Skarbimir z rodu Ather - Michał W. Majewicz - E-Book

Skarbimir z rodu Ather E-Book

Michał W. Majewicz

0,0
7,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Szesnastoletni Skarbimir po ośmiu latach powraca do rodzimego miasta. Okazuje się, że jego ród wymordowano, a na tronie krainy Perher zasiada uzurpator. W noc, w którą miał zginąć, ratuje go stary przyjaciel oraz nadworny kowal rodu Ather - Akserjan. Chcąc uratować życie, wyruszają w niebezpieczną podróż do miasta, które jest legendą. Są pełni nadziei, że istnieje. Po drodze spotykają się z siostrą starszego o osiem lat Akserjana. Niewiasta ta zwie się Jolen. W Nuaherp znajdują ostatniego potomka rodu Ather, Irimura, jest on stryjem Skarbimira, bratem zamordowanego króla. Wszystko się miesza. Dwaj przyjaciele zaczynają trenować pod okiem najlepszych mistrzów na świecie. Chcą dołączyć do elitarnej jednostki zabójców, jakimi są sędziowie. Ciemne tajemnice zostają odkryte, a historia wychodzi na jaw. Jak daleko można się posunąć z zemsty? Jak krucha jest granica wyborów? Jaki skutek narzuca śmierć, a jaki życie? "Skarbimir z rodu Ather" to książka bogata w zwroty akcji, niespodziewane wydarzenia i najróżniejsze wątki. W tej powieści wszyscy mają swoje mroczne tajemnice, o których lepiej nie wspominać na głos. Każdy jest inny, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Autor sprytnie przedstawia bohaterów i stopniowo dawkuje prawdy świata Nestrasi. Opisy są ciekawe, wzbogacone mapami obrazującymi zaprezentowane krainy. Akcja rozgrywa się w wymyślonym świecie – jak na high fantasy przystało. Każdy głodny niesamowitych przygód, epickich pojedynków, mistycznych bohaterów umysł znajdzie tutaj miejsce dla siebie. Michał W. Majewicz to bardzo młody, siedemnastoletni autor, twórca powieści high fantasy. Jego debiutancka książka „Skarbimir z rodu Ather” jest wspaniałym wstępem do sagi Nieugiętego, nad którą aktualnie pracuje.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2013

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Michał W. Majewicz "Skarbimir z rodu Ather"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Michał W. Majewicz, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Michał W. Majewicz Projekt map: Wydawnictwo Psychoskok

ISBN: 978-83-7900-123-1

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin

Michał W. Majewicz
Skarbimir
z rodu Ather

Dla Mamy i Taty

Za wszystko,

Wkraczacie do mojego świata.

 

Prolog

 

Skarbimir trenował drewnianym mieczem na kukle treningowej. Był ubrany w małą skórzaną zbroję. Kiedy tylko uderzał w marionetkę, ta obracała się. Parę razy zdarzyło mu się oberwać od niej. Niedaleko niego siedział minstrel, który wyśpiewywał legendy o wielkich bohaterach. Jego koloraturze towarzyszyły odgłosy lutni. Miał na imię Jack.

Kiedy dzieciak słuchał pięknych pieśni o wielkich rycerzach i niepokonanych wojownikach, wyobrażał sobie, że on też kiedyś zostanie takim człowiekiem. Marzył o tym, aby zostać honorowym mężem, który posługuje się mieczem według określonych zasad i nigdy nie robi krzywdy osobom niewinnym. Właśnie rozkojarzył się, kiedy lalka, którą uderzył obróciła się i uderzyła chłopca w policzek. Ten upadł na ziemie.

– Jeszcze będziesz wielkim wojownikiem! – Zaśmiał się ktoś wesołym głosem. Był to generał Irimur. Podniósł Skarbimira. – Uważaj tylko na ciosy, jakie ktoś może Ci zadać – uśmiechnął się szczerze. – A teraz mi wybacz idę na spotkanie z twoim ojcem

– Dobrze wuju – odpowiedział cichutkim głosikiem chłopczyk.

