Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
Poruszająca opowieść inspirowana życiem dwóch potentatów medialnych: Roberta Maxwella i Ruperta Murdocha! Co wspólnego mają ze sobą: syn niepiśmiennego wieśniaka z Europy i wykształcony spadkobierca milionera z Australii? Do czego prowadzi pycha i chore ambicje wyeliminowania konkurenta z branży medialnej? Lubji Hoch, potomek żydowskiego chłopa ucieka przed nazistami, zmienia dane na Richard Armstrong i zostaje oficerem armii brytyjskiej. Po wojnie przywłaszcza sobie upadającą gazetę i w Wielkiej Brytanii buduje własne imperium wydawnicze. Na drugim końcu świata - w Australii żyje Keith Townsend, syn milionera, absolwent Oksfordu. Doskonałe wykształcenie i doświadczenie w redakcji londyńskiej gazety sprawiają, że mężczyzna szybko staje się wiodącym wydawcą australijskiej prasy. Ale na drodze do jego szczęścia staje Richard Armstrong – mający coraz większe ambicje i pałający żądzą przejęcia kontroli nad znaczącymi wydawcami prasy na świecie… Przed tobą trzymająca w napięciu historia życia mężczyzn pochodzących z dwóch środowisk, którzy są gotowi postawić wszystko na jedną kartę, by osiągnąć upragniony cel. Jeśli lubisz pełne zwrotów akcji opowieści o zamiłowaniu do ryzyka, ostrej walce o władze i kulisach świata wielkich pieniędzy, oto książka idealna właśnie dla ciebie.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 624
Veröffentlichungsjahr: 2026
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
Jeffrey Archer
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Arkadiusz Nakoniecznik
Saga Egmont
Stan czwarty
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Arkadiusz Nakoniecznik
Tytuł oryginału The Fourth Estate
Język oryginału angielski
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 0, 2026 Jeffrey Archer i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727309859
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Michaelowi i Judith
W maju 1789 roku Ludwik XVI zwołał do Wersalu Stany Generalne.
Stan pierwszy reprezentowało trzystu duchownych.
Stan drugi trzystu szlachciców.
Stan trzeci sześciuset posłów z gminu.
Kilka lat później, po Wielkiej Rewolucji Francuskiej, Edmund Burke spoglądając w górę na Galerię Reporterów w Izbie Gmin, rzekł: „Oto tam siedzi stan czwarty i on jest ważniejszy niż tamci wszyscy”.
Magnaci prasowi walczą o ocalenie swoich imperiów
The GLOBE
5 LISTOPADA 1991
Armstrong bankrutem
Właściwie nie miał szans. Ale Richard Armstrong dotychczas nigdy się nie przejmował brakiem szans.
– Faites vos jeux, mesdames et messieurs. Proszę obstawiać.
Armstrong spojrzał na zielone sukno. Góra czerwonych żetonów, którą ustawiono przed nim dwadzieścia minut wcześniej, zmalała do pojedynczego stosiku. Tego wieczoru stracił już czterdzieści tysięcy franków – ale cóż znaczyło czterdzieści tysięcy franków, kiedy się roztrwoniło miliard dolarów w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy?
Pochylił się do przodu i wszystkie pozostałe żetony postawił na zero.
– Les jeux sont faits. Rien ne va plus – oznajmił krupier, wprawiwszy płynnym ruchem ręki koło ruletki w ruch. Mała biała kulka zaczęła krążyć, po czym podskakując, wpadała kolejno w maleńkie czarne i czerwone przegródki.
Armstrong zapatrzył się w przestrzeń. Nawet wtedy, gdy kulka ostatecznie znieruchomiała, nie opuścił wzroku.
– Vingt-six – ogłosił krupier i natychmiast zaczął zagarniać żetony, które tłoczyły się we wszystkich przegródkach oprócz tej oznaczonej numerem dwadzieścia sześć.
Armstrong odszedł od stolika, nawet nie patrząc w stronę krupiera. Minął powoli oblężone stoły do gry w tryktraka i ruletkę, aż dotarł do dwuskrzydłowych drzwi, wiodących do realnego świata. Wysoki mężczyzna w błękitnym surducie otworzył jedno skrzydło i uśmiechnął się do znanego gracza, oczekując zwyczajowego stufrankowego napiwku. Ale tego wieczoru się zawiódł.
Idąc tarasowato opadającym, bujnym parkiem i mijając fontannę, Armstrong przeciągał ręką po gęstych, czarnych włosach. Upłynęło czternaście godzin od nadzwyczajnego zebrania rady nadzorczej w Londynie i zaczynał już odczuwać zmęczenie.
Mimo swej tuszy – nie sprawdzał wagi od kilku lat – kroczył żwawo promenadą i zatrzymał się dopiero przed swoją ulubioną restauracją nad zatoką. Wiedział, że wszystkie stoliki są zarezerwowane co najmniej na tydzień z góry i na myśl o kłopocie, jaki sprawi, uśmiechnął się pierwszy raz tego wieczoru.
Pchnął wahadłowe drzwi restauracji. Wysoki, szczupły kelner zastąpił mu drogę i nisko się skłonił, usiłując ukryć zaskoczenie.
– Dobry wieczór panu – powiedział. – Jak miło znów pana widzieć. Czy ktoś będzie panu towarzyszył?
– Nie, Henri.
Starszy kelner szybko poprowadził niespodziewanego gościa przez zatłoczoną restaurację do małego stolika w niszy. Gdy tylko Armstrong usiadł, kelner podał mu wielką, oprawną w skórę kartę dań.
Armstrong potrząsnął głową.
– Daj spokój, Henri. Przecież dobrze wiesz, co lubię.
Starszy kelner zachmurzył się. Europejscy monarchowie, gwiazdy z Hollywood, nawet włoscy futboliści nie peszyli go, ilekroć jednak Richard Armstrong zjawiał się w restauracji, wyprowadzał go z równowagi. A teraz jeszcze żądał, żeby dobrać mu menu. Dobrze chociaż, że ulubiony stolik sławnego gościa był wolny. Gdyby Armstrong przyszedł kilka minut później, musiałby czekać przy barze, aż mu obsługa pospiesznie ustawi stolik na środku sali.
Ledwie Henri rozłożył Armstrongowi na kolanach serwetę, kelner serwujący wina już mu nalewał do kieliszka jego ulubionego szampana. Armstrong spoglądał przez okno w dal, ale nie widział wielkiego jachtu przycumowanego na północnym cyplu zatoki. Myślami był siedemset mil stąd, przy żonie i dzieciach. Jak zareagują, kiedy usłyszą, co zaszło?
Postawiono przed nim zupę z homara, o umiarkowanej temperaturze, tak że mógł od razu zacząć jeść. Nie lubił czekać, aż potrawa ostygnie. Już wolałby raczej się poparzyć.
Ku zdziwieniu starszego kelnera jego gość nadal wpatrywał się w dal, kiedy po raz drugi nalewano mu szampana. Armstrong zastanawiał się, jak szybko jego koledzy z rady nadzorczej – w większości figuranci z tytułami lub koneksjami – zaczną wycofywać się chyłkiem i dystansować od niego, kiedy bilans firmy zostanie podany do wiadomości publicznej? Tylko sir Paul Maitland, jak przypuszczał, będzie w stanie ocalić swoją reputację.
Armstrong schwycił łyżeczkę deserową, zagłębił ją w czarce i zaczął czerpać zupę szybkimi, rytmicznymi ruchami.
Goście przy sąsiednich stolikach od czasu do czasu odwracali się i obrzucali go spojrzeniem, po czym szeptali konspiracyjnie między sobą.
– To jeden z najbogatszych ludzi świata – informował miejscowy bankier swoją młodą towarzyszkę, którą pierwszy raz zaprosił do restauracji.
Jego słowa wywarły na niej należyte wrażenie. Normalnie Armstrong upajałby się myślą o swej popularności. Ale dziś wieczorem nawet nie zauważał współbiesiadników. Myślami był w sali konferencyjnej pewnego banku szwajcarskiego, gdzie zdecydowano, że przedstawienie zostanie zakończone – i to z powodu głupich pięćdziesięciu milionów dolarów.
Pusta czarka po zupie została błyskawicznie sprzątnięta, gdy Armstrong podniósł do ust lnianą serwetkę. Starszy kelner aż za dobrze wiedział, że ten gość nie lubi przerw między daniami.
Na stoliku wylądowała teraz sola z Dover, bez ości – Armstrong nie cierpiał zbędnej fatygi. Obok postawiono talerz z jego ulubionymi frytkami i butelkę pikantnej przyprawy – tę jedyną, którą trzymano w kuchni dla jedynego gościa, który jej używał. Armstrong z roztargnieniem zdjął nakrętkę, przechylił butelkę i energicznie nią potrząsnął. Olbrzymia brązowa kropla spadła na rybę. Armstrong wziął do ręki nóż i równo rozsmarował sos na białym mięsie.
Tego ranka omal nie przerwano obrad rady nadzorczej, gdy sir Paul zrezygnował z prezesury. Kiedy się uporano z „innymi sprawami”, Armstrong szybko wyszedł z sali obrad i pojechał windą na dach, gdzie czekał jego własny helikopter.
Pilot stał oparty o balustradę i z lubością zaciągał się papierosem.
– Heathrow! – warknął Armstrong, nie zastanawiając się ani chwili nad uzyskaniem zgody kontroli lotów czy wyznaczeniem momentu startu.
Pilot szybko zdusił papierosa i pobiegł w kierunku lądowiska. Kiedy przelatywali nad londyńskim City, Armstrong zaczął wyobrażać sobie serię wydarzeń, jakie rozegrają się w ciągu najbliższych kilku godzin, jeśli się nie uda jakimś cudownym sposobem wytrzasnąć pięćdziesiąt milionów dolarów.
Piętnaście minut później helikopter wylądował na pasie dla samolotów prywatnych terminalu numer pięć, znanym jedynie tym, których stać na jego używanie. Armstrong opuścił się na ziemię i wolno skierował kroki w stronę swojego prywatnego odrzutowca.
Inny pilot, oczekujący jego rozkazów, powitał go u szczytu schodków.
– Nicea – rzucił Armstrong i skierował się ku tyłowi samolotu.
Pilot znikł w swojej kabinie; przypuszczał, że „kapitan Dick” wybiera się do Monte Carlo, żeby przez kilka dni popływać na swym jachcie.
Prywatny mały odrzutowiec wzbił się w powietrze i skręcił na południe.
Podczas dwugodzinnego lotu Armstrong wykonał tylko jeden telefon, mianowicie do Jacquesa Lacroix w Genewie. Jednakże, chociaż prosił i nalegał, odpowiedź była niezmienna:
– Proszę pana, musi pan dzisiaj przed zamknięciem banku zwrócić pięćdziesiąt milionów dolarów, gdyż w przeciwnym wypadku będę zmuszony przekazać sprawę do naszego wydziału prawnego.
Drugą czynnością, na jaką zdobył się Armstrong w czasie lotu, było dokładne podarcie dokumentów z teczki, którą sir Paul zostawił na stole w sali obrad. Następnie poszedł do ubikacji i spuścił z wodą drobne skrawki papieru.
Kiedy samolot kołował na lotnisku w Nicei, pod same schodki podjechał mercedes z szoferem. Żadne słowo nie padło, gdy Armstrong sadowił się z tyłu: szofer nie musiał pytać, dokąd ma zawieźć swego pryncypała. Armstrong nie odezwał się podczas całej podróży z Nicei do Monte Carlo – w końcu szofer nie był człowiekiem, który mógłby mu pożyczyć pięćdziesiąt milionów dolarów.
Zajechali na przystań. Kapitan jachtu stał wyprężony i czekał, żeby powitać Armstronga na pokładzie. Chociaż Armstrong nie uprzedzał nikogo o swoich zamiarach, trzynastoosobowa załoga Sir Lancelota została zawczasu powiadomiona, że szef jest w drodze.
– Ale Bóg jeden wie, dokąd – brzmiały ostatnie słowa sekretarki.
Ilekroć Armstrong postanawiał, że pora jechać na lotnisko, błyskawicznie informowano jego sekretarkę. Tylko w ten sposób ludzie z jego personelu rozsianego po całym świecie mogli utrzymać się w pracy dłużej niż tydzień.
Kapitan był niespokojny. W najbliższym czasie nikt nie spodziewał się szefa: dopiero za trzy tygodnie miał przyjechać z rodziną na dwutygodniowe wakacje. Kiedy rano zatelefonowano z Londynu, szyper był akurat w miejscowej stoczni, pilnując drobnych napraw jachtu. Co prawda nikt nie wiedział, dokąd Armstrong się udaje, ale kapitan wolał nie ryzykować. Udało mu się, sporym kosztem, odebrać jacht ze stoczni i przycumować do nabrzeża na parę minut przed przybyciem szefa do Francji.
