STWORZENIA EKONOMICZNE - Denny N. Dwight - E-Book
SONDERANGEBOT

STWORZENIA EKONOMICZNE E-Book

Denny N. Dwight

0,0
9,99 €
Niedrigster Preis in 30 Tagen: 9,99 €

-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Tom 1 z 3: Hardy to porywczy mody mczyzna, który porzuca swoj ojczyzn, uciekajc przed wasnymi demonami, i zaciga si do wojska. Jednak wojna okazuje si czym zupenie innym, ni si spodziewawciga go w wiat korupcji, zdrady i brutalnych gier o wadz. Gdy agent wywiadu Frank ratuje go z jednego bagna tylko po to, by wrzuci w kolejne, Hardy wpada jeszcze gbiej w mroczne intrygi elit. Gdy wydaje mu si, e gorzej by nie moe, los udowadnia mu, jak bardzo si myli. Odsiadujc doywocie w rosyjskim wizieniu, widzi, jak wiat pogra si w chaosie. Tajemnicza plaga rozprzestrzenia si w zastraszajcym tempie, przywracajc zmarych do ycia i zmieniajc ich w dne ludzkiego misa bestie. Odcity od cywilizacji, uwiziony w mronej tundrze, Hardy wie, e wizienie stao si mierteln puapktu kady dzie moe by jego ostatnim. Wtedy pojawia si Bartosz. Czowiek, który twierdzi, e apokalipsa nie jest dzieem przypadku. Przysiga, e jedno jedyne stworzenie stoi za tym koszmarem. Gdy umarli przedzieraj si przez mury wizienia, Hardy, Bartosz i garstka ocalaych podejmuj desperack ucieczk. Ich jedyn nadziej jest ukryta w sercu rosyjskich lasów chata. Ale zombiaki to dopiero pocztek. Gód, mróz i okruciestwo ludzi okazuj si równie zabójcze. Hardy walczy o ycie, ale te zaczyna rozumie samego siebie. Jednak gdy wreszcie zaczyna wierzy w co wicej ni tylko przetrwanie, ona atakuje. Stworzenie, które miao by tylko legend. Teraz walka Hardyego nie jest ju tylko kwesti ycia i mierci. Teraz to osobiste. Economic Creatures to list miosny Dennyego N. Dwighta do horrorów i filmów akcji z lat 80., 90. i 2000. Pena nawiza, ukrytych smaczków i krwawego chaosu w stylu klasycznych filmów o zombie, ta opowie nie tylko oddaje hod gatunkowiale podkrca go do granic moliwoci.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
MOBI

Seitenzahl: 252

Veröffentlichungsjahr: 2025

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



DENNY N. DWIGHT

STWORZENIA EKONOMICZNE

KSIĘGA PIERWSZA - OPOWIEŚĆ O NIEUMARŁYCH

1. Wydanie 2025

 

 

© / Prawa autorskie: 2025 Denny N. DwightWydawca: Freeze VerlagTytuł oryginalny: ECONOMIC CREATURES – BUCH EINS - EINE GESCHICHTE ÜBER DIE UNTOTENZdjęcie na okładkę: Denny N. DwightProjekt okładki, ilustracja: Denny N. DwightRedakcja (błędy logiczne): Sebastian Kroker, Tim DonartRedakcja (ortografia i gramatyka): Valeska Harrer

Dennis NowakowskiDinnendahlstr. 4346145 OberhausenE-Mail: [email protected]

Niniejsze dzieło, w tym wszystkie jego treści, jest chronione prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie lub reprodukcja (również fragmentaryczna) w jakiejkolwiek formie (druck, fotokopia lub inne metody) oraz przechowywanie, przetwarzanie, powielanie i rozpowszechnianie za pomocą jakichkolwiek systemów elektronicznych, w całości lub w części, jest zabronione bez wyraźnej pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie prawa do tłumaczeń zastrzeżone.