 Zobaczył ojca na balkonie i wtedy zaczął uderzać w kukłę szybciej i mocniej niż zawsze. Szło mu nadzwyczaj dobrze, kiedy marionetka znowu mu oddała. Usłyszał tylko gromki, a zarazem wesoły śmiech swojego rodziciela. Kiedy wstał na nogi popatrzył na ojca ze łzami w oczach.

– Nie przejmuj się synku – powiedział troskliwie. – Każdy z nas tak zaczynał!

 Gdy pan ojciec wszedł do budynku, chłopczyk poszedł do zbrojowni. Spotkał tam, Akserjana, który miał szesnaście lat i był czeladnikiem nadwornego zbrojmistrza.

– W czym mogę Ci służyć mój książę? – Popatrzył na siniak na twarzy przybyłego. – Więc już koniec treningu na dziś? – Zapytał z uśmiechem.

– Tak! – Odparł naburmuszony ośmiolatek.

– Nie martw się mój książę kiedyś będziesz wielkim wojownikiem!

– Każdy mi to powtarza, lecz nadal nim nie jestem!

– Cierpliwości nikt nie jest najlepszy we władaniu mieczem w wieku ośmiu lat – wytłumaczył Aks ze spokojem w głosie.

– Achhellus Twardy mając czternaście lat powalił piętnastu wojowników podczas drugiej wojny elfów! – Krzyknął i cisnął mieczem z całej siły w ziemię.

– A wiesz, kim on był tak naprawdę? Bo jeżeli mnie pamięć nie myli to tak jak się zjawił, tak zniknął. Zaraz po zakończeniu bitwy i nikt go więcej nie widział. Postać kontrowersyjna i owiana tajemnicą – podniósł miecz i klęknął przy księciu. – To tylko legenda, nie myśl o nim, jako swoim autorytecie, skup się na tym byś to ty był najpotężniejszy.

– Może masz racje – spuścił wzrok. – Ale już nie dzisiaj – uśmiechnął się.

– Masz racje może nie dzisiaj – zaśmiał się, wstał i odłożył miecz na miejsce, następnie pomógł chłopcu zdjąć zbroję.

Kiedy już odwiesił na miejsce pasywne uzbrojenie ochronne powiedział:

– Teraz idź najlepiej do Hestemira niech da Ci coś na tego paskudnego sińca!

– Dobrze już biegnę – uśmiechnął się i wybiegł.

Wszedł do małego pomieszczenia alchemika i krzyknął.

– Witaj!

– Mój chłopcze, co się stało? – Starzec wzdrygnął się, a następnie wydostał się z pracowni do pokoiku, w którym stal książę.

Skarbimir wskazał na żółto fioletowy siniak na swojej twarzy.

– No wiec przyda się tutaj wyciąg z czarnej róży. Poczekaj chwilkę – powiedział i poszedł szukać wywaru. Kiedy już znalazł podszedł do chłopca i nasmarował mu siniec. Czarny krem błyskawicznie się wchłonął. – To zmniejszy ból, a za parę dni nie będzie nawet śladu po tej brzydkiej śliwie.

– Dziękuję – powiedział uradowany Skar i wybiegł na dziedziniec, gdzie siedział minstrel. Doskoczył do niego. – Zaśpiewaj mi coś! – Domagał się.

– Co mój mały książę?

– Tę pieśń, którą tak lubię chwalebnym wojowniku!

– Pieśń o Walecznym Gertim?

– Tak właśnie tę – chłopcu zaświeciły się oczy.

 

Na skalistej, nierównej drodze

Znajduje się jeden człowiek

Ślady krwi pozostają na ziemi

Kiedy tylko on się zmieni

Nie przeżyje żaden, by opisać

Go w pieśni

Gerti potężny, chwalebny

I niezwyciężony

Dziś jest zwykłym człowiekiem

Bez żony

 

– Wybacz mi – Powiedział Jack i z całej siły uderzył wypukłą częścią lutni w głowę księcia. Chłopak osunął się na ziemie i zemdlał, a na płytach dziedzińca zostawił małą strużkę krwi.

– Bracie! –Uśmiechnął się Irimur.

