Służba Gniewomira - Piotr Skupnik - E-Book

Służba Gniewomira E-Book

Piotr Skupnik

0,0
4,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung


Tym razem jego najstarsza córka nawiązała niebezpieczny kontakt z synem księcia Bolesława. Jarl nie będzie miał czasu, żeby zareagować, bo zostanie wezwany przez Knuta. Dawniej złożył mu przysięgę, więc nie odmówi wyjazdu do Anglii i udziału w walce o Londyn. Gdy zakończy wypełnianie tej misji, nadejdzie właściwy moment, by stanął przed obliczem nowego króla Norwegii.

W swojej podróży jarl Gniewomir napotka tajemniczą Dagmarę oraz wojownika, który podobno zdołał powrócić z krainy topielców. Co z tego wyniknie, skoro każdy oczekuje od niego wsparcia?

Gniewomir będzie musiał zdecydować, po której stronie stanąć. Powinien jednak się śpieszyć z powrotem do domu, bo życie jego najbliższych jest zagrożone.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2020

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Piotr Skupnik
„Służba Gniewomira”

 

Copyright © by Piotr Skupnik, 2019

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o., 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana

i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak

Korekta: Bożena Sigismund i Janusz Sigismund

Projekt okładki: Robert Rumak

Skład: Jacek Antoniewski

Skład epub i mobi: Adam Brychcy

Ilustracje na okładce: Nejron Photo, AndrewJ. Kerem Severoğlu, spf, PatSM, lassedesignen – stock.adobe.com

ISBN: 978-83-8119-582-9

 

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695943706

http://www.psychoskok.pl/
http://wydawnictwo.psychoskok.pl/

Pieśń o Gniewomirze Zuchwałym

Gniewomir, nasz jarl zuchwały i niezwyciężony,

Rozmiłowany w niewiastach i niepohańbiony,

Niegardzący mocnym piwem i szlachetnym winem,

Wypiął tyłek Odynowi, by stać się chrześcijaninem.

Na wodach Sundu stawał, mężny, nieugięty,

Aż wyszedł mu naprzeciw Smoczy Łeb nietknięty,

Lecz nasz nieulękły jarl w mig się z nim rozprawił

I do pałacu w Asgardzie rychło go wyprawił.

Za ukochaną ruszył na sam kraniec świata,

W wyniku podłych knowań przyrodniego brata.

Na mrocznej wyspie wojów swych ze smyczy spuścił

I samemu Krwiopijcy miarkę krwi upuścił.

U boku Knuta walczył z wrogów nawałą

I wraz z nim zawojował Anglię całą.

W ojczyźnie matki bitwę ze Szwedami stoczył,

A w Gniewogardzie swym wrogom juchę z żył wytoczył.

Prolog

Jest piękny styczniowy poranek roku Pańskiego 1051. Od wielu tygodni trzyma siarczysty mróz. Wszystko dokoła pokrywa gruba warstwa białego śniegu. Woda w studni dawno już zamarzła, lecz na szczęście nie brakuje sopli zwisających z domowych strzech oraz z owocowych drzew. Furta naszego przytułku od dawna jest zamknięta na głucho, gdyż o tej porze roku nikt nie przybywa. Prawie nikt, z wyjątkiem nieugiętego księdza Anzelma, który wczoraj przeskoczył przez ogrodzenie, zniecierpliwiony przedłużającym się czekaniem na otwarcie bramy.

Siedzę właśnie na krześle w swojej izdebce, odziany w niedźwiedzią szubę chroniącą ciało przed wszechobecnym chłodem.

Na stole stoi cynowa misa z resztkami kleiku przyprawionego miodem i suszonymi owocami. To dobre śniadanie, zwłaszcza zimą.

Ogrzewam dłonie nad niewielkim piecykiem wypełnionym rozżarzonym węglem drzewnym. Ciepło z niego mile rozchodzi się po calutkiej izbie, dzięki czemu nie marzną mi dłonie. Mogę cierpliwie czekać na duchownego.

Wtem drzwi otwierają się i wchodzi Marzanna, odziana w płaszcz z lisiego futra, z pokaźnym dzbanem oraz kubkami w rękach. Od razu pokój wypełnia się cudownym aromatem ziołowomiodowego napitku. Córka kładzie naczynia na stole i uśmiecha się, mówiąc:

– Może byś jednak przyszedł do nas, ojcze. Przy kominku jest znacznie cieplej.

– Wiem, córko, lecz trudno tam o chwilę spokoju. Twoi mali podopieczni są ostatnio bardzo rozdrażnieni.

– To dlatego, że boją się wygłodniałych wilków, które są coraz bardziej śmiałe. Wiesz przecież, że podchodzą już o zmroku i wyją niemal do samego rana.

– Owszem. Dziś w nocy zaczaimy się z Jaśkiem i ustrzelimy kilka bestii, jak za dawnych lat.