Inhaltsverzeichnis

Stwór

Pot spływał mi z każdej pory, gdy przedzierałem się przez las. Ciemność utrudniała poruszanie się, a drobne gałęzie co chwila smagały mnie po twarzy, boleśnie rozcinając skórę. Powoli zaczynały dawać o sobie znać rany, które odniosłem w pierwszej walce ze stworem. Twarz bolała mnie od szybkiego ciosu, który zadał mi świadomie lub nie. Przynajmniej nie krwawiłem już z nosa, bo krew zdążyła zaschnąć i zamarznąć. Przeklęty śnieg nieustannie sypał z nieba, częściowo ograniczając widoczność, choć sylwetki licznych nieumarłych, obok których przemykałem, wciąż widziałem wyraźnie. Kilka razy potknąłem się o gałęzie, kamienie czy martwe pniaki, bo ten cholerny mgła snuła się nad ziemią jak biały dywan, zasłaniając mi widok w dół. Na szczęście za każdym razem udawało mi się złapać równowagę i kontynuować bieg bez szwanku. Ale z każdym krokiem los mógł odwrócić się na korzyść mojego przeciwnika. Gdybym teraz złamał nogę albo w jakikolwiek inny sposób się zranił, byłoby po mnie. To naprawdę zadziwiające, jakie figle płatała mi pogoda w ostatnich miesiącach. Przed czym uciekałem, sam dokładnie nie wiedziałem, choć już raz stanąłem twarzą w twarz z tym stworem i słyszałem co nieco na jego temat. Zbliżał się, krok po kroku, coraz bardziej. Bycie ściganym przez bezwzględną bestię przez gęste zarośla to doświadczenie, którego nikomu nie życzę. Dotąd to ja byłem tym, który polował, a nie ofiarą, więc ta sytuacja wkurzała mnie podwójnie. Czy tak czuli się ludzie, zanim odbierałem im życie? Smak własnej medycyny wcale mi nie odpowiadał, a porównanie i tak kulało. Nigdy nie zabijałem z kaprysu czy zemsty. Byłem po prostu ofiarą, powiedzmy, okoliczności, wykonywałem rozkazy albo musiałem się bronić. Nie, sytuacja, w której się znalazłem, była dziełem bezwzględnych sił, które nie miały żadnego szacunku dla ludzkości. Stworzyli coś, czego okrucieństwo trudno przebić, coś, co pogrążyło świat w nędzy. Stwór, który nas zarażał, przemieniał i czynił czymś, co kpi z każdego koszmaru. Czynił nas istotami bez sumienia, bez strachu czy empatii, za to z niepohamowanym apetytem na mięso. To początkowo powolny proces, którego na początku nie traktuje się poważnie, by w końcu dostać za to rachunek. „To przytrafia się tylko innym” – takie myślenie od zawsze krążyło w głowach ludzi. Nie tylko w odniesieniu do obecnych okoliczności, ale do wszystkiego, co mogło zakłócić nasze idealne życie. Wojny nikogo nie obchodziły, jeśli toczyły się wystarczająco daleko. Własne życie układaliśmy tak, jak nam było wygodnie i jak chcieliśmy. Wmawiano nam to przez ludzi, którym nigdy niczego nie brakowało, którzy nigdy nie zaznali głodu ani straty. To oni mówili nam, co jest w życiu ważne, choć sami nigdy nie musieli ciężko pracować na swój luksus. To oni, z fałszywym uśmiechem na ekranach, mówili nam, co jest dobre, a co złe. To oni wbijali nam do głów moralne wartości dotyczące ludzi i ich praw, a sami deptali po trupach. To oni zapewniali, że wszystko jest w porządku, podczas gdy uciskali własne społeczeństwa, prowadzili wojny albo sprowadzali wojnę, biedę i głód do naszych domów. Ale wisienką na torcie naszej systematycznej zagłady był „Ten Jedyny”.To stworzenie, które teraz goniło mnie przez ten niekończący się las. Szczerze mówiąc, sam to sobie wybrałem. Głupie, gdy tak o tym myślę. Kto dobrowolnie wskakuje do basenu z rekinami, wcześniej nacinając sobie skórę? Dlaczego to sobie robię, pytałem sam siebie. Po tym, jak świat poszedł na dno, poza walką o przetrwanie i szukaniem jedzenia, nie było już żadnych prawdziwych celów do realizacji. Dla wielu samo przetrwanie było wystarczająco trudne, bo nie było już centrów handlowych ani sieci fast foodów. Ludzie dopiero teraz zdali sobie sprawę, jak bardzo byli zależni od korporacji, które czyniły ich chorymi i niesamodzielnymi. Konsumowali media, które coraz bardziej ich ogłupiały, spotykali się w mediach społecznościowych, które sugerowały im przyjaźnie. Pierwotny instynkt myśliwego, jednostki, odebrano nam już dawno temu. Zostaliśmy wychowani na nieudolnych masowych konsumentów, którzy nie mieli myśleć, a w końcu zostać poprowadzeni na rzeź. Mnie nikt nie zarżnie. Możecie próbować, ale dobrowolnie nie położę się na gilotynie. Zwłaszcza nie dla tego przeklętego stwora, który był tak blisko, że wydawało mi się, iż czuję jego oddech na karku. To stworzenie sprawiło, że odwróciłem się od spokojnego, a może nawet długiego życia, przestałem dbać o swoje bezpieczeństwo i porzuciłem nowy dom. Ile dusz masz na sumieniu? Może nie jesteś taki jak ci, których ugryzłeś i skazałeś na potępienie, ale nie jesteś też tak mądry jak człowiek. Jeszcze cię dopadnę i wtedy cię załatwię. Nie będziesz już wstrzykiwał swojego jadu w żyły bezbronnych ludzi, przemieniając ich w rozszarpujące bestie. Koniec lasu był tuż przede mną. Tylko nie potknij się teraz. Nie teraz. Stopniowo zwalniałem, aż w końcu się zatrzymałem. Oparłem ręce na udach, łapiąc oddech, i przez kilka sekund uważnie się rozglądałem. Upiorny scenariusz, jak z tych starych horrorów, które pokazywał mi ojciec. Uwielbiałem te filmy i to nienaturalne uczucie strachu, które mnie wtedy ogarniało. Rzeczywistość, tu i teraz, nie budziła we mnie strachu. Małego chłopca, który kiedyś nie mógł zasnąć w ciemności, już dawno nie było. Jeszcze tylko kilka metrów do skraju lasu. Za nim rozciągała się polana wielkości boiska piłkarskiego, która, co dziwne, nie była tak zasypana śniegiem jak reszta okolicy. Dźwięk wyrwał mnie z zamyślenia, zmusił do odwrócenia się. Tylko ciemność, gałęzie, pnie drzew i ta upiorna cisza. Nagle coś przemknęło przez mgłę, rzucając długi cień na lśniącą biel leśnego podłoża. Zawróciłem i pobiegłem przez polanę, która kończyła się nagle stromym urwiskiem. Spojrzałem w dół, nie widząc dna, i przez chwilę naprawdę rozważałem skok. Ale instynkt przetrwania zwyciężył. Nawet wierzchołki wysokich drzew były ledwo widoczne, bo gęsta mgła otulała je jak ogromny płaszcz. Rambo przynajmniej widział, co go czeka, gdy odrywał się od skalnej ściany i skakał w głąb drzewa.