– Bracie! –Uściskał go król. –Zbyt rzadko nas odwiedzasz!

– Obowiązki, to ja musze dbać by twoje królestwo się nie rozsypało

– Nasze, królestwo bracie, nasze – Monarcha sprzedał kuksańca bliźniakowi

– Gdzie twoja piękna żona?

– Tam przy oknie patrzy na Skarbimira – Skersen wskazał ręką na miejsce, w którym siedziała jego pani.

– Już do was idę – powiedziała i ostatni raz popatrzyła przez okno na synka. Chłopczyk siedział przy trubadurze i słuchał jego pieśni. Jej serce uspokoiło się i poszła przywitać się ze szwagrem.

Kiedy już przestali rozmawiać o rzeczach mniej ważnych generał przeszedł do sedna sprawy.

– Bracie – teraz mówił bardzo poważnie, a jego głos wprowadził szczyptę dramaturgii do wypowiedzi. – Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo

– O czym ty mówisz Irimurze? – Powiedział Skersen i napił się wina.

– Wiesz, że wiele ludzi, tfu masa ludzi pragnie twojej śmierci, by zyskać tron?

– Od zawsze tak było – odparł królewskim tonem monarcha.

– Nigdy jednak nikt nie próbował! Za twoimi plecami, przyjaciele są wrogami!

– Tak już jest, i tak już będzie – starszy brat usiadł na tronie.

– Mam nadzieje, że nie będzie za późno, kiedy się już zorientujesz, co się dzieje – Irimur posmutniał. – Na mnie czas bracie, odprowadzisz mnie?

– Ledwo przyjechałeś a już wyjeżdżasz?

– Taka moja praca dla Ciebie panie – nadal smutno patrzył na brata.

Wyszli z sali tronowej, przeszli korytarzem do drzwi i znaleźli się na dziedzińcu. Minstrel zniknął, Skarbimir zniknął, a na płycie gdzie wcześniej siedzieli była widoczna mała strużka krwi.

– Pamiętaj o moich słowach – powiedział wystraszony Irimur.

 

Zaczął się przebudzać, jednakże nie widział świata, ponieważ miał worek na głowie. Pamiętał tylko jak minstrel uderzył go lutnią. Cichutko łkał przypominając sobie, co się stało. Nie wiedział czy jeszcze kiedyś zobaczy rodziców, czy zobaczy siostrę, czy wróci do domu.

Ręce miał skrępowane i nie mógł nimi ruszać, przez parę chwil próbował się uwolnić niestety na wiele się to nie zdało.

Zatrzymali się, ktoś go złapał i przeniósł, przeciął supły na rękach i zdjął wór z jego głowy. Przez chwile jego oczy nie mogły się przyzwyczaić do światła, kiedy już normalnie widział zaczął się rozglądać. Przy nim stał powóz i cztery konie, osobami, które go porwały były same elfy. Znajdowali się w lesie, ściągali jedzenie z bryki.

– Gdzie jest Jack? – Zapytał chłopczyk cichym głosem.

– Kto taki? – Śmiał się ochrypłym głosem elf, który uwolnił jego ręce.

– Chodzi mu o mnie – mówił następny wracający z lasu. – Nazywam się Trewdar Lewerq – podał mu rękę, Skarbimir nie odwzajemnił uścisku tylko skulił się. Elf uśmiechnął się.

– Co ty wyprawiasz!? Po co mówisz mu swoje imię?!

– Jakie to ma znaczenie? – Zdziwił się Trewdar.

– No tak naprawdę żadne

Chłopczyk otworzył oczy i zaczął uważnie patrzeć na porywaczy. Jednego już znał pozostało jeszcze czterech.

Tego, który rozwiązał mu ręce nazwał Goryl, ponieważ był umięśniony i zarazem wielki.

Skarbimir chciał się podnieść i uciec, lecz nie miał siły, aby wstać.

– Zjedz to – Trewdar podał mu kawałek chleba i sera żółtego.

Ośmiolatek odwrócił głowę dając do zrozumienia, iż nie chce jeść.