– A co, jeśli to nie poskutkuje?

– Wówczas, kolejnej nocy, znów się zasadzimy i naszpikujemy strzałami kolejne sztuki. W końcu wataha powinna się zniechęcić.

Marzanna kiwa głową na zgodę, zabiera ze stołu pustą misę i wychodzi z izby. Ja natomiast wstaję i podchodzę do swego łoża, na którym spoczywa świeżo naostrzona klinga. Biorę w dłonie swój miecz i chowam go do pochwy. Następnie wracam na stołek i z wolna pogrążam się w rozmyślaniach.

Moje myśli wracają do czasów młodości, kiedy byłem wielkim wojownikiem, który wyruszył w podróż na kraniec świata, aby uwolnić ukochaną i pozyskać nieprzebrane bogactwa, zgromadzone na wyspie Argula Krwiopijcy. To ci był dopiero szalony człek, czyż nie? Opowiadałem o nim w drugiej księdze zawierającej moje wspomnienia.

Teraz nadeszła pora, aby opowiedzieć o czasach, w których wzrastała moja pozycja i wpływy. O nieskrywanej zazdrości wielu dostojników stojących blisko księcia Bolesława. O niespodziewanej wyprawie do Anglii i wspieraniu młodego władcy w jego ambitnych planach. O konfrontacji z pewnym zagadkowym osobnikiem, który miał powrócić żyw z krainy topielców, aby rozsiewać truciznę po całym świecie. O straszliwej przepowiedni, która wypełniła się na moich oczach. O nadobnej niewieście, równie wyjątkowej jak moja Welewitka, lecz z całkowicie odmiennych powodów. Wszystkie te przywołane wątki zbieram w całość, aby mogła z nich powstać spójna historia: pełna miłości, intryg oraz krwi; dokładnie taka jak żywot na tym ziemskim padole.

Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk otwieranych drzwi. W progu staje Anzelm, odziany w gruby płaszcz z kapturem. W prawej ręce trzyma wiklinowy kosz.

– Witaj, Gniewomirze – mówi.

– Witaj, Anzelmie – odpowiadam.

Ksiądz wchodzi do izby i kładzie koszyk na stole, po czym rozpoczyna wyjmowanie swoich przyborów: zwojów pergaminu, pęku piór oraz karafki z atramentem.

– Co słychać w Krakowie? – zagaduję go.

– Same pomyślne wieści – odpowiada. – Biskup jest zachwycony i niecierpliwie czeka na dalszy ciąg twojej opowieści. Powiedział mi, że rozgrzeszenie masz zapewnione.

– To dobrze. A co u mojego syna i wnuka?

– Cóż. Gniewomir Młodszy od niedawna dowodzi strażą przyboczną księcia Kazimierza, a Egil Waleczny został przyjęty do załogi obronnej krakowskiego grodu.

– Bogu niech będą dzięki.

– Zaiste, jest Mu za co dziękować. Czy jesteś gotów?

– Tak. Rozleję ciepły napar do kubków i możemy zaczynać.

– Doskonale. Gorący napitek jest darem Najwyższego na zimową porę.

– Wiec napijmy się i zaczynajmy.

– W imię Boże!

Rozdział pierwszy

Wczesnym latem 1007 roku wróciliśmy w końcu do Gniewogardu. Moje trzy drakkary dotarły do brzegu i bezpiecznie zacumowały. Wreszcie mogliśmy wyjść na ląd. Nasza dwuletnia wyprawa dobiegła końca. Dzięki Bogu, odzyskałem żonę. Ponadto byłem też bogaty niczym sam król. Teraz należało wykorzystać szczęśliwe zrządzenie losu.

Niemal wszyscy mieszkańcy osady wylegli, aby nas powitać.

Radosnym łzom i śmiechom nie było końca. Wojownicy ściskali sobie dłonie. Niewiasty i dzieci tuliły się do dawno nie widzianych mężów. Angward witał się z Jarzębiną i dwoma synami: Kastamirem oraz Waldmirem. Ja z Welewitką zajęliśmy się naszymi pociechami, które biegały dokoła nas, piszcząc z radości.

Jednocześnie zadawały dziesiątki pytań. Wojmir bardzo urósł.

Wywijał teraz radośnie drewnianym mieczykiem, trzymanym w prawej ręce. Marzanna umościła się wygodnie w ramionach matki. Ismira zaś, która niemal już wyrosła z wieku dziecięcego, stała przy nas, uśmiechając się lekko. Kiedy tylko wypatrzyła Gudrun, która jako ostatnia zeszła ze statku, to natychmiast pobiegła jej na spotkanie. W bramie grodu powitał nas rozpromieniony Teobald, który dopiero co wybiegł z kaplicy.