Całkowicie przemoczony oparłem ręce na udach. Chciwie łapałem powietrze, a para buchała z moich ust przy każdym wydechu. Płuca paliły mnie jak ogień. „Oby śnieg nie zatarł moich śladów” – przemknęło mi przez głowę. Nie, nie oszukiwałem się. Znalazłby mnie szybciej, niżbym chciał. Musiał mnie znaleźć. To była osobista sprawa, którą trzeba było raz na zawsze rozstrzygnąć. Z lasu, który majaczył przede mną niczym ogromny, groźny cień, dobiegły odgłosy, które postawiły mnie na nogi. Przestałem oddychać, rozglądając się na prawo i lewo. Przez kilka sekund panowała lodowata cisza. A potem go zobaczyłem. Powoli wyłaniał się z mrocznego lasu i zatrzymał się bez ruchu. Noc, padający śnieg i zamglony las za nim sprawiały, że wydawał się nierzeczywisty. Wysoki, chudy, z długimi włosami i pazurami, które mogłyby rozedrzeć na strzępy. Stał tam bez ruchu, tak jak kilka minut wcześniej, gdy po raz pierwszy się z nim starłem. Choć nie widziałem jego oczu, czułem zimne spojrzenie, które przeszyło mnie dreszczem. Z rękami zwisającymi luźno z przodu, w lekko zgarbionej postawie, obserwował mnie przez pół wieczności. Ściągnąłem grubą kurtkę i golf, które przeszkadzałyby mi w tym, co zamierzałem, i natychmiast poczułem lodowaty chłód, który chwytał ciepło mojego ciała. Przynajmniej byłem teraz przytomny, odświeżony i gotowy na wszystko. Nie było już ucieczki – ani dla mnie, ani dla niego. Stopniowo za jego plecami zaczęły pojawiać się kolejne sylwetki, wyłaniające się z mgły i chwiejnie zmierzające w moją stronę. Początkowo pojedynczo, ale wkrótce ich liczba wzrosła do ponad trzydziestu, o ile mogłem to ocenić. Jego armia bezmyślnych nieumarłych, których nawet nie musiał dowodzić. Choć przez długi czas przypisywałem mu tę zdolność, by jeszcze bardziej pogrążyć świat w chaosie. Serce waliło mi jak oszalałe, a ślinianki odmówiły posłuszeństwa. Poczułem mdłości, a ręce zaczęły mi drżeć. Czułem się jak Arnold w „Predatorze”, gdy w końcu stanął twarzą w twarz z potworem, najpierw porządnie oberwał, zanim szczęśliwy zbieg okoliczności dał mu wskazówkę i uratował mu tyłek. Na taki zbieg okoliczności mogłem teraz tylko liczyć. Nie miałem już broni palnej, a mój nóż leżał gdzieś daleko w śniegu. Pomimo małej niespodzianki, którą ukryłem w kieszeni na nodze, przez kilka uderzeń serca wątpiłem w swoje zamiary. Czy tym razem nie przeceniłem siebie? To był najgorszy moment, by rozważać za i przeciw, w które wpakowałem się swoją wielką gębą. On wydawał się teraz jakoś większy i bardziej przerażający niż kilka minut temu.

Nagle, z szybkością, której bym mu nie przypisał, ciemna postać rzuciła się na mnie. Najpierw na dwóch nogach, krótkimi, szybkimi krokami. Potem coraz bardziej na czworakach, jak wściekłe zwierzę, które za nic nie pozwoli umknąć pewnej zdobyczy. Jeszcze jakieś trzydzieści metrów nas dzieliło. Z każdym skokiem i każdym metrem stwór przyspieszał, przypominając pędzącego wilka w amoku. Tylko bardziej celowego, agresywnego i ieprzewidywalnego. Za każdym razem, gdy dotykał zaśnieżonego podłoża, mgła, przypominająca kłęby pary z wanny pełnej gorącej wody, rozstępowała się na boki, jakby sama natura bała się tej kreatury i dobrowolnie ustępowała jej miejsca. Jeszcze piętnaście metrów. To dziwne, ale z każdym metrem, który go zbliżał, stawałem się spokojniejszy. Ręce przestały mi drżeć, puls niemal wrócił do normy. Ostatnie, rozmarzone spojrzenie na zachmurzony księżyc, który teraz wisiał nad sceną jak gigantyczna żarówka, barwiąc tę zimną noc na ciemny szaro-niebieski odcień. Sięgnąłem do kieszeni na nodze i wyjąłem jedyną broń, która mogła teraz uratować mi życie. Nie czułem strachu. Mój organizm był napompowany adrenaliną, mięśnie napięte do granic możliwości, a mój fokus skierowany wyłącznie na niego. Nigdy nie przegrałem walki i tym raz nie zamierzałem zawieść. Z tymi myślami ruszyłem sprintem prosto na mojego przeciwnika.

„Chodź, draniu!” – wyrwało mi się.

Kilka lat wcześniej

Chciałbym móc powiedzieć, że jestem zbawcą ludzkości, ale niestety tak nie jest. Nie jestem genialnym naukowcem, który wynalazł antidotum na ten, nazwijmy to, wirus, ani nie miałem żadnego pomysłu, jak to zatrzymać. Nie jestem geniuszem, nie posiadam supermocy ani specjalnych broni. Cały ten scenariusz końca świata zaskoczył mnie tak samo, jak każdego innego na naszej planecie. A może powinienem raczej powiedzieć: tych, których powinno to zaskoczyć. To, co nas spotkało, nie było przypadkiem, choć nasi przywódcy i ich medialni przedstawiciele chcieli nam to wmówić. Iluzja przypadku była zbyt długo wbijana ludziom do głów, przez co wszyscy uwierzyli w nieszczęście, którego rozmiarów nie można było ani przewidzieć, ani kontrolować. Odpowiedzialni za tę tragedię wygodnie rozparli się w fotelach i obserwowali spektakl z bezpiecznej odległości, jak zawsze to robili. Jak udało mi się tak długo przetrwać w nowym świecie, nie jest żadną tajemnicą i nie napawa mnie szczególną dumą. Byłem egoistycznym samotnikiem, którego los innych ludzi zupełnie nie obchodził. Czy kogokolwiek interesowało, jak ja się mam, co przeżyłem i przez co przeszedłem? Nie, nikogo to nie obchodziło. Więc popełniłem ten sam błąd, co miliony innych ludzi. Ignorowałem resztę świata i skupiałem się na swoich problemach, które w gruncie rzeczy nigdy nie były prawdziwymi problemami. W porównaniu z niedolą w innych krajach, nam przez długi czas wiodło się całkiem nieźle. Izolacja od reszty społeczeństwa zamgliła mi percepcję, co wkrótce miałem zauważyć. W pewnym momencie człowiek zaczyna oceniać wszystko z piedestału i przestaje dopuszczać inne opinie. Łatwo być sędzią i katem, gdy nikt nie śmie ci się sprzeciwić.

