królewny Alais dochodzi do krwawego pojedynku rywalizujących ze sobą książąt. Incydent wyzwala drzemiące głęboko zatargi i poczucie krzywdy. Na zgliszczach starego mocarstwa zaczynają wzmagać się płomienie wojny. W interesie pewnych grup leży podtrzymywanie tego żaru. Pozycja obowiązkowa dla miłośników porywających historii Brandona Sandersona oraz uniwersum "Gry o tron".

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 435

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Mateusz Libera

Popioły Ellen

Cień i stal

Saga

Popioły Ellen. Cień i stal

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright ©2022, 2024 Mateusz Libera i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788727135571

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Powieść dedykuję młodszemu sobie

Rozdział I

Był wśród starożytnych zwyczaj, podług którego pan ojciec, chcąc córę za mąż wydać, kandydatów w jego mniemaniu godnych do domu swego na ucztę spraszał, tak aby to niewiasta sama oblubieńca mogła sobie wybrać. Obyczaj ten ostał się do naszych czasów na ziemiach przez Elleńczyków najpóźniej podbitych, lecz mało kto dziś się do niego stosował. Kościół praktykę ową słusznie potępiał, szlachetnie zaś urodzeni małżeństwo w szaty polityki poczęli ubierać, coby wojnom i waśniom przyszłym zapobiegać. Tako zwyczaj ten cnotliwy począł uchodzić w zapomnienie.

Grimbald de Braose, Obyczaje przodków naszych

Morze było jak lustro odbijające blask różowego nieba.

Fale delikatnie muskały stromy brzeg wysokiego klifu. Dziewczyna siedziała na kamiennym murku i przyglądała się więdnącym w ogrodzie kwiatom. Kazano jej je pielęgnować, podlewać i zlecać ogrodnikowi wyrywanie chwastów, ale nie miała na to czasu ani ochoty. W praktyce ogrodnik przychodził tutaj sam, mniej więcej raz w miesiącu, nie wliczając w to zimy, kiedy to śniegi zsuwały się ze zbocza i znacznie przykrywały całą półkę.

Oprócz kwiatów w ogrodzie rosły karłowate drzewa, które latem dawały odrobinę schronienia przed słońcem. Nie było to aż tak potrzebne na północy, w miejscu, gdzie wznosiły się wysokie góry i szumiało morze, a powietrze było rześkie i wilgotne od bryzy.

Księżycowy Ogród, bo kształt półksiężyca miała skalna półka, na której ten się znajdował, został wyhodowany na cześć księżniczki Alais, w bezpośrednim sąsiedztwie potężnej Fortecy Averońskiej, siedziby królów. Z krańca urwiska widać było niekończące się Morze Białe, za którym słońce każdego dnia kładło się do snu.

Królewna spędzała czas w Ogrodzie tylko wtedy, gdy potrzebowała spokoju. Posiadanie dwóch młodszych braci w jej przypadku oznaczało, że przychodziła tu dość często.

– Alais. – Usłyszała głos, ale nie poprzedzające go kroki. Z pewnością morskie fale zagłuszyły tupot butów o bruk. – Moja córko.

– Ojcze. – Dziewczyna poderwała się z miejsca. – Skończyłeś przyjmować posłów?

– Nie wstawaj – polecił odziany w ciepły płaszcz mężczyzna o skromnej twarzy. – Nie było ich wielu, a zresztą powierzyłem to zadanie palatynowi. Wydaję mi się, że Gwidon odczuwa przyjemność z wykonywania moich obowiązków.

Alais uśmiechnęła się kącikami ust, po czym przesunęła się na murku. Władca pomarszczonymi palcami dotknął jego powierzchni.

– Nie jest za późno na przesiadywanie w Ogrodzie? – zapytał, zawijając płaszczem tak, że usiadł na nim.

– To mój ogród. Nie straszny mi chłód.

– Tak, ale co by powiedziała na to twoja matka? Ma południową krew, temperamentną, ale nie znosi zimy. – Erander objął wzrokiem obumarłe krzewy i gnące się ku ziemi kwiaty. – Jest końcówka lata, a one wyglądają, jakby panowała już późna jesień.

Alais przewróciła oczami.

– Wiesz, kiedy go wybudowano? – Król nie poczekał na odpowiedź. – Kiedy królowa spodziewała się drugiego dziecka, kazałem usypać grządki i posadzić drzewa. Wcześniej znajdowało się tu zwykłe rumowisko.

Królewna znała tę historię. Ojciec opowiedział ją już kiedyś.

– Wiedzieliście, że urodzi się córka?

Erander poruszył ustami.

– Ja nie wiedziałem, ale twoja matka powtarzała: „To będzie dziewczyna, silna i krnąbrna”.

Alais nie wiedziała, jak zareagować. Bywały momenty, gdy czuła, że zawodzi swoich rodziców.

– Więc… sprawdziło się, ojcze?

Erander spojrzał jej w oczy i roześmiał się pokrzepiająco.

– Jeszcze pytasz! Czasami myślę, że bogowie podrzucili mi jakiegoś bękarta!

Wiedziała, że żartuje. Tak rzadko z nim rozmawiała, ale potrafiła czytać z niego jak z otwartej księgi. Alais poczuła wewnątrz ciepło, o którym już prawie zapomniała.

– Jestem twoją córką, ojcze. – Złapała go za rękę ciężką od pierścieni. – Nie zawiodę cię.

Mężczyzna ścisnął jej filigranową dłoń.

– Nie śmiałbym wątpić. Powinnaś częściej rozmawiać z matką.

Uśmiech zniknął z twarzy dziewczyny.

– Nie może wpływać na twojego brata, ale od ciebie wymaga tego, czego arystokratki zazwyczaj wymagają od swoich córek.

– Posłuszeństwa, przestrzegania dworskiej etykiety i robienia wszelakiej maści nudnych rzeczy. – Alais cofnęła rękę. – Nie chcę tego. Nie chcę być taka jak ona.

– Nie pochlebia twojemu zachowaniu – rzekł z pokorą. – I ja też mam pewne wątpliwości.

Alais spuściła wzrok. Przesuwała palcem o palec.

– Jest coś, co to zmieni…

Na twarzy ojca wymalowało się zakłopotanie. Mężczyzna uśmiechnął się krzywo, ściskając cienkie, pozbawione blasku wargi.

– Co cię frasuje, ojcze? – zapytała, udając pozorne zainteresowanie.

Mężczyzna wstał z wolna i wziął głęboki oddech. Alais również się podniosła i stanęła naprzeciwko niego, oczekując odpowiedzi. Zadrżała.

– Ojcze?

– Nie jesteś już małą dziewczynką – rzekł jakby surowo, choć wcale nie chciał, by tak to zabrzmiało – ale zawsze będziesz moją córką.

Wiem o tym – chciała powiedzieć, lecz milczała.

– Zbliża się dzień – ciągnął Erander – w którym piętnaście lat temu przyszłaś na świat.

Alais urodziła się drugiego letha, dziewiątego miesiąca roku.

– Za niecałe dwa miesiące będziemy świętować twoje urodziny.

Królewna nie wiedziała, dlaczego ten fakt miałby kogokolwiek martwić. Wnet przypomniała sobie o wszystkich poprzednich ucztach z tej okazji. Urodziny to nie powód do smutku – pomyślała.

– To źle? – zapytała całkowicie zmieszana.

– Jesteś już dojrzała. Dorosła. Wiesz, co to oznacza?

Alais zacukała się. Błądząc myślami, poszukiwała odpowiedzi.

– Zostaniesz wydana za mąż – oznajmił, nerwowo przesuwając jednym z pierścieni. Gdy na nią patrzył, wciąż widział w niej małą dziewczynkę, swoją jedyną córkę. – Wkrótce poślubisz arystokratę albo księcia, zamieszkasz u niego na dworze, a potem…

– Wiem, co będzie potem…

– Tym lepiej – odchrząknął Erander.

Ta informacja przeszyła ją niczym lodowa strzała. Ślub? Teraz? Nie można z tym jeszcze trochę zaczekać? – pytania kotłowały się w jej małej głowie.

– Nie jestem jeszcze gotowa – odparła całkowicie zbita z tropu. – Nie teraz… Ojcze, proszę… – Tym razem na jego twarzy nie ujrzała łagodnego uśmiechu starca, lecz zimne spojrzenie człowieka, który nie zamierzał cofnąć swojej decyzji. – Ojcze! – Dziewczyna chwyciła go za przedramię i potrząsnęła nim.

Król Erander wiedział, że w tej chwili musi wyzbyć się wszelkich sentymentów. Chodziło o dobro całego królestwa. Powoli cofnął rękę, wsunął do końca sygnet z topazem, którym przed chwilą ruszał nerwowo.

Nie powiedział jej o jednym, o tym, że ostateczna decyzja i tak będzie należała do niego. Alais niemal ze łzami w oczach pobiegła w stronę pałacu.

– Alais! – zawołał, lecz nie ruszył za nią. Królewna minęła dwóch wysokich gwardzistów stojących przy portalowym przejściu.

Zrozpaczona pobiegła do komnaty. Zamknęła za sobą drzwi i legła na łożu z baldachimem. Łzy spływały jej po policzkach, mocząc aksamitną poduszkę.