Armstrong przeszedł pomostem obok czterech mężczyzn w nienagannych białych mundurach, którzy stali wyprężeni, z palcami przytkniętymi do czapek. Zrzucił pantofle i skierował się w dół, do pomieszczeń prywatnych. Gdy otworzył drzwi swojej kabiny, zobaczył na stoliku przy łóżku piętrzący się stos faksów; widać niektórzy przewidzieli jego przyjazd.
Czyżby Jacques Lacroix zmienił zdanie? Natychmiast odrzucił tę myśl. Od lat miał do czynienia ze Szwajcarami i znał ich aż za dobrze. Są konserwatywną i pozbawioną wyobraźni nacją; najważniejsze dla nich było saldo dodatnie, a „ryzyko” nie istniało w ich słowniku.
Zaczął przerzucać arkusze zwijającego się papieru. Pierwsza wiadomość była od nowojorskich bankierów, którzy donosili, że tego rana po otwarciu giełdy akcje Armstrong Communications nadal spadały. Prześliznął się wzrokiem po zapisanym papierze, zatrzymując się dopiero na słowach, których się najbardziej lękał: „Nikt nie kupuje, wszyscy sprzedają – stało tam bez osłonek. – Jeśli ta tendencja utrzyma się dłużej, to bank będzie zmuszony ponownie rozważyć swoje stanowisko”.
Jednym ruchem ręki zmiótł na podłogę zwoje papieru faksowego i podszedł do małego sejfu ukrytego za wielką, oprawioną w ramki fotografią ukazującą jego i królową, jak wymieniają uścisk dłoni. Pokręcił tarczą w prawo i w lewo zatrzymując się na cyfrach 10-06-23. Ciężkie drzwiczki odskoczyły, Armstrong włożył obie ręce do środka i szybko wygarnął grube pliki banknotów: trzy tysiące dolarów, dwadzieścia dwa tysiące franków francuskich, siedem tysięcy drachm i pokaźny zwitek włoskich lirów. Upchnął pieniądze w kieszeniach, opuścił jacht i skierował się wprost do kasyna, nie mówiąc nikomu z załogi, dokąd idzie, na jak długo ani kiedy wróci. Kapitan polecił jednemu z majtków iść za nim i uprzedzić, kiedy będzie wracał.
Przed Armstrongiem postawiono dużą porcję lodów waniliowych. Starszy kelner polewał je gorącą czekoladą; ponieważ Armstrong go nie wstrzymywał, kelner lał dalej, póki nie opróżnił srebrnej sosjerki. Łyżeczka znów poszła w ruch, aż ostatnia kropla czekolady została wygarnięta z pucharka.
Pucharek zastąpiła filiżanka dymiącej czarnej kawy. Armstrong nadal wpatrywał się w zatokę. Gdy tylko się rozniesie, że nie stać go na zwrot tak drobnej kwoty jak pięćdziesiąt milionów dolarów, żaden bank na świecie nie będzie chciał mieć z nim do czynienia.
Starszy kelner powrócił po kilku minutach i ze zdumieniem stwierdził, że kawa jest nietknięta.
– Czy podać panu świeżej kawy? – spytał ściszonym głosem.
Armstrong potrząsnął głową.
– Tylko rachunek, Henri – odparł. Wychylił do dna kieliszek z szampanem.
Starszy kelner pospiesznie odbiegł i błyskawicznie powrócił ze złożonym białym karteluszkiem na srebrnej tacy. Ten klient nie znosił czekania, nawet na rachunek.
Armstrong rozwinął karteluszek, ale nie wykazał zainteresowania tym, co zawierał. Siedemset dwanaście franków, service non compris. Złożył podpis, zaokrąglił sumę do tysiąca. Na twarzy kelnera po raz pierwszy tego wieczoru wykwitł uśmiech – śmiech, który zniknie, kiedy Henri odkryje, że restauracja znajduje się na ostatnim miejscu długiej listy wierzycieli.
Armstrong odsunął krzesło, rzucił zmiętą serwetę na stół i bez słowa wyszedł. Odprowadzało go kilka par oczu; czyjś wzrok śledził go jeszcze, kiedy przystanął na chodniku. Nie zauważył majtka, który puścił się pędem w kierunku Sir Lancelota.
Armstrong beknął sobie, idąc promenadą i mijając dziesiątki jachtów zacumowanych na noc ciasno jeden obok drugiego. Zazwyczaj czuł przyjemność na myśl, że jego jacht jest prawie na pewno największy w zatoce, jeżeli oczywiście nie zawinął swoim jachtem na noc sułtan Brunei lub król Fahd. Ale tego wieczoru pochłaniała go tylko jedna myśl, jaką mianowicie cenę mógłby uzyskać, gdyby wystawił go na sprzedaż. Jednak kiedy prawda wyjdzie na jaw, czy ktoś zechce kupić jacht, który był własnością Richarda Armstronga?
Armstrong wszedł po trapie, trzymając się lin. Oczekiwał go kapitan i pierwszy oficer.
– Natychmiast wypływamy.
Kapitan wcale się nie zdziwił. Wiedział, że Armstrong nie zechce tkwić w przystani dłużej, niż to konieczne: tylko łagodne kołysanie łodzi mogło go uśpić, nawet w środku nocy. Kapitan zaczął wydawać polecenia załodze, Armstrong zaś zsunął pantofle i znikł pod pokładem.
Po otwarciu drzwi kabiny ujrzał znów zwoje faksów. Schwycił je skwapliwie, gdyż wciąż jeszcze miał nadzieję na ratunek. Pierwszy faks był od Petera Wakehama, wiceprezesa Armstrong Communications, który, mimo późnej pory, najwidoczniej nadal czuwał za swoim biurkiem w Londynie. „Proszę, pilnie zadzwoń” – brzmiała wiadomość. Drugi nadesłano z Nowego Jorku. Akcje towarzystwa spadły jeszcze niżej i jego bankierzy „aczkolwiek niechętnie, uznali za konieczne” pozbyć się własnych udziałów.
Trzeci przyszedł od Jacquesa Lacroix z Genewy, z potwierdzeniem, że ponieważ bank nie otrzymał w godzinach urzędowych pięćdziesięciu milionów dolarów, zarząd nie miał innego wyboru, jak...
Zegary w Nowym Jorku wskazywały dwanaście minut po piątej, w Londynie dwanaście po dziesiątej i dwanaście po jedenastej w Genewie. Do dziewiątej rano nie będzie miał już wpływu na brzmienie nagłówków we własnych gazetach, nie wspominając tych, które należą do Keitha Townsenda.
Armstrong powoli się rozebrał, rzucając ubranie bezładnie na podłogę. Następnie sięgnął do szafki po butelkę brandy, nalał sobie dużą porcję i opadł na szerokie łóżko. Leżał bez ruchu, kiedy zahuczały silniki, a po chwili usłyszał szczęk kotwicy wyciąganej z dna. Manewrując, jacht z wolna wypływał z portu.
Upływała godzina za godziną, ale Armstrong się nie ruszał, tylko od czasu do czasu dolewał sobie brandy. Dopiero kiedy zegarek na bocznym stoliku wydzwonił czwartą, podniósł się, odczekał parę chwil, po czym opuścił stopy na gruby dywan. Niepewnie wstał i przez nieoświetloną kabinę przeszedł do łazienki. Dotarł do otwartych drzwi, zdjął z wieszaka obszerny kremowy szlafrok, który na kieszeni miał wyhaftowany złotymi literami napis „Sir Lancelot”. Poczłapał z powrotem do drzwi kabiny, otworzył je ostrożnie i stanął boso w półmroku korytarza. Chwilę się wahał, po czym zamknął za sobą drzwi i klucz wsunął do kieszeni. Nie poruszył się, póki się nie upewnił, że nie słyszy nic poza znajomym, miarowym warkotem silnika.
Posuwał się chwiejnym krokiem wąskim korytarzem, wreszcie stanął przed schodkami wiodącymi na pokład. Powoli zaczął się wspinać w górę, trzymając się mocno lin po obu stronach. Gdy znalazł się na pokładzie, szybko się rozejrzał na boki. Nie było nikogo. Noc była bezchmurna i chłodna, jak zazwyczaj o tej porze roku.
Armstrong stąpał cicho, aż znalazł się nad maszynownią – najbardziej hałaśliwą częścią statku.
Odczekał krótką chwilę, rozwiązał pasek i pozwolił, aby szlafrok opadł na pokład.
Nagi, pod czułą osłoną nocy, utkwił wzrok w spokojnym, mrocznym morzu i pomyślał: Czy w chwilach takich jak ta nie powinno się człowiekowi objawić w jednym błysku całe życie?
The Citizen
5 LISTOPADA 1991
Townsend zrujnowany
– Jakieś wiadomości? – spytał lakonicznie Keith Townsend, przechodząc obok biurka sekretarki w drodze do swojego gabinetu.
– Prezydent telefonował z Camp David na chwilę przedtem, zanim wsiadłeś do samolotu – powiedziała Heather.
– Która z moich gazet zirytowała go tym razem? – zagadnął, sadowiąc się za biurkiem.
– „New York Star”. Dotarła do niego pogłoska, że zamierzasz jutro wydrukować na pierwszej stronie wyciąg z jego konta – odparła Heather.
– Raczej wyciąg z mojego konta może być materiałem na jutrzejsze czołówki gazet – rzucił Townsend. Jego australijski akcent zaznaczył się wyraźniej niż zazwyczaj. – Co jeszcze?
– Margaret Thatcher przysłała faks z Londynu. Zgodziła się na twoje warunki umowy na dwie książki, mimo że oferta Armstronga była korzystniejsza.
– Miejmy nadzieję, że ktoś zaoferuje mi sześć milionów dolarów, kiedy napiszę swoje pamiętniki.
Heather uśmiechnęła się blado.
– Jeszcze ktoś?
– Gary Deakins znów dostał pozew sądowy.
– O co tym razem?
– Na pierwszej stronie wczorajszej „Prawdy” oskarżył arcybiskupa Brisbane o gwałt.
– Prawda, cała prawda i tylko prawda – rzekł Townsend z uśmiechem. – Przynajmniej tak długo, jak długo pomaga sprzedawać gazety.
– Niestety, okazało się, że owa kobieta jest znanym świeckim kaznodzieją i od lat przyjaźni się z rodziną Jego Ekscelencji. Zdaje się, że Gary dobierał niefortunne rymy do „arcybiskupa”.
Townsend rozsiadł się wygodnie w swoim krześle i zaczął się zapoznawać z niezliczonymi problemami trapiącymi ludzi na świecie; najczęściej były to, jak zwykle, skargi polityków, biznesmenów i ulubieńców mediów, oczekujących, że podejmie natychmiastową interwencję, aby ratować ich cenne, a zagrożone kariery. Jutro o tej porze większość z nich ochłonie, a na ich miejsce pojawi się kilkanaście nowych, równie gniewnych, równie wymagających gwiazd. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy ci ludzie byliby uszczęśliwieni, gdyby odkryli, że on sam znajduje się o krok od katastrofy. A to dlatego, że prezes małego banku w Cleveland zażądał zwrotu pięćdziesięciu milionów dolarów pożyczki dziś przed wieczorem.
Podczas gdy Heather odczytywała kolejne wiadomości – większość od ludzi, których nazwiska nic mu nie mówiły – Townsend wrócił myślami do mowy, którą wygłosił poprzedniego wieczoru. Tysiąc redaktorów naczelnych jego gazet z całego świata zgromadziło się w Honolulu na trzydniową konferencję. W końcowym przemówieniu powiedział im, że Global Corp jest w doskonałej formie i z łatwością sprosta wyzwaniom nowej rewolucji środków przekazu. Zakończył słowami: „Tylko Global Corp jest w stanie poprowadzić przemysł środków masowego przekazu w dwudziesty pierwszy wiek”.
Wszyscy wstali i urządzili mu kilkuminutową owację. Spoglądając w dół, na ufne twarze tłumu szczelnie wypełniającego salę, zastanawiał się, ilu z tych ludzi podejrzewa, że firma stoi u progu bankructwa.
– Co mam odpowiedzieć prezydentowi? – powtórzyła pytanie Heather.
– Jakiemu prezydentowi? – zdziwił się Townsend, nagle przywołany do rzeczywistości.
– Stanów Zjednoczonych.
– Czekaj, aż zadzwoni jeszcze raz – odparł. – Może do tego czasu trochę się uspokoi. Ja tymczasem pogadam z redaktorem „Star”.
– A co z panią Thatcher?
– Wyślij jej duży bukiet kwiatów i bilecik ze słowami: „Uczynimy Pani pamiętniki bestsellerem numer jeden od Moskwy po Nowy Jork”.
– Czy nie powinno się dodać Londynu?
– Nie, ona wie, że w Londynie będzie najbardziej czytana.
– A co mam zrobić w sprawie Gary’ego Deakinsa?
– Zatelefonuj do arcybiskupa i powiedz mu, że zafunduję mu ten nowy dach, tak bardzo potrzebny jego katedrze. Poczekaj miesiąc, a potem wyślij mu czek na dziesięć tysięcy dolarów.
Heather skinęła głową, zamknęła notes i zapytała:
– Czy mam cię z kimś łączyć?