– Hosanna, Gniewomirze! – krzyknął. – To cud, że wróciliście bezpiecznie. Trzeba poczynić przygotowania do mszy dziękczynnej.

– Msza może zaczekać do jutra, przyjacielu, gdyż jesteśmy głodni i zmęczeni – odparłem, ściskając mu dłoń. – Praw lepiej, czym prędzej, o sytuacji w grodzie. Po dwóch latach nieobecności jestem ciekaw nowin.

Ksiądz skinął Welewitce na powitanie, po czym rzekł:

– Z początku nie było lekko. Książę Bolesław srodze się rozsierdził i groził zburzeniem Gniewogardu, lecz ostatecznie powściągnął swój gniew. Ponoć dopomogła w tym pani Sygryda, która przysłała ci również pismo.

– Co zawiera ów list?

– Pójdźmy, przeczytam ci go.

Udaliśmy się szybko do kaplicy. W jej ciemnym wnętrzu było dwanaście dębowych ław ustawionych w dwóch kolumnach po sześć. Za nimi stał stół okryty białym obrusem. Kapłan podszedł do niego i odchylił nieco rąbek tkaniny. Następnie wsunął dłoń pod obrus i wyjął niewielki zwój pergaminu. Rozwinął go i zaczął czytać:

Gniewomirze, udało mi się udobruchać brata. Zachowajwszystko to, co zdobyłeś. Nadejdzie dzień, w którym będzieszmógł się odwdzięczyć. Mamy nadzieję, że okażesz się wówczaswiernym sługą i wesprzesz mego syna. Pamiętaj, że przysięgałeśi spal wiadomość po przeczytaniu.

Nastała chwila ciszy, po której odezwał się Teobald.

– Czy kiedyś przysięgałeś coś księciu Knutowi?

– Tak. Musiałem w Roskilde przysiąc mu wierność, żeby zachować swoje skarby.

– Cóż. Teraz wszystko się wyjaśniło. Sygryda przewidziała, że będziesz wracał przez Cieśniny Duńskie i namówiła syna, aby wykorzystał ów fakt.

– Na to wygląda. Coś mi mówi, że w przyszłości wynikną z tego nowe kłopoty.

– Oby nie.

Naszą rozmowę przerwało nagłe skrzypnięcie drzwi, w których stanęła blada, jak zwykle, Ingborga.

– Witaj, Gniewomirze – rzekła. – Potrawy czekają.

– To dobrze, Ingborgo – pochwaliłem ją. – Już idziemy.

Udaliśmy się więc wszyscy na ucztę. Zasiadłem, wraz z rodziną i przyjaciółmi, przy suto zastawionym stole. Podano ciepły rosół, pieczone mięsiwa, słodkie ciasteczka, świeży chleb, placki i ser. Było też dobre piwo, rozcieńczone wino oraz mleko przyprawione miodem. Wszyscy jedliśmy i piliśmy do późnej nocy, ciesząc się ze szczęśliwego powrotu do domu.

Wreszcie mogliśmy zająć się bieżącymi sprawami Gniewogardu. Najsampierw wytaszczyliśmy statki na brzeg, aby zreperować uszkodzenia. Ragnarok był w całkiem dobrym stanie, jedynie żagiel miał podarty przez wiatr. Nasze kobiety zapewniły jednak, że szybko go połatają. Nocny Łowca wymagał większych napraw. Trzeba było wzmocnić i uszczelnić kadłub okrętu.

Zdecydowanie najgorzej prezentował się Rzeczny Smok. Musieliśmy wystrugać dlań nowy maszt i powymieniać większość lin, służących do podtrzymywania żagla.

Każdemu uczestnikowi wyprawy zapłaciłem srebrem.

Wszyscy otrzymali pokaźne sakiewki. Najbardziej zasłużeni oraz przyjaciele dostali też złoto. Co do reszty skarbu, to w domu zostawiłem tylko dwie skrzynie. Pozostałe bogactwa starannie ukryłem. Wzorując się na ojcu, wykopałem dół na leśnej polanie i włożyłem do niego kufry wypełnione złotem, srebrem oraz drogocennymi kamieniami. Następnie pokryłem je grubą warstwą soli, w celu zabezpieczenia przed szkodnikami i robactwem. Po zasypaniu dołu, posadziłem w tym miejscu krzaki jeżyn. Wiedziałem bowiem, że szybko rozrosną się one po całej polanie, doskonale maskując to, co schowane pod ziemią. Towarzyszyli mi wyłącznie najwierniejsi ludzie: Jaśko Tur, Angward Pogromca Potworów, Ingwar Krwawy Miecz oraz ksiądz Teobald. Poza naszą piątką o kryjówce wiedziała jeszcze Welewitka, przed którą nie miałem żadnych tajemnic.