Królewna Averonu, pomyślała, jednego z największych królestw w tej części świata. A cóż to właściwie znaczy? Nie mogę nawet sama podejmować decyzji. Byle dziewczę na podgrodziu ma więcej radości z życia ode mnie!

Od najmłodszych lat była uczona, jaki los czeka wszystkie królewskie córy tego świata. Doskonale o tym wiedziała, jednak nigdy nie doświadczyła tego uczucia, tego obowiązku… Aż do dzisiaj.

Wieść o poszukiwaniu kandydata do ręki królewny Alais szybko rozniosła się po kontynencie, docierając na większość arystokratycznych dworów. Informację o uczcie wysłano dużo wcześniej.

Nie minęły dwa księżyce, jak do Srebrnego Miasta zjechali się panicze z rodzin królewskich bądź szlacheckich. Najpierw przybyło lokalne rycerstwo i synowie tutejszych magnatów. Wśród nich największą liczbę stanowili mężczyźni z bocznych linii Magettów i Lessarów, gdyż były to jedne z najpotężniejszych rodów w Królestwie Averonu. Nie zabrakło też młodych Forrenów – młody sir Dyter o włosach jasnych jak wschodzące słońce od razu rzucił się w oczy wielu damom dworu, jego brat zaś, Andre, barczysty i krępy, nie odstawał zanadto. Szansy wypatrywali także paniczowie z mniej znaczących rodzin tacy jak: sir Ansgar z Erden, znany i bogaty kupiec Brahim z Erlangen czy bohater rycerskich turniejów Medard z Nomeryngi.

Alais najchętniej witała królewskich synów, gdyż ci robili na niej największe wrażenie. Wraz z nimi na dwór ojca przybyły dziesiątki służących, rycerzy i zbrojnych. W Fortecy zrobiło się gwarno jak w kurniku.

Srebrogród, bo tak też nazywano stolicę Averonu, został założony wieki temu jako osada górnicza, w której wydobywano srebro. W tamtych czasach ludzie napływali z południa i zachodu, zaślepieni żądzą zysku. Wkrótce potem miasteczko rozrosło się czterokrotnie, zwiększając swoje wpływy z handlu tym jakże bogatym kruszcem. Pierwszym samozwańczym władcą miasta był wojownik imieniem Erderion. Kazał on wybudować sobie warownię na najwyższym i najbardziej wysuniętym na północny wschód wzgórzu, a zarazem stromym klifie – Alentynie. Budowa trwała czterdzieści lat, a sam król nie dożył dnia, w którym została ukończona. Niedługo po tym całe miasto zostało otoczone solidnym murem z białego kamienia. Później dodano przysadziste baszty o stożkowatych zwieńczeniach, które pokryto czerwoną dachówką.

Miasto zbudowane było na planie półkola, a do środka prowadziły trzy bramy: Brama Północna znajduje się tam, gdzie fortyfikacje łączą się z górami; Brama Główna to brama, za którą zaczyna się ulica Kupiecka, przecinająca miasto na pół; Brama Portowa z kolei leży nad brzegiem Morza Białego. Większość ulic wiodła do serca miasta – Placu Świątynnego, przy którym piętrzyła się monumentalna budowla sakralna poświęcona Boskiej Parze. Tuż obok rozciągał się mur jeszcze wyższy od tego, który okalał miasto. Jedynym otworem w nim była ostatnia z bram – Zamkowa. Za nią rozciągał się ogromny dziedziniec, a dalej stała Forteca Averońska – przepiękna warownia łącząca w sobie elementy obronne, jak i pałacowe.

Nadszedł czas długo wyczekiwanej wielkiej uczty. Stoły mieniły się różnorodnością jedzenia. W powietrzu czuć było silną woń wykwintnych potraw, drogiego wina i słodkich perfum. Można tu było znaleźć pieczone kuropatwy, kaczki, króliki, ryby, jabłka, śliwki w cieście, różnego rodzaju kawiory, sery, mięsne gulasze, groch, a także piwo i sprowadzane z Argronu wino.

Alais sprawiała pozory zadowolonej i szczęśliwej. Siedziała obok ojca w centralnym punkcie komnaty, na niewielkim marmurowych wzniesieniu, do którego prowadziły kilkustopniowe schody. To właśnie tutaj odbierała podarki. Najbardziej wyczekiwała darów od książąt.

Pierwszy przed ich obliczem stanął Valerik, książę Malidii, odziany w ciemnozieloną tunikę lamowaną nicią w kolorze dojrzałego zboża, której rękawy zdobiły wyszywane girlandy. Na piersi panicza widniała zaś złota pięść skierowana ku górze. W mentalności Malidyjczyków zaciśnięta dłoń wcale nie oznaczała siły czy przemocy, a stanowiła symbol ciężkiej pracy i jedności wszystkich poddanych.

Mężczyzna ukłonił się niezgrabnie, a starszy służący złożył na dłonie Alais mosiężną szkatułkę kaganka

– Dla najpiękniejszej z dam.

– Dzięki ci, panie – odpowiedziała królewna i zauważywszy skinienie głowy panicza, zajrzała do środka. Wewnątrz, na czerwonym aksamicie, leżał naszyjnik z białych pereł.

– Moja żona zmarła na skutek wypadku – wypalił Valerik. – Sojusz mógłby przynieść nam wiele korzyści.

– Sojusz z Averonem to nie byle co – odparł Erander – szczególnie gdy żyje się w cieniu Cesarstwa.

– To prawda, Wasza Miłość – przyznał zbity z tropu królewicz. – Jednakowoż Cendria nam nie zagraża.

Król wskazał ręką na stoły.

– Czuj się jak u siebie w domu, Valeriku.

Panicz cofnął się, posyłając Alais nieśmiały uśmiech. Wraz ze swoim podwładnym odszedł, by zająć swoje miejsce.

– Skąd ta drwina? – zapytała Alais, zerknąwszy na ojca. – Valerik był całkiem miły.

– Jego żona zmarła zaraz po ślubie, a Malidia szuka silnego protektora, który w dodatku zapewni jej suwerenność. W tym przypadku jedno i drugie nie mogą iść ze sobą w parze.

Ich rozmowę szybko przerwało nadejście kolejnego znamienitego gościa.

– Książę Alein z Gwandoru! – zawołał donośnie herold.

Alais podniosła wzrok i spojrzała na adoratora, który właśnie kłaniał się nisko.

– Wasza Wysokość, mój ojciec winszuje ci. – Spojrzał na królewnę. – Pani, twa uroda przyćmiewa blask nawet najjaśniejszych gwiazd…

Służący wyglądający na bogatego mieszczanina wystąpił i rozłożył przed dziewczyną przepiękną, długą suknię.

– Szczery jedwab, najdroższa. – Złotowłosy książę Alein gestykulował z gracją, opisując przedstawiany prezent. – Materiał sprowadzono z dalekiego Akkardu, gdzie piasek jest gorący jak słońce, a kupcy podróżują na garbatych koniach! Samą suknię zaś uszył mój nadworny krawiec, mistrz Hyglas Ekert.

Alais zaniemówiła na moment. Rumieńce rosły na jej wypudrowanych policzkach.

– Jest piękna…

Zadowolony z siebie młodzieniec wyprostował się dumnie.

– Lecz nie tak piękna, jak ty. W moim królestwie panuje pewne przysłowie, a brzmi ono tak… Prawdziwy mężczyzna musi umieć zadbać o dwie rzeczy: o konia i o swoją małżonkę.

Siedzącej obok Alais matce ten żart nie przypadł do gustu. Królewna odparła:

– Zatem łatwo takiemu odebrać męskość. – Wypowiedziane słowa zdziwiły tak samo jej ojca, jak i przestępującego z nogi na nogę księcia. – Co, jeśli żona sama potrafi zadbać o siebie i osiodłać konia?

Młody mężczyzna docenił ripostę dziewczyny. Posłał jej miły uśmiech, nie znalazłszy błyskotliwej odpowiedzi.

Książę Alein nie był dziedzicem gwandorskiego tronu, bo już w dniu narodzin musiał ustąpić miejsca swojemu starszemu bratu, Alarykowi. Sam też wolał unikać nazywania go księciem. O Aleinie mówiono, że był szlachetny i honorowy, a do tego znakomicie władał kopią i orężem. W swym życiu zwykł jeździć po krajach, aby brać udział w rycerskich turniejach, co dość szybko przysporzyło mu dużo sławy. Damy wielbiły go nie tylko z powodu umiejętności, ale także dlatego, że Alein był zabójczo urodziwym młodzieńcem – złociste włosy przypominały lwią grzywę, jego oczy wyglądały zaś jak dwa szafiry.

– Rada jestem, że zgodziłeś się u nas gościć – przemówiła Alais najpiękniej, jak umiała. Nie przepadała za tak podniosłym, dworskim językiem. Uważała go za kłamliwy i nieszczery, jednak wiedziała, że dziś musi się zachowywać tak, jak przystało na królewnę.

– I ja się cieszę. Liczę, że odnowienie sojuszu z moim ojcem jest dla Averonu rzeczą ważną. – Książę ukłonił się, po czym udał się w kierunku ucztujących możnowładców.