– Tylko z Austinem Piersonem. – Zamilkł. – Natychmiast, jak zadzwoni – dodał.
Heather wyszła z pokoju.
Townsend obrócił się z krzesłem i spojrzał przez okno. Usiłował przypomnieć sobie rozmowę z doradczynią do spraw finansowych, która zatelefonowała do niego, kiedy leciał swoim prywatnym odrzutowcem z Honolulu.
– Widziałam się przed chwilą z Piersonem – oznajmiła. – Nasze spotkanie trwało ponad godzinę, ale kiedy odchodziłam, on jeszcze nie podjął decyzji.
– Nie podjął decyzji?
– Nie. Musi jeszcze zasięgnąć opinii bankowej komisji finansów.
– Ależ z pewnością teraz, kiedy wszystkie pozostałe banki chcą pójść mi na rękę, Pierson nie może...
– Jak najbardziej może. Pamiętaj, że on jest prezesem małego banku w Ohio. Nie jest zainteresowany tym, co uzgodniły inne banki. A po tych wszystkich kąśliwych artykułach prasowych, jakie ukazały się na twój temat w ciągu kilku ostatnich tygodni, on myśli tylko o jednym.
– Mianowicie?
– Jak ratować własną skórę – odparła.
– Ale czy nie zdaje sobie sprawy, że wszystkie inne banki wycofają się, jeśli on nie zastosuje się do ogólnego planu?
– Owszem, ale kiedy mu to powiedziałam, wzruszył ramionami i oświadczył: „W takim razie będę musiał zaryzykować z wszystkimi innymi”.
Townsend zaczął kląć.
– Ale jedno mi obiecał – dodała E. B.
– Co takiego?
– Że zatelefonuje, jak tylko komisja podejmie decyzję.
– To pięknie z jego strony. Co mam zatem zrobić, jeśli decyzja będzie negatywna?
– Opublikować oświadczenie, które uzgodniliśmy – padła odpowiedź.
Townsendowi zrobiło się niedobrze.
– Czy nie mam innego wyjścia? – spytał.
– Nie, żadnego – powiedziała stanowczo pani Beresford. – Po prostu siedź i czekaj na telefon Piersona. Jeśli mam zdążyć na następny samolot do Nowego Jorku, to muszę się spieszyć. Powinnam być u ciebie około południa. – Połączenie się przerwało.
Townsend wstał i zaczął krążyć po pokoju, nadal rozważając to, co mu powiedziała E. B. Zatrzymał się przed lustrem wiszącym nad kominkiem, żeby poprawić krawat. Nie miał czasu, aby się przebrać po wyjściu z samolotu – i było to widać.
Po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że wygląda starzej niż na swoje sześćdziesiąt trzy lata. Ale po tym wszystkim, co w ciągu ostatnich sześciu tygodni musiał wykonać pod dyktando E. B., trudno się było dziwić. To prawda, że gdyby zwrócił się do niej po radę trochę wcześniej, nie musiałby teraz czekać z drżeniem na telefon od prezesa małego banku w Ohio.
Wpatrywał się w telefon, zaklinając go w duchu, żeby zadzwonił. Ale telefon milczał. Townsend nawet nie próbował uporać się ze stosem listów, które Heather zostawiła mu do podpisu. Z zamyślenia wyrwało go pojawienie się Heather. Podała mu pojedynczy arkusz papieru; zawierał on spis nazwisk w porządku alfabetycznym.
– Pomyślałam, że może ci się to przydać – powiedziała. Pracowała dla niego od trzydziestu pięciu lat i wiedziała, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który siedziałby z założonymi rękami i czekał.
Townsend bardzo wolno przejechał palcem w dół listy. Żadne z nazwisk nic mu nie mówiło. Przy trzech znajdowały się gwiazdki oznaczające, że w przeszłości te osoby pracowały w Global Corp. Obecnie zatrudniał trzydzieści siedem tysięcy ludzi, ale trzydziestu sześciu tysięcy z nich nigdy nawet na oczy nie widział. Te trzy osoby, które w jakimś momencie swojej kariery zawodowej pracowały u niego, teraz należały do personelu „Cleveland Sentinel”, gazety, o której nigdy nie słyszał.
– Do kogo należy „Sentinel”? – spytał z nadzieją, że mógłby wywrzeć presję na właściciela.
– Do Richarda Armstronga – powiedziała Heather bezbarwnym głosem.
– Tylko tego mi trzeba.
– W gruncie rzeczy nie kontrolujesz żadnej gazety w promieniu stu mil od Cleveland – ciągnęła Heather. – Masz tylko stację radiową na południe od miasta, która bez przerwy nadaje muzykę country and western.
W owej chwili Townsend z chęcią przehandlowałby „New York Star” na „Cleveland Sentinel”. Spojrzał znów na trzy nazwiska, ale nadal nic dla niego nie znaczyły. Obejrzał się na Heather.
– Czy któreś z nich nadal mnie kocha? – zapytał, przymuszając się do uśmiechu.
– Barbara Bennett na pewno nie – odparła Heather. – Prowadzi w „Sentinelu” rubrykę mody. Dostała wymówienie z lokalnej gazety w Seattle w kilka dni potem, jak ją przejąłeś. Wniosła sprawę do sądu o bezprawne zwolnienie z pracy i twierdziła, że jej następczyni ma romans z redaktorem naczelnym. Skończyło się na tym, że musieliśmy rozstrzygnąć spór w drodze postępowania pozasądowego. Podczas wstępnego przesłuchania powiedziała, że kupczysz pornografią i że interesuje cię tylko forsa. Wydałeś polecenie, żeby żadna z twoich gazet nigdy jej nie zatrudniała.
Townsend wiedział, że ta szczególna lista zawiera nazwiska ponad tysiąca osób i że każda z nich z rozkoszą umoczyłaby pióro w jego krwi, przygotowując jego nekrolog do pierwszych wydań jutrzejszych dzienników.
– Mark Kendall? – zagadnął.
– Szef rubryki kryminalnej – stwierdziła Heather. – Pracował przez kilka miesięcy w „New York Star”, ale nie wiadomo, czy kiedykolwiek się z nim zetknąłeś.
Oczy Townsenda zatrzymały się na kolejnym obco brzmiącym nazwisku; czekał, żeby Heather podała mu szczegóły. Wiedział, że najlepsze zachowa na koniec: nawet ona lubiła przytrzymać go trochę w szachu.
– Malcolm McCreedy. Szef działu publicystyki w „Sentinelu”. Pracował w korporacji w „Melbourne Courier” między tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym i osiemdziesiątym czwartym. Rozpowiadał wtedy wszystkim w redakcji, że byliście w przeszłości kumplami od kieliszka. Został wyrzucony, bo nigdy nie oddawał materiałów na czas. Zdaje się, że whisky ze słodu była pierwszą rzeczą, po którą sięgał po porannym kolegium redakcyjnym, a po lunchu interesowały go wyłącznie spódniczki. Wbrew temu, co twierdził, nie mogłam znaleźć żadnego dowodu, że go kiedykolwiek spotkałeś.
Townsenda zdumiewało, że Heather zdobyła tak wiele informacji w tak krótkim czasie. Ale skoro pracowała u niego tyle lat, było zrozumiałe, że ma niemal tak szerokie kontakty jak on sam.
– McCreedy był dwa razy żonaty – ciągnęła Heather. – Każde z tych małżeństw kończyło się rozwodem. Z pierwszego małżeństwa ma dwoje dzieci: dwudziestosiedmioletnią Jill i dwudziestoczteroletniego Alana. Alan pracuje u nas w „Dallas Comet”, w dziale drobnych ogłoszeń.
– To się świetnie składa – orzekł Townsend. – Stawiam na McCreedy’ego. Może się wreszcie doczeka telefonu od swojego dawno nie widzianego kumpla.
– Zaraz do niego zadzwonię – powiedziała Heather z uśmiechem. – Miejmy nadzieję, że jest trzeźwy.
Townsend kiwnął głową i Heather wróciła do siebie.
Właściciel dwustu dziewięćdziesięciu siedmiu czasopism czytanych przez ponad miliard ludzi na świecie czekał na połączenie telefoniczne z redaktorem działu publicystyki lokalnej gazetki w Ohio o nakładzie poniżej trzydziestu pięciu tysięcy egzemplarzy.
Townsend wstał i zaczął przemierzać pokój, formułując pytania, które należało zadać McCreedy’emu, i zastanawiając się, w jakiej kolejności je postawić. Kiedy tak krążył, jego wzrok padł na wiszące na ścianach, oprawione w ramy, egzemplarze gazet z najsłynniejszymi nagłówkami:
„New York Star”, 23 listopada 1963 roku: „Kennedy zamordowany w Dallas”.
„Continent”, 30 lipca 1981: „I żyli długo i szczęśliwie” nad ślubną fotografią Karola i Diany.
„Globe”, 17 maja 1991: „Richard Branson zabrał mi wianek, twierdzi dziewica” 1 .
Chętnie by zapłacił pół miliona dolarów, żeby móc przeczytać nagłówki w jutrzejszych gazetach.
Telefon na biurku ostro zadzwonił. Townsend dopadł krzesła i chwycił słuchawkę.
– Mam Malcolma McCreedy’ego na linii numer jeden – odezwała się Heather. – Łączę.
– Czy to ty, Malcolmie? – powiedział Townsend, gdy tylko usłyszał brzęk w słuchawce.
– We własnej osobie, panie Townsend – odpowiedział zdziwiony głos z wyraźnym australijskim akcentem.
– Długo się nie słyszeliśmy, Malcolmie. Za długo. Co u ciebie?
– Wszystko dobrze, Keith. Po prostu znakomicie – odparł śmielej Malcolm.
– A jak tam dzieci? – zagadnął Townsend, spoglądając na kartkę, którą Heather położyła mu na biurku. – Jill i Alan, prawda? Czy Alan nie pracuje przypadkiem w naszej gazecie w Dallas?
Zapadło długie milczenie i Townsend zaczął się już zastanawiać, czy nie przerwano połączenia.
– Zgadza się, Keith – odezwał się w końcu McCreedy. – Oboje świetnie sobie radzą, dziękuję. A twoje dzieciaki?
Najwyraźniej nie pamiętał, ile Townsend ich ma, nie znał także ich imion.
– Też świetnie sobie radzą, dziękuję – rzekł Townsend, celowo go małpując. – A jak się czujesz w Cleveland?
– Dobrze – odparł McCreedy. – Ale wołałbym być w kraju na starych śmieciach. Chętnie bym sobie popatrzył, jak Tygrysy grają w sobotnie popołudnie.
– Hm, to jedna ze spraw, w jakich dzwonię do ciebie – rzucił Townsend. – Ale najpierw chciałbym zasięgnąć twojej rady.
– Ależ proszę, Keith. Zawsze możesz na mnie liczyć – powiedział McCreedy. – Ale może lepiej zamknę drzwi mojego pokoju – dodał, gdyż był teraz pewien, że już każdy dziennikarz na piętrze wie, kim jest jego rozmówca.
Townsend niecierpliwie czekał.
– Więc co mógłbym dla ciebie zrobić, Keith? – odezwał się lekko zadyszany głos w telefonie.
– Czy znasz nazwisko Austin Pierson?
Znów zapadło dłuższe milczenie.
– To jakaś gruba ryba w święcie finansów, no nie? Wydaje mi się, że kieruje jednym z naszych banków albo towarzystw ubezpieczeniowych. Poczekaj chwilę, sprawdzę w moim komputerze.
Townsend znowu czekał, myśląc sobie przy tym, że gdyby jego ojciec zadał takie samo pytanie czterdzieści lat wcześniej, znalezienie odpowiedzi zajęłoby wiele godzin, a może nawet dni.
– Mam go – powiedział człowiek w Cleveland po paru chwilach i zawiesił głos. – Teraz sobie przypominam. Robiliśmy o nim materiał mniej więcej cztery lata temu, kiedy został prezesem Manufacturers Cleveland.
– Co możesz mi o nim powiedzieć? – spytał Townsend, który nie chciał już marnować więcej czasu na głupstwa.
– Nie za wiele – odparł McCreedy, wpatrując się w ekran monitora i od czasu do czasu naciskając kolejne klawisze. – Robi wrażenie wzorowego obywatela. W banku systematycznie awansował ze stanowiska na stanowisko, jest skarbnikiem w miejscowym klubie rotariańskim, metodystycznym świeckim kaznodzieją, żonaty z tą samą kobietą od trzydziestu jeden lat. Ma trójkę dzieci, wszystkie mieszkają w mieście.
– Czy coś o nich wiadomo?
– Tak. – McCreedy wcisnął kilka klawiszy. – Starszy syn jest nauczycielem biologii w miejscowej szkole średniej, córka pracuje jako siostra oddziałowa w szpitalu miejskim w Cleveland, a najmłodsza latorośl właśnie awansowała na wspólnika w najszacowniejszej kancelarii w stanie. Jeśli chcesz ubić interes z Austinem Piersonem, Keith, to ucieszy cię wiadomość, że ma on nieskazitelną reputację.