– Wiem, że jesteś głodny – uśmiechnął się. – Kładę to tutaj – podszedł do chłopaka wyjął mały skrawek skóry. Dzieciak znowuż się skulił. Elf położył obok niego najpierw skórę, a na niej jedzenie i odszedł.

Obserwował porywaczy jeszcze przez pewien czas. Oprócz Trewdara i Goryla siedziało tam trzech innych. Jeden ze strasznie krzywym nosem, drugi o głosie, który słyszeli ludzie będący pięćdziesiąt jardów dalej. Niestety nie nadawał się w ogóle do cichych akcji. Ostatni był chyba wojownikiem uczestniczącym w wielu wojnach, gdyż jego twarz pokrywały liczne blizny. Nazwał ich: Nochal, Grom i Barbarzyńca.

Nie patrzyli na niego tylko zajadali się i popijali winem to, co skonsumowali. Wtedy chłopak sięgnął po jedzenie i szybkimi kęsami pożarł to, co dostał. W końcu od paru dni nic nie jadł, a jego żołądek był pusty.

– Patrz zjadł wszystko! – Zauważył Goryl nie robiąc zbyt wielkiej sensacji.

Nikt się nie obrócił w tamtą stronę.

– Jak ty to robisz Trewdar? – Zapytał Barbarzyńca.

– Po prostu staram się być miły

Wstał, zabrał bukłak z wodą i poszedł do Skarbimira, który znowuż się skulił i zamknął oczy. Kiedy je otworzył elf przykucnął przy nim.

– Napij się – Podał mu bukłak.

– Dziękuję – Odpowiedział i wziął wodę.

Kolejne dni mijały tak samo. Jechali przez lasy i pola, zatrzymując się zawsze nad ranem. Nie wiązali już rąk Skarbimirowi, ani nie nakładali mu worka na głowę.

W końcu po dwunastu dniach podróży dojechali do rzeki Nihiliest. Czekała tam na nich łódź zdolna pomieścić sześć osób, akuratnie tylu ich było. Najpierw załadowali jedzenie, worek owoców i worek chleba oraz ser. Pięć bukłaków wina i dwanaście wody. Konie, na których jechali puścili wolno, a powóz podpalili. Wsiedli na łódkę, postawili żagiel i ruszyli morską drogą w dalszą podróż. Była to dużo szybsza podróż od tej lądowej, ponieważ pomagał im wiatr jak również nurt rzeki.

Nadchodził już wieczór i chłopiec zaczął powoli zasypiać. Niebo było bezchmurne i wypełnione błyszczącymi gwiazdami. Ośmiolatek zaczął szukać konstelacji, lecz zanim znalazł jakąkolwiek zasnął.

Pierwsze promyki słońca zaczęły wychodzić z zza gór niczym języki. Promienie, które przebijały się przez konary drzew obudziły Skarbimira. Otworzył powoli oczy, Goryl, Nochal, Grom i Barbarzyńca spali. Trewdar siedział przy dopalającym się ognisku. Pewnie była jego warta. Wstał popatrzył dookoła, nie widział łodzi, byli na brzegu rzeki w środku lasu.

– Co się stało? – Zapytał Skarbimir.

– Mieliśmy wiele szczęścia chłopcze – powiedział elf. – W nocy zaczął wiać silny wiatr, a do tego nurt rzeki się zwiększył. Chcieliśmy to wykorzystać, by jak najszybciej dotrzeć do portu. Ech… – westchnął. – Nasza zachłanność doprowadziła nas prawie do śmierci. Ty miałeś najwięcej szczęścia, kiedy zderzyliśmy się ze skałą, siła uderzenia wyrzuciła Cię z łodzi na piach. Kerwas i Hewqus zahaczyli ubraniami o skały i cudem zdołaliśmy ich uratować.

– Co teraz zrobimy?

– Dwie mile stąd jest port, do, którego zmierzamy – popatrzył na chłopaka, dziwił się, że z nim rozmawia. Albo Skar pogodził się z swym losem albo po prostu zaufał elfowi.

– Kim wy jesteście? – Zapytał zaciekawiony Skarbimir.