– Z pewnością będzie na ciebie pasować – stwierdziła siedząca po prawej stronie królowa, wychylając się do córki. – Jest czerwona jak róża w naszym herbie.

– Dziękuję, matko. – Alais odwróciła się w jej stronę. – Tak, rzeczywiście…

– Ten komentarz o męskości – rzekł poczciwie władca. – Wiesz, był chyba zbyteczny. Chciałaś go do siebie zniechęcić?

Ślub był jej nie w smak. Kiedy się o tym dowiedziała, płakała przez pierwsze dwa tygodnie. Teraz jednak nie chciała zawieść ojca.

– Wyglądał na rozbawionego.

– Tak, ale od tego mamy błaznów, a nie ciebie, Alais.

– Ojciec ma rację – przyznała królowa Ranella, lecz w odróżnieniu od Erandera nie uśmiechnęła się, silniej akcentując dezaprobatę. – Lepiej nie wypal żadnego głupstwa teraz. Spójrz, kto nadchodzi – dodała półszeptem, po czym wyprostowała się na tronie.

Alais zdawała sobie sprawę z tego, kim jest kolejny z adoratorów. Kiedy miała dziesięć lat, zostali sobie przedstawieni na turnieju rycerskim w Toverendzie. Książę był wówczas dziewiętnastolatkiem, który sam brał udział w zawodach.

– Książę Rydian z Cendrii! – ogłosił averoński herold.

Kroczący przed paniczem cesarski szambelan, zapowiedział go powtórnie:

– Wasze Królewskie Mości, pragnę wam przedstawić następcę tronu Cesarstwa Cendryjskiego, księcia Rydiana z rodu Ardmarów, syna cesarza Valestandera I, dziedzica Cendrii, przyszłego seniora Mellniry, Tusengranu, Elydii i Tragflanu!

Królewna rzuciła mu znajome spojrzenie. Od razu zobaczyła, że w ogóle się nie zmienił. Jego duma kroczyła dwa kroki przed nim. Pewność siebie objawiała się w każdym spojrzeniu księcia, każdym bezwstydnym kroku, pełnym gracji ruchu ciała. Majestat, jaki go oblewał, godny był króla połowy świata, a nie cesarskiego syna.

Rydian ukłonił się elegancko, a gdy powrócił do pozycji wyprostowanej, uśmiechnął się pysznie. Odziany wełniany, pikowany purpoit w kolorze chabrów ze złotymi haftami rzekł:

– Niezmiernie mi miło gościć w tak pięknym pałacu, choć muszę przyznać, że zaskoczył mnie tutejszy klimat.

– Witaj, książę – powiedział Erander. – Wraz z córką pozdrawiamy cię. Co sprawia, że tak sądzisz o naszych stronach?

– Jesień przychodzi tu nad wyraz szybko. W Cendrii wciąż świeci słońce, a drzewa mienią się odcieniami zieleni.

– Zimowe wiatry z północy zawsze dotykają nas jako pierwszych. Nie frasuj się, bo nim się obejrzysz, drzewa w twoim kraju ubiorą złote korony.

Rydian uśmiechnął się kącikami ust.

– Zaiste.

Bursztynowe oczy księcia spojrzały się ze szmaragdami w oczodołach Alais. Gdy tak na nią patrzył, czuła w sobie ciepło. Wyglądał majestatycznie, był szarmancki i z pozoru elokwentny, a poza tym, co było dla niej najważniejsze, sprawiał wrażenie najprzystojniejszego młodzieńca spośród wszystkich adoratorów, którzy dziś gościli na urodzinowym przyjęciu.

– Nie przedłużając – cmoknął Rydian – pragnę podarować królewnie coś specjalnego.

Słowa te były znakiem dla stojącego z tyłu sługi, który wystąpił, przekazując podarek averońskiemu heroldowi, stojącemu dwa stopnie niżej. Ten wymienił spojrzenia z królem Eranderem, trzymając coś, co przykryte było płócienną białą narzutą.

– Co to jest? – zapytała zaintrygowana królewna.

– Podarek, po który posłałem aż na Wyspy Czerwone.

Alais pozwoliła skrybie zrzucić nakrycie. Zdziwiła się, gdy przed sobą ujrzała klatkę, a w niej malutkiego ptaszka koloru cytryny.

– Na Wyspach nazywają go karia – wyjaśnił uprzejmie Rydian, widząc jej zakłopotanie, szybko przeradzające się w zachwyt.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Jej blade policzki zarumieniły się.

– Podoba ci się, pani? Moi ludzie przebyli szmat drogi, by go dla ciebie zdobyć.

Wyrwana z podziwu Alais podniosła wzrok. Bursztyn i szmaragd znów spotkały się w powłóczystym spojrzeniu. Szczery uśmiech wkradł się na usta ciemnowłosej królewny.

– To przerosło moje wszelkie oczekiwania, dziękuję.

Rydian skinął głową.

– Rad jestem. Jeśli pozwolisz, oddalę się teraz.

– Do zobaczenia, książę. – Piętnastolatka pożegnała go przychylnym spojrzeniem.

Nie wiedziała, dlaczego panicz wywarł na niej tak ogromne wrażenie. Chcąc ochłonąć, wzięła głęboki oddech, po czym powoli wypuściła powietrze z ust.

Później dostała jeszcze kilka innych podarków, lecz nie były to prezenty porównywalne z tymi, które otrzymała do tej pory. Na uczcie zjawił się nawet jeden król – Ligart Rudy, władca Adary. Alais otrzymała od niego grzebień wykonany ze szczerego złota. O jej względy kandydowali także inni, nieco mniej znaczni możnowładcy. Do Srebrogrodu przybyła również delegacja z Księstw Argronu, ale byli to sami bogaci kupcy, których nie interesowała ręka królewny, a polityczne układy czy umowy handlowe zawierane z tutejszą arystokracją.

Królewnę wciąż nie przekonywała wizja zamążpójścia. Mimo to w głębi duszy była wdzięczna ojcu, iż nie będzie to małżeństwo wyłącznie z rozsądku lub wynikające z prowadzonej przez niego polityki. Sama mogła wybrać swojego faworyta, chociaż wiedziała, że król będzie musiał zatwierdzić jej wybór.

Czas mijał nieubłaganie szybko. Toasty przestały być przez kogokolwiek liczone czy w jakiś sposób kontrolowane. Liczyła się dobra zabawa, tańce i śpiewy. W powietrzu unosił się zapach strawy, kusząca woń rozmaitych trunków i drogich perfum dam dworu, jak i również mężczyzn, którzy nie stronili od wszelakich kosmetyków.

– Spójrz, córko – mruknął król, wyrywając ją z zadumania. – To trubadur, pan Revyn Degarre. Ten zacny poeta przebył długą drogę z Estanoru, aby móc zaprezentować ci swój najnowszy utwór.

– Kim jest mężczyzna obok niego? – spytała, spoglądając na starszego od mistrza jegomościa.

– To jego towarzysz i grajek, Eudon Soyer – odrzekł władca, po czym wygodniej usiadł na tronie. Gestem ręki uciszył biesiadujących gości.

Artyści stanęli przed królewską rodziną i oddali jej pokłon.

– Wasza Wysokość. – Revyn Degarre schylił głowę, by następnie przerzucić swoje spojrzenie na królową i jej córkę. – Pani, królewno Alais… – Znów zgiął kark. – To dla nas zaszczyt móc gościć w tym zacnym i urokliwym mieście. Nie skłamię, jeśli powiem, że urodę averońskiej królewny bardowie opiewają także i w moim kraju, ręczę głową. Wraz z mym przyjacielem pragniemy zaprezentować wam krótką pieśń pod tytułem „Oblicze”.

Po tych słowach mężczyzna stojący za nim nastroił swą lutnię. Jego zadaniem było ciche wygrywanie melodii, gdy Revyn Degarre będzie występował. Poeta zaczął recytować.

Oko Twoje płonęło iskrami,

Każda łza znakiem wzruszenia,

Teraz patrzę, oko twoje,

Płonie żywym ogniem goryczy.

Widzę w nim ból,

To samo cierpienie żałosne,

Które ogarnia me ciało.

Ta sama twarz strudzona,

Widziana w tafli jeziora,

Czy to sen dobry?

Czy nocna mara nikczemna?

Kim jestem,

Gdy przy mnie nie ma Ciebie?

Najmilsza,

Tyś bliska mojemu sercu.

Wraz z końcem utworu Alais poczuła niedosyt. To było dla niej takie urzekające, mimo że nie zwykła raczyć się poezją. Tego wieczoru otrzymała wiele różnorakich przedmiotów, lecz żaden z jej adoratorów nie ułożył dla niej pieśni. Na szczęście był ktoś taki jak Revyn Degarre i Eudon Soyer, którzy potrafili porwać gości, aby ci skupili się na moment i pogrążyli w zadumie.

Królewna była pod ogromnym wrażeniem. Wnet podniosła się z tronu.

– W imieniu wszystkich zgromadzonych – podjęła, przerywając ciszę – pragnę złożyć wyrazy podziękowania tobie, mistrzu Degarre, jak i twemu druhowi, panu Soyerowi. Niech wasze pieśni trwają wiecznie, a bogowie obdarzą was dożywotnim talentem!