Townsend wcale się nie ucieszył.
– Więc w jego przeszłości nie ma nic, co by...
– W każdym razie ja nic o tym nie wiem – rzekł McCreedy. Szybko przejrzał rejestr za ostatnie pięć lat, z nadzieją, że znajdzie jakiś smakowity kąsek, którym zadowoli swego byłego szefa. – Tak, teraz sobie wszystko przypominam. To straszny sztywniak. Nie zgodził się nawet na przeprowadzenie wywiadu w godzinach pracy, a kiedy dotarłem wieczorem do niego do domu, zostałem nagrodzony za swój trud sokiem ananasowym ochrzczonym wodą.
Townsend zrozumiał, że nic już więcej nie wyciśnie od McCreedy’ ego na temat Piersona i że nie ma sensu ciągnąć dalej tej rozmowy.
– Dziękuję ci, Malcolmie – powiedział. – Bardzo mi pomogłeś. Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz miał coś o Piersonie.
Już miał położyć słuchawkę, kiedy Mc Creedy zapytał:
– A ta druga sprawa, o której chciałeś mówić, Keith? Widzisz, miałem nadzieję, że coś się znajdzie dla mnie w Australii, może nawet w „Courier”. – Zamilkł na chwilę. – Powiem ci, Keith, że zgodziłbym się nawet na niższą pensję, bylebym mógł znów pracować u ciebie.
– Będę o tym pamiętał – rzekł Townsend – i możesz być pewien, Malcolmie, że zgłoszę się do ciebie przy pierwszej okazji.
Odłożył słuchawkę i postawił krzyżyk na człowieku, do którego na pewno więcej w życiu się nie odezwie. McCreedy był w stanie powiedzieć mu tylko tyle, że Austin Pierson jest wcieleniem wszelkich cnót – z tym gatunkiem ludzi Townsend nie miał dużo wspólnego, nie bardzo też wiedział, jak się z nimi postępuje. Rada E. B. jak zwykle okazała się słuszna. Mógł wyłącznie siedzieć i czekać.
Odchylił się do tyłu w krześle i założył nogę na nogę.
Zegary w Cleveland wskazywały dwanaście po jedenastej, w Londynie dwanaście po czwartej, a w Sydney dwanaście po trzeciej. Do szóstej wieczorem prawdopodobnie nie będzie już miał wpływu na brzmienie nagłówków we własnych gazetach, nie mówiąc już o tytułach Richarda Armstronga.
Telefon na jego biurku zadzwonił ponownie – czy możliwe, że Malcolm McCreedy znalazł coś ciekawego na temat Austina Piersona? Townsend zawsze sądził, że każdy ma choć jeden szkielet wstydliwie ukrywany w szafie. Chwycił słuchawkę.
– Mam prezydenta Stanów Zjednoczonych na jednej linii – odezwała się Heather – i pana Austina Piersona z Cleveland w Ohio na drugiej. Z kim najpierw łączyć?
Narodziny, śluby i śmierci
THE TIMES
6 LIPCA 1923
Komunistyczne fermenty
Jeśli człowiek urodził się Żydem na Rusi Zakarpackiej, miało to mało dobrych i dużo złych stron; musiało jednak upłynąć sporo czasu, zanim Lubczy Hoch poznał te dobre.
Lubczy przyszedł na świat w małej skalnej wiosce w pobliżu miasteczka Douski, usytuowanego u zbiegu granic Czechosłowacji, Rumunii i Polski. Nigdy nie poznał swojej prawdziwej daty urodzenia, gdyż rodzina nie prowadziła żadnych zapisków, ale wiadomo było, że jest w przybliżeniu o rok starszy od swojego brata i o rok młodszy od siostry.
Matka wzięła niemowlę na ręce i uśmiechnęła się. Syn był taki jak trzeba i nawet pod prawą łopatką miał jaskrawoczerwone znamię jak jego ojciec.
Mała chałupina, w której mieszkali, była własnością jego stryjecznego dziadka, rabbiego. Rabbi wielokroć prosił Zeltę, żeby nie poślubiała Siergieja, syna miejscowego handlarza bydłem. Młoda dziewczyna wstydziła się przyznać stryjowi, że zaszła w ciążę. I chociaż postąpiła wbrew woli rabbiego, ofiarował on młodym chatę w prezencie ślubnym.
Kiedy Lubczy przyszedł na świat, w czterech izdebkach już było ciasno; kiedy zaczynał chodzić, przybył mu jeszcze jeden brat i druga siostra.
Rodzina rzadko widywała ojca. Co rano wychodził z domu tuż po wschodzie słońca i wracał dopiero o zmierzchu.
Matka tłumaczyła dziecku, że ojciec idzie pracować.
– Co to za praca? – dopytywał się Lubczy.
– Ojciec dogląda bydła, które mu zostawił twój dziadek. – Matka nie udawała, że parę krów z cielętami stanowi stado.
– A gdzie ojciec pracuje? – pytał Lubczy.
– Na polach po drugiej stronie miasta.
– Co to jest miasto? – padało kolejne pytanie.
Zelta niezmordowanie odpowiadała na pytania, póki dziecko nie usnęło jej na rękach.
Rabbi nigdy nie mówił małemu o ojcu, za to przy każdej okazji opowiadał mu, jak to mama w młodości miała licznych zalotników i uważano ją nie tylko za najpiękniejszą, ale i za najinteligentniejszą dziewczynę w miasteczku. Z jej talentami powinna była zostać nauczycielką w tutejszej szkole, mówił rabbi, a teraz musiała się zadowolić przekazywaniem swojej wiedzy ciągle powiększającej się rodzinie.
Ale ze wszystkich dzieci tylko Lubczy zaspokajał oczekiwania matki: przesiadywał u jej stóp, chłonąc każde jej słowo i wysłuchując pilnie odpowiedzi na pytania, które zadawał. Z czasem rabbi zaczął się interesować postępami chłopca – i zarazem martwić, która strona rodziny odegra decydującą rolę w kształtowaniu jego charakteru.
Po raz pierwszy odczuł niepokój, gdy malec zaczął raczkować i natknął się na drzwi wychodzące na dwór; od tej chwili odwrócił uwagę od matki, tkwiącej przy piecu kuchennym, i zaczął interesować się ojcem i tym, dokąd on wychodzi każdego ranka.
Kiedy Lubczy mógł stanąć na własnych nogach, sięgnął do klamki, a kiedy tylko zaczął chodzić, przekroczył próg, wyszedł na ścieżkę i na szeroki świat, domenę ojca. Przez kilka tygodni uczepiony ręki ojca z radością przemierzał brukowane kocimi łbami ulice sennego o świcie miasteczka w drodze na pola, gdzie ojciec pasał bydło.
Ale Lubczego szybko znudziły krowy, które stały nieruchomo i czekały, aż zostaną wydojone, a od czasu do czasu rodziły cielęta. Chciał się dowiedzieć, co dzieje się w mieście, które się dopiero budziło, kiedy przechodzili tamtędy rankiem. Nazywać Douski miastem byłoby w istocie grubą przesadą, składało się bowiem z kilku rzędów murowanych domów, paru sklepów, gospody, małej synagogi – dokąd matka zabierała z całą rodziną Lubczego w soboty – i ratusza, którego progu chłopiec nigdy nie przestąpił.
Ale dla Lubczego było to najciekawsze miejsce na świecie.
Pewnego ranka ojciec, bez słowa wyjaśnienia, związał dwie krowy i poprowadził je w stronę miasta. Lubczy radośnie biegł obok, zasypując ojca pytaniami, bo ciekaw był, co też zamierza z nimi zrobić. Ale ojciec, inaczej niż matka, nie zawsze udzielał odpowiedzi, a jeśli tak, to rzadko one coś wyjaśniały.
Wreszcie Lubczy przestał zadawać pytania, bo ojciec za każdym razem zbywał go słowami:
– Poczekaj, to zabaczysz.
Dotarli wreszcie do miasteczka i krowy zostały zagonione na targ. Ni stąd, ni zowąd ojciec zatrzymał się w rzadko uczęszczanym rogu placu.
Lubczy doszedł do wniosku, że nie warto go pytać, dlaczego wybrał akurat to miejsce, bo i tak nie odpowie. Ojciec i syn stali w milczeniu. Upłynęło trochę czasu, zanim pojawił się pierwszy kupiec.
Lubczy patrzył zafascynowany, jak ludzie okrążają krowy, poszturchują je bądź tylko szacują ich wartość w mowie, której nigdy wcześniej nie słyszał. Pomyślał, jak to źle, że ojciec zna tylko jeden język w tym mieście u zbiegu granic trzech państw. Spoglądał biedak tępym wzrokiem na wieśniaków wyrażających swoje zdanie po oględzinach mizernych zwierząt.
Gdy w końcu jeden z zainteresowanych przemówił do ojca w jedynym języku, jaki ten rozumiał, przyjął jego ofertę bez targów. Kilka kolorowych papierków przeszło z rąk do rąk, krowy zmieniły właściciela, a ojciec udał się na rynek, gdzie kupił worek zboża, skrzynkę kartofli, trochę faszerowanej ryby, trochę odzieży, parę używanych butów wymagających pilnie reperacji, ręczny wózek i dużą mosiężną zapinkę dla kogoś z rodziny. Chłopca dziwiło, że podczas gdy inni uparcie targowali się z kramarzami, tata zawsze wręczał żądaną kwotę bez słowa sprzeciwu.
Po drodze do domu ojciec wstąpił do jedynej w miasteczku gospody, pozostawiając chłopca na ulicy, na straży sprawunków. Chłopiec siedział na ziemi, u wejścia do gospody, i czekał. Dopiero gdy słońce schowało się za ratuszem, ojciec po kilku butelkach śliwowicy chwiejnym krokiem wytoczył się z gospody i Lubczy musiał jedną ręką ciągnąć wózek pełen towarów, a drugą podtrzymywać pijanego.
Kiedy matka otworzyła drzwi, tata minął ją chwiejnym krokiem i upadł na łóżko. Po chwili rozległo się chrapanie.
Lubczy pomógł matce przyciągnąć wózek z zakupami do chaty. Chociaż zachwalał je, jak mógł, matka nie wydawała się zadowolona, że taki oto jest pożytek z całorocznego trudu. Potrząsnęła głową, medytując, co należy zrobić z nabytkami.
Worek z ziarnem ustawiła w kącie w kuchni, ziemniaki zostały w drewnianej skrzynce, rybę położyła koło okna. Potem przejrzała odzież i przeznaczyła poszczególne sztuki dla każdego z dzieci. Buty zostawiła przy drzwiach. Zapinkę schowała do małego tekturowego pudełka, które na oczach chłopca ukryła pod luźną deską podłogową po ojcowskiej stronie łóżka.
Tej nocy, kiedy wszyscy spali, Lubczy postanowił, że nie będzie więcej chodził z ojcem na pola. Następnego dnia rano, kiedy ojciec wstał, Lubczy wzuł buty stojące przy drzwiach, chociaż były na niego za duże, i wyszedł z domu za ojcem. Tym razem dotarł tylko na skraj miasteczka i skrył się za drzewem. Patrzył, jak tata znika w oddali, nawet nie odwracając głowy, żeby sprawdzić, czy dziedzic jego królestwa za nim podąża.
Lubczy odwrócił się i pobiegł na rynek. Cały dzień chodził wokół straganów i przyglądał się wystawionym towarom. Jedni sprzedawali owoce i warzywa, inni meble i sprzęty domowe. Zresztą handlowaliby, czym się da, byle tylko mieć zysk.
Lubczy z przyjemnością obserwował przeróżne sztuczki sprzedawców: jedni z góry traktowali klientów, inni się przymilali, a prawie wszyscy kłamali, gdy ich pytano o pochodzenie towaru. Jeszcze bardziej intrygujące było to, że mówili różnymi językami. Lubczy prędko spostrzegł, że większość kupujących, podobnie jak jego ojciec, przepłaca towary. Przysłuchiwał się uważnie rozmowom i zaczynał już chwytać niektóre obce słowa.
Kiedy wrócił do domu, miał ze sto pytań do matki, ale po raz pierwszy się przekonał, że na niektóre nawet ona nie umie odpowiedzieć. Po którymś takim pytaniu matka uznała, że czas, aby synek poszedł do szkoły. Ale w miasteczku nie było odpowiedniej szkoły dla malca. Zelta postanowiła omówić ten problem ze stryjem, jak tylko nadarzy się okazja. W końcu chłopiec tak zdolny jak Lubczy mógłby nawet zostać rabinem.
Następnego ranka Lubczy wstał jeszcze przed ojcem, wsunął na stopy jedyne w domu chodaki i wymknął się z chaty, nie budząc braci ani sióstr.
Biegł przez całą drogę na targ i od nowa zaczął obchód straganów, obserwując, jak sprzedawcy wystawiają swoje towary. Przysłuchiwał się kłótniom i pogaduszkom handlarzy i zaczynał coraz więcej rozumieć. Pojął teraz, co znaczyły słowa matki, że Bóg dał mu talent do języków. Ale matka nie wiedziała, że obdarzył go też talentem do handlu.