W tydzień po powrocie objechałem podległe mi wsie i zebrałem trzy dziesiątki młodzików zdatnych do wojaczki. Od tej pory mieli oni uczyć się walki mieczem, włócznią i toporem, aby w przyszłości wzmocnić załogę obronną osady. Na początku chłopcy sarkali nieco, lecz pod czujnym okiem Angwarda, Ingwara lub moim szybko czynili postępy we władaniu bronią.

Naszym ćwiczeniom z zaciekawieniem przypatrywały się dzieci dowodzone przez mojego syna. Sześcioletni już Wojmir zręcznie wywijał swoim drewnianym mieczykiem, naśladując ruchy dorosłych wojowników. Kiedy tak na niego patrzyłem, nie mogłem powstrzymać uśmiechu, który sam cisnął mi się na usta.

Regularnie urządzałem też łowy. Co kilka dni wyprawialiśmy się w bór. Polowaliśmy głównie na sarny, jelenie, dziki, bobry, zające, wilki i lisy. Czasami też strzelaliśmy z łuków do dzikiego ptactwa. Nieoceniona okazała się pomoc Arna Arkilssona i jego łowców, którzy powrócili ze mną z wyprawy po Midgardzie.

Dzięki nim na naszych stołach nigdy nie brakowało świeżego mięsiwa. Pewnego dnia, gdy wracaliśmy z lasu, Arn podszedł do mnie i rzekł:

– Lato przechodzi już w jesień i chyba przyjdzie nam się pożegnać, jarlu Gniewomirze.

– Pożegnać? – spytałem.

– Owszem. Musimy wyruszyć do Islandii, nim zima nas tu zatrzyma. Nasze rodziny muszą się wreszcie dowiedzieć, że żyjemy.

– Skoro tak, to wieczorem urządzimy pożegnalną ucztę. Czy moja zapłata cię zadowoliła?

– Tak. Otrzymane od ciebie srebro pozwoli nam zacząć wszystko od nowa. Kupimy nową łódź i jeśli bogowie pozwolą, to ubijemy jeszcze niejednego wieloryba.

Urządziłem huczną biesiadę, która trwała do północy.

W jej trakcie Teobald próbował namówić islandzkich łowców do przyjęcia chrztu, lecz ci stanowczo odmówili. Woleli pozostać przy Thorze i Odynie. Kiedy duchowny zapewniał ich, że pogańscy bogowie są tylko mitem, Arn stwierdził:

– Skoro lód i ogień istnieją nadal, to Asgard również trwa.

Rankiem odwieźliśmy pięciu myśliwych do Kołobrzegu.

Mieli szczęście, bo szybko znaleźli handlarza, który odpływał do kraju Szwedów. Pożegnaliśmy się więc serdecznie, życząc sobie nawzajem pomyślnych wiatrów. Patrzyłem, jak kupiecka knara niknie w oddali. Nie wiedziałem, czy będzie mi dane ujrzeć jeszcze łowców na tym świecie. Nie spodziewałem się również tego, że ich dobre intencje i długie języki przyspieszą nadejście kolejnego wroga, o którego istnieniu nie miałem wówczas bladego pojęcia.

Kiedy nastała deszczowa jesień, musieliśmy zbudować pokaźny hangar, aby przechować w nim nasze drakkary. Wykorzystała to moja przyrodnia siostra, która zażądała chatki nad brzegiem morza. Gudrun nie chciała mieszkać w Gniewogardzie z chrześcijanami. Ponadto Teobald działał jej na nerwy, ciągle nagabując ją do ochrzczenia się. Biorąc to wszystko pod uwagę, niechętnie spełniłem nalegania siostry i nakazałem wznieść niewielki domek na przybrzeżnej skarpie. Zadbałem też o to, aby chałupa przypominała tę z naszego rodzinnego fiordu, w której Gudrun żyła przez wiele lat.

Po ukończeniu budowy przyrodnia siostra od razu wprowadziła się do domku. Znów mogła bez przeszkód oddawać się swym magicznym praktykom. Sporządzała przeróżne mikstury i lecznicze napary. Wróżyła z kości i patyczków runicznych.

Często próbowała też zaklinać rzeczywistość, wierząc ślepo w rychły upadek chrześcijaństwa. Co gorsza, pomagała jej w tych poczynaniach moja starsza córka, Ismira, która niemal codziennie zachodziła do chaty na skarpie. Obie niewiasty spędzały ze sobą dużo czasu, co niepokoiło Ingborgę. Również Teobald był zagniewany i nie omieszkał mi o tym wspomnieć pewnego ranka przy śniadaniu.

– Sądzę, że Ismira zbyt długo przesiaduje u Gudrun – stwierdził duchowny.

– Dlaczego tak mniemasz, przyjacielu? – spytałem.

– Bo twoja siostra uczy ją czarnej magii.

– Tylko wróżenia i ziołolecznictwa, to żadna magia.

– Opowiada jej również o pogańskich bóstwach.