Artyści ukłonili się nisko i odeszli, zyskując aprobatę gości, którzy nagrodzili ich oklaskami. W tym samym momencie rozstawieni w rogu sali grajkowie zaczęli wygrywać skoczną, radosną melodię.

Alais usiadła i zerknęła na ojca, który mierzył ją spojrzeniem pełnym podziwu.

Właśnie uświadomił sobie, że jego ukochana córka wreszcie staje się dorosła, umie posługiwać się dworskim językiem oraz zachowuje się tak, jak przystało na prawdziwą królewnę. Władca był z niej bardzo dumny.

Aprobujące spojrzenie króla ukoiło jej negatywne emocje. Już prawie zapomniała, że jakiś czas temu nienawidziła chwili, w której dowiedziała się o celu dzisiejszej uczty. Teraz jednak była bardzo szczęśliwa i podekscytowana otaczającym ich przepychem. Alais była w centrum uwagi i rozkoszowała się tą chwilą.

– Jak ci się podobają kandydaci? – spytał zaciekawiony Erander.

W tej chwili Alais nie wiedziała, co powiedzieć.

– Są mili… – stwierdziła nieśmiało, lecz już po chwili pomyślała, że ojciec wymaga od niej bardziej konkretnej wypowiedzi. – Jestem pewna, że nie chcę wychodzić za któregoś z tych starców.

– Masz na myśli hrabiów i baronów? – Jeden ze służących zbliżył się, napełniając winem królewski puchar.

Skinęła głową.

– I tego paskudnego króla z Adary.

– Nie… – odparł ojciec, uśmiechając się. – Nie mów tak, bo jeszcze ktoś usłyszy. Jednak… Tak, masz rację, w ogóle nie bierzemy go pod uwagę. Jest za stary.

– Zdecydowanie za stary! – Alais powstrzymała śmiech.

Król wyprostował się na tronie. Prawdę mówiąc, on sam nie chciał wydawać córki za jednego z lokalnych możnowładców. Marzył mu się sojusz polityczny z innym królestwem. Najbardziej atrakcyjni pod tym względem byli książęta z Gwandoru i Cendrii: Alein oraz Rydian.

Cesarstwo Cendryjskie stanowiło silną potęgę w tej części kontynentu. Wpływy cesarza Valestandera sięgały królestwa Ronaru, Adary i Ravelonu. Mało kto sprzeciwiał się Cendrii. Czterdzieści trzy lata temu, w czasie wybuchu wojny dziesięcioletniej, spróbowali tego Elydejczycy. Na mocy traktatu w Toverendzie, który miał zakończyć spór i zapewnić pokój, Elydia stała się częścią Cesarstwa. Za dobrze więc na tym nie wyszli.

Gwandor słynął zaś z silnej, ciężkiej piechoty wyposażonej w kusze, piki i halabardy. Nieraz zdarzało się, że determinacja Gwandorczyków decydowała o zwycięstwie w polu. Sojusz zatwierdzony małżeństwem mógłby przynieść ogromne korzyści militarne królestwu Averonu. Południowy sąsiad z pewnością stanowiłby przedpole w hipotetycznych wojnach w przyszłości.

– Winnaś wyjść za młodego księcia – zasugerował Erander, dyskretnie wskazując dobrze się bawiących kandydatów. – Moja urodziwa córka nie może reszty życia spędzić u boku starego hrabiego.

– Zatem wystarczyło zaprosić dwóch, bym miała z czego wybierać. Po co nam cała reszta? Mam wrażenie, że siedzi tu połowa królestwa!

Erander zawahał się.

– Dobry władca nie dzieli, nie odtrąca, a łączy i przygarnia wszystkich – odpowiedział z lekkim żalem. – Kiedyś to zrozumiesz, a teraz ciesz się chwilą. – Uniósł kielich w kierunku ucztujących.

– Zdrowie króla Erandera! – ryknął jeden z arystokratów.

Alais spojrzała przed siebie. Widziała pijanych mężczyzn, którzy chwiejnym krokiem prowadzili dwórki na górę do swoich komnat. Jedne szły chętnie, chichocząc zalotnie, inne zaś były wręcz porywane i siłą ciągnięte do łoża, ale nikt się tym zbytnio nie przejmował.

Dobrze, że to nie moja noc poślubna – pomyślała.

Z zadumy wyrwało ją pojawienie się księcia Rydiana. Młody, szarmancki Cendryjczyk w przepięknej, chabrowej tunice wyciągnął ku niej dłoń. Uśmiechnął się czarująco, gdy na niego spojrzała. Jego bursztynowe oczy błysnęły w blasku srebrnych kandelabrów.

Serce Alais zabiło mocniej. Miała wrażenie, że jej piersi nagle duszą się pod obcisłą malachitową suknią. Na twarzy królewny znów pojawiły się rumieńce.

– Czy mogę cię prosić do tańca? – zapytał uprzejmie książę, widząc aprobujące spojrzenie króla Erandera.

Zachwycona pozytywnie Alais wstała i przyjęła zaproszenie. Mężczyzna o lśniących, kasztanowych włosach zaprowadził ją na środek sali, gdzie tańczyli ze sobą pozostali goście. Para zaczęła kołysać się delikatnie w rytmie spokojnej melodii.

– Nie wiedziałem, że lubisz poezję – powiedział Rydian, patrząc jej w oczy.

– Poezja zwykle zawiera ukryte przesłanie – odpowiedziała królewna, naginając nieco fakty. – Sztuką i przyjemnością jest jej odkrywanie.

– Zaiste, ciekawe zajęcie. Od poezji wolę jednak rycerskie turnieje.

Znów jej zaimponował.

– Dane mi było o tym usłyszeć, a nawet zobaczyć. Pamiętam turniej w Toverendzie, na którym podarowałeś mi złotą różę. Zrzuciłeś wtedy z konia samego Medarda z Nomeryngi, który również zabiega dziś o moje względy.

– Ma jakieś szanse? On? Rycerz kontra przyszły cesarz? – Mężczyzna posłał jej lisi uśmiech. – Śmiem twierdzić, że dla twego ojca wydanie córki za mnie będzie dużo lepszym posunięciem – Palące spojrzenie przeszyło królewnę. – Prawda?

– Nie znam się na polityce, książę. Ojciec na pewno postąpi właściwie. I pytanie, czy ty spodobasz się mi?

Odpowiedź nieco go zaskoczyła. Wymuszonym uśmiechem nie dał się zbić z pantałyku.

– W istocie.

Nagle muzyka ucichła, a król Erander zaprosił tańczących biesiadników do stołu. Podano kolejne dania.

Alais wróciła na miejsce, nie wiedząc, co dokładnie ma sądzić o młodym Cendryjczyku. Wszakże wydawał się jej szarmancki i nad wyraz pewny siebie, ale także nieco arogancki. Czasami bała się go, gdy ten przeszywał ją płonącym spojrzeniem bursztynowych oczu. Wodził za nią wzrokiem przez cały wieczór.

Kolejnym z adoratorów zamierzającym porwać królewską córkę do tańca był ekstrawagancki książę Alein z Gwandoru. Nie mogąc jednak słuchać mało rozrywkowej melodii, polecił grajkom zagranie czegoś bardziej skocznego. Rytm wesołej muzyki poderwał wielu możnych i damy do tańca. Młodzieniec zaproponował, by wszyscy zatańczyli gwandorkę – popularny na dworach taniec.

– Nie znam kroków – oznajmiła Alais, paląc się ze wstydu. Książę chwycił ją jednak za delikatne dłonie. – Mój panie, ja naprawdę… nie umiem…

– To bardzo proste – rzekł z uśmiechem. – Spójrz, prostujesz ręce na wysokości barków. – Robił z nią to, o czym mówił. – To taniec nóg. Unosisz jedną i postukujesz pantoflem raz w lewo, a raz w prawo. To samo robisz z drugą stopą. Raz, dwa, trzy… i zmiana. Raz, dwa, trzy! Hop!

Królewna potykała się, jednak Alein w ogóle nie reagował na to w sposób negatywny.

– Uderzamy nogami o posadzkę i… obrót! – Obrócił nią tak energicznie, że zamienili się miejscami. – Powtarzamy! – Książę z gracją uderzał bogatymi ciżmami o marmurowe klepisko. – I… obrót!

Nabierająca wprawy Alais zaczęła się śmiać.

– Grajkowie! Skoczniej, skoczniej! – nawoływał radośnie jasnowłosy młodzieniec. Muzykanci zaczęli grać szybciej. – Zwiększamy tempo! Hej!

Alais ledwo nadążała za rytmicznymi ruchami partnera.

– Ja… zaraz się wywrócę!

– Trzymam cię, pani! Raz, dwa, trzy, hej! Raz, dwa, trzy…

Kończąc taniec, Alais dostrzegła w drugim rzędzie księcia Rydiana, który tańczył w parze z Fridą Magett – dwórką i jej najlepszą przyjaciółką. Dodatkowo następca cendryjskiego tronu nie trzymał dziewczyny za ręce, tylko obejmował ją w talii. Frida wyglądał tak, jakby nie miała nic przeciwko.