Patrzył urzeczony, jak ktoś wymienia tuzin świec na kurczaka, a inny oddaje komodę w zamian za dwa worki kartofli. Dalej ktoś jeszcze proponował kozę za wytarty dywan oraz furę drewna za materac. Gdyby tak mógł kupić ten materac! Był szerszy i grubszy od tego, na którym spała cała jego rodzina.
Co rano przychodził teraz na plac targowy. Nauczył się, że powodzenie w handlu nie zależy tylko od towarów, jakie się ma na sprzedaż, ale także od umiejętności przekonania klienta, że są mu potrzebne. Już po kilku dniach zrozumiał, że ci, którzy posługują się kolorowymi banknotami, nie tylko są lepiej ubrani, ale mają większe szansę na dobry interes niż ci, którzy wymieniają towar na towar.
Kiedy ojciec uznał, że pora wystawić następne dwie krowy na sprzedaż, jego sześcioletni syn doskonale już wiedział, jak korzystnie dobija się targu. Wieczorem znowu musiał prowadzić spitego ojca do domu. Gdy ten zwalił się na łóżko, chłopak wyładował przed zdumioną matkę całą górę towarów.
Przez ponad godzinę malec pomagał matce rozdzielać dobra między poszczególnych członków rodziny. Nie przyznał się, że ma jeszcze kolorowy papierek, na którym widnieje liczba 10. Chciał sprawdzić, co można będzie za niego kupić.
Następnego ranka nie od razu poszedł na rynek, ale pierwszy raz zapuścił się na ulicę Szkolną, żeby zobaczyć, co się sprzedaje w sklepach, które czasami odwiedzał stryjeczny dziadek. Zatrzymał się kolejno przed piekarnią, masarnią, sklepem z wyrobami garncarskimi, sklepem z odzieżą i wreszcie przed jubilerem: tylko tam nad drzwiami wydrukowane było złotymi literami nazwisko właściciela – Lekski. Wzrok chłopca przyciągnęła broszka leżąca pośrodku wystawy. Była jeszcze piękniejsza od tej, którą matka wkładała raz w roku na Rosz Haszana – kiedyś wspomniała, że to klejnot rodzinny. Wieczorem Lubczy wrócił do domu i stanął przy kuchennym palenisku, na którym matka szykowała dla rodziny skromny posiłek. Oznajmił jej, że sklepy są niczym innym jak nieprzenośnymi straganami z wystawą od frontu. Dodał jeszcze, co zauważył, gdy usiłował zajrzeć do środka, rozpłaszczając nos o szybę – że prawie wszyscy klienci płacą papierowymi banknotami i nie targują się ze sprzedawcą.
Nazajutrz Lubczy wrócił na tę samą ulicę. Wyjął z kieszeni papierowy banknot i przez dłuższą chwilę mu się przyglądał. Nadal nie wiedział, co może za niego dostać. Przez godzinę wpatrywał się w wystawy, aż wreszcie wszedł pewnym krokiem do piekarni i wręczył banknot człowiekowi stojącemu za ladą. Piekarz wziął banknot i wzruszył ramionami. Lubczy ufnie wskazał bochenek chleba na półce i piekarz podał mu go. Zadowolony z transakcji chłopiec odwrócił się do wyjścia, ale piekarz zawołał, żeby wziął resztę.
Lubczy wrócił, niepewny, co to znaczy, i z ciekawością patrzył, jak sklepikarz wkłada banknot do kasetki i dobywa z niej monety, które mu następnie wręcza.
Sześciolatek wyszedł na ulicę i z wielkim zainteresowaniem zaczął oglądać monety. Z jednej strony wyryte na nich były cyfry, z drugiej zaś głowa jakiegoś mężczyzny.
Ośmielony udaną transakcją odwiedził sklep z wyrobami garncarskimi, gdzie nabył dla matki misę za połowę monet.
Następnie zatrzymał się przy sklepie jubilera i utkwił wzrok w pięknej broszy na środku wystawy. Otworzył drzwi, podszedł do kontuaru i stanął przed obliczem starszego pana w garniturze i krawacie.
– Czego sobie życzysz, malcze? – zapytał pan Lekski i pochylił się, żeby przyjrzeć się chłopcu.
– Chcę kupić tę broszkę dla mojej matki – odparł Lubczy, siląc się na pewność siebie, i wskazał na wystawę. Otworzył zaciśniętą piąstkę, w której miał jeszcze trzy drobne monety.
Stary pan nie wybuchnął śmiechem, tylko łagodnie wytłumaczył chłopcu, że musiąłby mieć dużo więcej takich monet, żeby kupić broszkę. Lubczy poczerwieniał, zacisnął piąstkę i odwrócił się do wyjścia.
– Ale może byś tu zaszedł jutro? – podsunął stary pan. – Spróbuję coś dla ciebie znaleźć.
Lubczy, czerwony jak burak, wybiegł na ulicę, nie oglądając się za siebie.
Tej nocy nie mógł zasnąć. Powtarzał sobie w kółko słowa jubilera. Rano stał już przed sklepem na długo przed pojawieniem się właściciela. Z pierwszej lekcji, jakiej udzielił mu pan Lekski, malec się dowiedział, że ludzie kupujący biżuterię nie wstają wcześnie rano.
Na panu Lekskim, należącym do starszyzny miejskiej, tak piorunujące wrażenie zrobiła hucpa sześcioletniego malca, który ośmielił się wejść do jego sklepu z kilkoma drobniakami w garści, że podczas następnych tygodni czynił tę łaskę synowi handlarza bydła i odpowiadał mu na tysięczne pytania. Nie upłynęło dużo czasu, a Lubczy zaczął wpadać do sklepu na kilka minut każdego popołudnia.
Ale zawsze czekał na ulicy, gdy starszy pan kogoś obsługiwał. Wkraczał dopiero, gdy klient opuszczał sklep, stawał przy kontuarze i zarzucał jubilera gradem pytań, które sobie obmyślił poprzedniego dnia.
Pan Lekski odnotował z aprobatą, iż Lubczy nigdy nie zadaje drugi raz tego samego pytania i że na widok wchodzącego klienta prędko wycofuje się do kąta i ukrywa za płachtą gazety. Co prawda przewracał stronice, ale jubiler nie był pewien, czy chłopiec czyta, czy tylko ogląda fotografie.
Któregoś wieczoru po zamknięciu sklepu pan Lekski zaprowadził chłopca na jego tyły i pokazał mu automobil. Lubczy otworzył szeroko oczy, kiedy usłyszał, że ten wspaniały wehikuł może poruszać się sam, bez pomocy konia.
– Przecież on nie ma nóg! – wykrzyknął z niedowierzaniem.
Otworzył drzwiczki wozu i wgramolił się na fotel obok pana Lekskiego. Stary pan wcisnął guzik i uruchomił silnik. Lubczy poczuł mdłości i strach. Ale chociaż prawie nie sięgał wzrokiem ponad deskę rozdzielczą, już po paru chwilach pragnął usiąść na miejscu kierowcy.
Pan Lekski przewiózł chłopca po mieście i zostawił go przed drzwiami jego chałupy. Dziecko pędem wbiegło do kuchni i zawołało do matki:
– Ja też będę miał kiedyś auto!
Zelta uśmiechnęła się na tę myśl, ale nie powiedziała, że nawet sam rabin ma tylko rower. Karmiła swoją najmłodszą latorośl i zarzekała się, że to już jej ostatnia. Po przyjściu na świat nowego potomka, dla szybko rosnącego Lubczego zabrakło miejsca na wspólnym materacu. Matka musiała rozkładać mu na zapiecku stare gazety dziadka.
Gdy tylko zapadał zmierzch, dzieci zaczynały walkę o miejsce na legowisku. Rodzina nie mogła sobie pozwolić na oświetlenie izby świecami. Lubczy całymi nocami rozmyślał o aucie pana Lekskiego i o tym, jak przekonać matkę, że pewnego dnia on też będzie miał takie. Potem przypomniał sobie o broszce, którą matka nosiła tylko z okazji święta Rosz Haszana. Zaczął liczyć na palcach i wyszło mu, że musi odczekać sześć tygodni, żeby przeprowadzić plan, który zaczynał świtać mu w głowie.
Lubczy czuwał prawie całą noc poprzedzającą święto Rosz Haszana.
Kiedy rano matka się ubrała, nie spuszczał jej z oka; jego wzrok przykuwała broszka, którą matka przypięła do sukni. Zelta zdziwiła się, kiedy po skończonym nabożeństwie, gdy wyszli z synagogi, chłopiec schwycił ją za rękę i nie wypuścił do samego domu: nie robił tego od ukończenia trzeciego roku życia. Kiedy znaleźli się w chacie, Lubczy usiadł w swoim kącie ze skrzyżowanymi nogami i patrzył, jak matka odpina małe cacko. Zelta spojrzała na rodzinny skarb, a następnie przyklękła, uniosła luźną deskę w podłodze za materacem, pieczołowicie umieściła broszkę w starym tekturowym pudełku i opuściła deskę z powrotem.
Lubczy był tak cichy, że matka zaniepokoiła się i spytała, czy coś mu nie dolega.
– Nic mi nie jest, matko – odparł. – Ale dziś jest Rosz Haszana i myślałem o tym, co powinienem robić w nowym roku.
Matka uśmiechnęła się, gdyż wciąż miała nadzieję, że to jej dziecko zostanie rabinem. Lubczy więcej się nie odzywał, gdyż pochłaniał go problem tekturowego pudełka. Nie czuł się winny, nie uważał, że popełnia grzech, jak powiedziałaby matka, gdyż przekonał sam siebie, że na długo przed końcem roku zwróci wszystko i nikt o niczym się nie dowie.
Nocą, kiedy cała rodzina ułożyła się na legowisku, Lubczy zwinął się w kłębek w swoim kącie i udawał, że śpi, dopóki się nie upewnił, że wszyscy zasnęli. Wiedział, że sześcioro niespokojnych, stłoczonych ludzi – czwórka dzieci pośrodku, w tym dwoje w nogach, oraz matka i ojciec po bokach – rzadko doznaje łaski snu dłużej niż przez parę minut.
Kiedy był całkiem pewny, że nikt nie czuwa, zaczął się bezszelestnie skradać pod ścianami, aż dosięgnął drugiego brzegu materaca. Zamierał ze strachu, bo chrapanie ojca było tak rozgłośne, że lada chwila któreś z braci lub sióstr mogło się obudzić i go zauważyć. Wstrzymał oddech i zaczął obmacywać deski podłogi, sprawdzając, która da się podważyć.
Sekundy przeradzały się w minuty, ale nagle jedna z desek nieznacznie drgnęła. Lubczy nacisnął prawą dłonią z jednego końca i lekko deskę uniósł. Wsunął lewą rękę w otwór i poczuł coś pod palcami. Schwycił przedmiot i powoli wydobył spod deski. Było to tekturowe pudełko. Opuścił deskę z powrotem.
Trwał nieruchomo, póki się nie upewnił, że nikt go nie obserwuje.
Jeden z młodszych braci przekręcił się na drugi bok, siostry jęknęły i Lubczy skorzystał z okazji i umknął chyłkiem pod ścianą. Zatrzymał się dopiero przy frontowych drzwiach. Wyprostował się i zaczął po omacku szukać gałki u drzwi. Uchwycił ją spoconą dłonią i powoli przekręcił. Wysłużony zamek głośno zgrzytnął, na co wcześniej Lubczy nigdy nie zwrócił uwagi. Przestąpił próg, wyszedł na dróżkę, postawił pudełko na ziemi, wstrzymał oddech i powoli zamknął za sobą drzwi.
Popędził przed siebie, przyciskając pudełko do piersi. Gdyby się obejrzał, zobaczyłby stryjecznego dziadka, który przyglądał mu się ze swojego dużego domu ponad chatą.
– Tego właśnie się bałem – mruknął do siebie rabin. – Wdał się w rodzinę ojca.
Kiedy Lubczy oddalił się na bezpieczną odległość, zajrzał pierwszy raz do pudełka, ale mimo że świecił księżyc, nie mógł nic zobaczyć. Zatrzymał się wreszcie w środku miasta i usiadł na stopniach bezwodnej fontanny, dygoczący i podniecony. Dopiero po kilku minutach mógł się wreszcie dokładnie zorientować, jakie skarby kryje pudełko.
Znajdowały się w nim dwie mosiężne zapinki, kilka guzików różnych rodzajów, w tym jeden wielki i błyszczący, oraz stara moneta, na której widniała głowa cara. A w kąciku pudełka spoczywała upragniona zdobycz: mała, okrągła srebrna broszka okolona drobnymi kamieniami, które błyszczały w blasku księżyca.