Niedawno byłem jeszcze więźniem numer 187 w obozie karnym Kolonii 56. Siedem godzin jazdy samochodem od najbliższej cywilizacji, głęboko w leśnym obszarze Rosji. Tam znajdowało się to dawne więzienie o zaostrzonym rygorze. Tylko wtajemniczeni znali dokładną lokalizację, bo w przeciwnym razie ucieczki stałyby się zbyt częste. Miejsce miało urok obozu pracy z czasów II wojny światowej. Podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego na górze zamykało teren. Cztery wysokie wieże strażnicze z ciężko uzbrojonymi strażnikami dopełniały harmonijnego obrazu więzienia. Mury nie były tam potrzebne.

Kiedyś przebywało tam 260 skazanych przestępców, na których koncie było ponad osiemset morderstw. Wielu czekało przez długi czas na egzekucję, aż w 1996 roku zniesiono w Rosji karę śmierci. Ich wyroki zamieniono na dwadzieścia pięć lat więzienia. Skazani na dożywocie siedzieli w bloku o zaostrzonym rygorze, w jedno- lub dwuosobowych celach, reszta mieszkała w dużym wspólnym bloku. Wśród więźniów panowały jasne reguły i hierarchie. Zimą temperatury mogły spadać do minus czterdziestu stopni Celsjusza, co czasem zbierało swoje żniwo. Ucieczka bez pomocy z zewnątrz była nie do pomyślenia. Nawet gdyby komuś udało się wydostać z obozu, po godzinie byłby zamarzniętym sopelkiem lodu albo wcześniej dopadłyby go dzikie zwierzęta. Moją numer więzienny nadali mi strażnicy. Był to numer z kalifornijskiego kodeksu karnego, paragrafu dotyczącego morderstwa. Przez bardzo długi czas wpatrywałem się w ściany w izolatce, po tym jak pozbyłem się trzech Sowietów, którzy napadli na mnie pod prysznicem. Pomimo licznych blizn i otarć udało mi się unieszkodliwić napastników. Nie była to niezwykła historia za tymi murami. Ale strażnicy, którzy zwykle przymykali oko na takie incydenty, byli zdumieni, bo chodziło o starych, zatwardziałych więźniów, którzy nie mogli być bardziej bezwzględni. Iwan, imię nie mogło być bardziej typowe, był przywódcą trzyosobowej grupy, która regularnie gwałciła nowicjuszy. Był to olbrzym, которому lepiej nie odmawiać, jeśli chciało się zachować życie. Oparłem głowę o żółte, lekko lśniące kafelki i czułem przyjemnie ciepłą wodę, która spływała mi po karku, plecach, nogach, aż do stóp. Zapach chloru z środków czyszczących, którymi codziennie myto prysznice i toalety, od kilku minut drażnił mój wrażliwy węch. Słyszałem ich już na korytarzu prowadzącym do wspólnych pryszniców. Wiedziałem, że idą, by mnie dopaść i narzucić swoje zasady, gwarantujące mi fizyczną nietykalność. Drzwi się otworzyły, a moje zmysły się wyostrzyły. Było ich trzech, z ręcznikami owiniętymi wokół bioder i w tanich, zniszczonych klapkach. Szli prosto na mnie, mówili coś po rosyjsku i śmiali się pogardliwie. Matowe odbicie kafelków okazało się przydatne. Widziałem, jak ustawiają się za mną. Półkole, z którego ucieczka wydawała się niemożliwa, jeśli byłeś na tyle głupi, by próbować bezpośredniej ucieczki. Trzech łysych facetów z długimi, bujnymi brodami i mnóstwem więziennych tatuaży. Byli pewni siebie i przynieśli ze sobą nonszalancję rutyny, którą prawdopodobnie wykonywali dziesiątki razy. Iwan powiedział coś po rosyjsku, co nie brzmiało przyjaźnie. Zakręciłem wodę, chwyciłem ręcznik, w który wcześniej zawinąłem dużą kostkę mydła, i uderzyłem mocno, odwracając się do nich. Pierwszy cios, idealny, prosto w twarz Iwana, pozbawił go orientacji. Podobnie jego kumpli, którzy nie spodziewali się nagłego ataku. Stracili równowagę, wyślizgnęli się z klapek i runęli na twardą podłogę. Te śliskie klapki od pierwszej chwili działały mi na nerwy, więc się ich pozbyłem. Ta nieuwaga miała teraz okazać się zgubą dla moich przeciwników. Chwyciłem Iwana za kark, który wciąż zasłaniał sobie twarz rękami, i z całej siły wbiłem mu kolano w krocze. Po głębokim krzyku złapał się za krocze i przewrócił na bok. Krew lała mu się z nosa i kapała na kafelki. Jego poplecznicy próbowali właśnie wstać, gdy na zmianę smagałem ich ręcznikiem z mydłem po głowach. Szybkie, mocne ciosy w czaszkę w końcu pozbawiają przytomności nawet najtwardszego przeciwnika. „Z najlepszymi życzeniami od szeregowego Pauli” – przemknęło mi przez głowę.