Przy ostatnim obrocie, zamyślona Alais omal nie upadła na posadzkę. Tracąc równowagę, wpadła prosto w ramiona księcia Aleina, który opuścił ją jak do pocałunku. Młodzi spojrzeli sobie w oczy. Gwandorczyk czekał na ten moment. Widział, że udało mu się rozbawić odrobinę zachmurzoną królewnę. Liczył na coś więcej. Na jasną deklarację na oczach wszystkich pozostałych adoratorów. To była scena jak ze snu.

Alais uśmiechnęła się krzywo, szczerząc przy tym zęby.

– Jeszcze nie zdecydowałam – powiedziała wymijająco.

Mimo to szarmancki młodzieniec uśmiechnął się serdecznie, a następnie energicznie postawił dziewczynę na nogi.

Pozostali goście nie byli zbyt skłonni do tańczenia z młodą córką króla Erandera. Tym, którzy próbowali, Alais odmawiała, tłumacząc, że jest zmęczona. Z odrzuceniem nie pogodził się sir Dyter Forren, który wyszedł z sali w towarzystwie innej kobiety, siedemnastoletniej Alis Evron. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, nawet jego starszy brat Andre, który przy jednym ze stołów wdał się w dyskusje o wyższości szlachty nad duchowieństwem.

– Zdrowie królewny Alais! – Toast wzniósł palatyn Gwidon Frangudis, patriota i lojalny sługa króla Erandera. – Niech żyje Córa Averonu!

– Niech żyje! Wiwat!

Alais czuła, że musi odbyć poważną rozmowę. Odeszła od stołu i podeszła do kolumny, przy której stała jasnowłosa Frida Magett, jakby czekając na kogoś.

– Frida – odezwała się królewna.

– Pani. – Przyjaciółka ukłoniła się, chwytając w dwa palce brzegi niebiesko-białej sukni.

– Nie musisz mi tytułować – zirytowała się Alais i spojrzała na bawiącą się arystokrację. – Są zbyt pijani, by zrozumieć, o czym rozmawiamy.

Frida zdawała się nie rozumieć, co jej pani ma na myśli.

– Nawet kolory nosisz podobne.

Wyraz twarzy dwórki zmienił się. Już zrozumiała.

– To przypadek. Po prostu lubię niebieski.

– Chabrowy – poprawiła ją królewska córka. – Cała Cendria jest chabrowa. Chociaż na uczcie mogłaś wybrać inne barwy… No nie wiem… srebrny, beżowy albo malachitowy na przykład. – Wymieniając ostatni kolor, wskazała na siebie.

– Wybacz, Alais.

– O czym rozmawialiście?

– O niczym konkretnym. Rydian… To znaczy książę… On wziął mnie tylko do tańca.

Piętnastolatka przyjrzała jej się podejrzliwie.

– No dobra. – Uśmiechnęła się do młodej dwórki. – Muszę wracać. Próbowałaś miodowych ciasteczek? Są przepyszne!

Wróciła do stołu, przy którym siedzieli jej rodzice. Usiadła. Sięgnęła po jeszcze jedną słodycz, ale królowa dotknęła ręki córki.

– Nie powinnaś, dziecko.

Łykający już drugie ciastko władca uniósł krzaczaste brwi.

– Nie żałuj jej, moja droga. Alais ma urodziny.

– Właśnie. – Dziewczyna uśmiechnęła się kącikami ust. – A gdzież to podziewają się moi bracia?

– Huczne uczty to nie jest coś dla Tytera i Aidana – odetchnęła królowa matka, poprawiając zawieszony na palcu pierścień z jadeitem.

– A Reinar?

– Nie lubi uczt ani zabaw – odparł król, wyciągając rękę po puchar z argrońskim winem. – Wiesz, jaki jest. – Władca się zamyślił. – Polityka… Nigdy jej nie lubił.

Ojciec chciałby, żeby w końcu polubił, pomyślała Alais. Reinar woli jednak polowania, szermierkę i jazdę konno. Prędzej czy później zostanie zmuszony do nauki na temat administracji i zarządzania królestwem. Pan ojciec skończył w tym roku pięćdziesiąt jeden lat.

– A Malena, jego żona?

– Jest z nim. – Królowa stuknęła palcem o krawędź stołu.

– Rydian, Alein i Valerik. – Erander wytężył wzrok. – Kandydaci do twojej ręki nie powinni siedzieć blisko siebie.

– To synowie królewskich rodów – uspokoiła go Ranella. – Wiedzą, jak mają się zachować.

Obawy ojca królewny Alais nie ustawały.

– To mężczyźni – wycedził – a ja widziałem w swoim życiu dość szaleństw.

Wypowiedziawszy to, gestem ręki przywołał stojącego pod ścianą sługę. Kiedy już miał się do niego odezwać, pomiędzy nim a królem stanął Ligart Rudy, władca Adary, niewielkiego górskiego kraju leżącego na wschód od Cendrii. Alais wyprostowała się na krześle.

– Królu Eranderze, pragnę wznieść toast za nasze królestwa, które, żywię nadzieję, pozostaną od dziś szczerymi przyjaciółmi.

Władca Averonu uśmiechnął się półgębkiem.

– Rad jestem, że mogę gościć na urodzinowej uczcie królewny Alais, gdzie przepych i rarytasy dorównują ucztom na południu.

– A może są od nich lepsze? – wypaliła Alais, zbijając starego króla z tropu.

– Lepsze? – Rudy władca uniósł kasztanowe brwi. – Cóż…

– Lepsze niż w Adarze.

– Alais! – upomniała ją matka. – Jak ty się zachowujesz?

Komentarze królewny nie umknęły uwadze ojca.

– Córko, co to za kalumnie? Natychmiast przeproś króla Ligarta.

Odziany w pikowany szary kaftan władca zachmurzył się, zadzierając brodę.

– Alais! – powiedział stanowczo Erander.

– Wybacz, panie. – Alais zrezygnowała ze swojej buńczucznej postawy. – Mam nadzieję, że przywrócisz władzę w swoim królestwie.

Ligart zerknął na nią cierpko.

– Królu Eranderze, tuszę, że jeszcze porozmawiamy.

– Tak, na pewno.

Urażony Adar odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku miejsca, gdzie siedział cały wieczór.

Król Averonu spojrzał na córkę. Dezaprobata malowała się na jego twarzy.

– Co w ciebie wstąpiło? Czy to wino uderzyło ci do głowy, że zaczęłaś mu ubliżać?

– Ile on ma lat? – oburzyła się królewna. – Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Jak mogłabym za niego wyjść?

Erander zmarszczył brwi.

– Oszalałaś? Rozmawialiśmy o tym, że…

– Mężu. – Ranella dotknęła królewskiej dłoni. – Patrzą na nas.

Władca podniósł siwą głowę. Rzeczywiście, niektórzy możni przyglądali się całej tej sytuacji.

Alais nabiła na widelec zielony groszek i włożyła go do ust.

– Nie będę grzała łoża jakiemuś starcu – bąknęła.

– Nie, nie będziesz – odparł szybko król. – Lepiej skończ już ten temat i się nie dąsaj. Oni wszyscy przybyli tu dla ciebie.

Prychnęła. Nie skomentowała.

W przeciwległej części sali niespodziewanie doszło do jakiejś szamotaniny, która szybko została przysłonięta zaciskającym się tłumem gapiów. Kilka kielichów głucho spadło na marmurową posadzkę, wzniosły się pomruki, a nawet pojedyncze salwy karczemnego śmiechu.

– Co tam się dzieje? – zirytował się Erander. Po chwili jednak przypomniał sobie, po co wzywał sługę. – Nie…

Alais poczuła ogarniające ją ciepło. Przypływ adrenaliny podyktowany budzącym się w niej lękiem.

– Książęta…

Tłum skupił się na kandydatach do ręki królewny, Rydianie i Aleinie, którzy, stojąc na środku sali, obrzucali się obelgami.

– Masz strasznie niewyparzony język, paniczyku – rzucił cesarski syn, przechadzając się wzdłuż gości i wodząc wzrokiem oponenta. – Zechcesz powtórzyć na głos to, co powiedziałeś przed chwilą o królewnie?

Zakłopotany Alein rzucił okiem na dziewczynę. Alais stała za stołem na drewnianym podeście wraz z zaniepokojonymi rodzicami.

– Przed chwilą byłeś bardziej gadatliwy!

– Zawrzyj gębę, Cendryjczyku. Masz się za lepszego od innych, bo twój ojciec pierdzi w cesarski stołek? – Złote włosy księcia Aleina zafalowały jak wzburzone morze. – Jestem synem króla Ferosa z Gwandoru i nie dam się obrażać!

Rydian zezłościł się nie na żarty.

– Nie znieważyłem cię!

– Ani nie pozwolę, by ktoś mi groził!

– To nie była groźba, a przestroga.

Nagle Alein napluł prosto na buty Rydiana. Między nimi stanął książę Valerik, jednak zjawił się tam zdecydowanie za późno, by zapobiec katastrofalnym skutkom książęcej kłótni.

– Panowie! – zaapelował, lecz nie słuchali go. – Niechaj królewna sama, wedle starego zwyczaju, męża wybierze. Prawo siły nie jest tutaj konieczne!