– I co z tego? Przecież Ismira jest chrześcijanką. Wiedza o pradawnych wierzeniach w niczym jej nie zaszkodzi.

– Ależ to tylko bajki. Żadni bogowie nie istnieją. Bóg jest tylko jeden.

– Nie dla Gudrun.

– Dlatego właśnie uważam, że jest niebezpieczna i należałoby ją oddalić.

– Co takiego!? Wygnać ją!? Oszalałeś, klecho! Czyż sam Jezus nie nauczał, że powinniśmy okazywać miłosierdzie siostrom i braciom?

Teobald, zdumiony moim wybuchem, zwiesił głowę i niczego już nie rzekł. Całą uwagę skupił na pałaszowaniu owsianki.

Ja tymczasem cieszyłem się z tego, że wreszcie pokonałem go w potyczce słownej.

Późną jesienią Welewitka urodziła chłopca, którego nazwaliśmy Gniewomir. W moich wspomnieniach będę go nazywał

Gniewomirem Młodszym, aby nie wprowadzać zamętu. Mój młodszy syn przyszedł na świat zdrowy i silny, ku niekłamanej radości wszystkich domowników. Z twarzy był bardzo podobny do mnie. Nawet włosy miał kruczoczarne. Jedynie jego oczy miały barwę głębokiej i świeżej zieleni, jak u mojej małżonki.

Sam poród był długi i ciężki, lecz, dzięki Bogu, zakończył się szczęśliwie. Gudrun i Jarzębina całą noc czuwały przy Welewitce, a Teobald modlił się w swej kaplicy. Muszę przyznać, że jego prośby zostały wysłuchane. O świtaniu moja siostra pokazała mi zdrowego synka, oznajmiając:

– Twoja wybranka nadal będzie dawać ci rozkosz, lecz nie urodzi już nigdy żadnego potomka.

Słowa te zasmuciły mnie nieco, bo wiedziałem, że Gudrun nie myli się w tych sprawach. Nie rozpaczałem jednak, gdyż miałem już czworo zdrowych dzieci. Po trudach połogu Welewitka szybko wracała do sił. Często jednak bywała smutna i markotna. Dobrze wiedziałem, co ją trapi, lecz ona długo nie chciała o tym mówić. Wreszcie, pewnej grudniowej nocy, kiedy nasze dzieci smacznie spały, a my leżeliśmy wygodnie, opatuleni ciepłym futrem, małżonka nachyliła się i szepnęła mi na ucho:

– Niedługo poszukasz sobie innej. Nie będę przeciwna.

– Czemu tak myślisz? – zdziwiłem się.

– Przecież potrzebujesz kolejnych synów, a ja nie mogę już ci ich dać.

– Mam dwóch dorodnych synów i dwie piękne córki. Ciągłość rodu jest zapewniona. Nie potrzebuję innej kobiety.

– Naprawdę? Powiadają, że sam książę Bolesław oddalił dwie wcześniejsze małżonki. Emnilda jest ponoć jego trzecią żoną.

– Cóż, najwidoczniej Bolesław, mimo iż włada całą krainą, nie zaznał w swoim życiu prawdziwego szczęścia.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Bo pewnie nigdy nie zetknął się z prawdziwą miłością, której nie może rozerwać żadna siła.

– A ty, czy znasz taką miłość?

– Owszem. Jest nią córka pewnego Wodnika, która rzuca najpiękniejsze uroki pod słońcem.

Welewitka wreszcie się roześmiała i przylgnęła do mnie, a ja pozwoliłem, aby moja twarz zatonęła w jej gęstych włosach.

Przez resztę nocy w naszym domu panowała cisza i spokój.

Nawet Gniewomir Młodszy nie płakał, jak to miał w zwyczaju, tylko spał do rana.

Nastała wiosna roku Pańskiego 1008. Słońce roztopiło śniegi i osuszyło błota. Przyroda zaczęła budzić się z uśpienia. Ptaki wiły gniazda, niedźwiedzie opuściły gawry, sarny i łanie pasły się z młodymi. Nasza trzoda oraz konie też miały się dobrze.

Wieśniacy wylegli na pola, aby przygotować ziemię pod zasiew.

Wszystko toczyło się naturalnym rytmem.

Ja najwięcej czasu spędzałem z mieczem i włócznią w dłoni.

Uczyłem chłopów posługiwania się bronią. Pomagali mi w tym Ingwar i Angward oraz pozostali wojownicy. Wiedziałem, że najpierwszym obowiązkiem dobrego wodza jest dbanie o formę swoich ludzi, którzy muszą być zawsze gotowi do walki. Wszak nigdy nie wiadomo, skąd może nadejść wróg.