Byłem już w drodze do drzwi, przekonany, że jasno wyraziłem swoje stanowisko, gdy trójka znów się podniosła i spojrzała na mnie z nienawiścią. Wszystkim krew lała się z nosa, a ich twarze wyglądały na mocno poturbowane. Potem rzucili się na mnie z rykiem. Noże zrobione z odłamków szkła, Bóg wie skąd je nagle wzięli, były w tych murach czymś normalnym. Teraz miałem ich doświadczyć na własnej skórze. To były niecelne ciosy, większość z nich chybiała celu. Te, które mnie dosięgły, zostawiały tylko niegroźne skaleczenia. Mimo to doprowadziły mnie do furii. Pierwszemu, którego złapałem, wepchnąłem kostkę mydła do ust i uderzyłem dłonią tak mocno, że utknęła mu w gardle. Z szeroko otwartymi oczami patrzył na mnie, desperacko próbując wypluć mydło. Drugiemu pomagierowi Iwana kopnąłem piszczel i uderzyłem jego głową o ścianę tak mocno, że pękły kafelki. Zalany krwią osunął się na podłogę. Rzuciłem okiem przez ramię i zobaczyłem, jak jego kumpel upada, z mydlanymi bąbelkami wydobywającymi się z ust. Został tylko łysy Iwan, który znów stanął przede mną, wciąż wierząc, że zaimponuje mi swoimi górami mięśni. Zamachnął się prawą pięścią, celując w mój podbródek. Gdy się zamierzał, spokojnie mógłbym zapalić papierosa. Jego mięśnie czyniły go tak wolnym, że miałem czas, by w spokoju obmyślić, jak go powalić. Kolejny kopniak w krocze zakończył tę szarżę, a on padł na kolana przede mną.

„Następnym razem nie będę się bawił” – rzuciłem wyniośle, wbijając mu kolano w twarz, co ostatecznie go znokautowało. Przeżyli, ale musieli zostać przetransportowani do specjalnej kliniki. Strażnicy i dyrektor więzienia uznali incydent za zwykłą bójkę, nie chcąc narażać się na niewygodne pytania dotyczące ewentualnego gwałtu dokonanego przez trzech więźniów. Niesamowite, jak taka akcja wpłynęła na współwięźniów i strażników. Nikt już nie próbował mnie zaczepić, z wyjątkiem jednego młokosa, który uznał, że zaatakuje mnie od tyłu podczas kolacji. Chciał mnie udusić drutem. Wybór broni był więcej niż głupi. Pośród innych więźniów i strażników chciał mnie powoli dusić. Bez prawdziwej siły, bez stabilnej pozycji. Gąbką zmywakiem zadałby więcej szkód. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, chłopak leżał martwy na podłodze. Może bym go oszczędził, gdyby nie zaatakował mnie tak tchórzliwie od tyłu. Taca na jedzenie, ulubiona broń w wielu filmach więziennych, jest wszechstronna i zostawia paskudne rany. Strach innych więźniów można było wyczuć w powietrzu, gdy spokojnie próbowałem wziąć nową porcję jedzenia. Strażnicy powalili mnie paralizatorami. Później, w izolatce, dowiedziałem się, że napastnikiem był syn Iwana, który siedział razem z ojcem i chciał pomścić swojego starego. Niezgrabny dzieciak, który przetrwał tak długo tylko dzięki ojcu. Morderca w drugim pokoleniu, w tym samym więzieniu. Co za pokręcony świat. Nikogo nie obchodziło, co działo się za tymi murami. Konwencja Genewska nie miała tu zastosowania. Z Amnesty International śmiano się głośno. Idealne miejsce, by ludzie znikali. Czas zrobiłby resztę, by odeszli w zapomnienie.

Mój ojciec pochodził z Detroit w stanie Michigan i podczas podróży służbowej do Berlina poznał moją matkę. Szybko zabrał ją od mojego dziadka, który był okropnym pijakiem i tyranem, i poleciał z nią do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście nie bez zostawienia dziadkowi pamiątki w postaci solidnego lania. Wkrótce potem, w sierpniu 1998 roku, przyszedłem na świat i otrzymałem imię Hartmuth Edward Mora. Ale odkąd pamiętam, wszyscy nazywali mnie po prostu Hardy. Mój ojciec był troskliwym człowiekiem, dla którego dobro rodziny było najważniejsze. Ciągle był w rozjazdach, zarabiając pieniądze. Czasem znikał na kilka miesięcy, jakby zapadł się pod ziemię, co doprowadzało moją matkę na skraj szaleństwa. Regularnie płakała, martwiąc się o zaginionego męża. Ojciec nie uznawał telefonów komórkowych, więc trudno było się z nim skontaktować. Moi rodzice wpadali sobie w ramiona pełni szczęścia za każdym razem, gdy wracał do domu. Gdy byłem starszy, pytałem matkę, czym zajmuje się ojciec, że tak często i na tak długo znika od rodziny. Zawsze wzruszała ramionami i mówiła, że ma coś wspólnego z kołami wodnymi do wytwarzania energii, dlatego jeździ po całym świecie. Jeśli miałbym powiedzieć coś pozytywnego o moim starym, to że gdy był w domu, zaszczepił we mnie zrozumienie dla filmów. Szczególnie upodobał sobie filmy akcji z lat osiemdziesiątych, jak „Szklana pułapka” czy „Zabójcza broń”. Podobnie czarno-białe horrory z potworami z początku lat pięćdziesiątych. Jack Arnold, genialny reżyser swoich czasów, był osobistym bohaterem mojego ojca. Za coś, co naprawdę w nim podziwiałem, była jego nieustraszoność. Miał metr osiemdziesiąt, był żylasty i sprawiał wrażenie wojownika, którego nikt nie mógł złamać. Nikt nie odważył się zadrzeć z moim ojcem. Jeśli ktoś próbował, źle na tym wychodził. Wydawało się, że stoi ponad wszystkim, nic nie jest w stanie wytrącić go z równowagi, i osiąga wszystko, co sobie zaplanuje.