W ostatnich słowach zwrócił się bezpośrednio do Aleina, stając w niebezpiecznie bliskiej odległości. Rozwścieczony panicz odepchnął go z taką siłą, że Valerik z impetem wpadł na Rydiana, przewracając się o jego ciżmy i lądując twardo na marmurowej podłodze.

Potomek cesarza uznał to za atak i prędko dobył miecza, którego stalowa rękojeść wysadzana była drogocennymi kamieniami.

Stojący wokół możni cofnęli się o kilka kroków. Jeden z nich pobiegł zawiadomić króla, będąc przekonanym, że ten nie wie, co się dzieje. Skłóceni mężczyźni dobyli broni. Odgłos wysuwających się z pochew mieczy przerwał rozmowy i półszepty, odebrał głos wszystkim zgromadzonym w Fortecy damom i arystokratom. Grajkowie przerwali grę.

– Ładne ostrze – przyznał Rydian, uśmiechając się krzywo na widok pozłacanej klingi, mieniącej się w blasku świec oraz kaganków.

– Nie próbowało jeszcze cendryjskiej krwi – warknął Alein niczym wściekły pies.

Cendryjczyk przyjął bojową postawę.

– Niech więc spróbuje.

Rozpętała się burza, w której tańczyły ze sobą dwie błyskawice. Alein zaatakował. Klingi zderzyły się kilkukrotnie, a kiedy to nie przyniosło efektu, jasnowłosy ponownie ruszył do przodu, pchając i ciąć naprzemiennie. Rydian odbijał bądź unikał ciosów.

Pojedynkiem zainteresowała się także i służba. Kucharze weszli do Sali i stanęli wśród gości. Niektóre dwórki nalegały, by ktoś przerwał to szaleństwo.

W pewnym momencie Rydian sparował cios i wolną ręką uderzył przeciwnika w twarz, a następnie wskoczył na podłużny stół, nie mogąc się nigdzie indziej wycofać. Alein zawinął ostrzem po blacie. Oponent podskoczył, przebiegł kawałek dalej, zrzucając kielichy oraz wywracając półpełne dzbany z winem. W końcu się obrócił. Kopniakiem strącił misę z gulaszem, która spadła na Aleina. Młodzieniec zatrzymał się zdezorientowany. Wykorzystując to, Rydian kopnął ponownie, z chrzęstem łamiąc mu nos. Jucha zalała usta jasnowłosego panicza, który wzburzony uderzył ponownie. Chybił, bo Rydian wykonał przewrót w bok i wylądował na posadzce za jego plecami. Książę Alein, wspomagając się nogą, wyrwał ostrze, które na moment utkwiło w dębowym stole.

– Masz już dość?! – warknął Rydian, kiedy dostrzegł, co zrobił rywalowi. Dyszał ciężko. Wcześniej ufryzowane starannie włosy wyglądały teraz jak ptasie gniazdo.

Alais wraz z rodziną przyglądała się całej scenie. Ściskając mocno palce, prosiła bogów, by jak najszybciej się skończyła.

Gwandorczyk wypluł krew, a potem wytarł usta o rękaw kaftana. Ani myślał o zrezygnowaniu z walki. Wiedział, że przygląda mu się zbyt wiele osób. Zaszarżował do przodu, lecz cendryjski książę jedynie uniknął kolejnego ciosu i pchnął oponenta za siebie, przez co zyskał aprobujące okrzyki publiczności.

Alein zakołysał się.

– Walcz! – zażądał, wymachując klingą. – Walcz, mówię!

Nie, pomyślała Alais. Nie walcz. Niech ktoś coś zrobi.

– Odpuść.

Rydian nie chciał więcej ranić panicza. Postawił na samą obronę, licząc, że ten się opamięta i zaprzestanie walki. Ledwo się obrócił, gdy Alein ponownie doskoczył do niego. Sztych miecza przeciął kawałek chabrowej tuniki księcia, lecz nie zranił go w żaden sposób. Mężczyzna uchylił się przed kolejnym z ciosów, wykonując zwinny półpiruet i w mgnieniu oka znajdując się za plecami przeciwnika, którego zdążył kopnąć w zadek, co rozbawiło nietrzeźwych gapiów. Znieważony rycerz i książę pochylił się, zagryzł wargi i mocniej zacisnął dłoń na złotej rękojeści. Z okrzykiem na ustach zaczął ciąć w powietrzu, próbując trafić rywala.

– Zabije cię! – wykrzykiwał wściekle.

Alais prosiła ojca, by ten rozkazał zakończyć ten pojedynek. Nie wiedziała jednak, że to nie była jego sprawa. Nie mógł im nic rozkazać, bo nie byli oni jego poddanymi, a gośćmi. Dziewczyna nie chciała, żeby któryś z nich zginął lub został poważnie ranny. Nie w jej urodziny.

Nie widząc wyjścia na zakończenie sytuacji, Rydian sparował cios i błyskawicznie uderzył mieczem. Ostrze z impetem przecięło klatkę piersiową oponenta, uwalniając się na wysokości ramienia. Możnowładcy zaprzestali okrzyków, damy jęknęły z przerażenia i zaraz zaczęły zakrywać usta dłońmi.

– O bogowie! – syknął jeden z baronów.

Alein wypuścił oręż z ręki, zachwiał się, po czym padł na posadzkę. Gestem ręki zdołał pokazać, iż ma dosyć walki.

– Krew! Krew! – krzyczała panicznie kobieta w stożkowym czepcu. Stojąca obok niej towarzyszka osunęła się w ramiona towarzyszącego jej hrabiego.

Rydian odetchnął z ulgą, jednakże po chwili ogarnął go paraliżujący lęk. Bał się, że właśnie zabił natarczywego Gwandorczyka. Wszyscy tak myśleli. Książę zastygł na moment, trzymając oręż w górze w taki sposób, w jaki zakończył cięcie.

– Dość! Przestańcie! – Na środek sali wbiegła zdruzgotana Alais. Spojrzała z politowaniem na ranionego młodzieńca. Posoka wypływała spod poszarpanej tuniki. – Szybko, konsyliarza!

Zdenerwowany całą sytuacją Rydian fuknął coś pod nosem i opuścił wielką komnatę. Nikt nie odważył się go zatrzymać.

Nim zjawił się medyk, wokół ciała Aleina zgromadziła się towarzysząca mu w podróży służba. Jej członkowie wyglądali na bardzo przejętych stanem swojego pana, który cały zesztywniał, a z ust wypływała mu krew. Jego nos był wgnieciony do środka głowy. Widok ten dla wszystkich był iście makabryczny.

– O bogowie… – powtórzył nieco ciszej wąsaty baron.

– Przynieście mu wody i jakieś szmaty! – apelował gwandorski sługa. – I zawiadomcie dowódcę gwardii!

Nie chcę na to patrzeć, pomyślała Alais. Odeszła, a gdy mijała ojca, rzuciła mu pełne żalu spojrzenie szmaragdowych oczu. W tej chwili czuła do niego ogromny uraz za to, że w porę nie zapobiegł pojedynkowi. Mógł przecież nakazać straży rozdzielić zwaśnionych młodzieńców, przemówić, zrobić cokolwiek. Wszystko działo się tak szybko. Zbyt szybko i niespodziewanie.

Nie chcę wyjść za żadnego z nich – stwierdziła w duchu.

Rozdział II

Wiedzieć chcesz, co skrywa pacjent, otwórz mu bebechy, bracie.

Uniwersyteckie przysłowie

Cytrynowa ptaszyna przeskoczyła z jednej gałązki na drugą, zaćwierkała i w swój ptasi sposób zaczęła energicznie ruszać łebkiem, rozglądając się wokół. Nie brakowało jej wigoru, co wzbudzało zachwyt w oczach nastoletniej królewny i każdej służącej, która odwiedzała jej komnatę.

Alais siedziała tuż obok klatki stojącej na niewielkim, drewnianym stoliku o przypominających girlandy, falistych nogach. Zastanawiała się, jak nazwać swojego nowego przyjaciela.

– Jak ci dać na imię? – mruczała, uderzając delikatnie palcem w krawędź żelaznej klatki.

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Królewna poderwała się z miejsca, stanęła prawie że na środku komnaty, złożyła ręce na sukni, odchrząknęła i zaprosiła gościa do środka.

To była Nadia, jedna z dwórek, najstarsza córka palatyna Gwidona Frangudisa, starsza od Alais o prawie cztery lata.

Młoda kobieta ukłoniła się z gracją.

– Moja pani.

Nadia miała dobrze zarysowane kobiece kształty, przez co była obiektem zazdrości innych panien mieszkających w pałacu. Do tego była wysoka, pucułowata, a jej włosy, jak mówiono, ucałował ogień. W gronie dworzanek, które za nią nie przepadały tudzież czuły się od niej gorsze, nazywana była ladacznicą. Alais nigdy nie aprobowała tym opiniom. Jako królewna nie musiała się czuć gorsza od kogokolwiek.

– Tak? O co chodzi?

– Twój ojciec, pani. Król Erander polecił mi, abyś udała się do księcia Aleina. Podobno wreszcie się obudził, ale wciąż trzyma go gorączka.

– Jesteś pewna, że tak powiedział?

Twarz Nadii skamieniała.