Ku zaskoczeniu wszystkich do naszych ćwiczeń przyłączyła się Welewitka, która pewnego dnia oznajmiła, że musi umieć walczyć, aby już nigdy nie stać się ofiarą porwania. Z początku byłem temu nierad, lecz szybko zaakceptowałem wolę żony, która błyskawicznie czyniła postępy. W niedługim czasie nauczyła się władać nożem i mieczem. Co prawda, w bezpośrednim starciu zbyt prędko opadała z sił, lecz potrafiła robić gwałtowne uniki i atakować z zaskoczenia. W tej sztuce okazała się zręczniejsza od niejednego wojownika. Stała się niebezpieczną przeciwniczką dla każdego wroga, który zlekceważyłby jej umiejętności. Kiedy spytałem Gudrun, co myśli o nagłej przemianie mojej małżonki, ta odparła:

– Uczy się walczyć mieczem, bo jej kazałam.

– Dlaczego?

– Po prostu wiem, że to konieczne. Widziałam nieprzyjaciół atakujących Gniewogard.

– Jakich nieprzyjaciół?

– Tego, niestety, nie wiem, lecz prędzej lub później oni nadejdą, a wtedy wszyscy będziemy musieli walczyć.

Tamtej wiosny wydarzyło się jeszcze coś godnego odnotowania. Otóż któregoś dnia przybył do Gniewogardu dziwnie znajomy posłaniec. Od razu go rozpoznałem, gdyż z wyglądu przypominał mi ojca. Był to oczywiście mój przyrodni brat, Jorund. Przygalopował na pięknym siwym rumaku, odziany w solidną kolczugę, uzbrojony w miecz i jednoręczny topór.

Kiedy otwarto przed nim bramę, wjechał zdecydowanie do osady, po czym zatrzymał konia i zeskoczył na ziemię. Obserwowałem go bacznie, stojąc w drzwiach domu. Brat zbliżył się niepewnie i wyciągnął dłoń na powitanie. Gdy ją uścisnąłem, rzekł:

– Przybywam jako posłaniec od Bolesława.

Na potwierdzenie swych słów sięgnął do sakwy i wydobył skórzaną tubę, która była starannie zabezpieczona. Następnie wręczył mi ją i czekał. Odsunąłem się na bok, wykonując niedbały gest.

– Wejdź do domu, bracie – rzekłem. – Mniemam, żeś głodny i spragniony.

– Owszem – odburknął cicho i przestąpił próg. Na jego widok Ingborga krzyknęła, upuszczając gliniany dzban, który roztrzaskał się na drobne kawałeczki. Musiałem uspokoić biedaczkę, mówiąc, że nic się nie stało. Jorund nie zaszczycił swej żony nawet przelotnym spojrzeniem. Skupił za to swój wzrok na Welewitce, która stała dumnie wyprostowana, z Gniewomirem Młodszym na rękach. Brat delikatnie pogłaskał główkę chłopca. Mój syn zniósł to dzielnie, gdyż nawet nie zakwilił. Welewitka usadziła niespodziewanego gościa na ławie, po czym podeszła do drewnianej kołyski. Zalękniona Ingborga postawiła na stole piwo i ser.

Ja tymczasem pospieszyłem do księdza Teobalda, który przesiadywał w swej kapliczce. Kiedy wszedłem, musiałem zaczekać, bo duchowny akurat zaciskał w dłoniach paciorki różańca i modlił się cicho. Gdy wreszcie skończył, pokazałem mu tubę, mówiąc:

– List od księcia Bolesława.

Teobald natychmiast wyjął dokument. Przełamał pieczęć i rozwinął pergamin. Czytał przez jakiś czas w milczeniu, po czym podał mi kartę i rzekł:

– Co sądzisz?

Długo wodziłem wzrokiem po rzędach liter, usiłując rozszyfrować pojedyncze słowa. Dobrze wiedziałem, że kapłan sprawdza, czy od zeszłej zimy poczyniłem jakieś postępy w mozolnej nauce czytania. Kiedy rozłożyłem tylko ręce w geście poddania, sługa Boży ulitował się i wreszcie wyjaśnił:

– Książę napisał, iż nie chowa urazy o to, żeś zaniechał służby na okres dwóch lat. Ostrzega jednak, abyś więcej tego nie czynił.

Masz strzec wybrzeża, szkolić wojowników i czekać na dalsze rozkazy oraz dobrze ugościć posłańca.

– Właśnie to odczytałem na pergaminie – zapewniłem. – Wreszcie mi się udało.

Ksiądz spojrzał na mnie z politowaniem.

– Przecież wielokrotnie ci wyjaśniałem, że kłamstwo to grzech.

– Być może, lecz żart już niekoniecznie. Chodźmy lepiej pogadać z moim braciszkiem.

– Z Jorundem?

– Tak. To on przywiózł list.

Zasiadłem przy stole w towarzystwie Jaśka i Teobalda. Mój brat z apetytem jadł gorącą zupę. Kiedy i ja spałaszowałem rosół, postanowiłem przerwać wreszcie niezręczne milczenie.