– Moje imię już znasz, jestem arystokratą z Firsonem, ród Lewerq nie jest jakimś wielkim i majętnym rodem. Ten umięśniony to mój brat Heger. Reszta to przyjaciele i wierni kompani w każdej wyprawie. Elf z bliznami zwie się Boren z rodu Djaklen, krzywo nosy to Hewqus Hem i ostatni o donośnym głosie nazywa się Kerwes Buster – skończył i napił się wina.

– Powiedziałeś, że jesteś arystokratą z Firsonem, to znaczy, że zmierzamy do waszej krany, krainy elfów, krainy Kierkri? – Jak na ośmiolatka był bardzo spostrzegawczy.

– Otóż to

– Dlaczego mnie porwaliście?

– Nie wiem – Tred znowu napił się wina. – Nazywają nas Piątką Szczęściarzy dla tego, że wychodziliśmy cało z każdej opresji. Ludzie powiadają, że sam Biały Bóg nie daje rady nas złapać. Jesteśmy raz w jednym miejscu raz w drugim, cały czas w podróży – uśmiechnął się. – Nie jestem pewien, w jakim celu musieliśmy to zrobić, jednakże, król nam zlecił to zadanie, a do tego słono za nie zapłacił. Musimy też z czegoś żyć dla tego przyjmujemy zlecenia. Wcześniej zaczynaliśmy od małych akcji, teraz wynajmują nas najbogatsi.

– To ile wy macie lat? – Zapytał cicho. Mając osiem lat, chłopak wypytywał o wszystko, był ciekawy świata.

– Wszyscy dwadzieścia siedem – pociągnął tym razem spory łyk wina. – Od dziecka się znamy, od dziecka walczymy, i razem szkoliliśmy się w Akademii Generałów, niestety żaden z nas nie został generałem – zaśmiał się.

– Co król mi zrobi?

– Tego także nie wiem, nie dostałem takich informacji. Mogę Ci zagwarantować tylko jedno – wyciągnął nóż z pochwy. Zaczął nim obracać w palcach. Dół, góra, dół, stop. Góra, dół, dół, góra, stop. Przeciął sobie dłoń i obrócił ją w stronę Skarbimira, czarna krew kapała na piach. – Przysięgam na swoje życie, nie dam nikomu Cię skrzywdzić, choćbym miał zabić samego króla zrobię to! – Dziwna to sytuacja porywacz chce chronić porwanego nawet przed zleceniodawcą.

Słońce już zachodziło i wtedy właśnie dotarli do portu. Czekał tam na nich piękny galeon. Wykonany z surowych dębowych desek, nazywał się „Szmaragdowy Smok”. Jak można było się domyślić na przodzie statku był wyrzeźbiony galion w kształcie potwora, od którego wzięła się nazwa okrętu. Miał trzy czarno czerwone żagle oraz piracką banderę.

– Będziemy pływać z piratami?! – Zapytał przestraszony Skarbimir.

– Nie lękaj się, piraci są pod naszą kontrolą i nic nam nie zrobią – uspokajał go Boren.

– A przede wszystkim to jest nasz okręt! – Kerwes zaśmiał się i klepnął swojego kolegę z bliznami na twarz w plecy.

Ośmioletni chłopczyk bał się bardzo, bardowie, trubadurzy, nianie i inne zajmujące się nim osoby zawsze opowiadały mu straszne historie o piratach. Większość z nich to po prostu mordercy, złodzieje, szubrawcy i gwałciciele.

Skarbimir złapał za rękę Trawdera, ten tylko mocno zacisnął swoją dłoń i zabrał ze sobą chłopca na pokład.

– Witaj panie! – Krzyknął kapitan.

– Witaj Gferst – odsalutował Trawder. – Czy kajuty są już gotowe?

– Oczywiście, wszystkie wasze ulubione rzeczy są już w nich. Ponieważ są tylko dwie kajuty chyba wiesz, kto weźmie do swojej naszego nowego kamrata? – Spojrzał na Skara.

– Ja i Boren? – Było to pytanie retoryczne, z nimi chłopczyk nawiązał najlepszy kontakt.

– Dokładnie, czy mogę Ci jeszcze w czymś pomóc? – Zapytał Gferst. – Wszystko zrobiłem według twoich zaleceń.