Kiedy zegar na wieży ratusza wybił sześć razy, Lubczy wsadził pudełko pod pachę i skierował się na plac targowy. Znalazłszy się wśród kupców, usiadł między dwoma straganami i wyjął wszystko z pudełka. Odwrócił je następnie do góry dnem i ułożył na nim wszystkie przedmioty, przy czym broszkę umieścił pośrodku. Ledwie to uczynił, gdy przystanął przy nim człowiek z workiem kartofli na plecach i zaczął oglądać towar.
– Ile cenisz? – spytał po czesku, wskazując wielki, błyszczący guzik.
Chłopiec pamiętał, że pan Lekski nigdy nie odpowiadał na pytanie inaczej jak pytaniem.
– A ile dacie? – spytał językiem tamtego.
Chłop postawił worek na ziemi.
– Sześć kartofli – odparł.
– Taka cenna rzecz – rzekł Lubczy, potrząsając głową – jest warta najmniej dwanaście. – Podniósł guzik w górę, ku słońcu, żeby klient mógł go lepiej zobaczyć.
Chłop rzucił mu spojrzenie spode łba.
– Dziewięć – wydusił po dłuższej chwili.
– Nie – odparł stanowczo Lubczy. – Moja pierwsza cena jest najlepsza. – Silił się, żeby mówić tak jak pan Lekski, kiedy miał do czynienia z trudnym klientem.
Chłop potrząsnął przecząco głową, chwycił worek kartofli, zarzucił na plecy i skierował się ku centrum miasta. Lubczy zastanowił się, czy nie popełnił błędu, nie przyjąwszy dziewięciu kartofli. Zaklął i ułożył efektownie przedmioty na pudełku, pozostawiając broszkę w środku.
– Ile byś za nią chciał? – zagadnął go inny klient, pokazując broszkę.
– A co macie na zamianę? – zapytał Lubczy, przechodząc na węgierski.
– Worek mojej najlepszej pszenicy – rzekł wieśniak z dumą, zdjął wór z grzbietu obładowanego osiołka i rzucił go na ziemię przed chłopcem.
– Po co wam ta broszka? – zapytał Lubczy, przypomniawszy sobie jeszcze jedną sztuczkę pana Lekskiego.
– Żona ma jutro urodziny, a w zeszłym roku zapomniałem dać jej prezent.
– Oddam ten piękny klejnot, własność mojej rodziny od kilku pokoleń – rzekł Lubczy, podsuwając broszkę pod oczy wieśniakowi – za pierścień, który macie na palcu...
– Ale mój pierścień jest złoty – zauważył ze śmiechem chłop – a ta broszka tylko srebrna.
– ...i za worek pszenicy – powiedział Lubczy, jakby kończył przerwane zdanie.
– Chyba zwariowałeś? – zdumiał się chłop.
– Tę broszkę nosiła kiedyś wielka arystokratka, ale musiała się z nią rozstać, gdy nastały ciężkie czasy. Więc pytam was, czy kobieta, która wam urodziła dzieci, nie jest jej warta? – Lubczy nie miał pojęcia, czy wieśniak ma w ogóle dzieci, ale nacierał dalej. – A może ma czekać do następnego roku?
Węgier w milczeniu rozważał słowa malca. Lubczy położył broszkę z powrotem na środku pudełka i patrzył tylko na nią, a nie na pierścień.
– Dobrze, dam pierścień – oznajmił zdecydowanie wieśniak – ale bez pszenicy.
Lubczy zmarszczył czoło udając, że się zastanawia, czy przyjąć ofertę. Wziął do ręki broszkę i obejrzał ją w słonecznym świetle.
– Zgoda – powiedział z westchnieniem. – Ale tylko dlatego, że wasza żona ma urodziny. – Pan Lekski pouczał go, że zawsze należy pozostawić klienta w mniemaniu, że zrobił dobry interes. Wieśniak prędko zdjął z palca ciężki złoty pierścień i chwycił broszkę.
Skoro tylko dobito targu, powrócił pierwszy klient. Niósł na ramieniu starą łopatę. Upuścił na ziemię obok chłopca w połowie próżny worek kartofli.
– Namyśliłem się – odezwał się Czech. – Dam ci dwanaście kartofli za ten błyszczący guzik.
Ale Lubczy potrząsnął głową.
– Teraz chcę piętnaście – powiedział, nie podnosząc oczu.
– Ale rano żądałeś dwanaście!
– Tak, ale potem przehandlowaliście połowę kartofli, i to pewnie lepszą połowę, za tę łopatę – stwierdził Lubczy.
Wieśniak stał niezdecydowany.
– Przyjdźcie jutro – rzedł Lubczy – to dacie dwadzieścia.
Czech zachmurzył się, ale tym razem nie zabrał worka i nie odszedł.
– Zgoda – rzucił gniewnie i zaczął wyjmować kartofle z worka.
Lubczy znowu potrząsnął głową.
– Co znowu? – wrzasnął wieśniak. – Myślałem, żeśmy się ugodzili.
– Wyście widzieli guzik, ale ja nie widziałem kartofli. To ja powinienem je wybrać, nie wy.
Czech wzruszył ramionami, otworzył worek i pozwolił malcowi sięgnąć w głąb i wybrać piętnaście kartofli.
Lubczy nie zawarł już tego dnia żadnej transakcji i kiedy handlarze zaczęli zwijać stragany, pozbierał swoje towary – stare i nowe – i umieścił w pudełku. Pierwszy raz pomyślał ze strachem, że matka może odkryć jego kombinacje.
Przeciął plac targowy i powoli podążył na drugą stronę miasta. Zatrzymał się w miejscu, gdzie droga rozwidlała się w dwie ścieżki. Jedna prowadziła na pola, gdzie ojciec pasał bydło, druga do lasu. Lubczy sprawdził, czy nikt nie idzie drogą, którą przed chwilą przemierzył, i dał nura w las. Wkrótce stanął przy drzewie, które, jak mniemał, bez trudu później rozpozna. Wykopał w pobliżu gołymi rękami jamę i schował w niej pudełko oraz dwanaście kartofli.
Dokładnie zatarł ślady i powoli wrócił na drogę, licząc przy tym kroki. Naliczył ich dwieście siedem. Obejrzał się jeszcze do tyłu na las i puścił się biegiem przez miasto. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami małej chaty. Odczekał chwilę, złapał oddech i wkroczył do środka.
Matka właśnie nalewała chochlą do misek wodnistą zupę z rzepy i na pewno zaczęłaby się dopytywać, dlaczego wraca tak późno, gdyby nie wyciągnął szybko trzech kartofli. Na ten widok bracia i siostry zaczęli piszczeć z zachwytu.
Matka upuściła chochlę do garnka i spojrzała na syna.
– Czy je ukradłeś, Lubczy? – spytała, kładąc ręce na biodrach.
– Nie, matko – odparł. – Nie ukradłem.
Zelta odetchnęła z ulgą i wzięła od chłopca kartofle. Umyła je po kolei w wiadrze, które przeciekało, jeśli napełnione było więcej niż do połowy. Usunąwszy z kartofli resztki ziemi, zaczęła je zręcznie oskrobywać kciukami. Następnie pokroiła wszystkie na kawałki, przy czym mężowi dała największą porcję. Siergiej nawet nie pomyślał, żeby zapytać syna, w jaki sposób udało mu się zdobyć takie specjały.
Lubczy mocno zasnął jeszcze przed wieczorem, zmęczony po swoim pierwszym dniu pracy na targu.
Rankiem wyszedł z domu, zanim ojciec się przebudził. Biegł przez całą drogę do lasu, odliczył dwieście siedem kroków, zatrzymał się przed drzewem i zaczął kopać. Wydobył z ziemi pudełko i wrócił do miasteczka; kupcy właśnie rozstawiali stragany.
Tym razem ulokował się pomiędzy dwoma straganami, w głębi placu targowego, ale gdy docierali tam jacyś zabłąkani klienci, to albo wcześniej zrobili zakupy, albo nie mieli już ochoty na targi. Wieczorem pan Lekski tłumaczył chłopcu, że trzy podstawowe zasady dobrego handlu to miejsce, miejsce i jeszcze raz miejsce.
Następnego dnia rano Lubczy usadowił się ze swoim pudełkiem u wejścia na targ. Szybko się okazało, że przystaje przy nim o wiele więcej ludzi; kilku zapytywało w różnych językach, co chciałby dostać za złoty pierścień. Niektórzy nawet go przymierzali, ale mimo że Lubczy otrzymał kilka ofert, żadna z proponowanych transakcji nie wydawała mu się korzystna.
Właśnie usiłował zamienić dwanaście kartofli i trzy guziki na wiadro, z którego nie cieknie, kiedy dostrzegł dystyngowanego pana w długim czarnym surducie, który stał z boku i cierpliwie czekał na zakończenie targów.
Gdy chłopiec podniósł wzrok w górę i zobaczył, że to pan Lekski, wstał, przywitał się i prędko odprawił klienta. Stary pan podszedł bliżej, pochylił się i brał kolejno do ręki przedmioty umieszczone na pudełku. Lubczy wprost nie mógł uwierzyć, że jubiler zwrócił uwagę na jego towary. Pan Lekski najpierw zainteresował się monetą z głową cara. Przez pewien czas obracał ją i oglądał.
Lubczy zdał sobie sprawę, że naprawdę nie chodzi mu o monetę: była to po prostu sztuczka, którą jubiler wielokrotnie stosował na jego oczach, zanim spytał o cenę rzeczy, na której mu rzeczywiście zależało. Chyba sto razy powtarzał chłopcu, żeby nigdy nie dał poznać po sobie, na czym naprawdę mu zależy.
Lubczy czekał cierpliwie, kiedy stary pan zwróci uwagę na środek pudełka.
– A ile spodziewasz się dostać za to? – zagadnął w końcu jubiler, podnosząc złoty pierścień.
– Ile pan proponuje? – spytał chłopiec, bijąc go jego własną bronią.
– Sto koron – odparł stary pan.
Lubczy nie był pewien, jak zareagować, wcześniej nikt bowiem nie proponował mu za nic więcej niż dziesięć koron. Wtem przypomniał sobie radę swego nauczyciela: „Żądaj trzykrotnie wyższej kwoty, zgódź się na dwa razy wyższą”. Spojrzał w górę na swojego mentora.
– Trzysta – rzucił.
Jubiler pochylił się i odłożył pierścień na miejsce na środku pudełka.
– Dwieście to wszystko, co mogę dać – powiedział kategorycznie.
– Dwieście pięćdziesiąt – targował się jeszcze Lubczy.
Pan Lekski nie odzywał się przez chwilę, ciągle wpatrując się w pierścień.
– Dwieście dwadzieścia pięć – powiedział w końcu. – Ale pod warunkiem, że dorzucisz tę starą monetę.
Lubczy natychmiast kiwnął głową. Usiłował nie dać poznać po sobie, jak bardzo jest zadowolony z transakcji.
Pan Lekski wyjął portfel z wewnętrznej kieszeni surduta, wręczył chłopcu dwieście dwadzieścia pięć koron i schował do kieszeni starą monetę i złoty pierścień. Lubczy podniósł wzrok na starego pana i pomyślał, że chyba już niewiele może go nauczyć.
Tego popołudnia chłopiec nie przeprowadził już żadnej transakcji, więc wcześnie pozbierał swoje manatki i zadowolony z całego dnia skierował się do miasteczka. Na głównej ulicy zakupił nowiutkie wiadro za dwanaście koron, za pięć kurczaka i w piekarni za jedną bochenek świeżego chleba.
Mały handlarz pogwizdywał sobie, idąc główną ulicą. Mijając sklep pana Lekskiego, spojrzał na wystawę, żeby sprawdzić, czy piękna broszka, którą zamierzał kupić matce przed Rosz Haszana, jest jeszcze na sprzedaż.
Ze zdumienia aż upuścił na ziemię nowe wiadro. Oczy otwierały mu się coraz szerzej. Broszka została zastąpiona starą monetą, obok której leżała karteczka z wyjaśnieniem, że znajduje się na niej głowa cara Mikołaja I i że pochodzi ona z 1829 roku. Spojrzał na cenę widniejącą poniżej: Tysiąc pięćset koron.
MELBOURNE COURIER
25 października 1929
Krach na Wall Street: Załamanie giełdy
Jeśli człowiek rodzi się Australijczykiem w drugim pokoleniu, ma to dużo dobrych i mało złych stron. Nie upłynęło wiele czasu, nim Keith Townsend poznał te złe.
Keith przyszedł na świat o drugiej trzydzieści siedem po południu dziewiątego lutego 1928 roku w wielkim kolonialnym dworze w Toorak. Matka, nim wstała z łóżka po połogu, zatelefonowała do dyrektora gimnazjum im. św. Andrzeja z prośbą, żeby zarezerwował synowi miejsce w 1941 roku. Z kolei ojciec zadzwonił ze swego biura do sekretarza klubu krykietowego w Melbourne i zgłosił kandydaturę syna; na przyjęcie w poczet członków klubu czekało się piętnaście lat.