– Co u ciebie, bracie? – spytałem. – Słyszałem, żeś wsławił się w obronie Poznania.

– Owszem – potwierdził. – Zarąbałem kilkunastu żołdaków, którzy atakowali wały grodu. Służyłem w jego obronie przez trzy lata. Tej wiosny zezwolono mi odejść.

– Tak po prostu?

– Cóż. Musiałem tylko przysiąc na własny miecz, że nigdy nie będę atakował ziem księcia Bolesława.

– Co teraz poczniesz?

– Chciałbym udać się do Norwegii i odbudować Egilsgard.

– Nie masz ludzi ani statku.

– Ale ty masz.

– I co z tego?

– Mógłbyś odstąpić mi jeden drakkar z pełną załogą.

– Niby czemu miałbym tak postąpić?

– Choćby przez wzgląd na pamięć naszego ojca.

– To przegrana sprawa, Jorundzie – westchnąłem. – Kiedy czekałem na Odinara Otarssona, wielokrotnie przechadzałem się pośród ruin Egilsgardu. Widziałem też, jak osada Arnulfa się wyludnia z powodu braku jarla. Dlatego właśnie sprowadziłem tutaj Ingborgę i Ismirę oraz Gudrun.

– Więc nie pomożesz mi.

– Pomogę, lecz w inny sposób.

– Jaki?

– Proponuję ci służbę w Gniewogardzie, pod warunkiem że zamieszkasz na podgrodziu, przez wzgląd na twoją żonę.

Dobry topornik zawsze jest w cenie.

– Miałbym ci służyć jako swemu jarlowi?

– Owszem. Jeśli nie chcesz, to wracaj do Norwegii na służbę u jarla Eryka. Obaj wiemy, że jest to słaby władca, którego czeka niechybny upadek; więc zbyt wiele przy nim nie zyskasz. Ja zaś mam poparcie Bolesława i zapłacę ci srebrem lub złotem za wierność.

Jorund spuścił głowę i zamyślił się. Moja propozycja była kusząca, lecz nie odpowiadała jego osobistym ambicjom. Mój brat zawsze chciał być wielkim wodzem. Kiedy się zastanawiał, przybiegły dzieci. Zziajany Wojmir z tarczką i mieczykiem w dłoniach. Marzanna – trzymająca starannie ułożony bukiecik polnych kwiatków oraz Ismira – potrząsająca niewielką konewką.

Dziewczynki podbiegły do Welewitki, domagając się jedzenia.

Przebiegający najbliżej stołu Wojmir spojrzał na mnie i zapytał:

– Cóż to za wojownik, ojcze?

– To twój wuj, Jorund – odparłem.

Usłyszawszy moje słowa, Ismira odwróciła się gwałtownie i wysyczała jadowitym głosem:

– On zabił mego dziada, Arnulfa.

– Tak – potwierdziłem.

Mój brat najwyraźniej poczuł się niezręcznie, gdyż wstał od stołu i pospieszył do drzwi. Kiedy przekraczał próg, odwrócił się i rzekł:

– Przyjmuję twoją propozycję, jarlu Gniewomirze. Gdzie mogę zbudować sobie dom?

– Gdziekolwiek zechcesz – stwierdziłem. – Drewna nam nie brakuje. Weź sobie kilku ludzi do pomocy.

Gdy Jorund odszedł, Welewitka spytała:

– Czemuś tak zdecydował? Przecież wiesz, jaki jest groźny.

– Owszem i dlatego wolę mieć go na oku.

Latem zawitała do Gniewogardu knara z Islandii, wyładowana kłami morsów oraz beczkami z tranem. Przywiozła również pięciu zbrojnych, którzy złożyli mi przysięgę wierności. Kiedy dobijaliśmy targu, zagadnąłem szypra:

– Znasz może Arna Arkilssona, Ogmie?

– Oczywiście – odparł. – Zeszłego roku Arn wrócił na Islandię z dalekiej wyprawy. Kupił nowy statek i znów poluje na wieloryby. To on właśnie sprzedał mi tran.

– To świetnie. Dobrze, że kupiłem kilka beczek. Czy mój przyjaciel przekazał ci jakieś wieści przeznaczone dla mnie?

Ogm zmarszczył brwi, myśląc intensywnie. Po chwili, zamrugał oczami i powiedział:

– A tak, przypomniałem sobie. Arn twierdził, że w Nidaros spotkał Baldura, który wypytywał o ciebie.