– Tak, to wszystko – uśmiechnął się.

– Za trzydzieści minut odpływamy – poinformował go kapitan. – Jeżeli będzie wam coś potrzebne wiesz gdzie mnie znaleźć.

Weszli do kajuty, nie była za wysoka i Boren, którego wszyscy nazywali olbrzymem, musiał się schylać by nie zahaczyć głową o sufit. Djaklen wyrósł na wysokość siedmiu stóp oraz jego muskularna budowa nie pozwalała nikomu przejść obok niego obojętnie. Trzy łóżka wypełnione sianem, które obszyto bawełnianymi tkaninami. Na nich znajdowały się koce z najlepszych materiałów. Na regale stały przymocowane dzięki gwoździom świece. Nad komodom znajdowało się nieduże okienko, które w dzień dawało niewiele światła, a w nocy pozwało obserwować niebo. Dodatkowo pod każdym łóżkiem stał wypełniony najróżniejszymi rzeczami kufer. Na środku pokoju znajdował się ogromny brzozowy stół.

– Ahhh! – Krzyknął Boren, kiedy rzucił się na łóżko. – Jak dobrze w końcu położyć się na łóżku..

Skarbimir nadal czuł się zagubiony i tęsknił za domem, jednakże w jakiś sposób ufał tej dwójce. Porwali go, a jednak gotowi są dla niego poświecić życie.

– Tamto jest twoje – Trewdar wskazał palcem na miejsce gdzie miał spać Skarbimir.

Chłopiec powolnym krokiem poszedł na swoje miejsce wsunął się pod koc i w mgnieniu oka zasnął.

Śnił mu się ostatni dzień w zamku, to jak walczył z kukłami i jak ojciec ze stryjkiem pocieszali go. W końcu pocieszające słowa Akserjana oraz mikstura Hestemira. Kiedy wszystko wyglądało tak pięknie znowuż oberwał lutnią w twarz i zemdlał. Wtedy otworzył oczy. Obudził się, a pot zalewał jego twarz.

– Już spokojnie – uśmiechnął się Trewadar, dotknął dłonią czoła chłopca. – Nie dobrze, jesteś cały rozpalony! – Powiedział i poszedł do swojego kufra.

Kiedy wrócił wyciągnął fiolkę z jakąś miksturą odkorkował ją i pomógł wypić chłopcowi jej zawartość. Była słodka i wypełniała gardło dziwnym płomieniem, którego Skar wcześniej nie znał. Lekarstwo z najróżniejszych ziół połączone z rumem. Najlepszy i najskuteczniejszy oraz także najdroższy środek na gorączkę.

– Umrę? – Zapytał ostatkiem sił Skarbimir.

– Wątpię, za dwa dni zawiniemy do portu to zakupię jeszcze jakieś specyfiki byś nie odczuwał bólów podgorączkowych. – Uśmiechnął się. – Do tego czasu będziesz musiał jednak pozostać w łożu.

– Dobrze… - powiedział i zamknął oczy, znowuż zasnął.

Nic mu się nie śniło, po prostu wydawało mu się, iż nie zasnął. Obudziło go dopiero zakotwiczenie statku w większym porcie, ostatnim na drodze do krainy Kierkri. Słońce dopiero wstawało, jednakże miasteczko było już na nogach. Zazwyczaj porty pozostawały wolnymi miastami bez żadnego lorda nad sobą.

Wyszli z galeonu. Skar wyglądał jak widmo, cały blady oraz bardzo słaby. Zaczęli szukać medyków, po jakimś czasie znaleźli jednego i jak najszybciej kupili leki na dolegliwości chłopca. Już mieli odchodzić, gdy zobaczyli, że na dachu stoi dwóch łuczników celujących w Trawdera. Boren nałożył kaptur i zaczął odchodzić zanim zobaczyli, iż jest z nimi. Strzały świsnęły tylko i wbiły się w zbroje elfa. Przy tak nie wielkiej odległości przebiły całe okrycie wierzchnie. Przeszły na wylot, na szczęście oszczędzając serce. Trewdar upadł tylko na plecy nie do końca wiedząc, co się stało. Łucznicy zaczęli wyciągać następne strzały z kołczanów. Wtedy za nimi pojawiła się potężna sylwetka Borena. Przeciął gardło jednemu, i zabrał mu strzałę, którą następnie wbił w serce drugiego.