– Tak. Zwykle wysyła służących, ale tym razem poprosił mnie. – Wzruszyła ramionami. – Widocznie akurat znajdowałam się w pobliżu.

Bo jesteś córką palatyna, który jest mu tak bliski – dokończyła w myślach Alais.

– Skoro tak… Pójdę do księcia.

Alais poczuła, jak cały tamtejszy wieczór na nowo odtwarza się w jej głowie, a wcale nie chciała do niego wracać. Znów była na uczcie. Wznosiła toasty, uśmiechała się z wdziękiem. Przywołała w pamięci pojedynek książąt, a potem niechlubny finał i brudzącego posadzkę krwią księcia Aleina. Pech chciał, że gdy zdołała o wszystkim zapomnieć, pojawiła się Nadia Frangudis.

– W której komnacie leży książę? – Dziewczyna udawała, że jest zainteresowana całym tym tematem, ale w głębi ducha wcale nie chciała widzieć obnażonego z szat mężczyzny w gorączce z wciąż świeżą raną na piersi.

– Książę Alein jest w jednej z komnat po wschodniej stronie pałacu. Rozpoznasz ją, pani, po grupie medyków i służących stojących pod drzwiami.

– Dziękuję.

Obie kobiety zastygły na moment w niezręcznej ciszy. Wtedy Nadia spojrzała w kierunku południowego okna, ale to nie widok za nim ją interesował, a stojący obok stolik z klatką.

– Ładna ptaszyna. Widziałam, jak książę Rydian ci ją zaprezentował. Czy ma już imię?

– Niestety nie – odparła Alais, zerkając na urocze stworzenie przeskakujące z patyczka na patyczek. – Nie mam dziś weny do tego.

– Cóż, może ja coś wymyślę… – oznajmiła Nadia, posyłając królewnie serdeczny uśmiech – a wtedy dam ci znać, pani. – Młoda kobieta skinęła głową i wyszła z komnaty.

Zanim Alais opuściła wnętrze, zabrała ze sobą aksamitną chustę. Na wypadek, gdybym musiała zakryć twarz usta. Domyślała się, że otwarta, posmarowana różnymi maściami rana może niemiłosiernie cuchnąć. Koszmar piętnastych urodzin powracał.

Pójdę tam i co powiem? – zastanawiała się. Mam go przeprosić? Rydian powiedział, że Alein mi ubliżył, ale czy mógłby. On? Książę o złotych włosach? Szlachetnie urodzony syn?

Przed oczami miała tylko zakończenie tamtego feralnego wieczoru – widok dwóch walczących ze sobą mężczyzn, tylko że nie był to rycerski turniej, które zresztą lubiła obserwować, a przypominające karczemną burdę starcie na śmierć i życie. Dziewczyna nie rozumiała, jak coś takiego mogło mieć miejsce podczas jej urodzin połączonych z wyborem przyszłego męża.

Starała się o tym nie myśleć, ale im bliżej komnaty się znajdowała, tym poczucie winy i bezsilności ogarniało ją coraz bardziej. Weź się w garść – powtarzała sobie w głowie. Przecież jesteś już dorosła. Zachowuj się tak, jak przystało.

Skierowała się korytarzem w lewo, który był bardzo jasny z powodu licznych i dużych okien z białego szkła. Minęła wielkie schody prowadzące na dół i na górę. Nigdy nie mogła wyjść z podziwu, widząc pięknie wykutą w girlandy balustradę. Artysta, który ją zaprojektował, wykazał się niezwykłym kunsztem.

Po obu stronach korytarza znajdowały się komnaty dworzan. Alais nie bywała często w tej stronie pałacu, toteż nie była pewna, do kogo należą.

Znów skręciła w lewo. W oddali ujrzała grupkę służących. Kiedy się zbliżała, dostrzegła, że niektórzy wyglądali na zdenerwowanych, zaniepokojonych, inni zaś sprawiali wrażenie bujających w obłokach. Bez trudu zreflektowała się, którzy z nich to lekarze. Gwandorska służba nosiła bowiem bordowe tuniki. Medycy zaś, jak na uczonych przystało, przyodziani byli w długie, sięgające kostek czarne szaty, połyskujące lekko w świetle południowego słońca. Do tego na głowę zakładali kwadratowe, fularowe czapki usztywniane na górze.

Alais dziwiła się, że komnaty nie strzegą żadni gwardziści, lecz ujrzała ich dopiero wtedy, gdy zbliżyła się na dostateczną odległość. Wcześniej ich nie widziała z powodu stojących na pierwszym planie ludzi. Kiedy do nich podeszła, mężczyźni pochylili głowy, rozpoznawszy w niej królewnę. Tylko gwardziści się nie ruszyli.

– Pani, w środku jest teraz medyk, pan Dyrien Alvoris – oznajmił jeden ze zgromadzonych konsyliarzy.

Znała to nazwisko. Dyrien Alvoris był nadwornym lekarzem. Kiedy pewnego razu jej młodszy brat, Tyter, cierpiał na zagrażającą jego życiu gorączkę, Alvoris go uzdrowił. Wiele dobrego słyszała o tym człowieku.

– Przychodzę tu z polecenia mojego ojca, a waszego króla. Polecił mi zjawić się w komnacie księcia Aleina, by dodać mu otuchy.

– Naturalnie, pani – przytaknął Versimo Galoys, jeden z młodszych lekarzy w służbie króla Erandera, z pochodzenia Elleńczyk. – Radziłbym jednak nie przeszkadzać panu Alvorisowi. To bardzo stary medyk, właściwie mistrz. Nie lubi, jak ktoś…

– Jestem królewną – stwierdziła stanowczo. – Chcę zobaczyć księcia. Być może mojego oblubieńca, jak król tak nakaże.

Versimo Galoys nie odezwał się już więcej.

Alais dała kilka kroków do przodu. Jeden ze strażników otworzył jej drzwi i wpuścił dziewczynę do środka.

Dyrien Alvoris, medyk nad medykami, stary człowiek o wieloletnim doświadczeniu w dziedzinie anatomii, stał teraz nad łóżkiem osłabionego księcia Aleina i przyglądał mu się uważnie, przykładając do oka wypolerowane szkiełko. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że ktoś wszedł do środka.

Sędziwy mężczyzna był niski oraz lekko przygarbiony. Alais cieszyła się z tego powodu, bo zazwyczaj spotykała jedynie wyższych od siebie. Ilekroć widziała Alvorisa, odnosiła wrażenie, że z miesiąca na miesiąc staje się on coraz bardziej zmęczony życiem. Rzeczywiście tak było, bo w tym roku medyk obchodził swoje siedemdziesiąte urodziny. Królewna często żartowała w duchu, że z każdym następnym rokiem życia starcowi przybywała kolejna zmarszczka na twarzy, a teraz miał ich naprawdę wiele.

Wewnątrz było cicho. Oprócz Dyriena Alvorisa i leżącego na grubo wyścielonym łożu księcia, w środku, pod ścianą, stali dwaj mężczyźni. Dziewczyna po wejściu sądziła, że jest to averońska służba. Gdy się jednak przyjrzała, dostrzegła barwy ich strojów – bordowe i czarne, z wyszywaną lilią i szachownicą w ryngrafie. Królewna spróbowała przypomnieć sobie dewizę Gwandorczyków.

„Rodzimy się we krwi i umieramy we krwi” – powtórzyła w myślach.

Dyrien Alvoris obrócił się powoli i niezdarnie, chcąc wreszcie dowiedzieć się, kim jest osoba, która zakłóca jego pracę. Kiedy ujrzał młodziutką i piękną dziewczynę o jasnej cerze i pofalowanych czarnych włosach, wzdrygnął się, po czym stanął najprościej, jak mógł i pokłonił się tak, jak dalece pozwolił mu jego stary kręgosłup.

– Moja pani – chrząknął.

Alais spojrzała na niego z lekkim politowaniem, po czym skierowała wzrok na półprzytomnego Aleina – jego nos był częściowo zrekonstruowany i pozszywany. Przepiękne blond włosy niemalże straciły swój kolor. Po czole i policzkach księcia spływały kropelki potu. Nagą pierś przecinał bandaż, mocno przekrwiony w miejscu rany, a żyły na rękach Aleina sprawiały wrażenie, jakby chciały wyrwać się spod skóry. Nie wyglądało to dobrze.

Królewna z trudem przełknęła ślinę, próbując nie zemdleć. Obrzydliwy widok, pomyślała, odwracając głowę na bok. Tak chyba wyglądają wygrzebane z ziemi nieboszczyki. Albo gorzej. Wtedy przypomniała sobie o chuście, którą zabrała. Sięgnęła po nią momentalnie i przyłożyła do ust. Ponownie spojrzała na gwandorskiego księcia.

– Co z nim będzie? Jakie są rokowania? – dopytywała, nie spuszczając wzroku z rannego panicza. – Czy on ozdrowieje?

– Zatamowaliśmy krwotok, ale książę leży w agonii – powiedział Dyrien Alvoris, prosto i bez ogródek. Jeden ze służących spojrzał na starego mężczyznę. Jego mina sugerowała, że chciałby, aby medyk cofnął te słowa. – Jego szanse są nikłe, pani…

– Czy dołożyłeś wszelkich starań, by go ratować?