Muszę przyznać, że na dźwięk tego imienia poczułem się nieswojo. Dobrze znałem opowieść o Baldurze – najukochańszym synu Odyna. Otóż w Asgardzie bogowie urządzili ucztę, podczas której zabawiali się, strzelając do siebie przeróżnymi strzałami. Owe pociski nie mogły ich zabić, więc wszyscy zaśmiewali się do łez, lecz podstępny Loki wręczył ślepemu Hodowi strzałę wystruganą z jemioły. Nieświadom niebezpieczeństwa Hod nałożył ją na cięciwę i wystrzelił. Nieszczęśliwie strzała ugodziła śmiertelnie Baldura, który padł martwy na miejscu. Za swój postępek Loki został wygnany, a dziedzicem Odyna stał się Thor.

– Kim jest ów Baldur? – spytałem.

– Powiadają, że to młody i ambitny wojownik, budzący lęk wśród wrogów. Podobno przybył z Walhalli przez Bifröst.

– Wierzysz w to, Ogmie?

– Ja tam nie wiem. Nie widziałem go. Powtarzam tylko to, co ludzie gadają.

– A czego ten Baldur szukał w Nidaros?

– Nie wiem. Może służy u jarla Eryka.

– Wątpię. Jarl Eryk jest słaby. Młody i ambitny wojownik poszedłby raczej do króla Duńczyków. Ciekawym tylko, czego ów młodzian chce ode mnie?

– Tego Arn nie wiedział. Ostrzegł jedynie, że powinieneś zachować czujność.

– Skoro tak, to ów Baldur może mieć wrogie zamiary.

– Na to wygląda.

Podziękowałem szyprowi za wieści i pożegnałem go. Tymczasem moi ludzie przenieśli zakupiony towar do osady. Kiedy wieczorem napomknąłem Gudrun o Baldurze, wiedźma spojrzała na mnie wyzywająco i rzekła:

– Dziwi cię to? Wyrzekłeś się starych bogów, więc Odyn wpadł w gniew i przysłał wojownika, aby cię zgładził.

– Jeśli tak, to odeślę mu go z powrotem. Myślę jednak, że ten cały Baldur, to zwyczajny człek.

– Nawet jeśli masz słuszność, to i tak powinniśmy być przygotowani na atak.

– Wiem, siostro. Musimy być ostrożni.

Rozdział drugi

Pozostała część roku również upłynęła we względnym spokoju. Żniwa były udane, a zbiory obfite, więc nie groziło nam zimowe głodowanie. Jorund szybko przywykł do życia w Gniewogardzie, najwyraźniej akceptując swoją sytuację. Często zabierałem go na patrole, gdyż wiedziałem, jak bardzo lubi żeglować, lecz nigdy nie pozwoliłem mu dowodzić.

Zwykle pływaliśmy wzdłuż brzegu, pomiędzy Kołobrzegiem a Gdańskiem. Niekiedy zapuszczaliśmy się nawet ku skandynawskim brzegom w poszukiwaniu morskich rozbójników, których można by napaść i złupić. Mieliśmy jednak pecha, gdyż ani razu nie napotkaliśmy na swej drodze żadnej pirackiej łajby.

Najwidoczniej królowie oraz jarlowie Północy coraz mocniej trzymali w ryzach swych krewkich poddanych.

Zimą urządzaliśmy częste polowania na żubry, wilki i tury oraz nieustannie rąbaliśmy drewno na opał. Dzięki temu nie marzliśmy nocami. Wielokrotnie pokazywałem starszemu synowi, jak rozbija się klinami grube pnie drzew. Mały Wojmir był zachwycony, kiedy mógł podziwiać mozolną i ciężką pracę drwali. Zwykle próbował pomagać, wymachując energicznie małą siekierką, zrobioną specjalnie dla niego.

Wiosną roku Pańskiego 1009 miało miejsce wydarzenie, które bez wątpienia zasługuje na odnotowanie. Był to najzwyklejszy majowy poranek. Słonko świeciło mocno. Mieszkańcy grodu zajmowali się codziennymi sprawami. Ja, jak niemal każdego ranka, prowadziłem ćwiczenia fechtunkowe. Toczyłem właśnie pokazowy pojedynek z Angwardem, kiedy gościńcem przygalopował dmący w róg jeździec. Osadził konia przy bramie Gniewogardu, oznajmiając głośno:

– Przybywa książę Bolesław i jego świta!

Następnie zawrócił i odjechał w tumanach pyłu. Słysząc te zaskakujące słowa, nakazałem, aby natychmiast przygotowano potrawy i otwarto wrota. Szybko zgromadziłem wokół siebie dwie setki wojów. Wysypaliśmy się na gościniec, zajmując pozycje w dwóch równych rzędach. Po obydwóch stronach drogi dwustu wojowników utworzyło powitalny szpaler. Nie musieliśmy długo czekać na przyjazd dostojnych gości. Wkrótce usłyszeliśmy tętent końskich kopyt i ujrzeliśmy wielki tuman kurzu, z którego wyłonili się jeźdźcy.

Jako pierwszy podążał książę Bolesław, dumny i wyprostowany, odziany w przednią zbroję okrytą czarnym płaszczem.