Ja z kolei byłem popychany na szkolnym podwórku, wracałem do domu z otarciami albo siniakami. Moja matka była bardzo spokojną kobietą i widziała w ludziach tylko dobro, co czasami wyprowadzało mojego ojca z równowagi. Jednak nie robił z tego wielkiej sprawy, licząc, że pewnego dnia nauczę się bronić. W wielu rozmowach, które ojcowie prowadzą z synami w pewnym momencie, podkreślał, żebym nigdy nie pozwalał, by coś mi odbierano czy narzucano. W końcu jestem jego synem, który jeszcze nie zdaje sobie sprawy ze swoich zdolności. Jego krew płynie w moich żyłach i czyni mnie kimś wyjątkowym. Kimś, kto z całą surowością dąży do swoich celów i nie pozwala nikomu stanąć sobie na drodze, dokładnie tak jak on. To były budujące słowa, którym jako dziecko i dorastający chłopak nie przywiązywałem wielkiej wagi, choć nie pozostawały bez wpływu. Niedługo potem po raz pierwszy w życiu się postawiłem i pobiłem czterech kolegów ze szkoły, którzy po raz kolejny próbowali mnie zaatakować. Fakt, że wszyscy byli znacznie starsi, w ogóle mnie nie obchodził. Moja matka zrobiła z tego wielką aferę, obwiniając ojca, że wpoił mi takie pomysły i że to nie jest właściwy sposób na rozwiązywanie konfliktów. Po raz pierwszy słyszałem, jak moi rodzice się kłócą. Niedługo potem ojciec przyszedł do mojego pokoju, usiadł na łóżku i uśmiechnął się do mnie.„Jak to było, kiedy w końcu się postawiłeś i pokazałeś tym małym dupkom, gdzie ich miejsce?” – szepnął. Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią, nie wiedząc, czy skłamać, czy powiedzieć prawdę. Uczciwość była kolejnym konikiem mojego ojca, choć już wtedy podejrzewałem, że jego rzekoma praca to tylko przykrywka, a więc kłamstwo. Postanowiłem być szczery.

„Niesamowite. Czułem się wolny.”

Uśmiechnął się, pogładził mnie po głowie i wyszedł. Następnego dnia wyjechał w kolejną podróż służbową, z której już nigdy nie wrócił. Tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w lata. Moja matka była niepocieszona i coraz bardziej oddalała się od rzeczywistości, podczas gdy długi powoli nas dusiły. Zostaliśmy zmuszeni do powrotu do Berlina, bo w Ameryce nie było dla nas przyszłości. Pracowała w pralni, a ja włóczyłem się po ulicach, szukając zwady i coraz bardziej popadając w przestępczość. Czułem się nietykalny, niepokonany, co również pokazywałem na zewnątrz.

Matka kiedyś powiedziała, że tę arogancję odziedziczyłem po ojcu. Przemoc czyhała na każdym rogu, a szanse na wyrwanie się stamtąd były praktycznie zerowe. Piękny obraz Berlina, który pokazywały błyszczące prospekty i media, nigdy nie stał się moim udziałem. Zorganizowana przestępczość, handel narkotykami i prostytucja były na porządku dziennym. Do tego skorumpowani policjanci, bezsilne urzędy i niekompetentni politycy, którzy wszyscy zamykali oczy na rzeczywistość. Potem przyszła diagnoza mojej matki i świat mi się zawalił. Przed nami był rok beznadziei. Śmierć matki, po długiej i ciężkiej walce z rakiem, skłoniła mnie do opuszczenia ojczyzny. Brakuje mi rozmów z nią. Przy okazjonalnej filiżance kawy tłumaczyła mi życie, swoje spojrzenie na świat i jego niesprawiedliwość. Subtelnie dawała mi do zrozumienia, gdzie jestem w życiu i że nikt nie przyjdzie, by wyciągnąć mnie z tego bagna. Gdy wypowiadałem rasistowskie uwagi, które wtedy często przechodziły mi przez usta, patrzyła na mnie z rozczarowaniem, co bolało bardziej niż jakikolwiek policzek. „Oceniaj człowieka, a nie jego pochodzenie” – wbijała mi do głowy za każdym razem, i miała rację. Była dobrym człowiekiem, który nigdy nikomu nie chciał zrobić nic złego, uwięzionym w świecie, który ostatecznie ją zdeptał. To ona sprawiła, że nie stałem się bezwzględnym przestępcą, i wyostrzyła moje poczucie przyzwoitości i sprawiedliwości. Co więcej, nauczyła mnie, by nie wierzyć ślepo we wszystko, ale kwestionować i szukać prawdy.