– Naturalnie. Uczyniłem wszystko, co leżało w mojej mocy. Teraz pozostaje czekać i powierzyć jego los łaskawym bogom.

Alais nie chciała, by panicz zmarł. Dziewczyna nie bardzo znała się na polityce, ale w tej sytuacji łatwo było wywnioskować, że jego śmierć mogłaby być podwaliną pod coś bardzo złego. Pojedynek dwóch książąt, z których jeden został ciężko ranny i zmarł – taki obrót spraw odbiłby się echem w całej Ellenii. Sytuacja była napięta oraz bardzo delikatna. Wieści z pewnością powędrowały już do króla Ferosa, władcy Gwandoru.

Zastanawiała się, czy władca podejmie jakieś kroki wobec Cesarstwa Cendryjskiego?

– Jeśli mogę… – odezwał się jeden ze służących i dał dwa kroki do przodu.

– Mów, proszę – zezwoliła Alais, marszcząc delikatnie czoło.

– Dziękuje, pani. Książę wraz z całą świtą wraca jutro do domu.

Alais uniosła brwi. W jeszcze większym osłupieniu znalazł się Dyrien Alvoris, który lekceważąco fuknął pod nosem.

– Jeśli wyjedziecie – zagroził – książę nie przeżyje podróży.

– Czyja to decyzja? – spytała szybko Alais, wiedząc, że rozmawiają o tym z niewłaściwą osobą. Sama nie wiedziała, czemu aż tak bardzo przejęła się losem księcia Aleina. Być może to drastyczny widok lub poczucie winy wywarło na niej taki wpływ. – Kto wydał taki rozkaz?

– Sir Rotgier Danves – odpowiedział uniżenie służący. – To dowódca straży przybocznej księcia. Odpowiada za jego podróż.

– Gdzie go znajdę?

– Nie wiem, pani. Usłyszałem to od innego sługi. Sir Rotgier przebywa gdzieś w zamku.

– A ty? – wywołała drugiego sługę. – Też nie wiesz?

– Nie. – Gwandorczyk pokręcił głową. – Otrzymaliśmy rozkaz pilnowania księcia. Stoimy tu od świtu do nocy.

– Czy książę Rydian już wyjechał? – zapytała, chociaż nie spodziewała się, by ktoś z tutaj obecnych znał odpowiedź.

– Wczoraj o świcie, moja pani – zaskoczył ją Dyrien Alvoris, chrząkając ciężko.

To dobrze, pomyślała Alais.

Słyszała, że dzień po uczcie gwandorscy zbrojni omal nie starli się z cesarskimi. Służba na złamanie karku musiała zmieniać im miejsce noclegu.

Wychodząc, zwróciła się do jednego z averońskich sług z prośbą, aby ten zawiadomił jej ojca o planach Gwandorczyków. Sługa uniżył się i pospiesznie ruszył do komnaty króla. Tylko ktoś takiej rangi mógł wpłynąć na decyzję sir Rotgiera.

Nie mogąc znaleźć ojca, rozbita i zmieszana tym wszystkim Alais udała się do siebie, oczekując na rozwój wypadków. Kiedy się zbliżała do komnaty, zauważyła Fridę Magett delikatnie pukającą do drzwi. Ujrzawszy królewnę, dwórka podbiegła, tupiąc pantoflami o biało-czarną, marmurową posadzkę.

– Moja pani. – Dziewczyna złapała w palce brzegi sukni.

Alais spojrzała na nią poirytowana. Z Fridą znała się od dziecka, gdyż ich ojców łączyły więzy przyjaźni, a ród Magettów był jednym z najwierniejszych chorążych króla Erandera. Rządzili oni rozległymi ziemiami w dorzeczu Nardany wraz z położonym na południe od Srebrogrodu miastem Ariond – siedzibą rodową.

– Daruj sobie te dworskie nawyki. – Królewna się roześmiała. – Przecież wiesz, że nie musisz mi się kłaniać.

– Wybacz, Alais.

Frida była czwartym dzieckiem oraz drugą córką seniora familii, Horanda Magetta. Miała jasne włosy, szare oczy i mały, okrągły nos. Niewiele niższa od Alais, zawsze bogato odziana prezentowała się z niemałą gracją. Na nadgarstkach nosiła miedziane bransolety, w uszach srebrne kolczyki. Gdy miała siedem lat, zmarła jej matka. Wówczas ojciec wysłał ją na dwór króla Erandera, licząc, że tam córka zyska wykształcenie i nauczy się dobrych manier. Sam Horand zamierzał bardziej skupić się na synach – planował nauczyć ich wojennego rzemiosła, strategii i zarządzania.

– Przyszłam z tobą pomówić. Możemy wejść do środka?

– Tak – odpowiedziała Alais, gestem ręki zapraszając przyjaciółkę.

Usłyszawszy dźwięk otwierających się drzwi, ptaszyna podleciała do góry klatki i usiadła na gałązce. Uważnie przyglądała się wchodzącym damom.

Frida Magett z entuzjazmem podeszła do klatki, schyliła się i zajrzała do jej wnętrza.

– Doszły mnie słuchy, że dostałaś ptaszka z dalekich krain, ale nie sądziłam, że okaże się tak cudowny – przyznała, odwróciwszy się w kierunku królewny. Potem jeszcze raz skierowała wzrok ku klatce.

– Wciąż nie ma imienia – powiedziała Alais w taki sposób, jakby chciała zmyć podekscytowanie z twarzy Fridy.

– Może… – zastanawiała się dwórka. – On jest taki malutki jak… okruszek. Okruszek? Czyż nie?

– Brzmi zabawnie, ale nie jestem do końca przekonana.

Niespodziewanie ptaszek zaczął ćwierkać, wygrywając swoją ptasią melodię. Nie był to pierwszy raz, bo Alais zauważyła, że robił tak często, nawet kilka razy w ciągu dnia, zwłaszcza gdy dostawaj dużo uwagi.

– Śpiewak z niego. – Frida roześmiała się, słuchając dźwięków pierzastego stworzonka.

Królewna usiadła przy stole.

– Tak, rzeczywiście. Śpiewa nieustannie. A zatem od dziś będzie… Śpiewakiem. Czemu nie?

Lady Magett dosiadła się do przyjaciółki. Alais nalała wina ze srebrnego dzbana do równie srebrnych pucharów.

– Ja powinnam…

– To nieistotne. Napij się.

Towarzyszka pierwsza skosztowała trunku.

– Wyśmienite – stwierdziła Frida, oblizując wargi. – Argrońskie? – Rozpoznała wyjątkowy smak, który teraz pieścił podniebienie.

– Tak, zostało po uczcie. Chciałaś o czymś porozmawiać? Słucham więc.

Na twarzy jasnowłosej wymalowało się zakłopotanie. Nie wiedziała, jak zacząć.

– Chciałam tylko powiedzieć… – zawahała się – o pewnej sytuacji…

Alais rzuciła jej przychylne spojrzenie szmaragdowych oczu.

– Tamtego wieczoru, a właściwie już po uczcie – ciągnęła Frida – książę Rydian był wobec mnie bardzo szarmancki, wręcz natarczywy…

– Co to ma znaczyć? – Córa Averonu odstawiła puchar. – Mów, Frido.

– On… Zaciągnął mnie do swego łoża. Nie zrobił tego wbrew mej woli, bo ja… nie protestowałam, o pani. – Poczuła się źle, mówiąc o tym królewnie, nawet jeśli ta była jej najlepszą przyjaciółką, którą znała od wielu lat. – Był bardzo czarujący…

Alais zdziwiła się. Milczała przez chwilę, analizując to, co właśnie usłyszała. Zaczerwieniła się, a przez głowę przeszła jej myśl, że najchętniej zabiłaby teraz tego ptaszka, by nie przypominał jej o młodym Cendryjczyku.

Jak on mógł? – pomyślała. Chyba nie ma do mnie za grosz szacunku.

– Czy było ci z nim dobrze? – Piętnastolatka zadała podchwytliwe pytanie, starając się nie okazywać emocji, które teraz toczyły między sobą wojnę.

Lady Magett spojrzała na nią z trwogą.

– Było cudownie, pani… – odpowiedziała, przełknąwszy ślinę. Opuściła głowę. – Ale nie powinnam była tego robić.

Królewna zastygła na moment w bezruchu. Zastanawiała się, kim jest dla niej książę Rydian? Nikim ważnym – odparła sama sobie. Przecież to między innymi przez niego uczta zakończyła się w taki, a nie inny sposób. Mąż ten stracił wiele w jej oczach.

– Poszłaś z nim po tym, co zrobił na uczcie? Po tym, jak ją zniszczył?

Frida skinęła głową.

Alais wzruszyła ramionami. Po chwili poczuła się źle, karcąc przyjaciółkę. Położywszy rękę na jej kolanie, spróbowała dodać otuchy, zapewnić, że nic się nie stało. Wewnątrz jednak walczyła z goryczą, jaka ją opanowała.

– Rada jestem, że mi o tym powiedziałaś. Nie mam ci tego za złe.

Frida Magett podniosła wzrok. Uśmiechnęła się ostrożnie.

– Naprawdę?