Ojciec Keitha, sir Graham Townsend, pochodził z Dundee w Szkocji, lecz na przełomie wieków przypłynął wraz z rodzicami na statku przewożącym bydło. Mimo pozycji sir Grahama jako właściciela „Melbourne Courier” i „Adelaide Gazette”, pozycji ukoronowanej tytułem szlacheckim rok wcześniej, sfery towarzyskie miasta Melbourne – a znajdowali się w nich ludzie od około stu lat zakorzenieni w Australii, którzy przy każdej okazji przypominali, że nie pochodzą od skazańców – bądź ignorowały go, bądź też zwracały się do niego w trzeciej osobie.
Sir Graham miał w nosie ich opinię, a jeśli nawet nie, to nigdy tego nie okazywał. Ludzie, z którymi lubił przestawać, pracowali w gazetach, ci zaś, których zaliczał do swoich przyjaciół, zazwyczaj spędzali przynajmniej jeden dzień w tygodniu na torze wyścigowym. Konie czy charty, nie czyniło to sir Grahamowi żadnej różnicy.
Ale matki Keitha towarzystwo miasta Melbourne nie mogło tak łatwo zlekceważyć; jej rodowód sięgał wstecz do wyższego oficera marynarki Pierwszej Floty. Gdyby urodziła się o jedno pokolenie później, ona mogłaby być bohaterką tej opowieści, a nie jej syn.
Keith był jedynym synem – przyszedł na świat jako drugi z trojga dzieci, pozostała dwójka to były dziewczynki – i sir Graham uznał od momentu jego urodzenia, że chłopiec pójdzie w jego ślady i zostanie wydawcą prasowym. Z tą też myślą zaczął go przygotowywać do wejścia w realny świat. Keith pierwszy raz odwiedził drukarnię ojca w redakcji „Melbourne Courier” w wieku trzech lat i od razu zafascynował go zapach farby drukarskiej, stukot maszyn do pisania i łoskot maszyn drukarskich. Od tego czasu, jeśli mógł, towarzyszył ojcu do biura.
Sir Graham nigdy nie zniechęcał syna, a nawet pozwalał mu towarzyszyć sobie z oddali w sobotnie popołudnia, gdy znikał z domu i spędzał czas na wyścigach. Lady Townsend z dezaprobatą odnosiła się do takiego postępowania i żądała, żeby mały Keith następnego ranka szedł do kościoła. Ku rozczarowaniu matki wcześnie się okazało, że jedyny syn przedkłada rozgwar wyścigów nad modlitewny spokój świątyni.
Lady Townsend postanowiła odwrócić ów zgubny trend i podjęła kontrofensywę. Kiedy sir Graham udał się do Perth w dłuższą podróż w interesach, zatrudniła opiekunkę imieniem Florrie, której wydała krótkie i proste polecenie: proszę trzymać dzieci silną ręką. Ale Florrie, pięćdziesięcioletnia wdowa, nie była godnym przeciwnikiem dla czteroletniego Keitha. Nim upłynęło kilka tygodni, Florrie ukrywała przed matką, kiedy malca zabierano na wyścigi. Gdy lady Townsend w końcu odkryła te matactwa, poczekała, aż mąż się wybierze, jak co roku, w podróż do Nowej Zelandii, po czym zamieściła ogłoszenie w londyńskim „Timesie”. Trzy miesiące później panna Steadman wysiadła na ląd australijski na głównym nabrzeżu portowym i podjęła obowiązki w Toorak. Okazała się dokładnie taka, jak zapowiadały jej referencje.
Druga córka szkockiego duchownego prezbiteriańskiego, absolwentka szkoły św. Leonarda w Dumfries, dokładnie wiedziała, czego się od niej oczekuje. Florrie równie mocno kochała dzieci, jak one ją, zaś panna Steadman zdawała się oddana wyłącznie swojej misji i spełnianiu obowiązków, które uważała za święte.
Domagała się, żeby wszyscy, niezależnie od stanowiska i zawsze zwracali się do niej per „panno Steadman” i nikomu nie pozostawiła cienia wątpliwości co do tego, jaką kto pozycję zajmuje na jej własnej skali towarzyskiej. Szofer, recytując ów grzecznościowy zwrot, lekko się skłaniał, sir Graham wypowiadał go z respektem.
Już w dniu, w którym przybyła, panna Steadman narzuciła w pokoju dziecinnym reżim, który zaimponowałby oficerom pułku szkockiego Black Watch. Keith próbował wszystkiego: to czarował ją, to pokazywał humory, to wrzeszczał, ale prędko odkrył, że panna Steadman jest niewzruszona. Ojciec pewno pospieszyłby chłopcu na ratunek, gdyby nie to, że żona wprost piała z zachwytu, gdy była mowa o nowej guwernantce, a zwłaszcza o jej heroicznych wysiłkach nauczenia młodego dżentelmena poprawnej angielszczyzny.
W wieku pięciu lat Keith zaczął chodzić do szkoły i pod koniec pierwszego tygodnia poskarżył się pannie Steadman, że żaden z chłopców nie chce się z nim bawić, ale guwernantka uznała, że nie byłoby na miejscu tłumaczyć dziecku, iż jego ojciec w ciągu lat narobił sobie licznych wrogów.
Drugi tydzień w szkole okazał się jeszcze gorszy, gdyż Keith stał się obiektem nieustannych zaczepek ze strony chłopca, który nazywał się Desmond Motson i którego ojciec był ostatnio zamieszany w szwindel kopalniany; przez kilka dni krzyczały o tym nagłówki na tytułowej stronie „Melbourne Courier”. Sytuację pogarszał fakt, że Motson był znacznie wyższy i cięższy niż Keith.
Keith zastanawiał się często, czy nie porozmawiać na ten temat z ojcem. Ponieważ jednak widywali się tylko podczas weekendów, zadowalał się spotkaniami z ojcem w niedzielne poranki w jego gabinecie i wysłuchiwaniem jego opinii o ubiegłotygodniowych numerach „Couriera” i „Gazette” i porównań z konkurencyjnymi gazetami.
– „Uczynny dyktator” to słaby tytuł – oznajmił ojciec pewnego niedzielnego ranka rzuciwszy okiem na „Adelaide Gazette” z poprzedniego dnia. Po chwili dodał: – I jeszcze słabszy artykuł. Ci ludzie nie powinni być dopuszczani do pierwszej strony gazety.
– Ale tam jest tylko jedno nazwisko na górze – powiedział Keith, który bacznie słuchał słów ojca.
– To prawda, moje dziecko – odparł ze śmiechem ojciec – ale tytuł został wysłany do składu przez pomocnika redaktora, gdy autora artykułu już dawno nie było w redakcji.
Keith nadal nic nie rozumiał, póki ojciec nie wyjaśnił mu, że nagłówki można zmieniać tuż przed drukowaniem gazety.
– Trzeba przykuwać uwagę czytelników za pomocą nagłówka, bo inaczej nie przeczytają artykułu.
Sir Graham przeczytał na głos materiał o nowym niemieckim szefie państwa i wtedy to właśnie Keith po raz pierwszy usłyszał o Adolfie Hitlerze.
– Ale fotografia jest kapitalna – przyznał ojciec, wskazując zdjęcie małego człowieczka ze szczotką pod nosem, z prawą ręką wyrzuconą wysoko w powietrze. – Nigdy nie zapominaj, synu, starej maksymy: „Fotografia jest warta tysiąca słów”.
Rozległo się ostre stukanie do drzwi; obaj wiedzieli, że może to być jedynie panna Steadman. Sir Graham miał pewność, że jej coniedzielne stukanie do drzwi – od pierwszego dnia jej pobytu u nich – rozlega się z dokładnością do kilku sekund.
– Proszę wejść – powiedział oficjalnym tonem sir Graham. Odwrócił się i mrugnął do syna. Żaden z Townsendów płci męskiej nikomu nigdy nie zdradził, że między sobą nazywali pannę Steadman Gruppenführerem.
Panna Steadman, wchodząc do gabinetu, wyrecytowała tę samą kwestię, którą powtarzała co niedziela od roku:
– Czas, żeby panicz Keith szykował się do kościoła, sir Grahamie.
– Wielkie nieba! Czy jest już tak późno, panno Steadman? – niezmiennie odpowiadał sir Graham i odprawiał syna.
Keith z ociąganiem opuszczał bezpieczne zacisze ojcowskiego gabinetu i podążał za panną Steadman.
– Czy pani wie, co ojciec mi właśnie powiedział, panno Steadman? – zagadnął z wyraźnym australijskim akcentem, co, jak wiedział, podziała na guwernantkę jak płachta na byka.
– Nie mam pojęcia, paniczu Keith – odpowiedziała. – Ale miejmy nadzieję, że cokolwiek to jest, nie przeszkodzi paniczowi skupić się na kazaniu wielebnego Davidsona.
Keith popadł w ponure milczenie, podążając za guwernantką w górę po schodach do swojej sypialni. Nie odzywał się już ani słowem aż do chwili, kiedy siadł obok ojca i matki na tylnym siedzeniu rolls-royce’a.
Keith wiedział, że będzie musiał się skoncentrować na każdym słowie kapłana, gdyż panna Steadman zawsze wypytywała jego oraz siostry o najdrobniejsze szczegóły kazania przed położeniem się do łóżek. Sir Graham w duchu dziękował Bogu, że nie jest narażony na podobne męki.
Trzy noce w domku na drzewie – który panna Steadman zbudowała w ciągu kilku tygodni po swoim przyjeździe – były karą dla dziecka, które udzieliło mniej niż 80 procent prawidłowych odpowiedzi w teście dotyczącym kazania.
– To dobra szkoła charakteru – powtarzała panna Steadman.
Keith nigdy się jej nie przyznał, że czasami specjalnie udzielał złej odpowiedzi, gdyż trzy noce spędzone w domku na drzewie dawały upragnioną szansę ucieczki spod jej tyranii.
Kiedy Keith miał jedenaście lat, zapadły dwie decyzje, które wpłynęły na jego przyszłe losy; obydwie doprowadziły go do łez.
Po wypowiedzeniu wojny Niemcom rząd australijski powierzył sir Grahamowi specjalne zadanie, które, jak ten wyjaśnił synowi, będzie wymagało spędzenia dłuższego czasu za granicą. To była pierwsza decyzja.
Drugą podjęto kilka dni po wyjeździe sir Grahama do Londynu, kiedy Keith za namową matki rozpoczął naukę w gimnazjum im. św. Andrzeja – męskiej szkole z internatem, położonej na przedmieściach Melbourne.
Keith sam nie wiedział, która ż tych decyzji przysporzyła mu więcej udręki.
Ubrany w pierwsze w życiu długie spodnie, zapłakany chłopiec został odwieziony do szkoły na rozpoczęcie nowego trymestru. Matka oddała go w ręce opiekunki, która wyglądała jak wykuta z tego samego kamienia co panna Steadman. Pierwszym chłopakiem, którego ujrzał Keith, był Desmond Motson. Ku przerażeniu Keitha okazało się, że umieszczono ich nie tylko w tym samym budynku, ale i w tej samej sypialni. Pierwszej nocy Keith w ogóle nie spał.
Nazajutrz rano Keith stał z tyłu auli szkolnej i słuchał przemowy dyrektora pana Jessopa, który pochodził z jakiejś miejscowości w Anglii zwanej Winchester. Po paru dniach chłopiec odkrył, jak wygląda zdrowa rozrywka w pojęciu pana Jessopa; był to dziesięciomilowy bieg na przełaj, po którym następował lodowaty prysznic. Tak nagradzał grzecznych chłopców, którzy, gdy tylko się przebrali i wrócili do swych pokoi, powinni czytać Homera w oryginale. Natomiast Keith czytywał ostatnio niemal wyłącznie relacje „Couriera” o „naszych dzielnych bohaterach wojennych” i ich brawurowych wyczynach na froncie. Po miesiącu spędzonym w gimnazjum im. św. Andrzeja chętnie by się z nimi zamienił miejscami.
Podczas pierwszych wakacji Keith powiedział matce, że jeśli czasy szkolne należą do najszczęśliwszych w życiu człowieka, to czeka go ponura przyszłość. Nawet ona zdawała sobie sprawę z tego, że Keith ma niewielu przyjaciół i ze staje się trochę samotnikiem.
Jedynym dniem, którego Keith z utęsknieniem oczekiwał, była środa, kiedy mógł w południe wyrwać się że szkoły i nie musiał wracać aż do pory wieczornego gaszenia świateł. Zaraz po dzwonku wsiadał na rower i jechał siedem mil do najbliższego toru wyścigowego, gdzie spędzał beztroskie popołudnie, wałęsając się między barierką a padokiem dla zwycięzców. Mając dwanaście lat, uważał się już za znawcę toru wyścigowego i żałował, że nie ma więcej własnych pieniędzy, żeby stawiać poważne kwoty. Po ostatniej gonitwie jechał rowerem do budynku „Couriera” i przyglądał się, jak pierwsze wydanie gazety schodzi z maszyny, po czym w ostatniej chwili zdążał do szkoły.