Kiwnął do chłopaka głową i uśmiechnął się na znak tego, że już są bezpieczni.

– Szybko, ratuj go! – Krzyknął Skarbimir do medyka.

– Ja tylko sprzedaję leki, nie umiem uzdrawiać!

– Ja go uleczę – powiedział spokojnie Heger. – Ten łajdak zawsze musi się w coś wpakować! – Popatrzył teraz na sprzedawcę leków. – Daj mi trzy bandaże, rum leczniczy i trochę kojących ziół! Szybko! – Warknął.

Medyk pospiesznie znalazł w swoim wozie wszystko, co wymienił brat Trawdera.

– Pięć denarów – powiedział fałszywy lekarz..

– Masz tutaj dziesięć i naucz się leczyć ludzi a nie tylko sprzedawać towar! – Krzyknął Heger. – Ty Tred nie waż się teraz umierać!

 Wziął brata na ręce i poszedł w stronę statku.

– Uleczysz go? – Zapytał Skarbimir martwiąc się bardziej o Trewdara niż o siebie.

– Jak zawsze.

 

Rozdział 1 Powrót

Ulice stolicy krainy Peher były zawsze zatłoczone. Ferrumest to miasto pełne kontrastów. Z jednej strony slumsy, bród i biedota, a z drugiej arystokracja, najlepsze produkty oraz bogactwa. Granicą, która oddzielała te dwie różności pozostawał wielki targ, stanowił on centrum światowego przemysłu. Można tam znaleźć różne rzeczy od zwykłych warzyw i owoców przez Nahrumtckie dywany, po najlepszą Lahtemnańską stal.

W tak wielkim mieście normalnością jest zróżnicowanie rasowe. Na każdym kroku spotyka się człowieka, niskiego krasnoluda, wysokiego elfa i trochę wyższego od ludzi półelfa. W stolicy znajdowały się najróżniejsze organizacje takie jak: Zakon Hestliarhów, Wielka Perherańska Rada, Grupy Przemytnicze, Straż Miejska, Gildie Kupców, Gwardia Królewska oraz Zakon Uczonych. Najgroźniejszym stowarzyszeniem pozostawało ostanie, o którym wszyscy wiedzieli, jednakże nikt nie chciał wejść w drogę uczonemu.

Skarbimir od porwania nie był ani razu w tej krainie, jednakże, kiedy wjechał przez bramę wziął głęboki oddech i westchnął na przypomnienie o zapachu miasta, w którym się wychowywał. Przez osiem lat ani razu nie zawitał do domu, ale nadal pamiętał woń. Ten zapach znał każdy, kto chociaż raz odwiedził stolicę. Gdy przejeżdżało się przez różne dzielnice miasta, wyczuwało się najróżniejsze zapachy. Przez piękne aromaty w bogatych dzielnicach po zapach ekskrementów w slumsach.

– Ach... – Westchnął jeszcze raz. – Tego mi brakowało – uśmiechnął się i pojechał w stronę zamku.

Chłopak był wysoki jak na człowieka, gdyż liczył sobie sześć stóp. Włosy koloru brązowego oraz niebieskie oczy. Ubrany w białą bawełnianą koszule i wąskie skórzane spodnie wpuszczone w wysokie buty. Przy pasie nosił krótki jednoręczny miecz. Włosy koloru brązowego oraz niebieskie oczy. Jadąc przez miasto oglądał się na wszystkie strony i podziwiał nowe budynki. Kiedy musiał przejechać przez slumsy, serce mu się rozpadło. Bieda, na którą się nie chciał zgodzić ogarniała całą dzielnice. W sakiewce miał około trzystu złotych denarów i piętnastu srebrnych asów. Zauważył starca, który był schorowany i leżał w błocie. Podjechał do niego i dał mu pięć denarów.

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!