„Nie daj się zwieść wydarzeniom, tylko znajdź ich przyczynę. Nic nie dzieje się przypadkiem” – mawiała. Ta mądrość wryła mi się w pamięć na zawsze. Kochała mojego ojca bezwarunkowo, bez cienia wątpliwości. Jednak była to miłość zrodzona z ognia i wody. Pochowano ją w szary, deszczowy dzień. Stałem sam z różą w ręku przed jej grobem i płakałem gorzkimi łzami. Prawdopodobnie były to też łzy strachu. Strachu przed tym, że teraz jestem zupełnie sam. Nie miałem już nikogo u boku, kto odpowiedziałby na pytania, które paliły mi duszę. Mój ojciec nie pojawił się na pogrzebie swojej zmarłej żony. Nigdy więcej o nim nie słyszałem i od tego dnia nigdy o nim nie mówiłem. Tak było lepiej. Wiele zmarnowanych lat, w których coraz bardziej schodziłem na złą drogę, uświadomiło mi, że muszę coś zmienić. To była tylko kwestia czasu, zanim popełnię swoje pierwsze morderstwo. Moja impulsywność i kontakty z podejrzanymi typami nie sprzyjały mojej przyszłości. Więc zostawiłem to życie za sobą. Przynajmniej próbowałem. Ale przeszłość regularnie pukała do drzwi, wciągając mnie raz za razem w bagno przemocy i nienawiści, którego nie rozumiałem. Po licznych pracach, które nie dawały mi szczęścia, a czyniły mnie chorym, Bundeswehr wydawała się biletem z tego piekła. Więc zaciągnąłem się na dożywocie. Byle szybko uciec i ostatecznie pogrzebać przeszłość. Wojskowe struktury były jasno określone i szybko zaczęły mi działać na nerwy. Tym bardziej że nie miałem wysokiego mniemania o rządach i ich stylach zarządzania, które niewiele się od siebie różniły. Mimo to w 2016 roku, zaraz po podstawowym szkoleniu, przeszedłem szkolenie w walce wręcz, które wyczerpało mnie psychicznie i fizycznie pchnęło na granice wytrzymałości. Mimo to wszyscy uważali mnie za urodzony talent, który powinien jak najszybciej trafić na front. Misje ratunkowe w Iranie, Iraku i Syrii pokazały mi prawdziwe oblicze wojny, którego nienawidziłem. Poza palącym upałem, który nas wszystkich wykańczał, to poszarpane ciała kobiet i dzieci odbierały mi sen. Polegli koledzy, rozerwani na strzępy przez miny lub zastrzeleni od tyłu, prześladowali mnie w snach przez długi czas. Wielu nie wytrzymywało tej psychicznej presji i składało rezygnację. Inni wracali do domu w cynkowych trumnach, nie znajdując żadnego zainteresowania w mediach. To były obrazy i nieakceptowalne okoliczności, które na zawsze wryły mi się w pamięć. Nasza misja na Bliskim Wschodzie stawała się coraz większym naruszeniem prawa międzynarodowego, co zachodnia polityka zręcznie ignorowała.

Po co, do cholery, walczyliśmy tutaj? O pokój czy przeciwko terroryzmowi? Przeciwko złu, które Stany Zjednoczone tak często personifikowały? Oczywiście, że nie. To była czysta propaganda dla społeczeństwa, jakiegokolwiek. Zawsze chodziło tylko o zysk i władzę. Tylko dlatego tam byliśmy, jako pionki naszych rządów. Tak samo jak nasi wrogowie, którzy też byli tylko marionetkami systemu. Nikt nie był dobry ani zły. Byli tylko bogaci i hołota. Jeszcze zanim w 2015 roku otworzyły się granice Europy, jednostki Stanów Zjednoczonych były na Bliskim Wschodzie, by zabezpieczać tamtejsze układy władzy. Oczywiście nie chodziło im o złoża ropy czy gazu, których tam nie brakowało. Od zawsze chodziło o wolność ludzi, którzy musieli zostać wyzwoleni z dyktatorskich reżimów. Filozofia tak absurdalna, że trudno ją przebić. Nie wiem, ile razy musiałem słuchać tego nonsensu podczas mojej służby. Zaufanie do kraju moich narodzin, kraju, z którego pochodził mój ojciec i o którym mówił z dumą, osiągnęło najniższy punkt, którego nie chciałem już wspierać.

Nasza jednostka postanowiła stawić czoła temu szaleństwu, zapytać o powód. Nazwali czterech żołnierzy, w tym mnie, dezerterami i zagrozili sądem wojskowym, gdy na zawsze odłożyliśmy broń. Ponieważ działaliśmy ramię w ramię ze Stanami Zjednoczonymi, presja była jeszcze większa. Szalony pułkownik o imieniu Shaw, przez wszystkich nazywany Tombstone, groził nam nawet plutonem egzekucyjnym. Tombstone wykonywał każdy rozkaz natychmiast i z niezwykłą precyzją, bez względu na jego treść. Mimo wysokiego stopnia uwielbiał działania na froncie i nie pozwalał sobie odebrać tego przywileju. Ponadto wygłaszał świetne mowy, jak trener drużyny futbolowej, motywujący zespół do chwalebnego zwycięstwa. Wzorcowy żołnierz, który nie zadawał zbyt wielu pytań. Regularnie bombardował mniejsze wioski, zabijał niezliczonych cywilów i jeszcze chełpił się w swojej eleganckiej mundurze. Prawdopodobnie czekały na niego kolejne medale, które mógł z dumą przypiąć sobie do piersi po tych oczywistych naruszeniach prawa międzynarodowego. Nie do zniesienia sytuacja, z którą większość się godziła, bo z Tombstone nie było żartów, a on wyraźnie miał przewagę. Moja jednostka, Team Rescue Storm, składała się z czterech żołnierzy wyszkolonych do specjalnych misji ratunkowych. John B. Reilly, zwariowany mechanik z Kansas, który w wolnym czasie zawsze nosił kowbojski kapelusz i bez przerwy słuchał Katy Perry, co niemal doprowadzało nas do szaleństwa. Killian O’Brien, nie mniej szalony Irlandczyk, który ciągle kłócił się z Reillym, choć byli najlepszymi przyjaciółmi. Poza tym spokojny gość, który rozważnie podchodził do problemów i dużo czytał. Jacques le Fleur, czarnoskóry olbrzym mierzący dwa metry, który kilka lat wcześniej uciekł z Ameryki do Francji, bo Francuzi, jak wiadomo, nikogo nie wydają. Nie zdradził nam szczegółów, choć można było wywnioskować, że chodziło o akt przemocy. Gdy się go lepiej poznało, było jasne, że nie skrzywdziłby nawet muchy. Przeciwnie, był naprawdę zabawnym facetem, który zawsze potrafił poprawić nastrój, gdy sprawy przybierały zły obrót.