Podobnie jak ojciec, Keith czuł się o wiele swobodniej z dziennikarzami i z bractwem z wyścigów niż w towarzystwie synów socjety z Melbourne. Gdyby mógł powiedzieć swojemu nauczycielowi przygotowującemu go do wyboru zawodu, że tak naprawdę po ukończeniu szkoły pragnie zostać sprawozdawcą z wyścigów w jednej z gazet ojca – „Sporting Globe”! Jednak nikogo nie dopuścił do sekretu ze strachu, że wiadomość dojdzie do matki, która już wspominała, że ma dla niego inne plany.
Kiedy ojciec zabierał Keitha na wyścigi – nigdy nie informując żony czy panny Steadman, dokąd się wybierają – na oczach chłopca wysoko obstawiał każdą gonitwę, od czasu do czasu dając mu sześć pensów, żeby spróbował szczęścia. Na początku Keith stawiał, kierując się gustami ojca, ale ku swemu zdumieniu wracał potem do domu z pustymi kieszeniami.
Po kilku takich środowych wypadach na wyścigi i stwierdzeniu, że większość sześciopensówek znika bezpowrotnie w pękatej skórzanej torbie bukmachera, Keith postanowił zainwestować jednego pensa tygodniowo w „Sporting Globe”. Wertując stronice gazety, przyswoił sobie informacje na temat każdego dżokeja, trenera i właściciela uznawanych przez Klub Jeździecki stanu Wiktoria, ale mimo tej nowo nabytej wiedzy przegrywał tak samo regularnie jak przedtem. Często się zdarzało, że podczas trzech pierwszych tygodni trymestru tracił na wyścigach całe kieszonkowe na ten okres.
Życie Keitha zmieniło się z chwilą, gdy w „Sporting Globe” zauważył reklamę książki „Jak przechytrzyć bukmachera” pióra Joego Szczęściarza. Nakłonił Florrie, żeby pożyczyła mu pół korony, i wysłał przekaz pocztowy na adres zamieszczony u dołu reklamy.
Co rano wyglądał listonosza, aż wreszcie po dziewiętnastu dniach książka nadeszła. W momencie, gdy Keith otworzył ją na pierwszej stronie, Joe Szczęściarz zajął miejsce Homera w godzinach wieczornych, przeznaczonych na obowiązkowe lektury. Po dwukrotnym przeczytaniu książki Keith uznał, że opanował system, który zawsze zapewni mu wygraną. W najbliższą środę pojechał na wyścigi niezmiernie zdziwiony, iż jego ojciec nie skorzystał z niezawodnych metod Joego.
Wieczorem Keith wracał do szkoły, zaprzepaściwszy kieszonkowe na cały trymestr w ciągu jednego popołudnia. Nie winił jednak Szczęściarza za swe niepowodzenie, lecz uznał, że nie zrozumiał do końca jego systemu. Przeczytał książkę trzeci raz i odkrył swój błąd. Joe Szczęściarz tłumaczył na stronie siedemdziesiątej pierwszej, że aby zacząć, trzeba dysponować pewnym kapitałem, w przeciwnym wypadku należy porzucić marzenia o przechytrzeniu bukmachera. Minimalna kwota wedle strony siedemdziesiątej pierwszej wynosiła dziesięć funtów szterlingów, ale ponieważ ojciec Keitha nadal był za granicą, a ulubiona maksyma matki brzmiała „dobry zwyczaj – nie pożyczaj”, chłopiec nie mógł zatem prędko dowieść, że Joe Szczęściarz ma rację.
Po skończonym trymestrze Keith wrócił do Toorak i przedyskutował swoje problemy finansowe z Florrie, która opowiedziała mu, w jaki sposób jej bracia zarabiali pieniądze podczas wakacji. Stosując się do rad niani, Keith następnej soboty wybrał się na wyścigi, nie po to jednak, żeby grać – nadal nie miał ani pensa – ale żeby zebrać koński nawóz, który nakładał szufelką do torby po cukrze, dostarczonej przez Florrie. Następnie wracał do Melbourne z ciężką torbą na kierownicy i rozsypywał gnój na klombach krewniaków. Po wykonaniu czterdziestu siedmiu takich rajdów tam i z powrotem w ciągu dziesięciu dni Keith zarobił trzydzieści szylingów, zaspokoił zapotrzebowanie wszystkich krewnych i zaczął dostarczać nawóz ich sąsiadom.
Pod koniec wakacji miał uskładane trzy funty, siedem szylingów i cztery pensy. Gdy zaś matka wręczyła mu kieszonkowe na następny trymestr w wysokości jednego funta, nie mógł się doczekać, kiedy znów znajdzie się na wyścigach i wygra fortunę. Problem jednak tkwił w tym, że na stronie siedemdziesiątej drugiej, a potem siedemdziesiątej trzeciej stało wyraźnie napisane: „Nie stosuj systemu, jeśli masz mniej niż dziesięć funtów”.
Keith przestudiowałby książeczkę po raz dziewiąty, gdyby kierownik internatu, pan Clarke, nie przyłapał go na jej wertowaniu podczas godzin przeznaczonych na odrabianie lekcji. Nie dość, że jego najdroższy skarb został skonfiskowany i pewno zniszczony, Keith musiał jeszcze znieść upokorzenie publicznej kary chłosty, jaką wymierzył mu dyrektor wobec wszystkich uczniów. Kiedy chłopiec pochylał się nad stołem, dostrzegł siedzącego w pierwszym rzędzie Desmonda Motsona, który nie zdołał opanować głupawego uśmieszku.
Pan Clarke powiedział wieczorem Keithowi, że gdyby się za nim nie wstawił, prawdopodobnie usunięto by go ze szkoły. Keith wiedział, że nie ucieszyłoby to ojca – który znajdował się w drodze powrotnej z miejsca zwanego Jałtą na Krymie – ani matki, która zaczęła mówić, że powinien pójść na studia w Anglii w jakimś Oksfordzie. Ale Keitha najbardziej zajmowała kwestia powiększenia kwoty trzech funtów, siedmiu szylingów i czterech pensów do dziesięciu funtów.
W trzecim tygodniu trymestru Keith wpadł na pomysł podwojenia swoich pieniędzy, do którego, jak sądził, dyrekcja szkoły nie będzie mogła się przyczepić.
Szkolny sklepik ze słodyczami otwierano co piątek, od piątej do szóstej, potem zamykano aż do następnego piątku. Nim nastał poniedziałek, chłopcy zdążyli pochłonąć wszystkie tabliczki czekolady z nadzieniem wiśniowym, przeżuć kilka torebek ziemniaczanych chrupek i wyżłopać mnóstwo butelek lemoniady. Wprawdzie na razie byli nasyceni, ale Keith nie wątpił, że będą mieli ochotę na więcej. Doszedł do wniosku, że w tej sytuacji między wtorkiem a czwartkiem wytwarza się silny popyt na te towary. Wystarczyło zmagazynować trochę najbardziej chodliwych produktów ze szkolnego sklepiku, a potem opchnąć je z zyskiem, jak tylko chłopcy skonsumują tygodniowe zapasy.
Kiedy w następny piątek otworzono sklepik, Keith był pierwszy w kolejce. Nauczyciel dyżurny dziwił się, że mały Townsend wydał trzy funty, za które nabył wielkie pudło miętusów, jeszcze większe z trzydziestoma sześcioma opakowaniami chrupek, dwa tuziny tabliczek czekolady i dwie skrzynki lemoniady.
Dyżurny powiedział o tym panu Clarke’owi, który zdziwił się tylko, że lady Townsend daje synowi tak wysokie kieszonkowe.
Keith przydźwigał swoje łupy do szatni, gdzie ukrył wszystko w głębi swojej szafki ze sprzętem sportowym. Potem czekał cierpliwie, aż minie weekend.
W sobotnie popołudnie Keith pojechał rowerem na wyścigi, chociaż pierwotnie zamierzał oglądać pierwszą reprezentację szkolną w dorocznym meczu z drużyną gimnazjum z Geelong. Denerwował się, bo nie mógł stawiać zakładów. Ciekawe, myślał, jak człowiek typuje zwycięzcę za zwycięzcą, kiedy nie ma pieniędzy.
Po niedzielnym nabożeństwie Keith sprawdził świetlicę młodszych i starszych uczniów i z radością stwierdził, że zapasy picia i jedzenia już są skąpe. Na przerwie w poniedziałek rano obserwował kolegów stojących na korytarzu i widział, jak wymieniają się resztkami słodyczy, rozpakowują ostatnie tabliczki czekolady i dopijają lemoniadę.
We wtorek rano spostrzegł szeregi pustych butelek przy pojemnikach na śmieci na dziedzińcu. Po południu był gotów teorię zamienić w praktykę.
W czasie przeznaczonym na zajęcia sportowe zamknął się w małej szkolnej drukarence, którą jego ojciec wyposażył w zeszłym roku. Wprawdzie maszyna drukarska była przedpotopowa i trzeba było obsługiwać ją ręcznie, ale Keithowi wystarczyła.
Godzinę później wyłonił się, dzierżąc trzydzieści egzemplarzy swojej pierwszej szkolnej gazetki. Na jednej stronie ogłosił, że zostaje otwarty drugi szkolny sklepik, który będzie czynny w każdą środę od godziny piątej do szóstej przy szafce numer dziewiętnaście w szatni dla uczniów starszych klas. Na drugiej stronie podał, jakie produkty oferuje, i wymienił ich „skorygowane” ceny.
Keith rozdał po jednym arkuszu uczniom w swojej klasie przed ostatnią lekcją tego popołudnia, zdążywszy tuż przed wejściem nauczyciela geografii. Już teraz planował kolejne wydanie w przyszłym tygodniu, jeśli przedsięwzięcie się powiedzie.
Gdy stawił się w szatni parę minut przed piątą po południu następnego dnia, zobaczył, że przed jego szafką stoi już kolejka. Szybko otworzył metalowe drzwiczki i wystawił pudełka na podłogę. Wyprzedał cały swój zapas na długo przed szóstą. Podbicie ceny większości towarów o 25 procent przyniosło mu ponad funt czystego zysku.
Tylko Desmond Motson, który stał w kącie i obserwował, jak pieniądze przechodzą z rąk do rąk, utyskiwał na wygórowane ceny.
– Masz wybór: albo stań w kolejce, albo czekaj do piątku – odparował mały przedsiębiorca.
Motson wyszedł wściekły z szatni, miotając pod nosem groźby.
W piątek po południu Keith znowu stał na początku kolejki przed szkolnym sklepikiem. Zapamiętał, które towary najszybciej się sprzedały, i wziął to pod uwagę przy następnych zakupach.
Kiedy pan Clarke został powiadomiony, że Townsend wydał w ten piątek cztery funty i dziesięć szylingów na słodycze, zdumiał się i postanowił wspomnieć o tym dyrektorowi.
W to sobotnie popołudnie Keith nie wybrał się na wyścigi, ale wykorzystał czas na wydrukowanie stu arkuszy drugiego wydania swojej gazetki. Rozprowadził ją w poniedziałek – nie tylko w swojej klasie, ale i w dwóch niższych.
We wtorek rano, podczas lekcji historii Wielkiej Brytanii w latach 1815–1867, obliczył sobie na odwrocie egzemplarza ustawy o reformie z 1832 roku, że w takim tempie zarobkowania zdoła w ciągu trzech tygodni zebrać dziesięć funtów potrzebnych do wypróbowania niezawodnego systemu Joego Szczęściarza.
Tymczasem podczas lekcji łaciny w środę po południu zachwiał się niezawodny system Keitha. Do klasy wkroczył niespodzianie dyrektor i wywołał Keitha na korytarz.
– I weź klucz do swojej szafki – dodał złowieszczo.
Gdy w milczeniu przemierzali długi, ponury korytarz, pan Jessop wręczył chłopcu arkusz papieru. Keith przestudiował spis, który mógłby wyrecytować o wiele bardziej płynnie niż deklinacje i koniugacje z podręcznika łaciny: „Miętówki – 8 pensów, chrupki – 4 pensy, czekolada z wiśniami – 4 pensy, lemoniada – 1 szyling. Proszę o punktualne stawienie się w czwartek o piątej przy szafce numer 19, w szatni dla starszych klas. Nasze hasło: Kto pierwszy, ten lepszy”.
Keith usiłował zachować obojętną minę, gdy go prowadzono korytarzem.
Kiedy weszli do szatni, zobaczył kierownika internatu i nauczyciela gimnastyki, którzy tkwili już obok jego szafki.
– Otwórz drzwiczki – polecił dyrektor.
Keith wsunął mały kluczyk do zamka i wolno go przekręcił. Otworzył drzwi. Wszyscy czterej zajrzeli do środka. Pan Jessop ze zdumieniem stwierdził, że wewnątrz nie ma nic poza kijem do krykieta, parą starych ochraniaczy i wymiętoszoną białą koszulką, która wyglądała, jakby nie była noszona od kilku tygodni.
Dyrektor miał wściekłą minę, kierownik internatu był zaskoczony, a nauczyciel gimnastyki – zakłopotany.
– Czy możliwe, że panowie pomyliliście ucznia? – zapytał Keith tonem skrzywdzonego niewiniątka.