Przez długi czas uchodziłem za impulsywnego samotnika, który nie pozwalał nikomu sobą dyrygować i często ignorował rozkazy. Ta postawa nie raz wpędzała mnie w kłopoty, z których koledzy kilka razy mnie wyciągali, żebym nie musiał odejść. Najczęściej chodziło o gwałtowne starcia z innymi żołnierzami, którzy ośmielali się obrażać moje niemieckie pochodzenie. Nazywali moją matkę nazistowską dziwką, którą przeleciały wszystkie siły alianckie. To były komentarze, które powinni byli sobie darować. Poziom intelektualny moich prześladowców był poniżej przeciętnej kupy karalucha. A jeśli ja coś takiego mówię, to naprawdę coś znaczy. Raz zmierzyłem się z czterema facetami naraz i wyszedłem z tego niemal bez draśnięcia. Znowu to było wspaniałe uczucie, móc uwolnić całą swoją energię i nagromadzoną złość. To moi koledzy, zwłaszcza O’Brien, przemówili mi do rozumu, że tak dalej być nie może. Wyperswadowali mi tę impulsywność, którą już wcześniej krytykowała moja matka. Z dużym sukcesem. W kolejnych tygodniach stałem się spokojniejszy, dużo biegałem, by pozbyć się nadmiaru energii i obniżyć poziom agresji. Czytałem wiele książek i oglądałem z chłopakami filmy akcji, które przypominały mi dzieciństwo i niestety nieliczne godziny spędzone z ojcem. Staliśmy się zgraną paczką, która mogła na sobie polegać w ciemno. Niezliczone misje i dziesiątki uratowanych żołnierzy, którzy w końcu mogli wrócić do domu, szły na nasze konto. Mimo to terror Tombstone’a nie ustawał. Pod fałszywą flagą pojawiało się coraz więcej misji ratunkowych, które okazywały się czystymi operacjami ofensywnymi, w których nasza jednostka nie brała udziału i odchodziła z niczym. Byliśmy tam, by ratować ludzi, a nie strzelać im w plecy.

Pewnego dnia Jacques postawił pułkownika Shawa przed całą kompanią do odpowiedzi. Od miesięcy nie było oporu ani kontrataków ze strony wroga. Dlaczego wciąż tam byliśmy i walczyliśmy z nieuzbrojonymi cywilami? Doradziliśmy Tombstone’owi, by dał spokój, zanim postawią go przed trybunałem w Hadze. Tombstone przez kilka sekund patrzył na Jacques’a z uśmiechem. Nazwał go pogardliwie „czarnuchem z mózgiem” i zastanawiał się, jak to się stało. Potem zaśmiał się głośno, wyciągnął pistolet i strzelił Jacques’owi w głowę z bliskiej odległości. Dwumetrowy mężczyzna runął na ziemię i leżał bez ruchu, z krwią tryskającą z głowy. Byliśmy sparaliżowani taką bezwzględnością. Krew Jacques’a kapała mi z twarzy, gdy wpatrywałem się w bezwładne ciało mojego przyjaciela. Potem Shaw wycelował w Reilly’ego, który stał obok zwłok Jacques’a, wpatrując się z niedowierzaniem w ciało naszego przyjaciela u swoich stóp. Kolejny głośny strzał powalił Reilly’ego, z którego głowy trysnęła fontanna krwi. O’Brien, stojący za Reillym, podniósł ręce w geście uspokojenia, próbując przemówić do Tombstone’a.

„Niech pan przestanie z tym szaleństwem…”

Kolejny strzał zakończył zdanie i życie O’Briena. Słyszałem bicie własnego serca dudniące w uszach. Wszystko wokół mnie nagle poruszało się jak w zwolnionym tempie, gdy Tombstone wycelował we mnie. Zrobiłem krok do przodu, chwyciłem jego nadgarstek z bronią i uderzyłem drugą ręką między jego przedramię a ramię. Patrzył w lufę własnej broni i nacisnął spust, nie wiedząc, co się dzieje. Wraz z masą mózgową, która wyleciała mu z głowy, pożegnała się też jego elegancka czapka oficerska. Cicho osunąłem się na kolana i z szeroko otwartymi oczami patrzyłem na bezwładne ciała moich przyjaciół. Drżącymi rękami dotykałem ich, mając nadzieję, że gdzieś w nich tli się jeszcze życie. Mój umysł odmawiał przyjęcia do wiadomości koszmaru, który rozegrał się przed chwilą, podczas gdy moje oczy powoli wypełniały się łzami. Jedno było dla mnie pewne. Znowu byłem sam na świecie. Jak przez watę słyszałem rozmowy mężczyzn, którzy mnie otaczali. Gdy podniosłem wzrok, otoczyło mnie kilkunastu G.I. z karabinami M16 gotowymi do strzału. Nasza wyprawa w stronę sprawiedliwszego świata miała mnie drogo kosztować. Proces był jedną wielką farsą. Podobno chwyciłem broń Tombstone’a, najpierw zabiłem jego, a potem moich przyjaciół. Diagnoza lekarska brzmiała: trauma wojenna. Dodatkowo uznano mnie za dezertera i za niepoczytalnego. Trafiłem prosto do więzienia. Areszt na najwyższe polecenie, bo teraz byłem niepoczytalnym wrogiem demokratycznych wartości. Niektórzy nazywali mnie nawet terrorystą, którego należało wyeliminować. O moich martwych towarzyszach, moich braciach, którzy nie raz ratowali mi życie, można było zapomnieć. To były tylko trzy kolejne cynkowe trumny wysłane do rodzin, pięknie zapakowane, z flagą i stertą brudnych kłamstw. Ale za Tombstone’a, sprawcę tej masakry, dostałem dwadzieścia pięć lat. Nie padło ani słowo o jego wojennych zbrodniach i niezliczonych ofiarach, które szły na jego konto. Nie było nagrań ani zeznań innych żołnierzy, które mogłyby mnie uniewinnić. Jedynie moja wzorowa służba i zabicie wielu wrogów uchroniły mnie przed egzekucją. Marna pociecha. Ale to nie dlatego trafiłem do Kolonii 56.